But right here, right now, you are on my mind
: pt lip 31, 2026 10:11 am
Dni w Toronto były okropnie nudne i monotonne. Henderson wstawał każdego ranka o tej samej godzinie – punkt szósta. I nawet budzik nie był mu do tego potrzebny. Ktoś powiedziałby, że wcześnie, biorąc pod uwagę, że na służbie musiał być dopiero na godzinę dziesiątą. Możliwe, jednak Jesse nie potrafił inaczej. On sam powiedziałby nawet, że trochę się rozleniwił. Przed powrotem do rodziny, na nogach był już kwadrans po piątej i rozpoczynał swój trening – szybkie pięć kilometrów na rozgrzewkę, a później siłownia. Po porządnym zmęczeniu organizmu, mógł iść się ogarnąć i dopiero po gorącym prysznicu rozpoczynał na dobre dzień.
Teraz wyglądało to z lekka inaczej. Wstawał, później sprawdzał czy syn jeszcze spał. Jeżeli ten mały szatan otworzył już oczy, to na barki Hendersona spadało jego ogarnięcie. Na szczęście, dzieciak bardziej od najnowszych odcinków Psiego Patrolu uwielbiał spać, więc zazwyczaj Jesse miał jeszcze chwile dla siebie. Kawa. Szybka przebieżka, o ile oczywiście noga na to pozwoliła – jak nie, to chociaż spacer w szybszym tempie. Śniadanie i druga kawa. Potem ogarnięcie młodego do przedszkola, a następnie siebie. Wycieczka najpierw do przedszkola, później do jednostki. Po służbie znowu do przedszkola, do domu na obiad. Chwila z dzieckiem, by później udać się na rehabilitację. I tak dzień w dzień. Czasami jeszcze wciskał gdzieś terapię, o ile czuł się na siłach. Nie męczyła go rutyna. Męczyła go ta rutyna. Nic jednak nie mówił, nie skarżył się, akceptując poniekąd takie życie, a raczej fakt, że sam do tego doprowadził. Gdyby był mniej brawurowy, może nie doszłoby do wypadku, przez którego wynik musieli go ściągnąć i przez który dalej był w małżeństwie. Gdyby nie próbował ratować związku i nie zdecydował się na dziecko, teraz nic by go z Sage nie trzymało. Gdyby bardziej się starał, może Iris nie zostawiłaby go wtedy z dnia na dzień bez słowa i uwzględniła go w swoich planach – może teraz byłoby między nimi coś więcej niż zwykłe „koleżeńskie” relacje.
Widywali się co jakiś czas w szpitalu, gdzie Jesse odbywał rehabilitację. Czasem zagadał Henderson, czasami przyjemność ta przypadała dziewczynie – i rozmawiali tak, jakby znali się jedynie z widzenia. O pogodzie, o szpitalu, o głupich dojazdach czy kanadyjskich zwyczajach, do których żołnierz jeszcze nie zdążył się przyzwyczaić. Dla Jesse’a było to nietypowe, czasami może mniej komfortowe, jednak powoli oswajał się z myślą, że to, co między nimi było już dawno się skończyło i tak poprawnie powinny ich stosunki wyglądać, jeżeli jakiekolwiek chciał z nią mieć. A chciał i nawet nie zdawał sobie sprawy jak bardzo. Zauważył, że pewne obiekcje jednak, co do tego ma w momentach, w których ukradkiem widywał ją w towarzystwie jednego, cały czas tego samego faceta. Nie chciał nazywać tego zazdrością, jednak coś na to podobieństwo budziło się w nim widząc jak sobie z nim żartuje, śmieje się czy po prostu rozmawia – tak jak niegdyś z nim. Próbował te uczucia ignorować, chociaż łatwo nie było i miał nadzieję, że nie było tego po nim aż tak widać. Nie miał w końcu podświadomie, aby jakieś wyrzuty jej z tego powodu robić, a że jemu głowa i serce plątały takie figle już nie powinno być problemem Iris.
W dni, w które miał terapię, na rehabilitację umawiał się na późniejszą godzinę, żeby na spokojnie dostrzec z punktu A do punktu B, co w godzinach szczytu takie łatwe nie było czasami. Szczególnie, gdy pogoda nie dopisywała – wówczas ludzie zapominali jak się jeździ, co widać było na drogach tego dnia. Spoźnił się chwilę do rehabilitanta, jednak na nic to nie wpłynęło, gdyż od rana było lekkie przesunięcie. Odbębnił swoje, wykonując polecenia i słuchając zaleceń, które miały przywrócić go do pełnej sprawności. Na razie nie wiedział, czy faktycznie jest poprawa czy sam ja sobie wmawia, ale fakt był taki, że odrobinę mniej bolała go noga po bieganiu, czasami nawet wcale. Podziękował uprzejmie lekarzowi po ponad godzinie ćwiczeń i ruszył w stronę parkingu, by wrócić do domu. Było ciemno, deszczowo i ogólnie nieprzyjemnie. Po prostu idealny dzień do spędzenia w domu.
Wyszedł z budynku szpitala i już miał ruszać w kierunku parkingu, kiedy to dostrzegł na przystanku Iris. Skupiona była na tabeli odjazdów, z której ewidentnie próbowała coś wyczytać. I Jesse powinien ten fakt kompletnie zignorować, uznać, że jej nie widział i wrócić do domu. Do żony i syna.
Wrócił więc do auta, usiadł za kierownicą i odpalił. Wyjechał z parkingu, jednak zamiast skręcić w swoją ulicę, podjechał pod przystanek, zatrzymując się tuż z lekka przemoczonej pielęgniarce. Otworzył okno i wychylił się lekko, aby go dostrzegła. — Wsiadaj — rzucił. Widząc jej zawahanie, dodał jeszcze: Zanim ten autobus przyjedzie to zdążysz tu cała przemoknąć. — Może i było lato, jednak deszcz i rwący wiatr przypominały raczej jesienne klimaty. — Jak się rozchorujesz to ciężko ci będzie pomagać innym.
Iris Valentine
Teraz wyglądało to z lekka inaczej. Wstawał, później sprawdzał czy syn jeszcze spał. Jeżeli ten mały szatan otworzył już oczy, to na barki Hendersona spadało jego ogarnięcie. Na szczęście, dzieciak bardziej od najnowszych odcinków Psiego Patrolu uwielbiał spać, więc zazwyczaj Jesse miał jeszcze chwile dla siebie. Kawa. Szybka przebieżka, o ile oczywiście noga na to pozwoliła – jak nie, to chociaż spacer w szybszym tempie. Śniadanie i druga kawa. Potem ogarnięcie młodego do przedszkola, a następnie siebie. Wycieczka najpierw do przedszkola, później do jednostki. Po służbie znowu do przedszkola, do domu na obiad. Chwila z dzieckiem, by później udać się na rehabilitację. I tak dzień w dzień. Czasami jeszcze wciskał gdzieś terapię, o ile czuł się na siłach. Nie męczyła go rutyna. Męczyła go ta rutyna. Nic jednak nie mówił, nie skarżył się, akceptując poniekąd takie życie, a raczej fakt, że sam do tego doprowadził. Gdyby był mniej brawurowy, może nie doszłoby do wypadku, przez którego wynik musieli go ściągnąć i przez który dalej był w małżeństwie. Gdyby nie próbował ratować związku i nie zdecydował się na dziecko, teraz nic by go z Sage nie trzymało. Gdyby bardziej się starał, może Iris nie zostawiłaby go wtedy z dnia na dzień bez słowa i uwzględniła go w swoich planach – może teraz byłoby między nimi coś więcej niż zwykłe „koleżeńskie” relacje.
Widywali się co jakiś czas w szpitalu, gdzie Jesse odbywał rehabilitację. Czasem zagadał Henderson, czasami przyjemność ta przypadała dziewczynie – i rozmawiali tak, jakby znali się jedynie z widzenia. O pogodzie, o szpitalu, o głupich dojazdach czy kanadyjskich zwyczajach, do których żołnierz jeszcze nie zdążył się przyzwyczaić. Dla Jesse’a było to nietypowe, czasami może mniej komfortowe, jednak powoli oswajał się z myślą, że to, co między nimi było już dawno się skończyło i tak poprawnie powinny ich stosunki wyglądać, jeżeli jakiekolwiek chciał z nią mieć. A chciał i nawet nie zdawał sobie sprawy jak bardzo. Zauważył, że pewne obiekcje jednak, co do tego ma w momentach, w których ukradkiem widywał ją w towarzystwie jednego, cały czas tego samego faceta. Nie chciał nazywać tego zazdrością, jednak coś na to podobieństwo budziło się w nim widząc jak sobie z nim żartuje, śmieje się czy po prostu rozmawia – tak jak niegdyś z nim. Próbował te uczucia ignorować, chociaż łatwo nie było i miał nadzieję, że nie było tego po nim aż tak widać. Nie miał w końcu podświadomie, aby jakieś wyrzuty jej z tego powodu robić, a że jemu głowa i serce plątały takie figle już nie powinno być problemem Iris.
W dni, w które miał terapię, na rehabilitację umawiał się na późniejszą godzinę, żeby na spokojnie dostrzec z punktu A do punktu B, co w godzinach szczytu takie łatwe nie było czasami. Szczególnie, gdy pogoda nie dopisywała – wówczas ludzie zapominali jak się jeździ, co widać było na drogach tego dnia. Spoźnił się chwilę do rehabilitanta, jednak na nic to nie wpłynęło, gdyż od rana było lekkie przesunięcie. Odbębnił swoje, wykonując polecenia i słuchając zaleceń, które miały przywrócić go do pełnej sprawności. Na razie nie wiedział, czy faktycznie jest poprawa czy sam ja sobie wmawia, ale fakt był taki, że odrobinę mniej bolała go noga po bieganiu, czasami nawet wcale. Podziękował uprzejmie lekarzowi po ponad godzinie ćwiczeń i ruszył w stronę parkingu, by wrócić do domu. Było ciemno, deszczowo i ogólnie nieprzyjemnie. Po prostu idealny dzień do spędzenia w domu.
Wyszedł z budynku szpitala i już miał ruszać w kierunku parkingu, kiedy to dostrzegł na przystanku Iris. Skupiona była na tabeli odjazdów, z której ewidentnie próbowała coś wyczytać. I Jesse powinien ten fakt kompletnie zignorować, uznać, że jej nie widział i wrócić do domu. Do żony i syna.
Wrócił więc do auta, usiadł za kierownicą i odpalił. Wyjechał z parkingu, jednak zamiast skręcić w swoją ulicę, podjechał pod przystanek, zatrzymując się tuż z lekka przemoczonej pielęgniarce. Otworzył okno i wychylił się lekko, aby go dostrzegła. — Wsiadaj — rzucił. Widząc jej zawahanie, dodał jeszcze: Zanim ten autobus przyjedzie to zdążysz tu cała przemoknąć. — Może i było lato, jednak deszcz i rwący wiatr przypominały raczej jesienne klimaty. — Jak się rozchorujesz to ciężko ci będzie pomagać innym.
Iris Valentine