Strona 1 z 1
This world is a dangerous place to live
: czw sie 13, 2026 6:54 pm
autor: Sawyer Wright
— jeden —The world is a dangerous place to live
not because of the people who are evil,
but because of the people who don't do anything about it.
Uchylił śmierdzącą nikotyną i potem firankę, żeby wyjrzeć przez okno motelowego pokoju na niezadbany dziedziniec pokryty pękającym asfaltem. Kilka starych samochodów, chwasty wdzierające się pomiędzy pokruszone płyty chodnikowe, śmieci rozwalone przy drzwiach, bo nikt nie opróżniał publicznego kosza. I bezruch, chociaż nie ten pozorny; panowała prawdziwa cisza. Sawyer już dawno nauczył się je rozróżniać. Wreszcie puścił materiał i pozwolił firance opaść z powrotem na okno, które też pamiętało lepsze — i czystsze — lata.
Słońce ledwie rysowało się bladą łuną na horyzoncie, kiedy ubrany w znoszony dres Sawyer po cichu opuścił pokój. Zbiegł po stopniach rozsypującej się zewnętrznej klatki schodowej, po raz kolejny zauważając niepokojące drżenie przy każdym kroku, bo stal dawno już przeżarła korozja. Dotarłszy na dziedziniec, naciągnął kaptur na głowę i puścił się truchtem wzdłuż ściany budynku błagającej o odmalowanie, a później chodnikiem przy głównej drodze, kierując się w stronę lasu. Konstrukcja schodów, wybudzona z bezruchu ciężarem jego ciała, płakała cicho na beton rdzawymi łzami w mglistym poranku za jego plecami.
Ten widok zawierał w sobie jakieś smutne piękno, ale on nie odwrócił się nawet przez ramię, żeby go zauważyć.
Sawyer Wright nigdy nie oglądał się za siebie.
Rutyna była w jego życiu . w s z y s t k i m . . Pozwalała się skupić, brnąć do przodu i się rozwijać, trzymała jego świat w chłodnych, kontrolowanych ryzach. A przede wszystkim stanowiła jedyną podwalinę stałości w ciągle zmieniającej się rzeczywistości Sawyera, nawet jeśli codziennie zmieniał miasto, a co miesiąc — stan. Była stabilną osią niezależną od długości i szerokości geograficznej, nieprzywodzących nic na myśl nazw miast i otaczających go obcych twarzy. Dlatego wstawał przed wschodem słońca i każdego ranka przebiegał przynajmniej sześć mil. Kończył, zanim zrobiło się gorąco, brał prysznic i dopiero później wychodził załatwiać interesy.
Dzisiaj wyjątkowo się spieszył — musiał dotrzeć do Toronto przed południem — więc kąpiel była ekspresowa. Niewielka podręczna torba stanowiąca jego cały dobytek czekała na niego od wczoraj, zresztą Sawyer nie miał w zwyczaju nigdzie się rozpakowywać. Wrzucił do niej szczoteczkę do zębów, zasunął zamek i wyszedł szybkim krokiem, choć bez nerwowego pośpiechu. Odpalił motocykl, kiedy Słońce wspięło się po nieboskłonie wystarczająco wysoko, żeby zza kurtyny drzew rzucić pierwsze, blade promienie na paskudny motel i jego krzywy neon. Silnik zawył i Sawyer odjechał bez jednego zbędnego uczucia czy wspomnienia związanego z tym miejscem.
W końcu czekała na niego umowa, o której podpisanie sam by się nigdy nie podejrzewał w innych, . l e p s z y c h . czasach. Jednak dumą unosili się tylko głupcy — a najczęściej martwi głupcy — dlatego zamierzał zagryźć zęby i wcielić się w rolę ochrony do wynajęcia na kilka tygodni albo miesięcy.
Sawyer na przestrzeni dwóch dekad brał nawet najbardziej niemożliwe zlecenia, których nie chciał podjąć się nikt inny, więc jedna rozpieszczona małolata . n i e . m o g ł a . przecież stanowić dla niego większego wyzwania.
— Wright. Do Christophera Adlera — rzucił zwięźle w progu willi.
Lokaj, który otworzył mu drzwi, przyglądał mu się na wpół zaintrygowanym, a na wpół pełnym niesmaku spojrzeniem. Zupełnie jakby patrzył na zwłoki; choć obraz go obrzydzał, nie potrafił oderwać wzroku. Sawyer już się przyzwyczaił do tego typu spojrzeń, stał więc spokojnie, z chłodną obojętnością i ciężarem ciała rozłożonym równo na obu nogach w delikatnym rozkroku. Chociaż wyglądał na rozluźnionego, z tej pozycji mógłby zaatakować w ułamku sekundy.
Facet odprawił go wyzutym z uprzejmości głosem do tylnych drzwi dla interesantów, nonszalancko wskazując machnięciem ręki na ścieżkę niknącą za budynkiem i przymykając skrzydło głównych drzwi, jakby się łudził, że mógłby powstrzymać najemnika, gdyby ten naprawdę chciał wejść do środka.
— Pan Adler nie wpuszcza . h o ł o t y . głównym wejściem — zakończył doniośle i zatrzasnął drzwi.
Nie wkurwił go, nawet nie zarysował powierzchni irytacji. Sawyer był przyzwyczajony do takiego traktowania.
Jednak potrzeba było jeszcze prawie dwudziestu minut, wiadra cierpliwości i kolejnych pokracznych elementów iście dworskiej błazenady, żeby mógł wreszcie wejść do salonu, zapowiedziany jak na audiencję u króla. Zresztą tak właśnie się czuł, kiedy szedł długimi, eleganckimi korytarzami o ścianach niemal całkowicie pokrytych obrazami i mijał kolejne drzwi rezydencji, żeby ostatecznie skończyć w wielkim, nowoczesnym pomieszczeniu, w którym było nawet więcej dzieł sztuki.
On nie podziwiał płócien; odruchowo liczył drzwi, sprawdzał wyjścia, wyłapywał nieruchome oczy kamer, a kiedy znalazł się w salonie, całą jego uwagę pochłonęła znajdująca się tam dwójka ludzi. Mężczyzna w średnim wieku, rzecz jasna pan domu i zleceniodawca — wyczuwalna od niego aura władczości niemal rozlewała się smakiem na języku — oraz dziewczyna; smukła blondynka o twarzy modelki, której cała sylwetka zdawała się wrzeszczeć: problem.
To musiało być jego . z l e c e n i e .
Patrzył na nią krótko, idąc w ich stronę w milczeniu, ale wystarczyło, żeby wyłapać najważniejsze detale. Ostatecznie zatrzymał spojrzenie na gospodarzu, całkowicie ignorując przedmiot handlu. Jego zdaniem dziewczyny w ogóle powinno być przy tej rozmowie, ale nie miał tu nic do gadania. Ostatecznie sam był tylko przedmiotem w dłoniach Adlera.
— Sawyer Wright, do usług — odezwał się szorstko w ramach jedynego powitania, zatrzymując kroki i odgłos ciężkich butów na eleganckiej posadzce gdzieś pośrodku salonu. — W czym mogę pomóc?
Znał ogół sprawy. Potrzebował detali.
Vivienne Adler
This world is a dangerous place to live
: pt sie 14, 2026 11:09 am
autor: Vivienne Adler
∙ 000 ∙
they say it’s dangerous but if it's not, then where’s the thrill
Widok z biblioteki na drugim piętrze rezydencji rozpościerał się na tył posesji. Na wzgórza, gęste lasy i ciągnące się aż po horyzont wszystkie odcienie zieleni. Na ogrody projektowane przez topowe nazwisko w listach architektów krajobrazów. Na prywatny staw, w którym fauna i flora kooperowały w naturalnej harmonii. Na altankę nieopodal, której widok nieodłącznie kojarzył mu się z obrazem szeroko uśmiechniętej, sześcioletniej blondynki.
Christopher Adler stał przy oknie i patrzył na to wszystko z nieskrywaną zadumą. Szczerze nie pamiętał kiedy ostatni raz widział swoją córkę biegającą po tych alejkach i tych trawach w tej beztrosce, jaką mogły mieć tylko dzieci, które na nowo odkryły, że już nie są same i zdecydowały się zaufać dorosłemu całym swoim sercem. Vivienne zawsze była pocieszna. Optymistyczna. Wdzięczna.
I d e a l n a.
A potem coś się zepsuło. Element machiny poluzował się, zębatki zaczęły na siebie nachodzić, a całość przestała pracować płynnie. Pojawiały się zgrzyty. Coraz więcej zgrzytów. Aż w końcu, w pewnym momencie, coś zepsuło się bezpowrotnie.
Nie dopuszczał do siebie myśli, że nie dało się tego naprawić. Uznawał to za nastoletni bunt, który wybuchł po czasie; chwilowy błąd operacyjny, który dało się łatwo zatuszować i na dobre wymazać jego istnienie. Upartość musiała mieć zatem po nim — tak jak wierzył, że córka chce się jedynie wyszaleć w tej swojej wolności, tak też wierzył, że to jedynie kwestia czasu, gdy wszystko znów będzie po s t a r e m u. Nie brał innej opcji pod uwagę.
N i e było innej opcji.
Ale jakież to wszystko byłoby łatwiejsze, gdyby tylko chciała współpracować.
Obejrzał się za siebie, na hebanowe biurko. Jak wszystko w tym pomieszczeniu — w całej tej rezydencji i przylegającej do niej posesji — było robione na zamówienie. Stały na nim trzy złote ramki i każde trzy pokazywały tą samą roześmianą twarz okoloną jasnymi włosami. Na pierwszym zdjęciu Vivienne odbierała dyplom ukończenia szkoły. Na drugim kłusowała na śnieżnobiałym shire.
Na trzecim ze zdjęć byli we dwójkę.
Było też jeszcze jedno zdjęcie. Wystawało połową z niedbale rzuconej na blat koperty i ciążyło nad Christopherem Adlerem od przeszło tygodnia. Wyciągał je już tyle razy, że rogi zaczynały się szarpać, co godziło w jego osobiste poczucie estetyki. Rzucał nim w różne kąty tyle razy, że zaczęło się giąć i miąć, zniekształcając uśmiech blondwłosej Adlerówny. Nie dziewczynki, nie nastolatki, nie młodej dorosłej, którą zmusił do pozowania do zdjęcia. To nie było nawet pozowane ujęcie.
Nieplanowane. Ukradkowe. Bezsprzecznie barbarzyńskie w swojej nieprzypadkowości i pełnej intencji fotografującego.
Przechodziła na nim przez jezdnię w centrum, rozglądając się w lewo. W dłoni trzymała kubek kawy, pod ramieniem teczkę z aktami. Miała na sobie wrzosową koszulę w oliwkowe listki. Pamiętał ten dzień. Pamiętał tę kawę, tę koszulę, ten widok Vivienne, kiedy pożegnała się z nim i ruszyła przodem do podopiecznego.
To było dwa tygodnie temu.
Dwa cholerne tygodnie temu.
Teraz pięciocentymetrowa bryła lodu stuknęła o dno szklanicy i chwilę później delikatnie syknęła, gdy zalała ją ciemnobursztynowa, wręcz rubinowa ciecz.
Christopher Adler odsunął się od biurka i spojrzał w bok. Jego kamienna twarz nie wyrażała pozornie żadnej emocji, ale wystarczyło wiedzieć, na co patrzeć, żeby zrozumieć. Ten cień kryjący się w jego szarych oczach nie był objawem zmęczenia, tylko pobłażliwością; te minimalne drgnięcie małego palca u prawej dłoni nie było symptomem przemijającego czasu i nieuchronnie nadchodzącej starości, a niewerbalnym protestem ciała na to, czego był świadkiem, który stłumił w sobie. Języka jednak nie mógł zatrzymać w swoim gardle.
— Na miłość boską, Enne. — Zacisnął dłonie na oparciu fotela, czując potrzebę zajęcia sobie rąk czymś manualnym, fizycznym, żeby nie dać kresu tej profanacji. Wyczuł pod palcami miękką skórę i bogate zdobienia; zakreślił je opuszkami, jakby to miało go uspokoić. — To Macallan Adami. Miejże litość.
Nazywał ją Enne.
Nie Vivian. Nie Vivi. Nie Viv. Nigdy Vi. Rzadko Vivienne.
Enne.
Czasami, kiedy Vivienne chciała poprawić sobie humor albo nadać temu wszystkiemu s e n s, tłumaczyła sobie, że to dlatego, że przypomina mu matkę. Roseanne. Anne. Vivienne. Enne.
Ale czasami były takie chwile, kiedy wiedziała, że prawda jest prostsza i nie balansuje na sentymencie, którego próżno było doszukiwać się w człowieku takim, jak Christopher Adler. W takich momentach przypominała sobie, że jej ojciec był bezlitosnym manipulatorem i uciekał się do wielu sztuczek, by osiągnąć swój cel. Był wirtuozem na tym polu; strategiem nie do podrobienia i taktykiem nie do pokonania. A w tym przypadku nawoływał dziecko, które odnalazł 19 lat temu.
Enne.
To były jej szóste urodziny i pierwszy raz, kiedy ktoś ją tak nazwał. To były jej szóste urodziny i moment, w którym pod przykrywką miłości i tęsknoty zaczął robić sobie z niej marionetkę. Perfekcyjną lalkę bez krzty woli w swoim sercu, za to z ogromnymi pokładami posłuszeństwa, niezachwianej lojalności i ambicji, by przeć na przód zgodnie z jego wolą, napędzana jego ideałami.
Anne.
Przelotny romans z pokojówka hotelu, w którym wynajmował penthouse, gdy chciał zaczerpnąć życia w samym centrum miastowej kolebki. Długie blond włosy, duże niebieskie oczy, jasna cera upstrzona miejscami bladymi piegami. Niska, ale smukła, z gracją, która nie przystawała przypadkowej kobiecie.
Jej prawie dokładna kopia stała właśnie obok niego i z bezczelnością — bo w to nie wątpił — bezcześciła lodem whisky z 1926 roku. Whisky dojrzewającą sześćdziesiąt lat w beczce po sherry, zanim ją rozlano do jedynych 40 egzemplarzy butelek. Whisky, której etykieta była stworzona przez włoskiego malarza Valerio Amadiego i którą Christopher Adler kupił trzy lata temu za ponad dwa miliony dolarów.
Czuł się niemal tak, jakby obserwował proces usuwania złocistości z Klimta albo cyfrowego nakładania ostrości na da Vinciego.
To była hańba. Splugawienie. Profanacja.
To była o b e l g a wymierzona prosto w niego.
Policzek, który przyjął, bo do Enne niezmiennie miał niebywałą słabość.
I to ta słabość sprowadziła ich teraz tutaj. Ją. J e g o.
Sawyer Wright nie był przypadkowo wybranym człowiekiem. Nic w procesie kontaktu i złożenia mu oferty nie było przypadkowe. Godziny negocjacji z doradcami do spraw bezpieczeństwa, dni tuszowania śladów, czek wystawiony na sumę, która powinna była złamać każdego. Kiedy złamała j e g o, wystarczyło.
Musiało wystarczyć.
Christopher Adler nie był bowiem człowiekiem, którego interesowało wyrzucanie pieniędzy w błoto i rujnowanie własnych inwestycji, wiary i oczekiwań. W Sawyera Wrighta zainwestował. W Wolfa wierzył. Od ochroniarza oczekiwał. Teraz pozostawało tylko czekać, obserwować, mieć...
— Masz nadzieję, że sobie poradzi... — Głos Vivienne nie był donośny, nie był też cichy; był przede wszystkim rozbawiony. — ...czy szacujesz, kiedy sobie odpuści?
To brzmiało co najmniej, jakby była maszynką do niszczenia ochrony i przemieliła kilkunastu ochotników. Tak nie było. Ale jej upartość była większa od upartości jej ojca, potrzeba niezależności i autonomii wykraczała poza wszelkie możliwe ramy, a chęć na wolność uzależniająca. To była niebezpieczna mieszanka. Nie kapryśnej dziewuchy wychowywanej na księżniczkę. Nie zbuntowanej małolaty chcącej częstować się cukierkami od nieznajomych i bawić się w szybkie uniesienia w klubowej toalecie. Nie skrzywdzonego ptaszka, który sam otworzył sobie klatkę i wyfrunął, a teraz jest zagubiony i nie wie co dalej.
Vivienne sama nie do końca wiedziała, gdzie oscylowała na skali.
Być może między wszystkimi opcjami.
Zanim usłyszała odpowiedź ojca, rozproszyło ich pukanie. Chwilę później drzwi otworzyły się i lokaj stanął w progu.
— Już jest.
Wnętrze rezydencji było dokładnie takie, jakiego można było się spodziewać po marszandzie zasiadajacym w radzie miasta. Bogactwo było tylko solidnym fundamentem i otoczką dla sztuki i piękna; dla obrazów i rzeźb. Nie było tu przytłaczającego hołdu ku arystokracji, nie było tu też nowoczesnego minimalizmu z brakiem ducha w gratisie. Było za to w drewnie, w marmurze i kamieniu, w ciężkich tkaninach, skórach i aksamitach, w mosiądzu i złocie. Było beżowo, było butelkowo-zielono, było granatowo i było bordo. W zależności od pomieszczenia.
Było... ładnie. Z gustem. Z solidną zapłatą dla wszystkich architektów i wykonawców.
I wyglądało to komicznie w zetknięciu z faktem, że poza służbą, mieszkała tu tylko jedna osoba.
Teraz, chwilowo, dwie.
Vivienne stała oparta tyłem o bok skórzanej kanapy, opierając o udo szklanicę z whisky. Patrzyła, jak kula lodu wiruje w trunku od ruchu, kątem oka wyłapując to, co robił jej ojciec. Mężczyzna usiadł na fotelu i brakowało mu tylko kota na oparciu, by odtworzyć plakat Ojca Chrzestnego. Całe szczęście nie miał też cygara i muchy.
Podniósł się w momencie, kiedy do pomieszczenia wszedł o n.
— Christopher Adler — oddał tę niepotrzebną uprzejmość, bo oboje doskonale wiedzieli, kim są. Nie spojrzał, gdy buciory g o ś c i a zatrzymały się na miękkim, ręcznie plecionym dywanie. Patrzył prosto w jego oczy, stojąc dumnie, mimo tego, że był niższy i fizycznie zdecydowanie słabszy. Nie wrzucał go też do szufladek — nie musiał. Wydawał się być ponad to. Wiedział, że to on daje pieniądze. Że to on pociąga za sznurki. Uchylił się nieznacznie, obracając bokiem w stronę blondynki, która dopiero teraz podniosła spojrzenie. — A to moja córka, Vivienne.
Szare oczy mężczyzny wróciły do Wolfa i ich wyraz zdawał się dodawać to, czego nie wypowiedziało gardło, a co było odpowiedzią na zadane pytanie. To z nią masz pomóc.
Nie czekając na reakcję, przeszedł w stronę barku i ułożył na tacy dwie szklanki. Zerknął przez ramię, unosząc brew w pytaniu, a potem zaczął nalewać sobie porcję. Tego samego Macallana Adamiego, który był edycją absolutnie limitowaną. Bez lodu.
— Widzi pan, Vivienne uważa, że jest już dorosła i w naszym świecie to wystarczy, żeby wyjść z domu i tak po prostu udawać, że świat na zewnątrz głaszcze po głowie każdego, kto ma wystarczająco dużo bezczelności, by po nim chodzić. Zapomina jednak, że niektóre cienie mają bardzo długie ręce i bardzo ostry apetyt.
Vivienne uniosła swoją szklankę do ust i upiła mały łyk, wpatrując się w nich ponad krawędzią szkła, przeskakując z jednego celu na drugi.
— Wybacz mu, mój ojciec lubi ubierać swoje paranoje w ładne słowa i poetyckie metafory — zwróciła się do nieznajomego, ewidentnie tak samo rozbawiona całą tą sytuacją, jak i powoli podirytowana. Do tej pory uważała, że to tylko nieśmieszny żart i kolejna próba ze strony ojca. Że ją testuje, ale zaraz ulegnie i odpuści. Poruszyła szklanką, a lód znów uderzył o jej bok i stuknął. — Nie może uwierzyć, że nie mam już siedmiu lat i chciałabym—
— Enne. — Wtrącenie było ostre i krótkie, wślizgujące w tę jedną wypowiedzianą sylabę całe jestestwo Christophera Adlera — nienawiść do sprzeciwu. Zaraz jednak złagodniał, rozluźnił szczękę i odwrócił się z dwoma szklankami do mężczyzny. — Sprawa jest prosta, panie Wright. Sytuacja w moim otoczeniu stała się dynamiczna przez pewne procesy biznesowe i polityczne, nad którymi pracuję. Niektórzy w naszym otoczeniu nie przywykli do przegrywania.
N a s z y m otoczeniu. Nie jego i Vivienne — nigdy nie Vivienne — ale jego i najemnika przed nim. Tak, jakby mieli coś wspólnego. Jakiś ułamek, o którym dziewczyna miała się nigdy nie dowiedzieć.
— Moje bezpieczeństwo jest obstawione, ale Enne... Vivienne ma tendencję do przebywania w miejscach, w których nie powinna być i z ludźmi, którzy nie powinni widzieć jej na oczy. Teraz jeszcze dochodzi to jej naiwne hobby w ratowanie spalonych w społeczeństwie jednostek. — Rzucił krótkie spojrzenie na córkę, zanim znowu spojrzał w oczy Wrighta. — Zlecenie jest proste w założeniach, panie Wright. Nie potrzebuję dla niej kolejnego psa gończego ani obronnego. Nie potrzebuję zwykłego cienia, który będzie wszędzie za nią łaził. Zdecydowanie nie potrzebuję, żeby spełniał pan jej wszelkie zachcianki. Wręcz przeciwnie. Zależy mi t y l k o na jej bezpieczeństwie. Ma być cała, zdrowa i pod kontrolą. Absolutną, jeśli będzie to konieczne.
— Innymi słowy, chcesz mi dać niańkę, bo nie wierzysz, że sobie poradzę w życiu. Ma mnie pilnować jakiś przypadkowy gość, bo twoje plany polityczne ugodziły w opozycję i ktoś może mnie obrzucić pomidorami? Zgniłymi jajami? To jest jakaś popierdolona sytuacja. Nie. N i e ma szans. — Już stała. Kierowała się w stronę drzwi, w połowie drogi obracając się bezpośrednio w stronę swojej przyszłej, najlepiej niedoszłej, opiekunki, obok której akurat przechodziła. — Nie ma, kurwa, szans.
Powtórzyła już prosto do niego, po czym rzuciła spojrzenie na ojca, pełne wszelkiej odrazy i niewerbalnych inwektywów, zanim nacisnęła na klamkę i wyszła. Mechanizm zawiasów nie pozwolił jej zatrzasnąć drzwi za nią, ale jej obcasy jeszcze długo stukały po posadzce, kiedy wściekle podążała wzdłuż korytarza.
Christopher Adler westchnął. Upił potężny łyk whisky i zamknął na ułamek sekundy oczy.
— Bunt dwudziestolatki. — Nie dodawał prośby o nie zrażanie się ani słów o tym, że jej przejdzie. Chyba sam nie do końca w to wierzył, ale to nie stanowiło dla niego przedmiotu interesu. Mogła się rzucać, wierzgać, pluć i drapać. Byleby była bezpieczna. Za wszelką cenę. — Potrzebuje pan coś wiedzieć, panie Wright? Śmiało.
Sawyer Wright