I'm blaming it all on the heat
: wt sie 11, 2026 4:41 pm
010.
już samo powietrze niemal zdawało się stać w miejscu, duszące i gryzące od ulicznego brudu, który z prawie odpychającą natarczywością przylepiał się do skóry wraz ze zraszającym ciało potem. Wystarczyło, że Jayce przespacerował się pomiędzy włoskim sklepikiem spożywczym, a domem, by żarząca się aura dworu przebiła się wyniosłą dumą przez warstwy letniego ubrania i korpus jego sylwetki. Tam osiadła w jego porach, zapychając je ciepłem powietrza i popołudniowym słońcem.
Nie pamiętał, kiedy ostatnio w Toronto było tak upalnie – jakby Słońce zapomniało o naturalnej granicy pomiędzy orbitami i posuwało się coraz bliżej Ziemi, chociaż Jayce doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że to tylko złudne wrażenie.
Za wszystko winił klimat.
Wilgoć w powietrzu, charakterystyczna dla kanadyjskiej atmosfery, ciążyła nieprzyjemnie w przestrzeni i sprawiała, że temperatura wydawała się o kilka stopni wyższa. Szczególnie w bardziej zabetonowanych częściach dzielnic, gdzie promienie słoneczne odbijały swoje ciepło od chodnika jeszcze długo po tym, gdy zostały wchłonięte przez asfalt i kafle deptaka, a w takich momentach... najlepiej czas spędzało się w zaciszu klimatyzowanego domu.
Jego mieszkanie byłoby do tego idealnym punktem, gdyby nie to, że tego popołudnia panel w klimatyzacji przestał działać, a żaluzja pozostawała nieruchoma, niezależnie od tego, czy próbował ją otwierać pilotem, czy ręcznie. Daremne były więc kolejne próby.
Popołudnie stało się przez to nieprzyzwoicie gorące, drażniące.
A drażliwość ta wpełzała pod koszulkę świeżą strugą spływającego po nim potu.
Głos desperacji – cichy, poderwany do życia nagle i bezskutecznie przy tym przez niego wyciszany – zalęgł wtedy w kątach męskiej głowy: Powinieneś do Niej pójść. Słowa te, chociaż pozostawały jedynie echem głowy, przyciągnęły jego uwagę, nie dając się uśpić. Wątłe, ale obecne, zadomowiły się w przedsionku myśli, nawet wtedy gdy zaklął głośno, próbując w ten sposób wyrazić odmowę dla własnych pomysłów.
Powinieneś, powtórzyła świadomość uparcie, aż do momentu w którym ciało poderwało się do ruchu, zamaszyście zgarniając z blatu kuchennego dopiero co wyłożoną tam siatkę z zakupami.
— Niech Cię szlag, Ally — mruknął jedynie w podsumowaniu refleksji, wpływ jaki wywierała na jego głowę ta kobieta, uznając za niefortunne fatum lub presję życia na tym samym osiedlu. Trudno było się czasem z nią nie spotkać w przelocie...
...a więc trudno też było o niej zapomnieć.
I trudno było nie pomyśleć, że dobrym pomysłem
będzie przeczekać największy upał u niej. Bo była...
Tego skąpego wyjaśnienia – tłumaczącego jego wizytę u niej w mieszkaniu – zamierzał się trzymać, gdy przekręcając zapasowy klucz w zamku drzwi, usłyszał posłuszne kliknięcie. A później dźwięki zamarły. Cisza, zastygła w pustym korytarzu, wisiała nad nim jak widmo ostrzeżenia, gdy wchodził do kuchni. Zbyt skoncentrowany na przyjemnie chłodnym powietrzu i komfortowej, rozległej przestrzeni mieszkania, zignorował wszystkie inne bodźce.
Z plastikowej siatki wyjął kawę, mleko kokosowe, lód i syrop klonowy, z których planował zrobić mrożoną Latte. Pozostałe zakupy, w tym oliwki, wędliny i sery, zostawił w zakupowej torbie.
Ally Aldridge