here I am, wanting to meet you again
: czw sie 06, 2026 10:48 pm
009.
Cisza, wetknięta w wąskie alejki ogrodów, dumnie jaskrawa w kontraście do ulicznego zgiełku parę przecznic dalej, stanowiła największy atut tego miejsca. Choć Allan Gardens mieściło się prawie w centrum Toronto, zaprojektowano je z myślą o odpoczynku i stworzeniu zielonej oazy dla mieszczuchów. Jayce nie bez powodu na miejsce spotkania z Ayaanem wybrał właśnie tę miejscówkę – jako jedna z nielicznych w mieście pozostawała kameralna i jednocześnie całkowicie dostępna dla przypadkowych osób. W każdej chwili mogli się tutaj pojawić, a także stąd ulotnić, gdyby tylko chcieli.
Tymczasem, nieznużenie, promienie słońca opadały uparcie ku spacerowiczom. Dotykały krótkim błyskiem światła ich różnorodne w kolorach oczy lub przyozdabiały bladość skóry przechodniów. Na tle amerykańskich domatorów, cera Jayce'a wręcz opalizowała ciepłem i zdrowiem – ciemniejsza w kolorycie, żywa, bez wątpienia wskazywała na australijskie korzenie i na uwielbienie natury. Byrne lubił przebywać na powietrzu, a najbardziej... lubił stan, w którym powietrze docierało do niego subtelnie, muskało jego korpus i muskularne ramiona. Dziś również, zaraz przy wejściu do oranżerii, czuł przyjemny podmuch wiatru: prąd powietrza z wezbraną w nim wilgocią na wskroś przenikał jego cienką koszulkę i rozgrzaną słońcem skórę. Niedługo też wrażenie to zmieniło się w formę wycieczki przyrodniczej, gdy w nozdrza uderzyła go woń zachodnich kwiatów i roślinności – ta specyficzna mieszanka egzotycznej rześkości.
Odetchnął głęboko, ruszając chętnie przed siebie.
Droga do umówionej ławki nie była ani kręta, ani długa, wystarczyło przejść główną drogą obok najbardziej obfitej w kwiaty części oranżerii, minąć sztucznie posadzoną tu sadzawkę z fontanną i wejść w wąską, poboczną alejkę. Cienie, mnożące się za sprawą bujnych, roślinnych liści, pokrywały tu częściowo przestrzeń, osadzając się łatami na twarzy i ubraniu Jayce'a, a także, utrudniając mu rozpoznanie dawno już niewidzianego znajomego.
Gdyby nie to, że Ayaan siedział na ławce sam, w odosobnieniu, przez chwilę miałby wątpliwość, czy dobrze trafił. Sylwetka młodszego mężczyzny była bowiem zwrócona tyłem do niego. Kolor jego włosów, a także wysokość ciała wyglądały wprawdzie znajomo, ale pozostała reszta... cóż, można było rzecz, że została smagnięta przez czas.
Młody chłopak, jakim go zapamiętał, dziś był już mężczyzną, a szerokość jego ramion nabrała większej rozpiętości, choć wciąż nie mógł na tym polu konkurować z Jaycem.
Uśmiechnął się na samą myśl o tym, chętnie i pewnie zachodząc Ayaana od tyłu.
Nie był w tym ruchu niespokojny, czy natrętny, palce Byrne'a zacisnęły się szeroko na deskach ławki po obu stronach męskich ramion, a on sam nachylił się w kierunku kolegi, wdmuchując między jego pasma włosów ciepły oddech. W ostatniej sekundzie zmienił jego trajektorię, pozostawiając usta w pobliżu jego ucha:
— To jak z tymi bazami...? Posunąłeś się dalej, niż do drugiej? — szepnął prowokacyjnie w jego kierunku w zamian za powitanie, dosuwając dłonie do ramion Ayaana, by jedną z nich potrzeć o jego skórę (nie)umyślnie.
Ayaan Malviya