devil in your eyes
: sob sie 08, 2026 11:43 am
klik
Pisali od miesiąca.
O tym, że robienie zakupów w hipermarketach to masochizm (ten bez przyjemności), o artystycznej wartości dzieł współczesnej kinematografii (Toy Story 5), prześcieradłach w zmowie, by nigdy nie dać się złożyć. Były senne "dzień dobry", nie było "dobranoc", bo oboje nocami ślęczeli nad zagadkami ukrytymi w linijkach kodu. Nie wiedziała kim jest; on nie wiedział, kim jest ona. Nie wymienili się danymi ani zdjęciami, dopóki... Pierwszy nie zaproponował jej spotkania.
Od tygodnia nie mogła znaleźć sobie miejsca - podekscytowana i przestraszona. Spotkanie w realu mogło być początkiem spełnienia jej marzeń, albo końcem (życia - jeśli okaże się seryjnym mordercą; życia uczuciowego - jeśli okaże się dupkiem) wszystkiego. Gdy wreszcie przyszła pora szykowania na spotkanie, Bobbie przerzuciła w panice całą zawartość swojej kawalerki i przyznała rację wszystkim kobietom w historii świata: nie ma się w co ubrać.
Ale to nie był jej największy problem.
Po godzinie spędzonej w pozycji krewetki przy słabo oświetlonym lustrze w łazience, Bobbie wiedziała, że nie wygra pojedynku z soczewkami. Okulary zaś byłyby tym elementem, który przekreślił szansę na żyli długo i szczęśliwie, więc musiała je wykluczyć na wstępie.
I tak, z małym opakowaniem w dłoni, pobiegła do drzwi po drugiej stronie korytarza. Wiedziała, że w drzwiach po lewej mieszka babcia z parkinsonem, więc jej nie pomoże - w drzwiach po prawej zaś rodzina z małymi dziećmi, która zaciukałaby ją nogą od krzesła za używanie domofonu po godzinie osiemnastej.
Musiała więc zaryzykować drzwiami, za którymi krył się nowy sąsiad. Nie widziała go jeszcze, nie zdążyła się przedstawić - słyszała tylko chaos przenoszonych kartonów i klucz obracany w zamku o nieregularnych porach. Oby jej nie zawiódł. Wszak tej nocy miała poznać swojego męża.
O ironio.
Pukała uparcie. Minutę, drugą, siódmą - tak długo, jak trzeba było, żeby tajemniczy lokator zwlókł cztery litery i nacisnął klamkę. Wówczas nie traciła czasu na wyjaśnienia.
— Pomocy — wpadła do mieszkania jak do siebie; jak huragan, który nie pytał o pozwolenie i rozgaszczał tam, gdzie akurat prowadził go impuls. Nie bez powodu nadawano im zresztą kobiece imiona... — Musisz mi je włożyć. Teraz, natychmiast! — wcisnęła chłopakowi w dłonie to przeklęte narzędzie wzroku. — No nie patrz tak na mnie! Masz palce, ja mam oczy, matematycznie mamy relatywnie wysokie szanse na powodzenie — sapnęła; w pośpiechu, w panice, w ogólnym chaosie, który rumienił jej policzki i nakazywał ponaglanie nieznajomego w tej absurdalnej sytuacji. Tak, jakby absurdalną wcale nie była.
Przecież nie było to takie głupie - Bobbie miała problem, a on był rozwiązaniem jej problemu. Wystarczyły tylko chęci.
Usiadła zatem na pierwszym lepszym stołku, głowę odchyliła do tyłu jak podczas badania lekarskiego, a dłonią przytrzymała powiekę by te wyłupiaste oczy jeszcze lepiej wyeksponować do zabiegu. Wyglądało to na pewno komicznie, ale to była kobieta zdeterminowana i podchodziła do sprawy bardzo poważnie. — Tylko nie wydłub mi oka — bąknęła stanowczo. — Muszę dzisiaj ładnie wyglądać.
Bo właśnie to było problemem: atrakcyjność w oczach internetowej miłostki, nie potencjalna ślepota.
Priorytety.
wesley austen
Pisali od miesiąca.
O tym, że robienie zakupów w hipermarketach to masochizm (ten bez przyjemności), o artystycznej wartości dzieł współczesnej kinematografii (Toy Story 5), prześcieradłach w zmowie, by nigdy nie dać się złożyć. Były senne "dzień dobry", nie było "dobranoc", bo oboje nocami ślęczeli nad zagadkami ukrytymi w linijkach kodu. Nie wiedziała kim jest; on nie wiedział, kim jest ona. Nie wymienili się danymi ani zdjęciami, dopóki... Pierwszy nie zaproponował jej spotkania.
Od tygodnia nie mogła znaleźć sobie miejsca - podekscytowana i przestraszona. Spotkanie w realu mogło być początkiem spełnienia jej marzeń, albo końcem (życia - jeśli okaże się seryjnym mordercą; życia uczuciowego - jeśli okaże się dupkiem) wszystkiego. Gdy wreszcie przyszła pora szykowania na spotkanie, Bobbie przerzuciła w panice całą zawartość swojej kawalerki i przyznała rację wszystkim kobietom w historii świata: nie ma się w co ubrać.
Ale to nie był jej największy problem.
Po godzinie spędzonej w pozycji krewetki przy słabo oświetlonym lustrze w łazience, Bobbie wiedziała, że nie wygra pojedynku z soczewkami. Okulary zaś byłyby tym elementem, który przekreślił szansę na żyli długo i szczęśliwie, więc musiała je wykluczyć na wstępie.
I tak, z małym opakowaniem w dłoni, pobiegła do drzwi po drugiej stronie korytarza. Wiedziała, że w drzwiach po lewej mieszka babcia z parkinsonem, więc jej nie pomoże - w drzwiach po prawej zaś rodzina z małymi dziećmi, która zaciukałaby ją nogą od krzesła za używanie domofonu po godzinie osiemnastej.
Musiała więc zaryzykować drzwiami, za którymi krył się nowy sąsiad. Nie widziała go jeszcze, nie zdążyła się przedstawić - słyszała tylko chaos przenoszonych kartonów i klucz obracany w zamku o nieregularnych porach. Oby jej nie zawiódł. Wszak tej nocy miała poznać swojego męża.
Pukała uparcie. Minutę, drugą, siódmą - tak długo, jak trzeba było, żeby tajemniczy lokator zwlókł cztery litery i nacisnął klamkę. Wówczas nie traciła czasu na wyjaśnienia.
— Pomocy — wpadła do mieszkania jak do siebie; jak huragan, który nie pytał o pozwolenie i rozgaszczał tam, gdzie akurat prowadził go impuls. Nie bez powodu nadawano im zresztą kobiece imiona... — Musisz mi je włożyć. Teraz, natychmiast! — wcisnęła chłopakowi w dłonie to przeklęte narzędzie wzroku. — No nie patrz tak na mnie! Masz palce, ja mam oczy, matematycznie mamy relatywnie wysokie szanse na powodzenie — sapnęła; w pośpiechu, w panice, w ogólnym chaosie, który rumienił jej policzki i nakazywał ponaglanie nieznajomego w tej absurdalnej sytuacji. Tak, jakby absurdalną wcale nie była.
Przecież nie było to takie głupie - Bobbie miała problem, a on był rozwiązaniem jej problemu. Wystarczyły tylko chęci.
Usiadła zatem na pierwszym lepszym stołku, głowę odchyliła do tyłu jak podczas badania lekarskiego, a dłonią przytrzymała powiekę by te wyłupiaste oczy jeszcze lepiej wyeksponować do zabiegu. Wyglądało to na pewno komicznie, ale to była kobieta zdeterminowana i podchodziła do sprawy bardzo poważnie. — Tylko nie wydłub mi oka — bąknęła stanowczo. — Muszę dzisiaj ładnie wyglądać.
Bo właśnie to było problemem: atrakcyjność w oczach internetowej miłostki, nie potencjalna ślepota.
Priorytety.
wesley austen