then we'll roll up a hundred fuckin' blunts
: śr sie 12, 2026 10:03 pm
002.
Leżała na podłodze w swoim pokoju, który jeszcze jakiś czas temu należał do jej siostry, ale Milagros wyprowadziła się w przekonaniu, że na swoim będzie jej lepiej. Gówno prawda. Nie miała pojęcia, co traciła, nie mieszkając już pod jednym dachem z ich poczciwymi staruszkami. Za to Pixie tylko na tym zyskała. Teraz miała wyjście na balkon, na którym wystawały jej nogi, podczas gdy reszta ciała spoczywała na dywanie. Mama wiele razy powtarzała jej, żeby jarała na zewnątrz, ale dziś wyszli z ojcem do jakichś znajomych, więc nie musiała biegać z odświeżaczem powietrza, żeby unicestwić zapach, który rzekomo im przeszkadzał, a tak naprawdę to wcale nie. Pix dobrze wiedziała, że sami palili blanty, kiedy nikt nie widział. Ale każdy czuł, więc potem zgrywali niewiniątka. Nigdy jednak nie próbowali jej umoralniać ani twierdzić, że było to czymś złym. No bo halo, przecież to czyste THC, a nie żadna nikotyna! Zwykłe pety dopiero cuchnęły. Griffin palił fajki i potem przesiąkały nimi wszystkie jego ciuchy. Swoją drogą, czy on w ogóle wrócił do domu? Tego nie zdołała zarejestrować.
Zaciągnęła się porządnie lokiem i obróciła głowę w stronę terrarium z karaczanami, które nocą stawały się o wiele aktywniejsze niż w dzień. Japa sama cieszyła się na ich widok. Gapiła się na nie przez dobre piętnaście minut, chociaż dawno straciła poczucie czasu. W końcu zaparła się na łokciach, do czego zmusiło ją ssanie w żołądku. Jeść. Ogarnął ją tak ogromny głód i była pewna, że za chwilę tutaj umrze. Dogasiła niedopałek blanta w prowizorycznej popielniczce zrobionej z puszki po coca-coli i nieporadnie podniosła się na równe nogi. Uwielbiała stan, w którym w głowie przewijało się milion myśli na minutę, a nogi odmawiały posłuszeństwa. Co prawda musiała skoordynować ruchy, żeby dotrzeć do drzwi, a potem do schodów, ale wiadomo, że dała radę. A schodząc na dół, miała wrażenie, że unosi się na miękkiej, puszystej chmurce. Dlaczego ludzie nie chodzili zjarani codziennie? Przecież to pomogłoby zapobiec wojnom! Wszyscy kochaliby się najmocniej na świecie i byli przeszczęśliwi. MAKE LOVE, NOT WAR.
Pixie zdecydowanie miała w sobie coś z hipiski. To pewnie przez bezstresowe wychowanie. A może jej biologiczni rodzice byli dziećmi kwiatami? Czasami wyobrażała ich sobie jako parę z długimi, jasnymi włosami i bandanami na czołach. Matka na pewno chodziła w zwiewnych, kolorowych sukienkach, a ojciec w dzwonach z frędzlami. Nikt nie znał powodów, dla których zdecydowali się oddać córkę do domu dziecka, ale Pix lubiła znajdować im na to wymówki. Może byli po prostu bardzo młodzi? Dużo młodsi od niej? Mieli zaledwie po szesnaście lat i nie byli w stanie zająć się wychowaniem córki, a chcieli dla niej jak najlepiej. O, to była bardzo fajna teoria!
Doczłapała się do kuchni i włączyła światło, a potem nogi same poniosły ją do lodówki. Znowu jak na chmurce! W środku nie znalazła niczego poza kawałkiem cebuli i jedną podwiędłą marchewką. W porządku, to przecież wystarczyło, żeby wyczarować coś z niczego! Wyjęła ubogie składniki i wyciągnęła z dolnej szafki garnek, który zalała wodą i postawiła na gazie. Cyk-cyk-cyk. Ogień buchnął gwałtownie przed wyregulowaniem pokrętła. Dobrze, że Pixie nie nachylała się akurat, żeby odpalić od niego jointa, bo pewnie spaliłaby sobie brwi i pół mordy. Stanęła przy jednym z blatów i sięgnęła do szuflady po obieraczkę, żeby oskrobać tę smutną marchewkę. Może przy tym zagięciu czasoprzestrzeni woda na makaron zagotuje się trzy razy szybciej. Albo wolniej. Zależy, z której strony na to spojrzeć.
Perry