neve westbrook
: czw sie 13, 2026 12:19 pm
minerva 'neve' eitienne westbrook

data i miejsce urodzenia
21.07.1997, Vancouver, Kanadazaimki
ona, jejzawód
Fotografkamiejsce pracy
Toronto Sun orientacja
panseksualnadzielnica mieszkalna
West End, Parkdalepobyt w toronto
od kilku miesięcyumiejętności
gra na pianinie, fotografia, ułożenie sztućców przy stole i generalnie savoir vivre, balet, prawo jazdy typu G, ma świetną intuicję, potrafi kłamać jak z nut, umie mówić z brytyjskim akcentem i dobrze jej idzie rozwiązywanie zagadeksłabości
tragicznie gotuje, nie zawsze ufa swoim przeczuciom, pakuje się w toksyczne relacje, wiecznie się spóźnia, gdzie się pojawi - tam panuje chaos Powiem ci, jakie mam maski, a Ty powiedz mi, jaką mam twarz.
Nie znoszę, gdy ich spojrzenia lubieżnie wędrują po linii mojego obojczyka, a jednak w zamian daję im to czego pragną, spektakl świateł i cieni rzeźbiących ruchomy obraz mojej sylwetki.
Nie cierpię rzucanych znad kieliszka uśmiechów, kiedy potrzeba wykrzywienia warg w grymasie obrzydzenia trawi mnie żywym ogniem. Mimo to rozchylam wargi, jakby były spragnione niczego ponad żałosny okruch ich uwagi.
Muskam opuszkami klawisze fortepianu skąpane w świetle dnia, chociaż wolałabym trzymać w objęciachciebie aparat. Umysł odmawia ciągnącej się w nieskończoność udręki, choć ta słodką symfonią unicestwia mi duszę.
Gardzę, kłamię, rozpycham się łokciami.
Kąsam, nie gryzę.
Ślizgam się palcami, chociaż marzę o tym, żeby rozedrzeć.
Zawsze pośrodku, nigdy balansując na krawędzi.
Bez posiadania siebie nie można posiadać innych, a któż tak naprawdę posiada siebie samego?
Widzę, jak moje życie przesypuje się między palcami. Lata zamieniają się w przykurzone drobiny. Ziarenka piasku upadają u moich stóp. Są tak małe, że giną, przegnane we wszystkie strony, łagodnym podmuchem wiatru.
Wewnątrz mnie otwarte rany. Ja - masochistka. Posypuję je solą, zamiastzaleczyć. Rozdrapuję blade wstążki blizn. Boli. Ale kiedy boli, wiem, że czuję.
Bo kiedy pod wirtuozerią uśmiechów, spojrzeń i gestów zabraknie bólu, zastąpi go nieskończona w swej postaci pustka. Skóra oblecze szkielet kości, a pod nim gotowy do uruchomienia mechanizm. Zatem muszę czuć, jeśli nie chcę utracić ostatnich cząstek siebie, zepchniętych brutalnie na tył głowy. Muszę czuć, bo bez tego, oddam swoje życie w zachłanne cudze ręce. Nigdy nie odzyskam tego co zawłaszczone.
Wiem do czego te dłonie są zdolne. Wiem jak wiele mi odebrały. Posiadły na własność fragmenty mojej duszy. Wyszarpane nierówno skrawki, zamknięte w pozłacanej klatce.
Dotykam twoich ust, palcem dotykam brzegu twoich ust, rysuję je tak, jakby wychodziły spod mojej ręki, jakby po raz pierwszy twoje usta miały się otworzyć i wystarczy bym zamknęła oczy, aby zamazać to wszystko i zacząć od nowa.
Nienawidzę przepychu i blichtru, zalewającego cały mój świat, ale niczego innego nie znałam. Gubię kroki w tańcu, oddając ciało w rytm mdlącej melodii. Błądzę po omacku zamknięta w więzieniu niewidzialnych krat. Duszę się, próbując złapać oddech. Zapominam, jak się oddycha. Płuca żebrzą o powietrze, zamiast tego trawi je toksyna, choroba zamknięta w błyskach fleszy i litanii ustalonych za mnie reguł. Pękam, kruszę się, skóra zamienia się w porcelanowe odpryski. Sklejam je niedbale, naprędce, nie patrząc na to, czy fragmenty do siebie pasują. Trzymam je wszystkie w kupie, dopóki jeden nierozsądny krok nie zabierze mnie na skraj przepaści. Już się jej nie lękam. Czuję dziwny spokój. Urodziłam się, żeby wreszcie upaść. Chcę spłonąć na dnie, wypuścić ze środka ciemną formę, czekając aż wbity weń nóż unicestwi mnie i zwróci gwiazdom.
I jeżeli całujemy się aż do bólu – jest to słodycz, a jeżeli dusimy się w krótkim gwałtownym wspólnie schwyconym oddechu – ta sekundowa śmierć jest piękna.
Więc spadam. Wyślizguję się spomiędzy zaciśniętych kurczowo palców. Liczę piętra, góry, doliny. Kolejne warstwy skorupy, migoczące światłem minionych dekad. Upadek nie boli, choć powinien. Zamieniam się w popiół, wyłaniam z prochu. Oddaję się skrzydłom samolotu. W myślach odliczam kolejne mile, wydzierające mnie z przyszłości, której wcale nie chcę. Zrywam plaster. Pod spodem blady róż zasklepiającej się blizny.
Nie jesteś tym, co Ci się przydarzyło.
- Kilka lat temu odkryła zupełnym przypadkiem, że to nieprawda, odnajdując skrzętnie schowane przed nią listy. Ostatni adres prowadził do Toronto i tam postanowiła się wybrać, w nadziei, że nie tylko ją odnajdzie, ale uzyska wolność od świata którego szczerze nienawidziła.
- Pan Westbrook, magnat wśród firm developerskich, bez problemu ją odnalazł i za pomocą swoich półśrodków, sprowadził z powrotem do domu, kiedy uznał, że zabawy już dość - w końcu miała po nim odziedziczyć rodzinne imperium.
- Wytrzymała w domu wystarczająco długo, żeby wyciągnąć spod ziemi dowody na dalekie od legalnych interesy ojca, a w zamian za utrzymanie ich w tajemnicy otrzymała swoją upragnioną wolność.
- Odkąd pamięta, ciągnęło ją do fotografii. Pragnęła uwiecznić każdą rysę, skazę i uchwycić w niej piękno.
- Umie grać na fortepianie, ale szczerze tego nienawidzi. Tak samo jak wystawnych imprez i bankietów, na które była zmuszona chodzić.
- Uwielbia z kolei zaczytywać się w książkach i uciekać w ich świat. Włóczyć się nocami po wąskich uliczkach i odkrywać miejsca których inni nie doceniają, a jej zapierają dech w piersiach.
- Zagląda wszędzie tam, gdzie ją poniosą nogi, czasem uciekając się do fotografowania z ukrycia, ale twierdzi, że tylko tak jest w stanie uchwycić moment.
- Odkąd straciła dostęp do rodzinnych funduszy, nie śmierdzi groszem, ale wciąż tkwią w niej naleciałości ze świata, do którego przestała już przynależeć.
- Jej głowa nie należy do najmocniejszych, dlatego nie sięga po wysokoprocentowe alkohole, a kiedy już to robi - znaczy, że jest c i ę ż k o.
- Śpiewa. Najczęściej pod nosem, spacerując po zacienionej ulicy. Dla siebie, nie dla innych.
Nie znoszę, gdy ich spojrzenia lubieżnie wędrują po linii mojego obojczyka, a jednak w zamian daję im to czego pragną, spektakl świateł i cieni rzeźbiących ruchomy obraz mojej sylwetki.
Nie cierpię rzucanych znad kieliszka uśmiechów, kiedy potrzeba wykrzywienia warg w grymasie obrzydzenia trawi mnie żywym ogniem. Mimo to rozchylam wargi, jakby były spragnione niczego ponad żałosny okruch ich uwagi.
Muskam opuszkami klawisze fortepianu skąpane w świetle dnia, chociaż wolałabym trzymać w objęciach
Gardzę, kłamię, rozpycham się łokciami.
Kąsam, nie gryzę.
Ślizgam się palcami, chociaż marzę o tym, żeby rozedrzeć.
Zawsze pośrodku, nigdy balansując na krawędzi.
Bez posiadania siebie nie można posiadać innych, a któż tak naprawdę posiada siebie samego?
Widzę, jak moje życie przesypuje się między palcami. Lata zamieniają się w przykurzone drobiny. Ziarenka piasku upadają u moich stóp. Są tak małe, że giną, przegnane we wszystkie strony, łagodnym podmuchem wiatru.
Wewnątrz mnie otwarte rany. Ja - masochistka. Posypuję je solą, zamiast
Bo kiedy pod wirtuozerią uśmiechów, spojrzeń i gestów zabraknie bólu, zastąpi go nieskończona w swej postaci pustka. Skóra oblecze szkielet kości, a pod nim gotowy do uruchomienia mechanizm. Zatem muszę czuć, jeśli nie chcę utracić ostatnich cząstek siebie, zepchniętych brutalnie na tył głowy. Muszę czuć, bo bez tego, oddam swoje życie w zachłanne cudze ręce. Nigdy nie odzyskam tego co zawłaszczone.
Wiem do czego te dłonie są zdolne. Wiem jak wiele mi odebrały. Posiadły na własność fragmenty mojej duszy. Wyszarpane nierówno skrawki, zamknięte w pozłacanej klatce.
Dotykam twoich ust, palcem dotykam brzegu twoich ust, rysuję je tak, jakby wychodziły spod mojej ręki, jakby po raz pierwszy twoje usta miały się otworzyć i wystarczy bym zamknęła oczy, aby zamazać to wszystko i zacząć od nowa.
Nienawidzę przepychu i blichtru, zalewającego cały mój świat, ale niczego innego nie znałam. Gubię kroki w tańcu, oddając ciało w rytm mdlącej melodii. Błądzę po omacku zamknięta w więzieniu niewidzialnych krat. Duszę się, próbując złapać oddech. Zapominam, jak się oddycha. Płuca żebrzą o powietrze, zamiast tego trawi je toksyna, choroba zamknięta w błyskach fleszy i litanii ustalonych za mnie reguł. Pękam, kruszę się, skóra zamienia się w porcelanowe odpryski. Sklejam je niedbale, naprędce, nie patrząc na to, czy fragmenty do siebie pasują. Trzymam je wszystkie w kupie, dopóki jeden nierozsądny krok nie zabierze mnie na skraj przepaści. Już się jej nie lękam. Czuję dziwny spokój. Urodziłam się, żeby wreszcie upaść. Chcę spłonąć na dnie, wypuścić ze środka ciemną formę, czekając aż wbity weń nóż unicestwi mnie i zwróci gwiazdom.
I jeżeli całujemy się aż do bólu – jest to słodycz, a jeżeli dusimy się w krótkim gwałtownym wspólnie schwyconym oddechu – ta sekundowa śmierć jest piękna.
Więc spadam. Wyślizguję się spomiędzy zaciśniętych kurczowo palców. Liczę piętra, góry, doliny. Kolejne warstwy skorupy, migoczące światłem minionych dekad. Upadek nie boli, choć powinien. Zamieniam się w popiół, wyłaniam z prochu. Oddaję się skrzydłom samolotu. W myślach odliczam kolejne mile, wydzierające mnie z przyszłości, której wcale nie chcę. Zrywam plaster. Pod spodem blady róż zasklepiającej się blizny.
Nie jesteś tym, co Ci się przydarzyło.
Ciekawostki
- Kiedy miała raptem kilka lat, jej matka umarła - a tak przynajmniej przez następnych naście lat wmawiał jej i wszystkim wkoło, jej własny ojciec.- Kilka lat temu odkryła zupełnym przypadkiem, że to nieprawda, odnajdując skrzętnie schowane przed nią listy. Ostatni adres prowadził do Toronto i tam postanowiła się wybrać, w nadziei, że nie tylko ją odnajdzie, ale uzyska wolność od świata którego szczerze nienawidziła.
- Pan Westbrook, magnat wśród firm developerskich, bez problemu ją odnalazł i za pomocą swoich półśrodków, sprowadził z powrotem do domu, kiedy uznał, że zabawy już dość - w końcu miała po nim odziedziczyć rodzinne imperium.
- Wytrzymała w domu wystarczająco długo, żeby wyciągnąć spod ziemi dowody na dalekie od legalnych interesy ojca, a w zamian za utrzymanie ich w tajemnicy otrzymała swoją upragnioną wolność.
- Odkąd pamięta, ciągnęło ją do fotografii. Pragnęła uwiecznić każdą rysę, skazę i uchwycić w niej piękno.
- Umie grać na fortepianie, ale szczerze tego nienawidzi. Tak samo jak wystawnych imprez i bankietów, na które była zmuszona chodzić.
- Uwielbia z kolei zaczytywać się w książkach i uciekać w ich świat. Włóczyć się nocami po wąskich uliczkach i odkrywać miejsca których inni nie doceniają, a jej zapierają dech w piersiach.
- Zagląda wszędzie tam, gdzie ją poniosą nogi, czasem uciekając się do fotografowania z ukrycia, ale twierdzi, że tylko tak jest w stanie uchwycić moment.
- Odkąd straciła dostęp do rodzinnych funduszy, nie śmierdzi groszem, ale wciąż tkwią w niej naleciałości ze świata, do którego przestała już przynależeć.
- Jej głowa nie należy do najmocniejszych, dlatego nie sięga po wysokoprocentowe alkohole, a kiedy już to robi - znaczy, że jest c i ę ż k o.
- Śpiewa. Najczęściej pod nosem, spacerując po zacienionej ulicy. Dla siebie, nie dla innych.
zgoda na powielanie imienia
takzgoda na powielanie pseudonimu
nieZgody MG
poziom ingerencji
średnizgoda na śmierć postaci
niezgoda na trwałe okaleczenie
niezgoda na nieuleczalną chorobę postaci
niezgoda na uleczalne urazy postaci
takzgoda na utratę majątku postaci
takzgoda na utratę posady postaci
tak