ODPOWIEDZ
23 y/o
For good luck!
160 cm
security researcher
Awatar użytkownika
I know that dress is karma, perfume regret
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona / jej
typ narracji1 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

klik

Pisali od miesiąca.
O tym, że robienie zakupów w hipermarketach to masochizm (ten bez przyjemności), o artystycznej wartości dzieł współczesnej kinematografii (Toy Story 5), prześcieradłach w zmowie, by nigdy nie dać się złożyć. Były senne "dzień dobry", nie było "dobranoc", bo oboje nocami ślęczeli nad zagadkami ukrytymi w linijkach kodu. Nie wiedziała kim jest; on nie wiedział, kim jest ona. Nie wymienili się danymi ani zdjęciami, dopóki... Pierwszy nie zaproponował jej spotkania.
Od tygodnia nie mogła znaleźć sobie miejsca - podekscytowana i przestraszona. Spotkanie w realu mogło być początkiem spełnienia jej marzeń, albo końcem (życia - jeśli okaże się seryjnym mordercą; życia uczuciowego - jeśli okaże się dupkiem) wszystkiego. Gdy wreszcie przyszła pora szykowania na spotkanie, Bobbie przerzuciła w panice całą zawartość swojej kawalerki i przyznała rację wszystkim kobietom w historii świata: nie ma się w co ubrać.
Ale to nie był jej największy problem.
Po godzinie spędzonej w pozycji krewetki przy słabo oświetlonym lustrze w łazience, Bobbie wiedziała, że nie wygra pojedynku z soczewkami. Okulary zaś byłyby tym elementem, który przekreślił szansę na żyli długo i szczęśliwie, więc musiała je wykluczyć na wstępie.
I tak, z małym opakowaniem w dłoni, pobiegła do drzwi po drugiej stronie korytarza. Wiedziała, że w drzwiach po lewej mieszka babcia z parkinsonem, więc jej nie pomoże - w drzwiach po prawej zaś rodzina z małymi dziećmi, która zaciukałaby ją nogą od krzesła za używanie domofonu po godzinie osiemnastej.
Musiała więc zaryzykować drzwiami, za którymi krył się nowy sąsiad. Nie widziała go jeszcze, nie zdążyła się przedstawić - słyszała tylko chaos przenoszonych kartonów i klucz obracany w zamku o nieregularnych porach. Oby jej nie zawiódł. Wszak tej nocy miała poznać swojego męża.
O ironio.
Pukała uparcie. Minutę, drugą, siódmą - tak długo, jak trzeba było, żeby tajemniczy lokator zwlókł cztery litery i nacisnął klamkę. Wówczas nie traciła czasu na wyjaśnienia.
Pomocy — wpadła do mieszkania jak do siebie; jak huragan, który nie pytał o pozwolenie i rozgaszczał tam, gdzie akurat prowadził go impuls. Nie bez powodu nadawano im zresztą kobiece imiona... — Musisz mi je włożyć. Teraz, natychmiast! — wcisnęła chłopakowi w dłonie to przeklęte narzędzie wzroku. — No nie patrz tak na mnie! Masz palce, ja mam oczy, matematycznie mamy relatywnie wysokie szanse na powodzenie — sapnęła; w pośpiechu, w panice, w ogólnym chaosie, który rumienił jej policzki i nakazywał ponaglanie nieznajomego w tej absurdalnej sytuacji. Tak, jakby absurdalną wcale nie była.
Przecież nie było to takie głupie - Bobbie miała problem, a on był rozwiązaniem jej problemu. Wystarczyły tylko chęci.
Usiadła zatem na pierwszym lepszym stołku, głowę odchyliła do tyłu jak podczas badania lekarskiego, a dłonią przytrzymała powiekę by te wyłupiaste oczy jeszcze lepiej wyeksponować do zabiegu. Wyglądało to na pewno komicznie, ale to była kobieta zdeterminowana i podchodziła do sprawy bardzo poważnie. — Tylko nie wydłub mi oka — bąknęła stanowczo. — Muszę dzisiaj ładnie wyglądać.
Bo właśnie to było problemem: atrakcyjność w oczach internetowej miłostki, nie potencjalna ślepota.
Priorytety.

wesley austen
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
dallas major
AI
29 y/o
For good luck!
187 cm
aktorzyna od siedmiu boleści
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Ostatnimi czasy nie było dobrze. Wszystko, co tylko mogło nie wyjść - po prostu nie wychodziło i Winston miał wrażenie, że osiągnięte do tej pory sukcesy były niedaleko od zaprzepaszczenia.

Butelka irlandzkiego piwa patrzyła się na niego z drugiego końca kuchni. Lubił takie i właśnie przez to, tym ciężej było mu wyrzucić alkohol, którego robotnicy wnoszący jego kartony z rzeczami zapomnieli wypić albo zabrać. Nie pił jakieś dwa tygodnie. Jak na niego, był to bardzo dobry wynik, biorąc pod uwagę, że jego cug trwał ostatnio przeszło miesiąc i przez niego wyrzucony został z mieszkania własnej siostry. Ona sama nie była do tego przekonana, jednak jej partner wyraźnie zakomunikował warunki, których Bear nie był w stanie spełnić - czyli być trzeźwym albo przynajmniej nie robić rozrób, przez które pół nocy młoda para miała zarwaną. Może gdyby jeszcze Nora aż tak nie angażowała się w próby jego wyleczenia, a jednak. Szwagrowi chyba najbardziej przeszkadzała uwaga, jaką siostra poświęcała starszemu bratu. I takim też sposobem Win został wyrzucony z okupowanej przez siebie kanapy i zmuszony znalezienia własnego kąta. Planował wrócić do Los Angeles, jednak Nora nie mogła na to pozwolić - wiedziała, czym by się to skończyło. Znalazła bratu jakieś mieszkanie i wynajęła, o czym oczywiście mężowi nie powiedziała, chcąc uniknąć zbędnego umoralniania i oceniania.

I w czasie, gdy Nora tak narażała dobro swojego małżeństwa przez brata, ten walczył z sobą - pić czy też nie pić. Od jednego piwa nie był w stanie upić się do nieprzytomności, aczkolwiek w przypadku Cavendisha było pewne, że na jednym by się nie skończyło. Szybko znalazłby powód, żeby wyjść na miasto i zalać się w przysłowiowego trupa, a obiecał siostrze i sobie, że naprawdę już z tym skończy.

Czego jednak jej oczy nie widziały . . . zastanawiał się, a przerwał mu to dzwonek do drzwi. O tej godzinie siostry się nie spodziewał, dlatego przyjął, że ktoś po prostu pomylił drzwi. Wziął do ręki butelkę. Wątpił, że Nora zapewniłaby mu otwieracz, jednak nie szkodziło sprawdzić. Podszedł do szafki i otworzył ją do dźwięków pukania do drzwi. Może to jednak nie była pomyłka? W szufladzie otwieracza nie zastał, lecz Winston głupi i niedoświadczony nie był. Różne imprezy i wyjścia nauczyły go paru sztuczek. Chwycił więc za nóż. Ustawił odpowiednio butelkę i już miał się zamachnąć, jednak wytrącił go z równowagi ponowny dzwonek do drzwi. Westchnął dość głośno, trochę chyba nawet rozeźlony. Odłożył butelkę na blat i przeszedł na korytarz. Nawet nie kłopotał się, aby wyglądać przez tak zwanego judasza. Nacisnął na klamkę, a drzwi wręcz same się otworzyły. Nim zdążył zorientować się, kto tak usilnie próbował zwrócić jego uwagę, ruda czupryna przemknęła pod jego nosem, wchodząc do mieszkania. — Co jest. . . — burknął, próbując zorientować się, co właśnie ma miejsce. Poczuł się z lekka zagubiony sytuacją. Powiódł za nią wzrokiem, wciąż stojąc przy drzwiach. Zaczęła coś mówić. Szybko, bardzo szybko. Miał wrażenie, że już był pijany, a przecież nie otworzył nawet tej butelki. Czy to już był ten poziom alkoholizmu? A może jednak wypił to piwo i wiele innych, przez co teraz miał takie zwidy? Takie rzeczy zdarzały mu się zazwyczaj po mocniejszym towarze, jednak w jego przypadku już wszystko było możliwe.

Wcisnęła mu coś w ręce. Zerknął na małe opakowanie soczewek, a następnie ponownie na nią. — Nie możesz założyć okularów? — zapytał, chociaż to zdecydowanie nie powinno być pierwsze pytanie do nieznajomej, która dosłownie znienacka wtargnęła mu do mieszkania. Zamknął w końcu drzwi do mieszkania i wolnym krokiem, podszedł do rudowłosej. Nie wiedział, co się działo. Może to był jakiś żart? Może gdzieś była kamera? Winston mógł się w sumie spodziewać wszystkiego, ale nie myślał zbyt wiele. Postanowił po prostu zagrać w to, co proponowała dziewczyna. — Nie masz zbyt dużych oczekiwań? — zapytał, szukając na opakowaniu jakiejś instrukcji obsługi. — Nie obiecuję — dodał, nie widząc tam żadnych wskazówek. Czyli musiał iść na żywioł. W tym akurat był nawet dobry. Wiele scen wykonał “na żywioł”, bo zwyczajnie zapomniał tekstu (albo był na takim kacu, że nie był w stanie nic sensownego powiedzieć, ale o to mniejsza).

Po co? — Zadał kolejne pytanie i w ty czasie otworzył opakowanie soczewek. — Chyba powinienem umyć do tego ręce, co nie? — Pytanie było retoryczne, bo domyślał się, że tak. Podszedł więc do zlewu w kuchni i odkręcił wodę.

bobbie bergmann
23 y/o
For good luck!
160 cm
security researcher
Awatar użytkownika
I know that dress is karma, perfume regret
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona / jej
typ narracji1 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Siedziała niecierpliwie na stołku i machała nogami. Jak dziecko, któremu mama kazała odkryć cierpienie karnego jeżyka, kiedy jemu tak bardzo spieszy się do spraw rangi najwyższej. Dalszej zabawy, mazania kredkami po ścianach i innych psikusów, które należało zrealizować bezzwłocznie.
Tylko facet mógłby zapytać o coś takiego — wywróciła oczami prychając. Okulary? Na randce? Może na tysięcznej, jak już obrączka na palcu i rozstępy na brzuchu, ale nigdy na pierwszej. — Wyglądałabym w nich jak chłopak, nie jak kobieta o której się marzy w samotne, długie wieczory. To chyba jasne: cel jest taki, żeby się spodobać - nie, żeby odstraszyć — nie sądziła, że przyjdzie jej to kiedykolwiek tłumaczyć. Okulary odebrałyby jej wszystkie, z trudem ciułane punkty urody. Skupiałyby na sobie całą uwagę i niszczyły wizerunek, który chciała utrzymać przed internetową fascynacją.
Moje oczekiwania są całkiem w porządku — rzuciła lekko, bez chwili zastanowienia. — Jeśli ty boisz się, że im nie sprostasz, to zupełnie inny temat — a problem leżał w jego kompetencjach, nie w opakowaniu soczewek. Bobbie jednak była przekonana, że nowy sąsiad poradzi sobie z tym wyzwaniem - bo musiał. Nikt inny na piętrze nie był dobrym wyborem, a Bergmann wystarczająco zdesperowana, by ryzykować obcym i jego brudnymi paluchami.
Okej, czystymi, bo poszedł umyć. Choć wcale nie sprawdzała, czy robił to dobrze - na długość jednego happy birthday i z choreografią znaną z plakatów czasu pandemii Covid-19.
O, piwo — zeskoczyła ze stołka tak, jakby gospodarz jej ten napój zaproponował. Bez chwili zawahania złapała w dłoń nóż i jak wprawiona w boju alkoholiczka otworzyła, by prędko upić łyk. — Niezłe. Możesz kupić więcej, wypiję następnym razem — w jej głowie następny raz nie był pytaniem czy, a kiedy. Wiadomym było, że oczaruje internetowego jegomościa na tyle, by zaprosił ją na drugą randkę. Wtedy będzie potrzebowała stałej pomocy z aplikacją soczewek, a sąsiad zostanie do tego oddelegowany jak pracownik oddziału ratunkowego szpitala. Tymczasem przechylała butelkę i z niepokojącą wprawą przełknęła pierwsze pół zawartości, nie robiąc ani jednej przerwy na oddech. Alkohol był jej potrzebny, żeby mniej stresować się wszystkim, co mogło pójść źle.
Wróciła na stołeczek.
Idę na randkę. Nie chcę go rozczarować. Jeszcze mnie nie widział. Boję się, że zobaczy mnie zza zakrętu, stwierdzi że mu się nie podobam i nawet nie da mi szansy pokazania, jaka jestem zabawna i błyskotliwa — posłała sąsiadowi zaczepny, rozbawiony uśmiech. Ważne, że jemu mogła demonstrować swój charakter od pierwszej chwili.
Ty jesteś facetem — zauważyła błyskotliwie, otwierając oczy ze zdziwienia jeszcze szerzej. — Idealnie się składa. Musisz mi pomóc! — lista tematów okołosoczewkowych drastycznie wzrastała. — Jakbyś mnie zobaczył, to wolałbyś uciec, czy podejść? Pomyślałbyś, że jestem całkiem ładna? Musiałbyś być pijany, żeby mnie polubić, czy nie?

winston cavendish
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
dallas major
AI
29 y/o
For good luck!
187 cm
aktorzyna od siedmiu boleści
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Winston często znajdował się w różnych sytuacjach, nieprzewidywalnych oraz niespodziewanych. Wielu z nich nie pamiętał, a jeszcze więcej wolał nie pamiętać, jednak liczne szmatławce dbały o to, aby na pewno o nich nie zapomniał. Taka, jaka w tym momencie go spotykała miała jednak miejsce pierwszy raz, stąd u Cavendisha to zdziwienie i niezrozumienie. Czy to było włamanie? Zakłócenie miru domowego? Na pewno jakiś paragraf by się na to znalazł. Policja by go jednak wyśmiała, gdyby po wezwaniu zastali w jego mieszkaniu niską, rudą dziewczynę, której lat dodawał jedynie makijaż. Już słyszał ich śmiech i jak dyskutują między sobą o tym, że stary chłop, a z nastolatką nie potrafi sobie poradzić. Głównie to odwiodło go więc od rozdmuchiwania tego. Poza tym, sam jej przecież drzwi otworzył. Wszystko było przeciwko niemu.

Chwilami miał zresztą dalej wrażenie, że nie dzieje się to naprawdę; że usnął na kanapie marząc o piwie albo wypił je marząc o powrocie do Los Angeles. Usłyszał jednak charakterystyczny dźwięk otwieranej butelki i powiódł wzrokiem za dziewczyną, która już upijała jego wyczekanego i upragnionego trunku. Czyli wszystko było na jawie, a on nie był pod wpływem, a przynajmniej świadomie. — Nie krępuj się — skomentował, chociaż kobiecie nie było to najwyraźniej potrzebnie. Czuła się w jego mieszkaniu swobodniej niż on, a myślał, że zdążył już dość dobrze się tu zadomowić. A jednak, przypadkowe osoby w tych czterech ścianach się odnajdowały. — Może jakiejś cytryny albo soku do tego? — zapytał dość ironicznie, aczkolwiek po niej mógł chyba spodziewać się wszystkiego, co niespodziewane. Problem polegał na tym, że zaproponował, zanim sprawdził, czy takie rarytasy w swojej pustej lodówce w ogóle ma.

W końcu dziewczyna zaczęła trochę więcej mu wyjaśniać; dowiedział się, po co z takim impetem do niego wparowała i dlaczego było to dla niej takie ważne. Znaczy, wiedział, że chodziło o soczewki, jednak w tym musiało być jakieś drugie dno. I było ono w sumie do przewidzenia – na tyle, że Win prychnął pod nosem. — Taka afera dla jakiegoś faceta? — zapytał, uważając to za absurdalną sytuację i absurdalny stres, którego w rozsądny sposób nie byłby chyba w stanie uzasadnić. — Gdzie się spotykacie? — dopytał, chcąc ustalić trochę więcej. Nie chciał sprowadzać jej na ziemie, szczególnie widząc jaka podekscytowana całą tą randką była, jednak chyba lepiej było uświadomić ją jacy są nowo poznawani niż żeby na własnej skórze się przekonywała. Z drugiej jednak stroby – nie wiedział w sumie kim była i dlaczego miałby okazywać jej na tyle sympatii, żeby przed złamanym sercem przy pierwszym spotkaniu ratować. A niech sobie sama to wszystko przeżyje.

A jesteś taka? — Nie, żeby nie zdążył zauważyć, że dziewczyna była ekscentryczna. Aby jednak to ocenić potrzebował więcej niż niecałych pięciu minut w swoim przedpokoju i salonie. Chociaż dobrze, czasami starczały trzy minuty, ale o to mniejsza. — Chociaż wiesz co, dalej nie czaję, po co do tego soczewki. Może jego akurat kręcą okularnice? — Ludzie mieli różne upodobania, a to było chyba jednym z bardziej powszechnych. Co prawda, Winstona to nie kręciło, bo sam miał z okularami złe skojarzenia i wspomnienia z czasów, gdy wyzywano go od “czterookiego”, jednak nie o niego tutaj chodziło.

Może i nie o niego, ale jednak dziewczyna jego rady postanowiła zasięgnąć i zmusiła tym samym do zmierzenia jej wzrokiem. — Ale to już jest twój ostateczny outfit? — Bear był przyzwyczajony do trochę innych standardów, z którymi w Kanadzie raczej się nie spotykał. Jego pytanie może i źle brzmiało, jednak nie chciał, aby miało ono takowy wydźwięk, dlatego prędko dopowiedział: Tak zwyczajnie i naturalnie. Ładnie — stwierdził, a w jego głosie usłyszeć można było szczerość. Albo bardzo dobry warsztat aktorski. W tym wypadku jednak naprawdę szczerość. — Do polubienia piwo nie byłoby potrzebne, ale zależy co byś chciała z tej znajomości wyciągnąć — rozwinął, możliwe, że nawet trochę za bardzo w tę analizę się angażując. — Do łóżka bez przynajmniej pięciu mocnych drinków byś mnie nie zaciągnęła — odpowiedział jako rasowy klubowicz.

To zakładasz te soczewki, czy nie? — zapytał, przypominając sobie, w jakim w sumie celu do niego przyszła.

bobbie bergmann
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ W czasie”