like nothing matters
: sob sie 01, 2026 12:28 am
W świecie, w którym Lazare dorastał, i z błękitnookiego chłopca o dużym potencjale i jeszcze większej potrzebie bezwarunkowej miłości zmieniał się stopniowo w wyrachowanego, ale niepozbawionego uroku osobistego, młodego mężczyznę, plotki były najsilniejszą walutą - i to taką, której źródło nigdy nie wysychało. Pieniądze były ważne, jasne, ale równie istotne - a czasem nawet i cenniejsze - bywały informacje, kontakty, znajomości i pogłoski. To właśnie je przecież, skuteczniej niż monety i banknoty, dawało się wykorzystać na najróżniejsze sposoby. Czasem po to, żeby utorować sobie drogę na sam szczyt. Innym razem - żeby z tego szczytu kogoś zepchnąć (jednym, zgrabnie ujawnionym skandalem).
Lazare niemal od zawsze miał dostęp do obydwu tych cennych zasobów. Nie brakowało mu wszak ani pieniędzy, ani ogłady w towarzystwie, w której najważniejsze nowiny wymieniało się szeptem. Przez całe lata życia nie musiał zastanawiać się nad cenami, zamawiając zawsze po prostu to, na co miał ochotę (chyba, że nie pozwalała mu akurat jakaś drakońska, przedolimpijska dieta), zostawiając napiwki większe od przeciętnej dniówki i podpisując kolejne rachunki z tą samą obojętnością, z jaką inni podpisywali kartki świąteczne dla tych najdalszych kuzynów. Wszak kiedy świat uważa Cię za mistrza olimpijskiego, doklejając Twoją twarz do licznych kampanii reklamowych i nazwisko do ekskluzywnych produktów rozchodzących się jak świeże bułeczki, pieniądze stają się czymś kompletnie abstrakcyjnym. Zawsze obecnym, nigdy niewyczerpanym. Jak powietrze. I o dziwo dopiero kiedy zaczęło ich ubywać, zrozumiał, że powietrze także może się kiedyś skończyć.
Nie, nie oznaczało to jeszcze kompletnej katastrofy. Lazare nadal nosił świetnie skrojone marynarki. Nadal pachniał perfumami kosztującymi więcej niż miesięczny czynsz dwóch trzecich miasta. Nadal potrafił wejść do eleganckiego lokalu z tą samąwyniosłą manierą, która w mig przekonywała ludzi, że wszystko w jego życiu wciąż znajduje się dokładnie tam, gdzie powinno. Problem leżał jedynie w tym, że im dłużej trwał ten spektakl, tym bardziej blondyn miał wrażenie, że gra już wyłącznie dla pustej widowni.
I tu właśnie pojawiał się ten drugi zasób, ten który nie miał fizycznej formy, a jednak potrafił rozpoczynać i kończyć kariery, burzyć przyjaźnie, łamać serca, ale także z dzieciaków bez dobrze brzmiącego nazwiska w jeden sezon zrobić czasem milionerów. Kontakty. Układy. Pogłoski. Ostatnia deska ratunku, dla tych, którzy albo nigdy niczego nie mieli, albo wszystko już stracili. I dla takich jak on: samotnych, zranionych, i przepełnionych gniewem, którego mimo wielu prób jakoś nie da się nanikim niczym wyładować.
Na tym etapie sam już nie pamiętał, dlaczego parę dni wcześniej Alfie Bloom w ogóle przyszedł mu do głowy, pojawiając się jak cień albo zjawa - chwilę wcześniej wcale go nie było, a moment później nagle wypełniał swoją postacią całą jaźń łyżwiarza. Odnalezienie go wcale nie było trudne - nie nawet przez profil na Instagramie, który Lazare starał się ignorować, jakby wodzenie wzrokiem za smukłą sylwetką młodego modela było największą możliwą ujmą na jego honorze - a za sprawą znajomych, którym wystarczało szepnąć na ucho jakieś pojedyncze, sugestywne pytanie.
Pół godziny później Moreau już wiedział, gdzie w ostatnich miesiącach Bloom zagląda regularnie.
Nigdy nie podali sobie ręki. Nigdy nie wymienili się nazwiskami. Jeśli w ogóle, Lazare pamiętał, że zamienili ze sobą parę przypadkowych sentencji, kiedyś, kiedyś, za mgłą alkoholowego upojenia. Alfie był jedną z tych przystojnych, ale w gruncie rzeczy mdławych twarzy przewijających się przez bankiety, premiery i wydarzenia, na które zapraszano Lazare dopóki nie zasabotował całej swojej kariery; jedną z tych zbyt smukłych, zbyt zadbanych sylwetek, uwieszonych na ramieniu starszych, zamożniejszych mężczyzn na którymś z kolei afterparty. Jednym z tych pięknych chłopców, którzy szczęścia i uporu mieli e w i d e n t n i e więcej, niż talentu.
Gdyby Lazare chciał być z samym sobą szczery, musiałby przyznać, że w zasadzie wcale aż tak bardzo się od siebie nawzajem nie różnili (jeden sprzedawał swoje zdjęcia; drugi sprzedawał swoją krew, pot i łzy; obydwaj sprzedawali własne ciała sponsorom). Ale dzisiaj nie miał ochoty na szczerość. Miał ochotę wyłącznie na seks i tę ciszę, która ogarniała go wyłącznie wówczas, gdy wyładował na kimś złość, z jaką sam nie potrafił sobie poradzić.
Kiedy wszedł do środka, lokal tonął już w miękkim, niskim świetle lamp zawieszonych nad barem. W powietrzu, zapach drogich kosmetyków mieszał się z wonią alkoholu i potu ludzi, którzy nigdy tak naprawdę nie musieli parać się prawdziwą pracą. W morzu drogich materiałów i perfekcyjnie ułożonych włosów, w teorii niełatwo powinno było znaleźć kolejnego z rzędu, atrakcyjnego młodzieńca, a jednak Lazare odnalazł go niemal od razu. Siedzącego przy jednym ze stolików w nieco odleglejszym kącie, w objęciach welurowej kanapy, i w - przypadkowym? - towarzystwie sporo starszego mężczyzny, który mógł być, przynajmniej w teorii, jego ojcem, albo kochankiem, albo kimś kompletnie obcym. Swoboda, z jaką Bloom poruszał się sięgając po kieliszek, wydawała się Lazare niemal prowokacyjna. I wkurwiająca, choć nie potrafił powiedzieć dlaczego.
Może dlatego, że od miesięcy nie pamiętał już, kiedy ostatni raz sam uśmiechał się równie lekko.
Nie zastanawiał się długo. Nie był nawet pewien, czy wypił tego wieczoru wystarczająco dużo, żeby móc zwalić własną bezczelność na alkohol, czy po prostu naprawdę było mu już absolutnie wszystko jedno. Przeciął tłum jak strzała prąca w stronę tarczy, jak piorun w locie do drzewa, które zaraz rozpłata na dwie żałosne połowy, podchodząc bez uśmiechu, bez kurtuazji i bez powitania. Nie przedstawił siębo nie musiał?. Nie zapytał, czy przeszkadza.
Z kieszeni doskonale skrojonych spodni, wyciągnął po prostu wąski, skórzany portfel; cień jego zwyczajowej, dawnej ostentacji błysnął na moment w ruchu jego dłoni, choć sam portfel nie był już tak ciężki, jak bywał co wieczór raptem kilka lat wcześniej.
Zastygł nad Alfiem i tym drugim mężczyzną, kompletnie ignorując jego pytające spojrzenie. Wzrok skoncentrował wyłącznie na blondynie. Bez uśmiechu, ale i bez jakiejkolwiek dwuznaczności, która pozostawiłaby jakąś przestrzeń na domysły, albo na romantyzm.
- Jesteś dzisiaj wolny? - Zapytał po prostu. Jakby wypowiadał najbardziej oczywistą propozycję świata. I jakby naprawdę wierzył, że nie da mu się teraz odmówić.
Alfie Bloom
Lazare niemal od zawsze miał dostęp do obydwu tych cennych zasobów. Nie brakowało mu wszak ani pieniędzy, ani ogłady w towarzystwie, w której najważniejsze nowiny wymieniało się szeptem. Przez całe lata życia nie musiał zastanawiać się nad cenami, zamawiając zawsze po prostu to, na co miał ochotę (chyba, że nie pozwalała mu akurat jakaś drakońska, przedolimpijska dieta), zostawiając napiwki większe od przeciętnej dniówki i podpisując kolejne rachunki z tą samą obojętnością, z jaką inni podpisywali kartki świąteczne dla tych najdalszych kuzynów. Wszak kiedy świat uważa Cię za mistrza olimpijskiego, doklejając Twoją twarz do licznych kampanii reklamowych i nazwisko do ekskluzywnych produktów rozchodzących się jak świeże bułeczki, pieniądze stają się czymś kompletnie abstrakcyjnym. Zawsze obecnym, nigdy niewyczerpanym. Jak powietrze. I o dziwo dopiero kiedy zaczęło ich ubywać, zrozumiał, że powietrze także może się kiedyś skończyć.
Nie, nie oznaczało to jeszcze kompletnej katastrofy. Lazare nadal nosił świetnie skrojone marynarki. Nadal pachniał perfumami kosztującymi więcej niż miesięczny czynsz dwóch trzecich miasta. Nadal potrafił wejść do eleganckiego lokalu z tą samą
I tu właśnie pojawiał się ten drugi zasób, ten który nie miał fizycznej formy, a jednak potrafił rozpoczynać i kończyć kariery, burzyć przyjaźnie, łamać serca, ale także z dzieciaków bez dobrze brzmiącego nazwiska w jeden sezon zrobić czasem milionerów. Kontakty. Układy. Pogłoski. Ostatnia deska ratunku, dla tych, którzy albo nigdy niczego nie mieli, albo wszystko już stracili. I dla takich jak on: samotnych, zranionych, i przepełnionych gniewem, którego mimo wielu prób jakoś nie da się na
Na tym etapie sam już nie pamiętał, dlaczego parę dni wcześniej Alfie Bloom w ogóle przyszedł mu do głowy, pojawiając się jak cień albo zjawa - chwilę wcześniej wcale go nie było, a moment później nagle wypełniał swoją postacią całą jaźń łyżwiarza. Odnalezienie go wcale nie było trudne - nie nawet przez profil na Instagramie, który Lazare starał się ignorować, jakby wodzenie wzrokiem za smukłą sylwetką młodego modela było największą możliwą ujmą na jego honorze - a za sprawą znajomych, którym wystarczało szepnąć na ucho jakieś pojedyncze, sugestywne pytanie.
Pół godziny później Moreau już wiedział, gdzie w ostatnich miesiącach Bloom zagląda regularnie.
Nigdy nie podali sobie ręki. Nigdy nie wymienili się nazwiskami. Jeśli w ogóle, Lazare pamiętał, że zamienili ze sobą parę przypadkowych sentencji, kiedyś, kiedyś, za mgłą alkoholowego upojenia. Alfie był jedną z tych przystojnych, ale w gruncie rzeczy mdławych twarzy przewijających się przez bankiety, premiery i wydarzenia, na które zapraszano Lazare dopóki nie zasabotował całej swojej kariery; jedną z tych zbyt smukłych, zbyt zadbanych sylwetek, uwieszonych na ramieniu starszych, zamożniejszych mężczyzn na którymś z kolei afterparty. Jednym z tych pięknych chłopców, którzy szczęścia i uporu mieli e w i d e n t n i e więcej, niż talentu.
Gdyby Lazare chciał być z samym sobą szczery, musiałby przyznać, że w zasadzie wcale aż tak bardzo się od siebie nawzajem nie różnili (jeden sprzedawał swoje zdjęcia; drugi sprzedawał swoją krew, pot i łzy; obydwaj sprzedawali własne ciała sponsorom). Ale dzisiaj nie miał ochoty na szczerość. Miał ochotę wyłącznie na seks i tę ciszę, która ogarniała go wyłącznie wówczas, gdy wyładował na kimś złość, z jaką sam nie potrafił sobie poradzić.
Kiedy wszedł do środka, lokal tonął już w miękkim, niskim świetle lamp zawieszonych nad barem. W powietrzu, zapach drogich kosmetyków mieszał się z wonią alkoholu i potu ludzi, którzy nigdy tak naprawdę nie musieli parać się prawdziwą pracą. W morzu drogich materiałów i perfekcyjnie ułożonych włosów, w teorii niełatwo powinno było znaleźć kolejnego z rzędu, atrakcyjnego młodzieńca, a jednak Lazare odnalazł go niemal od razu. Siedzącego przy jednym ze stolików w nieco odleglejszym kącie, w objęciach welurowej kanapy, i w - przypadkowym? - towarzystwie sporo starszego mężczyzny, który mógł być, przynajmniej w teorii, jego ojcem, albo kochankiem, albo kimś kompletnie obcym. Swoboda, z jaką Bloom poruszał się sięgając po kieliszek, wydawała się Lazare niemal prowokacyjna. I wkurwiająca, choć nie potrafił powiedzieć dlaczego.
Może dlatego, że od miesięcy nie pamiętał już, kiedy ostatni raz sam uśmiechał się równie lekko.
Nie zastanawiał się długo. Nie był nawet pewien, czy wypił tego wieczoru wystarczająco dużo, żeby móc zwalić własną bezczelność na alkohol, czy po prostu naprawdę było mu już absolutnie wszystko jedno. Przeciął tłum jak strzała prąca w stronę tarczy, jak piorun w locie do drzewa, które zaraz rozpłata na dwie żałosne połowy, podchodząc bez uśmiechu, bez kurtuazji i bez powitania. Nie przedstawił się
Z kieszeni doskonale skrojonych spodni, wyciągnął po prostu wąski, skórzany portfel; cień jego zwyczajowej, dawnej ostentacji błysnął na moment w ruchu jego dłoni, choć sam portfel nie był już tak ciężki, jak bywał co wieczór raptem kilka lat wcześniej.
Zastygł nad Alfiem i tym drugim mężczyzną, kompletnie ignorując jego pytające spojrzenie. Wzrok skoncentrował wyłącznie na blondynie. Bez uśmiechu, ale i bez jakiejkolwiek dwuznaczności, która pozostawiłaby jakąś przestrzeń na domysły, albo na romantyzm.
- Jesteś dzisiaj wolny? - Zapytał po prostu. Jakby wypowiadał najbardziej oczywistą propozycję świata. I jakby naprawdę wierzył, że nie da mu się teraz odmówić.
Alfie Bloom