40 y/o
For good luck!
180 cm
najemnik na terenie obu Ameryk
Awatar użytkownika
Deep in the ocean, dead and cast away, where innocence is burned in flames. A million mile from home, I’m walking ahead. I’m frozen to the bones, I am
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

— jeden —
The world is a dangerous place to live
not because of the people who are evil,
but because of the people who don't do anything about it.
Uchylił śmierdzącą nikotyną i potem firankę, żeby wyjrzeć przez okno motelowego pokoju na niezadbany dziedziniec pokryty pękającym asfaltem. Kilka starych samochodów, chwasty wdzierające się pomiędzy pokruszone płyty chodnikowe, śmieci rozwalone przy drzwiach, bo nikt nie opróżniał publicznego kosza. I bezruch, chociaż nie ten pozorny; panowała prawdziwa cisza. Sawyer już dawno nauczył się je rozróżniać. Wreszcie puścił materiał i pozwolił firance opaść z powrotem na okno, które też pamiętało lepsze — i czystsze — lata.
Słońce ledwie rysowało się bladą łuną na horyzoncie, kiedy ubrany w znoszony dres Sawyer po cichu opuścił pokój. Zbiegł po stopniach rozsypującej się zewnętrznej klatki schodowej, po raz kolejny zauważając niepokojące drżenie przy każdym kroku, bo stal dawno już przeżarła korozja. Dotarłszy na dziedziniec, naciągnął kaptur na głowę i puścił się truchtem wzdłuż ściany budynku błagającej o odmalowanie, a później chodnikiem przy głównej drodze, kierując się w stronę lasu. Konstrukcja schodów, wybudzona z bezruchu ciężarem jego ciała, płakała cicho na beton rdzawymi łzami w mglistym poranku za jego plecami.
Ten widok zawierał w sobie jakieś smutne piękno, ale on nie odwrócił się nawet przez ramię, żeby go zauważyć.
Sawyer Wright nigdy nie oglądał się za siebie.

Rutyna była w jego życiu . w s z y s t k i m . . Pozwalała się skupić, brnąć do przodu i się rozwijać, trzymała jego świat w chłodnych, kontrolowanych ryzach. A przede wszystkim stanowiła jedyną podwalinę stałości w ciągle zmieniającej się rzeczywistości Sawyera, nawet jeśli codziennie zmieniał miasto, a co miesiąc — stan. Była stabilną osią niezależną od długości i szerokości geograficznej, nieprzywodzących nic na myśl nazw miast i otaczających go obcych twarzy. Dlatego wstawał przed wschodem słońca i każdego ranka przebiegał przynajmniej sześć mil. Kończył, zanim zrobiło się gorąco, brał prysznic i dopiero później wychodził załatwiać interesy.
Dzisiaj wyjątkowo się spieszył — musiał dotrzeć do Toronto przed południem — więc kąpiel była ekspresowa. Niewielka podręczna torba stanowiąca jego cały dobytek czekała na niego od wczoraj, zresztą Sawyer nie miał w zwyczaju nigdzie się rozpakowywać. Wrzucił do niej szczoteczkę do zębów, zasunął zamek i wyszedł szybkim krokiem, choć bez nerwowego pośpiechu. Odpalił motocykl, kiedy Słońce wspięło się po nieboskłonie wystarczająco wysoko, żeby zza kurtyny drzew rzucić pierwsze, blade promienie na paskudny motel i jego krzywy neon. Silnik zawył i Sawyer odjechał bez jednego zbędnego uczucia czy wspomnienia związanego z tym miejscem.
W końcu czekała na niego umowa, o której podpisanie sam by się nigdy nie podejrzewał w innych, . l e p s z y c h . czasach. Jednak dumą unosili się tylko głupcy — a najczęściej martwi głupcy — dlatego zamierzał zagryźć zęby i wcielić się w rolę ochrony do wynajęcia na kilka tygodni albo miesięcy.
Sawyer na przestrzeni dwóch dekad brał nawet najbardziej niemożliwe zlecenia, których nie chciał podjąć się nikt inny, więc jedna rozpieszczona małolata . n i e . m o g ł a . przecież stanowić dla niego większego wyzwania.

— Wright. Do Christophera Adlera — rzucił zwięźle w progu willi.
Lokaj, który otworzył mu drzwi, przyglądał mu się na wpół zaintrygowanym, a na wpół pełnym niesmaku spojrzeniem. Zupełnie jakby patrzył na zwłoki; choć obraz go obrzydzał, nie potrafił oderwać wzroku. Sawyer już się przyzwyczaił do tego typu spojrzeń, stał więc spokojnie, z chłodną obojętnością i ciężarem ciała rozłożonym równo na obu nogach w delikatnym rozkroku. Chociaż wyglądał na rozluźnionego, z tej pozycji mógłby zaatakować w ułamku sekundy.
Facet odprawił go wyzutym z uprzejmości głosem do tylnych drzwi dla interesantów, nonszalancko wskazując machnięciem ręki na ścieżkę niknącą za budynkiem i przymykając skrzydło głównych drzwi, jakby się łudził, że mógłby powstrzymać najemnika, gdyby ten naprawdę chciał wejść do środka.
— Pan Adler nie wpuszcza . h o ł o t y . głównym wejściem — zakończył doniośle i zatrzasnął drzwi.
Nie wkurwił go, nawet nie zarysował powierzchni irytacji. Sawyer był przyzwyczajony do takiego traktowania.
Jednak potrzeba było jeszcze prawie dwudziestu minut, wiadra cierpliwości i kolejnych pokracznych elementów iście dworskiej błazenady, żeby mógł wreszcie wejść do salonu, zapowiedziany jak na audiencję u króla. Zresztą tak właśnie się czuł, kiedy szedł długimi, eleganckimi korytarzami o ścianach niemal całkowicie pokrytych obrazami i mijał kolejne drzwi rezydencji, żeby ostatecznie skończyć w wielkim, nowoczesnym pomieszczeniu, w którym było nawet więcej dzieł sztuki.
On nie podziwiał płócien; odruchowo liczył drzwi, sprawdzał wyjścia, wyłapywał nieruchome oczy kamer, a kiedy znalazł się w salonie, całą jego uwagę pochłonęła znajdująca się tam dwójka ludzi. Mężczyzna w średnim wieku, rzecz jasna pan domu i zleceniodawca — wyczuwalna od niego aura władczości niemal rozlewała się smakiem na języku — oraz dziewczyna; smukła blondynka o twarzy modelki, której cała sylwetka zdawała się wrzeszczeć: problem.
To musiało być jego . z l e c e n i e .
Patrzył na nią krótko, idąc w ich stronę w milczeniu, ale wystarczyło, żeby wyłapać najważniejsze detale. Ostatecznie zatrzymał spojrzenie na gospodarzu, całkowicie ignorując przedmiot handlu. Jego zdaniem dziewczyny w ogóle powinno być przy tej rozmowie, ale nie miał tu nic do gadania. Ostatecznie sam był tylko przedmiotem w dłoniach Adlera.
— Sawyer Wright, do usług — odezwał się szorstko w ramach jedynego powitania, zatrzymując kroki i odgłos ciężkich butów na eleganckiej posadzce gdzieś pośrodku salonu. — W czym mogę pomóc?
Znał ogół sprawy. Potrzebował detali.

Vivienne Adler
Ostatnio zmieniony pt sie 14, 2026 5:11 pm przez Sawyer Wright, łącznie zmieniany 2 razy.
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Val
braku inicjatywy z drugiej strony, nudy i płytkich dialogów
25 y/o
For good luck!
158 cm
parole officer in superior court of justice
Awatar użytkownika
it has a taste:
misbehavior.
no saviors here, just fare to be swallowed,
bones to be hollowed;
for rudeness yields exquisite flavors.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

∙ 001 ∙
they say it’s dangerous but if it's not, then where’s the thrill
Widok z biblioteki na drugim piętrze rezydencji rozpościerał się na tył posesji. Na wzgórza, gęste lasy i ciągnące się aż po horyzont wszystkie odcienie zieleni. Na ogrody projektowane przez topowe nazwisko w listach architektów krajobrazów. Na prywatny staw, w którym fauna i flora kooperowały w naturalnej harmonii. Na altankę nieopodal, której widok nieodłącznie kojarzył mu się z obrazem szeroko uśmiechniętej, sześcioletniej blondynki.
Christopher Adler stał przy oknie i patrzył na to wszystko z nieskrywaną zadumą. Szczerze nie pamiętał kiedy ostatni raz widział swoją córkę biegającą po tych alejkach i tych trawach w tej beztrosce, jaką mogły mieć tylko dzieci, które na nowo odkryły, że już nie są same i zdecydowały się zaufać dorosłemu całym swoim sercem. Vivienne zawsze była pocieszna. Optymistyczna. Wdzięczna.
I d e a l n a.
A potem coś się zepsuło. Element machiny poluzował się, zębatki zaczęły na siebie nachodzić, a całość przestała pracować płynnie. Pojawiały się zgrzyty. Coraz więcej zgrzytów. Aż w końcu, w pewnym momencie, coś zepsuło się bezpowrotnie.
Nie dopuszczał do siebie myśli, że nie dało się tego naprawić. Uznawał to za nastoletni bunt, który wybuchł po czasie; chwilowy błąd operacyjny, który dało się łatwo zatuszować i na dobre wymazać jego istnienie. Upartość musiała mieć zatem po nim — tak jak wierzył, że córka chce się jedynie wyszaleć w tej swojej wolności, tak też wierzył, że to jedynie kwestia czasu, gdy wszystko znów będzie po s t a r e m u. Nie brał innej opcji pod uwagę.
N i e było innej opcji.
Ale jakież to wszystko byłoby łatwiejsze, gdyby tylko chciała współpracować.
Obejrzał się za siebie, na hebanowe biurko. Jak wszystko w tym pomieszczeniu — w całej tej rezydencji i przylegającej do niej posesji — było robione na zamówienie. Stały na nim trzy złote ramki i każde trzy pokazywały tą samą roześmianą twarz okoloną jasnymi włosami. Na pierwszym zdjęciu Vivienne odbierała dyplom ukończenia szkoły. Na drugim kłusowała na śnieżnobiałym shire.
Na trzecim ze zdjęć byli we dwójkę.
Było też jeszcze jedno zdjęcie. Wystawało połową z niedbale rzuconej na blat koperty i ciążyło nad Christopherem Adlerem od przeszło tygodnia. Wyciągał je już tyle razy, że rogi zaczynały się szarpać, co godziło w jego osobiste poczucie estetyki. Rzucał nim w różne kąty tyle razy, że zaczęło się giąć i miąć, zniekształcając uśmiech blondwłosej Adlerówny. Nie dziewczynki, nie nastolatki, nie młodej dorosłej, którą zmusił do pozowania do zdjęcia. To nie było nawet pozowane ujęcie.
Nieplanowane. Ukradkowe. Bezsprzecznie barbarzyńskie w swojej nieprzypadkowości i pełnej intencji fotografującego.
Przechodziła na nim przez jezdnię w centrum, rozglądając się w lewo. W dłoni trzymała kubek kawy, pod ramieniem teczkę z aktami. Miała na sobie wrzosową koszulę w oliwkowe listki. Pamiętał ten dzień. Pamiętał tę kawę, tę koszulę, ten widok Vivienne, kiedy pożegnała się z nim i ruszyła przodem do podopiecznego.
To było dwa tygodnie temu.
Dwa cholerne tygodnie temu.

Teraz pięciocentymetrowa bryła lodu stuknęła o dno szklanicy i chwilę później delikatnie syknęła, gdy zalała ją ciemnobursztynowa, wręcz rubinowa ciecz.
Christopher Adler odsunął się od biurka i spojrzał w bok. Jego kamienna twarz nie wyrażała pozornie żadnej emocji, ale wystarczyło wiedzieć, na co patrzeć, żeby zrozumieć. Ten cień kryjący się w jego szarych oczach nie był objawem zmęczenia, tylko pobłażliwością; te minimalne drgnięcie małego palca u prawej dłoni nie było symptomem przemijającego czasu i nieuchronnie nadchodzącej starości, a niewerbalnym protestem ciała na to, czego był świadkiem, który stłumił w sobie. Języka jednak nie mógł zatrzymać w swoim gardle.
— Na miłość boską, Enne. — Zacisnął dłonie na oparciu fotela, czując potrzebę zajęcia sobie rąk czymś manualnym, fizycznym, żeby nie dać kresu tej profanacji. Wyczuł pod palcami miękką skórę i bogate zdobienia; zakreślił je opuszkami, jakby to miało go uspokoić. — To Macallan Adami. Miejże litość.
Nazywał ją Enne.
Nie Vivian. Nie Vivi. Nie Viv. Nigdy Vi. Rzadko Vivienne.
Enne.
Czasami, kiedy Vivienne chciała poprawić sobie humor albo nadać temu wszystkiemu s e n s, tłumaczyła sobie, że to dlatego, że przypomina mu matkę. Roseanne. Anne. Vivienne. Enne.
Ale czasami były takie chwile, kiedy wiedziała, że prawda jest prostsza i nie balansuje na sentymencie, którego próżno było doszukiwać się w człowieku takim, jak Christopher Adler. W takich momentach przypominała sobie, że jej ojciec był bezlitosnym manipulatorem i uciekał się do wielu sztuczek, by osiągnąć swój cel. Był wirtuozem na tym polu; strategiem nie do podrobienia i taktykiem nie do pokonania. A w tym przypadku nawoływał dziecko, które odnalazł 19 lat temu.
Enne.
To były jej szóste urodziny i pierwszy raz, kiedy ktoś ją tak nazwał. To były jej szóste urodziny i moment, w którym pod przykrywką miłości i tęsknoty zaczął robić sobie z niej marionetkę. Perfekcyjną lalkę bez krzty woli w swoim sercu, za to z ogromnymi pokładami posłuszeństwa, niezachwianej lojalności i ambicji, by przeć na przód zgodnie z jego wolą, napędzana jego ideałami.
Anne.
Przelotny romans z pokojówka hotelu, w którym wynajmował penthouse, gdy chciał zaczerpnąć życia w samym centrum miastowej kolebki. Długie blond włosy, duże niebieskie oczy, jasna cera upstrzona miejscami bladymi piegami. Niska, ale smukła, z gracją, która nie przystawała przypadkowej kobiecie.
Jej prawie dokładna kopia stała właśnie obok niego i z bezczelnością — bo w to nie wątpił — bezcześciła lodem whisky z 1926 roku. Whisky dojrzewającą sześćdziesiąt lat w beczce po sherry, zanim ją rozlano do jedynych 40 egzemplarzy butelek. Whisky, której etykieta była stworzona przez włoskiego malarza Valerio Amadiego i którą Christopher Adler kupił trzy lata temu za ponad dwa miliony dolarów.
Czuł się niemal tak, jakby obserwował proces usuwania złocistości z Klimta albo cyfrowego nakładania ostrości na da Vinciego.
To była hańba. Splugawienie. Profanacja.
To była o b e l g a wymierzona prosto w niego.
Policzek, który przyjął, bo do Enne niezmiennie miał niebywałą słabość.

I to ta słabość sprowadziła ich teraz tutaj. Ją. J e g o.
Sawyer Wright nie był przypadkowo wybranym człowiekiem. Nic w procesie kontaktu i złożenia mu oferty nie było przypadkowe. Godziny negocjacji z doradcami do spraw bezpieczeństwa, dni tuszowania śladów, czek wystawiony na sumę, która powinna była złamać każdego. Kiedy złamała j e g o, wystarczyło.
Musiało wystarczyć.
Christopher Adler nie był bowiem człowiekiem, którego interesowało wyrzucanie pieniędzy w błoto i rujnowanie własnych inwestycji, wiary i oczekiwań. W Sawyera Wrighta zainwestował. W Wolfa wierzył. Od ochroniarza oczekiwał. Teraz pozostawało tylko czekać, obserwować, mieć...
— Masz nadzieję, że sobie poradzi... — Głos Vivienne nie był donośny, nie był też cichy; był przede wszystkim rozbawiony. — ...czy szacujesz, kiedy sobie odpuści?
To brzmiało co najmniej, jakby była maszynką do niszczenia ochrony i przemieliła kilkunastu ochotników. Tak nie było. Ale jej upartość była większa od upartości jej ojca, potrzeba niezależności i autonomii wykraczała poza wszelkie możliwe ramy, a chęć na wolność uzależniająca. To była niebezpieczna mieszanka. Nie kapryśnej dziewuchy wychowywanej na księżniczkę. Nie zbuntowanej małolaty chcącej częstować się cukierkami od nieznajomych i bawić się w szybkie uniesienia w klubowej toalecie. Nie skrzywdzonego ptaszka, który sam otworzył sobie klatkę i wyfrunął, a teraz jest zagubiony i nie wie co dalej.
Vivienne sama nie do końca wiedziała, gdzie oscylowała na skali.
Być może między wszystkimi opcjami.
Zanim usłyszała odpowiedź ojca, rozproszyło ich pukanie. Chwilę później drzwi otworzyły się i lokaj stanął w progu.
— Już jest.

Wnętrze rezydencji było dokładnie takie, jakiego można było się spodziewać po marszandzie zasiadajacym w radzie miasta. Bogactwo było tylko solidnym fundamentem i otoczką dla sztuki i piękna; dla obrazów i rzeźb. Nie było tu przytłaczającego hołdu ku arystokracji, nie było tu też nowoczesnego minimalizmu z brakiem ducha w gratisie. Było za to w drewnie, w marmurze i kamieniu, w ciężkich tkaninach, skórach i aksamitach, w mosiądzu i złocie. Było beżowo, było butelkowo-zielono, było granatowo i było bordo. W zależności od pomieszczenia.
Było... ładnie. Z gustem. Z solidną zapłatą dla wszystkich architektów i wykonawców.
I wyglądało to komicznie w zetknięciu z faktem, że poza służbą, mieszkała tu tylko jedna osoba.
Teraz, chwilowo, dwie.
Vivienne stała oparta tyłem o bok skórzanej kanapy, opierając o udo szklanicę z whisky. Patrzyła, jak kula lodu wiruje w trunku od ruchu, kątem oka wyłapując to, co robił jej ojciec. Mężczyzna usiadł na fotelu i brakowało mu tylko kota na oparciu, by odtworzyć plakat Ojca Chrzestnego. Całe szczęście nie miał też cygara i muchy.
Podniósł się w momencie, kiedy do pomieszczenia wszedł o n.
— Christopher Adler — oddał tę niepotrzebną uprzejmość, bo oboje doskonale wiedzieli, kim są. Nie spojrzał, gdy buciory g o ś c i a zatrzymały się na miękkim, ręcznie plecionym dywanie. Patrzył prosto w jego oczy, stojąc dumnie, mimo tego, że był niższy i fizycznie zdecydowanie słabszy. Nie wrzucał go też do szufladek — nie musiał. Wydawał się być ponad to. Wiedział, że to on daje pieniądze. Że to on pociąga za sznurki. Uchylił się nieznacznie, obracając bokiem w stronę blondynki, która dopiero teraz podniosła spojrzenie. — A to moja córka, Vivienne.
Szare oczy mężczyzny wróciły do Wolfa i ich wyraz zdawał się dodawać to, czego nie wypowiedziało gardło, a co było odpowiedzią na zadane pytanie. To z nią masz pomóc.
Nie czekając na reakcję, przeszedł w stronę barku i ułożył na tacy dwie szklanki. Zerknął przez ramię, unosząc brew w pytaniu, a potem zaczął nalewać sobie porcję. Tego samego Macallana Adamiego, który był edycją absolutnie limitowaną. Bez lodu.
— Widzi pan, Vivienne uważa, że jest już dorosła i w naszym świecie to wystarczy, żeby wyjść z domu i tak po prostu udawać, że świat na zewnątrz głaszcze po głowie każdego, kto ma wystarczająco dużo bezczelności, by po nim chodzić. Zapomina jednak, że niektóre cienie mają bardzo długie ręce i bardzo ostry apetyt.
Vivienne uniosła swoją szklankę do ust i upiła mały łyk, wpatrując się w nich ponad krawędzią szkła, przeskakując z jednego celu na drugi.
— Wybacz mu, mój ojciec lubi ubierać swoje paranoje w ładne słowa i poetyckie metafory — zwróciła się do nieznajomego, ewidentnie tak samo rozbawiona całą tą sytuacją, jak i powoli podirytowana. Do tej pory uważała, że to tylko nieśmieszny żart i kolejna próba ze strony ojca. Że ją testuje, ale zaraz ulegnie i odpuści. Poruszyła szklanką, a lód znów uderzył o jej bok i stuknął. — Nie może uwierzyć, że nie mam już siedmiu lat i chciałabym—
— Enne. — Wtrącenie było ostre i krótkie, wślizgujące w tę jedną wypowiedzianą sylabę całe jestestwo Christophera Adlera — nienawiść do sprzeciwu. Zaraz jednak złagodniał, rozluźnił szczękę i odwrócił się z dwoma szklankami do mężczyzny. — Sprawa jest prosta, panie Wright. Sytuacja w moim otoczeniu stała się dynamiczna przez pewne procesy biznesowe i polityczne, nad którymi pracuję. Niektórzy w naszym otoczeniu nie przywykli do przegrywania.
N a s z y m otoczeniu. Nie jego i Vivienne — nigdy nie Vivienne — ale jego i najemnika przed nim. Tak, jakby mieli coś wspólnego. Jakiś ułamek, o którym dziewczyna miała się nigdy nie dowiedzieć.
— Moje bezpieczeństwo jest obstawione, ale Enne... Vivienne ma tendencję do przebywania w miejscach, w których nie powinna być i z ludźmi, którzy nie powinni widzieć jej na oczy. Teraz jeszcze dochodzi to jej naiwne hobby w ratowanie spalonych w społeczeństwie jednostek. — Rzucił krótkie spojrzenie na córkę, zanim znowu spojrzał w oczy Wrighta. — Zlecenie jest proste w założeniach, panie Wright. Nie potrzebuję dla niej kolejnego psa gończego ani obronnego. Nie potrzebuję zwykłego cienia, który będzie wszędzie za nią łaził. Zdecydowanie nie potrzebuję, żeby spełniał pan jej wszelkie zachcianki. Wręcz przeciwnie. Zależy mi t y l k o na jej bezpieczeństwie. Ma być cała, zdrowa i pod kontrolą. Absolutną, jeśli będzie to konieczne.
— Innymi słowy, chcesz mi dać niańkę, bo nie wierzysz, że sobie poradzę w życiu. Ma mnie pilnować jakiś przypadkowy gość, bo twoje plany polityczne ugodziły w opozycję i ktoś może mnie obrzucić pomidorami? Zgniłymi jajami? To jest jakaś popierdolona sytuacja. Nie. N i e ma szans. — Już stała. Kierowała się w stronę drzwi, w połowie drogi obracając się bezpośrednio w stronę swojej przyszłej, najlepiej niedoszłej, opiekunki, obok której akurat przechodziła. — Nie ma, kurwa, szans.
Powtórzyła już prosto do niego, po czym rzuciła spojrzenie na ojca, pełne wszelkiej odrazy i niewerbalnych inwektywów, zanim nacisnęła na klamkę i wyszła. Mechanizm zawiasów nie pozwolił jej zatrzasnąć drzwi za nią, ale jej obcasy jeszcze długo stukały po posadzce, kiedy wściekle podążała wzdłuż korytarza.
Christopher Adler westchnął. Upił potężny łyk whisky i zamknął na ułamek sekundy oczy.
— Bunt dwudziestolatki. — Nie dodawał prośby o nie zrażanie się ani słów o tym, że jej przejdzie. Chyba sam nie do końca w to wierzył, ale to nie stanowiło dla niego przedmiotu interesu. Mogła się rzucać, wierzgać, pluć i drapać. Byleby była bezpieczna. Za wszelką cenę. — Potrzebuje pan coś wiedzieć, panie Wright? Śmiało.

Sawyer Wright
Ostatnio zmieniony śr wrz 02, 2026 9:49 am przez Vivienne Adler, łącznie zmieniany 1 raz.
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
szyszka
ai
40 y/o
For good luck!
180 cm
najemnik na terenie obu Ameryk
Awatar użytkownika
Deep in the ocean, dead and cast away, where innocence is burned in flames. A million mile from home, I’m walking ahead. I’m frozen to the bones, I am
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Vivienne.
Dopiero po tej śmiesznej formułce grzecznościowej z ust gospodarza Sawyer lekko przechylił głowę i wolno, niemal leniwie — chociaż każda oznaka rozleniwienia w jego gestach była tylko niebezpiecznym złudzeniem, bo prawie nigdy nie opuszczał gardy ani nie tracił czujności — przeniósł spojrzenie na dziewczynę. Tak jakby dopiero słowa ojca dały mu przyzwolenie na otwarte przyglądnięcie się . t o w a r o w i . . Już dawno nauczył się wykorzystywać każdą sekundę, jaka mu jest dana. Dlatego nie spieszył się, kiedy Christopher ruszył w stronę barku po alkohol; Sawyer przesuwał wzrokiem powoli po rysach jej twarzy, odruchowo oceniając kierunek, w którym patrzyła, a później sposób, w jaki opierała się o kanapę i jak rozkładała ciężar ciała, żeby zsunąć się niżej, na dłoń i trzymaną w palcach szklankę, aż do jej zawartości, a później z powrotem w górę, znów w jej oczy.
Przerwał w tej samej sekundzie, w której gospodarz odwrócił się przez ramię, pytając samym spojrzeniem. I mimo że ostatnim, na co Sawyer miał aktualnie ochotę, był alkohol — miał jasne zasady i nie pił w pracy, zbyt wiele razy widział zimne ciała innych najemników w kałużach własnej krwi, tych samych, którzy butnie zapewniali, że mają nad tym kontrolę, ale alkohol zawsze osłabiał czujność i tępił odruchy — to nie zaprzeczył w żaden sposób. Wiedział, że Adler i tak podjął już decyzję, a odmowa nie będzie mile widziana.
A kiedy zaczął mówić, słuchał go w skupieniu, bezruchu i absolutnym milczeniu. Chociaż z wierzchu mógł wyglądać na niezainteresowanego, bo na jego twarzy nie malowała się żadna reakcja czy emocja, w rzeczywistości Sawyer zapamiętywał każde słowo. Bardziej w wyćwiczonym odruchu niż z konieczności. Kiedy tamta dwójka zaczęła się przerzucać ciętymi uwagami, poruszały się jedynie jego gałki oczne; z dziewczyny na mężczyznę i z powrotem. Nawet jeśli wyglądało na to, że wciągają go do tej kłótni, wiedział, że ona go nie dotyczy. Dlatego milczał. A jednak słuchał. I obserwował. Analizował, łączył wątki; szukał wzoru. I choć wydawał się oczywisty na pierwszy rzut oka — jego troska i jej potrzeba niezależności — Sawyer nauczył się, że pierwsze wrażenie zwykle jest mylne. Że ważniejsza prawda leży głębiej.
Oczywiście sprawdził wcześniej Christophera Adlera, zasięgnął języka u dawnych znajomych w mieście, a nawet sowicie zapłacił za potwierdzone informacje z pierwszej ręki, jak tylko skontaktował się z nim pośrednik. Nigdy nie brał zleceń w ciemno, bez wcześniejszej analizy terytorium i samego drapieżnika na nim, i to nie zmieniło się tylko dlatego, że tym razem zamiast pozbyć się po cichu jednej dziewczyny, miał zrobić wszystko, żeby nikt nie pozbył się jej.
Odruchowo przeniósł na nią ciężar spojrzenia, kiedy się poruszyła i uniosła dumą, a później ruszyła w jego stronę — chociaż bardziej prawdziwe było stwierdzenie: w stronę wyjścia. Wytrzymał kontakt wzrokowy, jej pełne agresji spojrzenie, które mu rzuciła wraz z kilkoma słowami, jak niepotrzebną kość psu w akcie łaski. Wypowiedziała je z góry, głosem tak pewnym, że ktoś bardziej uległy być może nawet by w nie uwierzył.
Nie ma, kurwa, szans.Cóż, . z o b a c z y m y . Kiedy ta myśl wepchnęła mu się do umysłu i rozlała po nim spokojnym chłodem pewności, która nie potrzebowała gestów ani krzyku, Sawyer powstrznmał paskudny uśmiech cisnący się na usta tylko dlatego, że całe lata poświęcił na kontrolowanie swoich odruchów i rzadko kiedy dopuszczał je do głosu; zwykle najpierw przepuszczał je przez filtr. I teraz zrobił dokładnie to samo. Pozostał niewzruszony i cichy, kiedy odgłos obcasów cichł za jego plecami.
Ponownie skupił wzrok na Adlerze.
Teraz przynajmniej mogli porozmawiać jak . d o r o ś l i .
— Dziewczyna będzie przy mnie bezpieczna — zaczął tonem zdecydowanie bliższym stwierdzania faktu niż obietnicy. — Ale pan o tym wie, prawda? Ktoś za mnie poręczył. Ktoś ważny. Inaczej by mnie tutaj nie było — wtrącił leniwie i oczy mu błysnęły, krótko, prawie w rozbawieniu. Ostatecznie było to tylko pytanie retoryczne, na które oboje znali odpowiedź, więc bez zbędnej pauzy Sawyer kontynuował: — A skoro oczywistości i uprzejmości mamy za sobą, przejdźmy do kwestii istotnych. Szanuję prywatność zleceniodawców, dlatego nie będę pytał o szczegóły. Nie muszę znać powodów, dla których ktoś może źle życzyć pana córce, ale potrzebuję poznać skalę tych… problemów.
W sztuce dyplomacji Sawyer miał podstawowe i oczywiste na pierwszy rzut oka braki, ale w towarzystwie zleceniodawców starał się wspinać na jej absolutne wyżyny. Dlatego teraz też dobierał słowa ostrożnie, uważając, żeby nie nadepnąć na odcisk.
A że bogacze mieli kurewsko duże odciski, nauczył się przez bolesne doświadczenie.
— Nie pytam, czy spodziewa się pan, że ktoś zechce ją skrzywdzić, panie Adler, ale raczej: jak bardzo ktoś tego będzie chciał — uzupełnił jednostajnym, wręcz monotonnym głosem. W końcu mówił o swojej codzienności, nawet jeśli u zleceniodawców przedmiot usługi zwykle budził duże emocje.
Bo chociaż Sawyer nie skończył żadnej szkoły, bynajmniej nie był pierwszym lepszym naiwnym idiotą. Wiedział, że kwota na czeku nie brała się znikąd, przypuszczał też, że nie chodzi tylko o ciężki charakter podopiecznej. Ale on nigdy nie bał się ani konsekwencji, ani brudnej roboty, ani tym bardziej — wyzwań.
Decydując się na podjęcie tego zlecenia, od początku brał go z haczykiem, nawet jeśli jeszcze nie rozumiał natury tego haczyka.
— Poza tym widzę, że dziewczyna nie jest zadowolona z tej decyzji. Tylko gdyby chodziło o pomidory, to nie stałbym tutaj ja, a kwota byłaby o wiele niższa — dodał i tym razem na jego ustach pojawił się cień krzywego uśmiechu; był zbyt blady, żeby rozpoznać w nim sarkazm. — Mam rozumieć, że nie ma pojęcia o zagrożeniu?
Nie jemu oceniać. Sawyer nie miał dzieci, nigdy nie chciał ich mieć i nie próbował nawet w wyobraźni stawiać się w podobnej sytuacji; kiedy interesy stawały się takim zagrożeniem dla najbliższych, że nie wystarczała już zwykła ochrona. Że sięgało się po pomoc płatnego zabójcy.
Jednak w tej sytuacji był to szczegół cholernie istotny; bo co innego mieć na oku osobę świadomą zagrożenia — a co innego nieuświadomioną, pyskatą dziedziczkę fortuny przekraczającej pojmowanie zwykłego śmiertelnika.

Vivienne Adler
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Val
braku inicjatywy z drugiej strony, nudy i płytkich dialogów
25 y/o
For good luck!
158 cm
parole officer in superior court of justice
Awatar użytkownika
it has a taste:
misbehavior.
no saviors here, just fare to be swallowed,
bones to be hollowed;
for rudeness yields exquisite flavors.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Przekleństwo Vivienne Adler było p o w i e r z c h o w n e.
Tak dosłownie, jak i w przenośni.
Dosłownie, bo na powierzchni wyglądała, jak matka. Skóra ze skóry zdjęta.
Metaforycznie, bo pozornie mogłoby się wydawać, że charakter miała po ojcu. Częściowo była to prawda. Częściowo największe kłamstwo, jakie można było na jej temat powiedzieć. Częściowo najgorsza zniewaga.
Kiedyś porównanie do ojca uznałaby za komplement, za najmilsze słowa i podbudowałoby to jej ego, uskrzydlając ją, osiadając w jej sercu głęboko, na długo. Dzisiaj nie mogłaby usłyszeć nic gorszego.
A przecież nawet nie miała pełnego obrazu ojca w swojej głowie. Przecież nie wiedziała w s z y s t k i e g o. Jej obcasy stukały.
Stukały, stukały, stukały i Vivienne nie zwolniła ani na sekundę, mijając kolejne drzwi, kolejne korytarze, kolejne dzieła sztuki, które kilka lat temu podziwiała z zapartym tchem i uczyła się o nich do późnych godzin nocnych, żeby nad ranem wyrecytować całą genezę ich powstania, użyte techniki, metody, narzędzia; symbolikę, motywacje, intencje autora. Jego p s y c h e.
Wchodziła już do prawego skrzydła posesji, kiedy złapało ją coś gorszego, niż czyjaś dłoń; złapała ją jej własna głowa.
Zatrzymała spojrzenie jasnych oczu na Füsslim. Wyprany mózg nie widział tam po prostu przerażającej sceny. Nie było śpiącej kobiety, nie było demona nad nią i nie było głowy konia. Nie było koszmaru w tym Koszmarze. Były za to freudowskie koncepcje odnoszące się do podświadomości i teorie dotyczące jednego z najpłytszych, najbardziej przyziemnych aktów ludzkiego istnienia.
Przypominając sobie swoje pierwotne myśli i strachy, Vivienne nie mogła się nie skrzywić. Pamiętała tę małą dziewczynkę, którą była. Pamiętała, jak długo nie mogła spać po zobaczeniu tego obrazu po raz pierwszy. Pamiętała, jak bała się, że gdy tylko zamknie oczy, podobny stwór usiądzie na niej i będzie jej ciążył. Że będzie żywił się jej snem i zostawi po sobie jedynie pożogę spokoju. To był prawdziwy k o s z m a r. Teraz... teraz chciało jej się jedynie śmiać na te wspomnienia.
Jaka była głupia, że wtedy nie uciekła z krzykiem i nigdzie tego nie zgłosiła. Jaka była zaślepiona powrotem o j c a, że nie dostrzegła w tym czystej, obrzydliwej formy znęcania się. Nieintencjonalnego, podszytego chęcią zapewnienia najwyżej jakości edukacji, ale jednak znęcania się.
Krzywda nie przestawała być krzywdą tylko dlatego, że czyjeś intencje były podyktowane słuszną motywacją.
Resztę drogi ku drzwiom na tylne ogrody pokonała praktycznie biegiem. Korytarze były za krótkie, by gniew zdążył ostygnąć i za długie, by uformowały się w solidne oskarżenia. Szła i szła, a jej obcasy stukały i stukały; jej głowa pracowała i pracowała. ignorując narastający odgłos kroków za nią, który doskonale znała. Którego nie zatrzymała. Którego nie odwołała. Którego p o t r z e b o w a ł a.
Bardziej, niż chciała się do tego przyznać.
Bardziej, niż chciała sobie na to pozwolić.

Za jej plecami, daleko i w głębi posesji, Christopher Adler wreszcie się poruszył. Retoryczne pytanie Wrighta — będzie przy mnie bezpieczna, ale pan o tym wie, prawda? — świdrowało w jego głowie te rejony umysłu, do których rzadko kiedy dopuszczał irytujące myśli. Całe swoje życie poświęcił, żeby nie być jak otwarta księga i niesamowicie wkurwiało go, gdy ktoś czytał z niego, jakby nie tylko był otwarty i zapisany czarno na białym, ale też największą możliwą czcionką. Fontem. Zależy od rodzaju narzędzi.
W przeciwieństwie jednak do Wrighta, Adler nie musiał się powstrzymywać. Jego usta wykrzywiły się w półuśmiechu, odpowiadając na to retoryczne pytanie mimochodem. Oczywiście, że ktoś za niego poręczył. Oczywiście, że był to ktoś ważny.
Mężczyzna przeszedł w bok. Minął nie tylko najemnego wilka, ale też kawowy stolik i całą meblarską aranżację wokół niego, by stanąć obok jednego z wysokich okien. Te tutaj też wychodziły na ogród.
Nie pytam, czy ktoś z e c h c e ją skrzywdzić, ale raczej: j a k b a r d z o ktoś tego będzie chciał.
Wszelki cień uśmiechu, jaki pozostał na twarzy Christophera Adlera, właśnie zniknął i nie pozostało po nim nic poza mocno zaciśniętą szczęką.
— Wystarczająco — oczywiście; marszand obrócił lekko szklanicę w dłoni, pozwalając Macallanowi przetoczyć się po ściankach. Chwilę patrzył, jak światło gra po listkach poruszanych delikatnym wiatrem. Potem usłyszał stukot. — Żebym zamiast zwykłej ochrony aranżował najemnika. Płatnego zabójcę.
Spojrzał niżej. Po brukowanej, idealnie ułożonej kostce mknęła niczym burza; wyprostowana, ze spiętymi ramionami, zaciśniętymi w pięści dłońmi i agresją pięknie malującą się w szybko stawianych krokach. Chociaż nie widział jej twarzy, tylko falujące za nią włosy, był pewny, że ściskała mocno brwi i skubała zębami dolną wargę. Zawsze tak robiła, gdy coś szło nie po jej myśli. Robił to samo — tylko nie tak ekspresyjnie; już dawno znalazł sobie substytut, który go nie zdradzał.
— Obawiam się, że może się pan spodziewać najgorszego, panie Wright. Bezapelacyjnie najgorszego. — Czy tylko kontynuował wątek jak bardzo ktoś zechce ją skrzywdzić czy wkraczał w meandry samej Vivienne, zostawił już samemu Wolfowi do ocenienia. — W każdym razie nie. Nie ma pojęcia. I lepiej, żeby tak zostało. Najlepiej na zawsze, ale nie jestem tak naiwny, żeby wierzyć, że to się nigdy nie wyda.
Blondynka skręciła na trawę i uparcie szła po niej, niezrażona miękkim podłożem, w którym jej szpilki się zapadały. Lokaj szedł kilka kroków za nią.
— Enne jest... bystra. Dużo myśli. — Bynajmniej nie był to po prostu komplement; przechwałka rodzica dumnego z własnego dziecka. — Czasami za dużo. A to, panie Wright, wiele ułatwia. I komplikuje, ale na potrzeby zlecenia umówmy się, że więcej jednak ułatwia. Będzie myślała i myślała i w tych swoich myślach będzie skupiać się na emocjach, a nie na wszystkich faktach. Skupi się na tym, że chcę ją kontrolować i będzie z tym walczyć, bo taka już jest. A to odwróci jej uwagę od prawdziwego powodu dlaczego chcę— dlaczego m u s z ę ją kontrolować. — Upił łyk whisky. Jeden solidny, potężny łyk, praktycznie zerujący zawartość szklanicy. — I od tego kim pan jest. To kolejny plus.
Wreszcie się zatrzymała. Gdzieś pośrodku zieleni, w miejscu, którego nie podejrzewał, że mogłoby nieść dla niej jakąś wartość. Najwyraźniej się mylił. Najwyraźniej miała plan. Spojrzała na lokaja i coś do niego powiedziała, a ten odwrócił się i wrócił tą samą drogą, którą pokonał, idąc za nią. Christopher Adler na tym etapie spodziewał się chyba wszystkiego.
Że pobiegnie w stronę altanki. Albo stawu. Albo gęstego szpaleru tui, który sięgał pięciu metrów i dawał poczucie prywatności, za którym mogłaby zniknąć mu z oczu. Nie zniknęła.
Zamiast tego kucnęła i zaczęła rozpinać wiązania butów.
Twarz Christophera Adlera rozpromieniała wraz z szerokim uśmiechem, kiedy kiwał głową z niedowierzaniem.
— Będzie strzelać — powiedział do nikogo, do siebie i do Wrighta jednocześnie. Jego głos mógł wyrażać wiele: obserwację, uznanie, zmęczenie. Po prawdzie mężczyzna odczuwał to wszystko na raz. Po trochę. — Zawsze to robi, kiedy jest wściekła. Albo przestraszona, ale do tego nigdy się nie przyzna.
Kolejny łyk wyzerował szklankę whisky ostatecznie.
Nie odwrócił się do najemnika, ale postąpił krok w bok — nieznaczny, ale dający mu wystarczająco miejsca i swobody obok niego przy oknie, by mógł do niego dołączyć i nie stać jak słup soli w bliskiej orbicie. Szarymi oczami obserwował, jak lokaj wraca z dwoma innymi pracownikami i zaczynają wszystko ustawiać. Najpierw wyrzutnia, potem gliniane krążki jeden z drugim, w najróżniejszych kolorach, od neonowych po takie, których nie szło zobaczyć tak łatwo na tle błękitnego nieba.
Vivienne sama zajęła się strzelbą.
— Żyje kolorowo. Pracuje z ludźmi, którzy dostali drugą szansę na naprawę swojego parszywego życia i w zdecydowanej większości z tego nie korzystają, tylko śmieją się systemowi w twarz. — Kącik ust znowu mu drgnął. Ironio. — Bary, kluby, nocne trasy przez miasto, przypadkowi znajomi jej podopiecznych. Jest nieprzewidywalna, panie Wright. Nie tak, jakbym chciał; nie chaotycznie, co paradoksalnie byłoby łatwiejsze do opanowania. Jest nieprzewidywalna metodycznie. Wie, czego ja chcę i robi odwrotnie, sprawdzając na ile może sobie pozwolić, testując, kiedy powiem dość. Jest bezczelna.
To nie był atak na córkę, tylko wykładanie informacji dotyczących zlecenia.
— Zna centrum lepiej, niż mapy google. Te wszystkie alejki, uliczki, skróty. Ma swoje ulubione drogi i ktoś je już zna, panie Wright. To też jest problem. — Pierwszy wystrzał. Patrzył, jak spodek szybuje w górę, osiąga swój pułap i słyszał, jak Vivienne oddaje strzał. Pudłuje. Talerzyk wylądował gdzieś w trawie, mieniąc się w niej jaskrawym pomarańczem farby. — A ja jestem całym sercem za usuwaniem problemów po najmniejszej linii oporu.

Sawyer Wright
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
szyszka
ai
40 y/o
For good luck!
180 cm
najemnik na terenie obu Ameryk
Awatar użytkownika
Deep in the ocean, dead and cast away, where innocence is burned in flames. A million mile from home, I’m walking ahead. I’m frozen to the bones, I am
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Chociaż sam nie należał — i nigdy nie aspirował — do tego świata pełnego przepychu, upajającej władzy i pewności, że wraz z pieniędzmi i znajomościami zawsze w naturalny sposób przychodzi świat gotowy klękać do stóp, a konsekwencje własnych decyzji to tylko odległe pojęcie dotyczące szarych śmiertelników, to Sawyer obracał się w jego cieniach zbyt długo, żeby nie rozpoznać pewnych cech w Adlerze; cech charakterystycznych dla ludzi bogatych, wpływowych i niebezpiecznych.
Wysokie mniemanie o sobie połączone z kiepskim pojęciem o prawdziwym życiu.
Nieprzyjmowanie sprzeciwu do wiadomości.
Przyzwyczajenie, że to otoczenie dostosowuje się do nich i reaguje na ich ruchy — a nie odwrotnie. . N i g d y . odwrotnie.
Arogancka duma przesłaniająca klarowne postrzeganie rzeczywistości.
Czasem, i byli to ludzie najbardziej niebezpieczni, świadomość, że nie cały świat kręci się wokół nich.
Patrząc teraz na Adlera, Sawyer bez trudu odnajdywał w nim niektóre z tych cech, choć inne pozostawały w sferze domysłów, których być może nigdy nie będzie miał szansy potwierdzić. Nie zamierzał pytać, rzecz jasna. Do reszty będzie musiała wystarczyć mu jego intuicja; ale przekonał się już niejednokrotnie, że może ufać swojemu instynktowi drapieżnika poruszającego się samotnie po zmierzchu. Dlatego teraz tylko śledził mężczyznę wzrokiem, kiedy ten przeszedł do okna, choć sam nie śmiał się ruszyć ze swojego miejsca pośrodku pomieszczenia. A w międzyczasie jego umysł przecięła inna, . g o r s z a . myśl: z Adlerem umiał sobie poradzić, bo przywykł do współpracy ze snobami. Jednak nigdy dotąd nie musiał mierzyć się z ledwie dziewczyną, na dodatek wychowaną w obrzydliwym bogactwie.
Odepchnął ją od siebie i krótko skinął głową na dźwięk potwierdzonych przypuszczeń, że jego córka nie ma pojęcia o zagrożeniu. Jakie ono jest — Sawyer też mógł tylko zgadywać. Ale przypuszczał, że wie; że rozumie je, nawet jeśli nie dostał konkretów, bo ostatecznie polityka i biznes rządziły się podobnymi prawami niezależnie od szerokości geograficznej.
— Tak jest — potwierdził i jednocześnie zapewnił, że od niego dziewczyna niczego się nie dowie.
Tak mu się przynajmniej wydawało.
Wysłuchał cierpliwie opisu latorośli Adlera, nie przerywając i nie wtrącając niepotrzebnych dźwięków ze swojej strony; wciąż zapamiętywał detale, które mogłyby mu się przydać w przyszłości, chociaż każdą informację zamierzał, rzecz jasna, osobiście potwierdzić. W jego świecie nie istniało coś takiego jak zaufanie; ufni ludzie zwykle patrzyli na własne wyprute flaki w ostatnich, żałosnych minutach swojego życia. Bo zaufanie było słabością — a słabość zawsze była . k a r a n a .
Leniwie ruszył się z miejsca, dopiero kiedy zleceniodawca dał mu jasny znak, że oczekuje go obok siebie; przeszedł po miękkim dywanie i idealnie błyszczących panelach zbyt ciężkim krokiem, żeby mógł należeć do prawdziwego Sawyera — ten zwykł poruszać się cicho — ale teraz chciał, żeby Adler wiedział dokładnie, w którym miejscu jest. Zrównał się z nim i spojrzał przez okno w dół, na rozłożysty, zadbany ogród zdający ciągnąć się w nieskończoność u stóp potężnej willi. Spojrzeniem od razu wyłapał jedyny punkt, na jaki warto było patrzeć w całym tym dusznym, eleganckim przepychu, gdzie z każdego zakamarka spoglądał na niego luksus: to znaczy na dziewczynę. Kiedy jego wzrok zatrzymał się na jej sylwetce, akurat sięgała po strzelbę i Sawyer poczuł niechciane — wpychające się między żebra bez pozwolenia — zaintrygowanie. Faktyczną, realną ciekawość jak poradzi sobie z bronią.
Z trudem oderwał oczy od tego obrazka, żeby zerknąć na mężczyznę, kiedy znów się odezwał. Sawyer dostał jeszcze więcej szczegółów o jego zleceniu, ale wciąż były to tylko słowa. Natomiast słowa miały tę niebezpieczną ułomność, że łatwo było w nie uwierzyć, a jeszcze łatwiej — nimi manipulować. Sawyer z natury nie wierzył w żadne kwieciste zapewnienia ani górnolotne mowy. Wiedział, a była to wiedza wykuta bolesnym doświadczeniem, że wszystkiego, czego dowie się o dziewczynie, będzie musiał nauczyć się sam. Z czynów, nie słów. Z obserwacji, nie pozorów.
Chociaż póki co wszelkie pozory wskazywały na kurewsko trudny orzech do zgryzienia i uciążliwą współpracę.
Z tą myślą Sawyer ponownie spojrzał w dół; blond włosy, bose stopy, smukłe nagie uda pod luźną, czarną koszulą i dłonie mocno zaciśnięte na broni uniesionej do strzału.
Technika ssie.
Nie uśmiechnął się złośliwie do tej myśli, nawet przelotnie.
— Muszę przyznać, że z pańskiego opisu dziewczyna brzmi na idealną kandydatkę do odziedziczenia imperium, sir — wtrącił, żeby skwitować wywód Adlera głosem obojętnym, w którym nie przebił się podziw ani zawiść, ani żadna inna emocja, jeśli Sawyer faktycznie jakąś odczuł przy wypowiadaniu tych słów. W jego ustach brzmiały one raczej jak suchy fakt, obiektywne spojrzenie kogoś z boku, nawet jeśli nikt nie pytał o zdanie ani nie był nim zainteresowany. — I wyzwanie w kwestii zapewnienia jej bezpieczeństwa. — Podniósł spojrzenie i złapał z mężczyzną kontakt wzrokowy; przez moment coś błysnęło w jego oczach i mogło się wydawać, że zaraz się uśmiechnie, ale kąciki jego ust pozostały niewzruszone. — Nie mógł pan trafić lepiej, panie Adler. Wyzwania to moja specjalność.
To nie była przechwałka.
To również było suche stwierdzenie faktu.
Przy jednoczesnym huku wystrzału za oknem Sawyer usłyszał wreszcie coś istotnego: a więc ktoś już ją śledził. Być może Adler dostał jakieś zdjęcia. Z pewnością groźby. Nagle do niego dotarło, że to nie była prewencja — ale reakcja. Zmełł przekleństwo między zębami.
Cholerni bogacze. Zawsze wydaje im się, że jeszcze jest czas. I zawsze to on mierzy się z konsekwencjami ich aroganckiej buty i pewności, że są nie tylko nietykalni, ale wręcz . n i e ś m i e r t e l n i .
Szczęśliwie ostatnie zdanie z ust Adlera przyniosło ze sobą pewien rodzaj ulgi. Mężczyzna nie musiał dodawać nic więcej; Sawyer zrozumiał go doskonale nawet w tej eufemistycznej, cudownie wysublimowanej przenośni, chociaż na ogół w jego naturze nie było absolutnie nic subtelnego i wrażliwego na piękno. Zrozumiał, że w tym zleceniu nie istnieją żadne granice świętości poza tą jedną: dziewczyna ma żyć niczego nieświadoma.
A w świecie Sawyera pozbycie się zagrożenia na stałe było jedyną gwarancją bezpieczeństwa. Dlatego cieszył się, że stojący obok niego zleceniodawca rozumie przynajmniej tę jedną podstawę funkcjonowania zwykłych ludzi; że ambicja umiera dopiero, kiedy umrze ciało. Ani sekundy wcześniej. Oraz że łaska to własnoręcznie podpisany wyrok na samego siebie.
— W takim razie zapewniam, że dzielimy to samo przekonanie, panie Adler — zapewnił i w jego głosie dźwięczała stal niezachwianego przekonania. Rozluźnił nieznacznie spięte dotąd barki i przeniósł ciężar ciała na prawą nogę, zamiast rozkładać go jak dotychczas po równo na obie; był jasny sygnał, że Sawyer opuścił gardę o cal. Nigdy więcej.
Ponieważ została już tylko jedna, ostatnia i najłatwiejsza kwestia.
— Kiedy zaczynam?

Vivienne Adler
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Val
braku inicjatywy z drugiej strony, nudy i płytkich dialogów
25 y/o
For good luck!
158 cm
parole officer in superior court of justice
Awatar użytkownika
it has a taste:
misbehavior.
no saviors here, just fare to be swallowed,
bones to be hollowed;
for rudeness yields exquisite flavors.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Trawa była miękka.
Tak samo miękka, jak te dziewiętnaście lat temu i przez każde kolejne lato od tamtej pory. Tak samo chłodnawa w pierwszym odczuciu, łaskocząc nagą skórę czubkami listków, tak samo nabierająca ciepła od ciała, które na niej stało.
Wtedy zazwyczaj biegała.
Teraz stała.
Powietrze na zewnątrz było zupełnie inne, niż w salonie. Gęstsze, ale jednocześnie bardziej rześkie, l e k k i e, z tym charakterystycznym zapachem sąsiadującej wokoło natury podgrzewanej nieśmiałymi promieniami słońca. Uniosła wzrok ponad siebie, na wysokie niebo, które było błękitne i kompletnie bezchmurne.
Spokojne.
Zupełne przeciwieństwo tego, co można było powiedzieć o niej.
Przymknęła oczy, zasłaniając woalem ciemności zmysł, łudząc się, że tylko tyle wystarczy, by ukoić umysł i przynieść sobie upragniony spokój. Nie wystarczyło.
Powoli nabrała głęboko powietrza w płuca, chcąc opanować serce — już nie tak szaleńczo bijące, ale wciąż bijące za s z y b k o.
Broń w jej dłoniach ciążyła mocno. Solidnie. Zatrzymując ją w trwającej sekundzie, ale nie toczącej się chwili. Tam, za nią, ojciec pieczętował nakładanie na nią kajdan i łańcuchów. Zakuwał ją w dyby i oddawał prosto w ręce kata jej przyszłej rzeczywistości.
Przez chwilę próbowała go analizować — tego Wrighta — tak jak analizowała swoich podopiecznych, gdy wchodzili do jej gabinetu. Zamknięty. Opanowany. Zero przypadkowych gestów, zero nieintencjonalnych ruchów. Nie ruszał się więcej niż musiał. Nie mówił więcej, niż wymagała tego sytuacja. Typ, który był jak cień albo jak duch. Obserwował, zanim zaatakował i który prawdopodobnie doskonale znał różnicę między tymi dwoma stanami.
Między atakiem w odpowiedzi, a atakiem w z a m i a r z e.
To były cechy, które szanowała.
I które wkurwiały ją do granic absurdu, gdy pojawiały się w człowieku, którego zadaniem miało być pilnowanie każdego jej kroku.
Nie ma, kurwa, szans, powtórzyła sobie w myślach, tym razem powoli, bardziej jak mantrę, niż protest.
Wypuściła powietrze nosem. Otworzyła oczy. Gdzieś w krzewach rozśpiewała się sójka.
Vivienne nie miała ochoty na śpiew.
Miała ochotę na hałas, który wedrze się w głowę i zamieni myśli w biały szum. Na przeciągły łomot strzałów i zapach prochu, które otumanią ją choć na chwilę.

Wyżej, w salonie, Christopher Adler przekręcił się bokiem do okna, stając przodem do swojego rozmówcy. Wyraźnie się rozluźnił, gdy najemnik do niego dołączył — skrzyżował ramiona na piersi, bynajmniej nie w obronnym geście, i przeniósł ciężar ciała na biodro, którym oparł się o parapet.
Muszę przyznać, że z pańskiego opisu dziewczyna brzmi na idealną kandydatkę do odziedziczenia imperium, sir.
— I jak koszmar dla dyrektorów, zmora dla udziałowców oraz utrapienie dla kontrahentów — dokończył, wbijając się w wypowiedź mężczyzny. Jego słowa, że Vivienne brzmiała też jak wyzwanie w kwestii zapewnienia jej bezpieczeństwa skomentował pojedynczym, krótkim kiwnięciem głową. — Nie tylko w tej kwestii.
To było ostrzeżenie. Przestroga. Kolejna karta z informacją, którą mu podał na tacy odnośnie jego zlecenia, a nie rzucił, jak psu rzucało się ochłapy.
Wiedział, że nie mógł trafić lepiej. Nie bez powodu to Sawyer Wright stał tutaj, a nie któryś jego kolega po fachu. Nie bez powodu to jego wynajął. Profil pasował w stu procentach do tego, czego potrzebował.
Nie. Więcej. Obejmował to, co niewypowiedziane, a co mogło być k o n i e c z n e. To, o co się nie prosiło wprost, bo nie było słowną istotą zlecenia ani zapisanym małym drukiem kruczkiem; ale tkwiło w jego podwalinach, wżerając się w fundamenty dobrze wykonanej roboty.
Wiara Christophera Adlera dotyczyła właśnie tego aspektu. Dobrze wykonanej roboty. Tutaj liczył się cel, nie narzędzia. Te zostawiał do wyboru Wrightowi. To on był specjalistą. To on znał się na tym n a j l e p i e j.
Kolejna lotka wbiła się w błękit nieba i poleciała swoją balistyczną krzywą. Huk wystrzału rozniósł się głuchym echem wykorzystując akustykę pustego pola ogrodu i umarł gdzieś w drzewach, ucinając na dobre śpiew sójek. Adler patrzył, jak wzbijają się ponad korony swoich domów i odlatują.
Jak zieleń gliny roztrzaskuje się na kawałki i pryska rozproszonym pyłem, a potem opada chaotycznymi łukami drobin na trawę.
Jak napięcie znika z drobnych ramion i jak niska sylwetka przyjmuje lepszą pozycję, na szerzej rozstawionych nogach. Jak z płuc w głębokim westchnieniu wypuszczane jest powietrze.
Kiedy zaczynam?
Spojrzenie dosięgło najemnika z niewypowiedzianym uznaniem zaszytym w szarych tęczówkach. Christopher Adler, jak na człowieka władającego absurdalnie dyplomatycznym sposobem tworzenia wielowątkowych wypowiedzi, bardzo lubił konkrety.
— Już, panie Wright. Już. — Nie życzył mu powodzenia. Powodzenia życzyło się komuś, w kogo umiejętności się nie ufało. I chociaż zaufanie w świecie Adlera nie istniało, nigdy tak naprawdę i nigdy nie całkowicie, to pozwolił sobie na tę ułomność — na ułamek z a u f a n i a.

Lufa była w górze.
Klik.
Trzeci krążek, tym razem matowo-bordowy. Niebieskie oczy śledziły go uważnie, wyczekując, aż wespnie się na szczyt, na tę jedną milisekundę idealnego zawieszenia w powietrzu. I wtedy Vivienne nacisnęła spust. Huk. Talerzyk rozstrzaskał się, gdy wylądował w trawie. Tyle.
Czwarty. Piąty. Szósty. Pudło za pudłem. Więcej odłamków w trawie, niemal jeden koło drugiego, tworząc mozaikę różnych kolorów wplecionych w zieleń liści. Promienie grały na nich, muskając je jęzorami ciepła, ułatwiając dostrzeżenie z daleka.
Vivienne na nie nie patrzyła. Wpatrywała się w jeden punkt na niebie, po którym raz za razem przelatywały następne cele. Fizyka nie kłamała. Była prosta, logiczna i miała swoje zasady, które obowiązywały i w dupie miały nastrój, dzień, to, co sobie tym razem wymyślił ojciec. Wyrzutnia wyrzucała. Talerzyk leciał. Ona strzelała. Pocisk leciał. Nie trafiał, lub trafiał.
Akcja i reakcja przedmiot kontra otoczenie. W fizyce nie było emocji. Nie było tu manipulacji, przytakiwania przez zaciśnięte zęby, negocjacji, kłamstw, k o n t r o l i.
Nie było psów spuszczonych ze smyczy, żeby pożreć jej wolność i w procesie — być może — rozszarpać je na kawałki.
Gdzieś między szóstym a siódmym wystrzałem, w regularności rytmu kliknięć i huku, jej serce zaczęło się wreszcie uspokajać, a potok myśli zalewający głowę zwalniać. Zostały tylko te najgłośniejsze, najbardziej uparte i najbardziej upierdliwe fragmenty podświadomości, których nie umiała zagłuszyć strzałem i nie potrafiłaby niczym, bo za jednym skojarzeniem poszły dwa, trzy, cztery kolejne; lawina. Świadomość łańcucha, który ojciec na pewno zaplanował do ostatniego ogniwa.
Sawyer Wright.
Sawyer Wright.
S a w y e r W r i g h t.
Imię i nazwisko, które uczepiły się jej i nie chciały puścić. A teraz im zapłacono, by tego nie robiły.
I jak na zawołanie, usłyszała za plecami dźwięk. Nie kolejne kliknięcie. Nie świst spodka przecinającego powietrze.
Kroki.
Nie lokaja. Nie ogrodników. Nie nikogo z pracowników. Nie służby. Nikogo, kogo kroki by poznawała. Nikogo, kogo kroki chciała usłyszeć. Nie ma, kurwa, szans. Nie odwróciła się. Nie spojrzała znowu na niego i nie warknęła już do niego. Ale spięła się, bo ciało nigdy nie było jej najlepszym sojusznikiem i zdradzało ją od razu, a iskierka gniewu, która dopiero co straciła swój żar, rozbłysła na nowo.
Vivienne nienawidziła się wkurzać. Nienawidziła, gdy emocje w niej wzbierały i dręczyły ją niechcianymi odczuciami. Powtarzała sobie, że musi się uspokoić. Że nie da mu się sprowokować, że — i powtarzała to sobie z całkowitą świadomością — że ten wkurw jest tylko reakcją. Że gdyby nie było tego mężczyzny tutaj, w tej posesji ogólnie i teraz gdzieś za nią, gdyby ojciec zdecydował się po prostu na zwykłą kłótnię, na szantaż emocjonalny, na obrzydliwe manipulacje, na kolejne przemilczane ultimatum przy kolacji, to jej gniew miałby teraz inną temperaturę. Niższą. Łatwiejszą do utrzymania. Łatwiejszą do w y t r z y m a n i a.
Ale Sawyer Wright był tutaj. Prawdziwy, nie jedynie jako ostrzeżenie rzucone przez ojca między jednym jej nieposłuszeństwem a drugim wybrzmiewaniem buntu.
Był i j u ż ciążył.
Idź sobie.
Dziewiąty krążek.
Pudło.
Idź precz.
Zanim odwrócę się i wyceluję w Ciebie.
Gdyby to tylko było takie, kurwa, proste.

Sawyer Wright
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
szyszka
ai
40 y/o
For good luck!
180 cm
najemnik na terenie obu Ameryk
Awatar użytkownika
Deep in the ocean, dead and cast away, where innocence is burned in flames. A million mile from home, I’m walking ahead. I’m frozen to the bones, I am
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie tego się spodziewał; liczył na chociaż jeden dzień odpoczynku po długiej podróży, chwilę na złapanie oddechu po przebytych tysiącach kilometrów i złapanie jakiegoś sensownego zakwaterowania, gdzie mógłby zostawić swój skromny dobytek, no i przynajmniej jedno piwo wypite w spokoju wieczorem w jakiejś mało uczęszczanej spelunie na obrzeżach. Musiał też spotkać się ze starymi znajomymi i kontaktami pozostawionymi w Toronto, choć akurat to mogło poczekać kilka dni. Mimo to Sawyer nie pokazał po sobie nawet cienia niezadowolenia, ba, niczego nie pokazał.
— Oczywiście — rzucił tylko, jakby właśnie takie miał plany na popołudnie.
Nie dodał, że współpraca z Adlerem to przyjemność ani kolejnych, niepotrzebnych zapewnień co do swojego profesjonalizmu, nie odhaczył też żadnego z kolejnych punktów iście dworskiej etykiety, która zawsze go nużyła. Po prostu pożegnał się z mężczyzną krótkim, stanowczym uściskiem ręki i odszedł na skos przez środek salonu, nie omijając z pewnością horrendalnie drogiego dywanu. Za drzwiami już ktoś na na niego czekał — nie opryskliwy lokaj, który wyszedł z jego zleceniem i którego Sawyer widział przez wielkie przeszklenie — żeby odprowadzić go na zewnątrz tymi samymi, tylnymi drzwiami dla ludzi . p o d r z ę d n e g o . gatunku.
Przecinając trawnik długim, sprężystym krokiem, Sawyer wiedział, że jest obserwowany z tego samego punktu, w którym wcześniej sam stał. Czuł między łopatkami ciężar spojrzenia zleceniodawcy, jednak w żaden sposób go to nie spinało. Szedł wyprostowany i skupiony na celu, śledząc kolejne ceramiczne talerze kreślące łuki na niebie daleko przed nimi jedynie widzeniem peryferyjnym, bo głowę trzymał prosto. Wreszcie zatrzymał się w odległości trzech niezbyt długich kroków za dziewczyną, dłonie wsunął swobodnie w kieszenie spodni, a wzrok ostatecznie zawiesił gdzieś w okolicy burzy blond włosów spływających jej na łopatki łagodnymi falami. Najpierw po prostu stał. Wiedział, że Vivienne go usłyszała, że czuła za sobą jego obecność, bo zamarła i przestała strzelać, jakby czekała na atak — a jednak nie odezwała się ani słowem. I nie odwróciła się.
Sawyer również milczał. Jeszcze.
A później w powietrze śmignął kolejny krążek. Tym razem śrut nie sięgnął celu i w ogrodzie ponownie zapadła cisza, nawet głębsza po huku wystrzału sprzed chwili.
— Zwalniasz ruch lufy w momencie naciskania na spust — odezwał się do jej pleców równym głosem, wypranym z emocji do tego stopnia, że brzmiał na wręcz obojętny. Po tych słowach mężczyzna znów się poruszył, ale zamiast po prostu skrócić dzielący ich dystans i się zrównać z Vivienne Adler, poruszył się po okręgu wokół niej. Idąc, i wreszcie wchodząc w jej zasięg wzroku, kontynuował, patrząc jej w oczy jak drapieżnik gotujący się do ataku: — Z odległości ciężko dokładnie ocenić powód, dla którego to robisz, ale osobiście stawiam na zbyt mocny chwyt, który usztywnia całe ciało i nie pozwala ramionom obrócić się za biodrami w chwili wystrzału. — Zrobił pauzę, po tych słowach zatrzymał się nieco po skosie przed nią, chociaż nie na linii ewentualnego strzału, jeśli w powietrze poleciałby kolejny pocisk. Nie wyciągnął rąk z kieszeni. Nie oderwał przeszywającego spojrzenia od jej twarzy. — I dlatego pudłujesz — dodał beznamiętnie, dochodząc wreszcie do wniosku i jedynego powodu, dla którego w ogóle się odezwał.
Dla niego była to oczywistość, która nie wymagała komentarza. Nie miał jednak pojęcia, na ile świadoma swoich błędów w strzelectwie była Vivienne Adler. Zresztą przemilczenie tego, co robiła tak rażąco — przynajmniej w jego oczach profesjonalisty — źle wydawało się zbrodnią przeciwko sztuce. Chociaż Sawyer wiedział, że tak jak przypuszczalnie w każdej innej dziedzinie życia, i w tej różnili się diametralnie:
On strzelał tylko po to, żeby trafić do celu.
A nie po to, żeby rozładować złość czy dla zwykłego zabicia czasu.
Sawyer nigdy nie traktował strzelania jak hobby i fakt, że inni ludzie to robili, nieodmiennie go śmieszył. Bo dla niego pistolet — albo strzelba, jak w tym wypadku — był narzędziem pracy, miał ciężar i znaczenie, a za każdym razem, kiedy sięgał do rękojeści, dosłownie wszystko mogło pójść źle. Chociaż dobrze wiedział, że różnica wypływała z innego celu. W końcu rzadko który z tych bogatych snobów kierował lufę umyślnie w stronę innych ludzi.
Myśli przebiegły mu jak huragan przez umysł, nie zostawiając w jego oczach ani wyrazie twarzy żadnego śladu obecności. Trwało to ledwie uderzenie serca, zanim Saywer zapytał wreszcie:
— Czyżbyś się denerwowała? — Wypowiedział to pytanie niemal niewinnie; może gdyby nie ton głosu, jakim się posłużył, w zbyt oczywisty sposób ironiczny. Uniósł przy tym brwi, co nadało jego twarzy wyraz zdziwienia, którego w rzeczywistości nie czuł nawet grama.
Bo jeśli po postawie Vivienne Adler dało się określić chociaż jedną emocję, to z pewnością każdy ślepy już w pierwszej sekundzie dostrzegłby jej . w k u r w i e n i e .
— Złość to kiepski doradca, kiedy się trzyma strzelbę w dłoni — dodał, przechylając głowę lekko w bok. Nie zamierzał zawracać sobie głowy etykietą i tymi wszystkimi śmiesznymi zwrotami w stylu panno Adler, do tego nie zmusiłyby go nawet grube miliony zapisane na cholernym czeku dłonią jej ojca.

Vivienne Adler
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Val
braku inicjatywy z drugiej strony, nudy i płytkich dialogów
25 y/o
For good luck!
158 cm
parole officer in superior court of justice
Awatar użytkownika
it has a taste:
misbehavior.
no saviors here, just fare to be swallowed,
bones to be hollowed;
for rudeness yields exquisite flavors.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Christopher Adler patrzył, jak najemnik odchodzi; jak przecina długość salonu, nie szczędząc sobie przechadzki po miękkim obiciu wartym więcej, niż roczna wypłata statystycznego kanadyjczyka. Kącik jego ust drgnął mimowolnie, kiedy w głowie zawitał plan na dopisanie rachunku za czyszczenie dywanu do realizacji czeku. Mógł to zrobić. Zamierzał to zrobić.
Spojrzał szybko na swoją rękę, wciąż czując ten szybki uścisk dłoni — bliższy dobiciu targu i zamknięciu sprawy niźli zabawie w wymianę społecznych życzliwości. Kącik ust podjechał wyżej. Sawyer Wright nie obejrzał się za siebie i Christopher Adler docenił to bardziej, niż mogło się wydawać. Ludzie, którzy patrzyli w tył, choć mieli ten luksus by odejść pierwszymi, byli albo sentymentalni albo niepewni, a w rzadkich przypadkach po prostu się droczyli. Adler nie miał pożytku z żadnej z tych trzech wartości w człowieku, któremu płacił małą fortunę za to, by pilnował życia jego córki. To, że najemnik tego nie robił, osiadło w jego głowie tuż obok znikającej już sensoryki wymiany uścisków sprzed chwili.
Odwrócił się do okna. Poniżej Vivienne wciąż strzelała. Wciąż pudłowała.
Sójki dawno odleciały, łomotem zrywu swoich skrzydeł kończąc koncert trelów.
Śpiew ucichł.
Wkrótce ucichła też kakofonia kliknięć wyrzutni i huków wystrzałów, które przez ostatnie kilkanaście chwil wyznaczały takt tej małej, prywatnej liturgii gniewu Vivienne. Strzelba zawisła nieruchomo, celując w martwy punkt na niebie, a błękitne spojrzenie zatrzymało się gdzieś ponad linią trajektorii lotu pocisku, który już nie opuścił lufy.
Christopher Adler obserwował pojawienie się nowego aktora tego osobistego spektaklu z bezpiecznego miejsca za szkłem. Nie było w tym patrzeniu żadnej chorej ciekawości ani perwersyjnej potrzeby kontroli, która znalazłaby ujście w przyglądaniu się pierwszym chwilom toku zlecenia. To było prostsze. Instynktowne.
Niemal   p r y m i t y w n e.
I wbijało się w jego głowę ciepłym, spokojnym tonem głosu Vivienne.
Masz nadzieję, że sobie poradzi — czy szacujesz, kiedy odpuści?
Nie odpowiedział już sobie na to pytanie.
Nie, kiedy przedstawienie na dole trwało nadal i przechodziło w akt drugi.
Adler nie podejrzewał córki o skłonności mordercze — w każdym razie nie w sposób tak obscenicznie oczywisty i brutalny; trucizna pasowałaby mu do Vivienne znacznie bardziej — ale nawet on, na moment, wstrzymał oddech. W chwili, gdy córka zorientowała się, że stoi jak sarna wystawiona na pożarcie wilkowi i w pierwszym odruchu zdecydowała się pierzchnąć, lufa drgnęła.

Tylko drgnęła.
Pojedynczo. Pozornie niezauważalny ruch — spięcie ramion, które i tak były nadwyrężone napiętą postawą.
Ale ten pojedynczy gest wystarczył, by przebiec dreszczem po całym jej ciele, od koniuszków palców po koronę blond włosów, i osiąść głęboko gdzieś poniżej mostka, tłumiąc coś, czego Vivienne Adler nie chciała nazywać po imieniu.
Coś   p i e r w o t n e g o.
Instynkt zwierzęcia, które znalazło się w polu widzenia łowcy i zaczyna rozumieć sytuację; które musi uciekać, jeśli chce przeżyć.
Tyle, że Vivienne Adler nie była łanią.
Nie była   o f i a r ą.
I chociaż wiedziała, że nie mogłaby wycelować we Wrighta — jeszcze nie — to nie spuściła broni od razu. Trzymała ją jak wszystkie te inne rzeczy, które łapała tylko po to, by poczuć ułudę sprawczości. Że to ona decyduje o sile, natężeniu, nacisku, tempie, kontakcie. Że to ona ma władzę. Że to ona ma  k o n t r o l ę.
”Zwalniasz ruch lufy w momencie naciskania na spust.”
Gdyby jego głos był bliżej, gdyby był głośniejszy, gdyby był warczący albo szyderczy — byłoby łatwiej. Byłoby to coś, na co mogłaby odpowiedzieć większą irytacją z pełnym przekonaniem, z czystym sumieniem i ze ślepą wiarą w to, że jej reakcja jest słuszna i, przede wszystkim, normalna. Ale głos Wrighta był równy. Obojętny. Nijaki. Beznamiętny. Jak belfra, który wykłada krowie na rowie oczywistości.
I trochę tak było.
I trochę za to Vivienne go znienawidziła.
Nie odpowiedziała. Przeliczyła w głowie pozostałe w wyrzutni krążki i w połowie tego rachunku dotarło do niej, że wcale nie skupiała się na liczeniu, a na tym, by ignorować to, jak on stanął po ukosie i jak gapił się na nią, i jak wiele wysiłku kosztowało ją to, by nie spojrzeć na niego kątem oka.
Zamiast tego przeładowała. Powoli, demonstracyjnie powoli, modląc się, żeby ręka jej nie zadrżała pod ciężarem jego spojrzenia i jej własnych myśli.
”I dlatego pudłujesz.”
Nie potrafiła strzelać. Była samoukiem, który parę razy podpatrzył, jak robi to jej ojciec, a potem wybłagał u lokaja, żeby przygotował stanowisko po drugiej stronie ogrodów.
Nie było w tym gracji. Nie było świadomości. Czyste rozładowanie emocji; wentyl bezpieczeństwa, by nie oszaleć.
Ale jej ojciec strzelał. Oczywiście, że strzelał. Z nudy, w przerwie między kubańskim cygarem a łykiem whisky za dwa miliony dolarów, między nieśmiesznym żartem kongresmena i zakładem od francuskiego dyplomaty. Z nudy, bo ludzie pokroju Christophera Adlera nie korzystali z broni w innym wypadku. Dla nich to była tylko zabawka w ich rękach: sposób na miłe spędzenie leniwego popołudnia w salwie huków i zapachu śrutu.
Spojrzała na broń. Na coś, co w rękach takich, jak Sawyer Wright było narzędziem. Sposobem na dokończenie spraw; możliwością załatwienia wszystkiego szybko i sprawnie.
W rękach takich, jak Christopher Adler takim n a r z ę d z i e m byli ludzie pokroju Sawyera Wrighta.
”Czyżbyś się denerwowała?”
Och.
O c h.
Stwierdzenie ubrane w znak zapytania chuj wie po co podziałało.
Obróciła głowę. Nie całkowicie, tylko na tyle, ile było to koniecznie, żeby trafić na niego spojrzeniem bez nadwyrężania gałek ocznych przesadną ucieczką w kącik.
Patrzyła na niego w ciszy, nienawidząc tej ciszy po stokroć. Tylko delikatny szum liści, gdy nadleciał lekki, letni wietrzyk i poruszył delikatnością na swojej drodze. Rzeczonymi liśćmi. Źdźbłami trawy, które połaskotały jej skórę. Kosmykami włosów, które osiadły na subtelnie udekorowanym piegami nosie.
Wdech.
Czy on ją prowokował?
Widział, że trzymała broń. Wiedział, że jest uzbrojona i mogła w każdej chwili przesunąć spust w jego kierunku, prosto w jego klatkę piersiową, brzuch, głowę. Wiedział, że był na tyle blisko i na tyle w bezruchu, że by nie spudłowała nawet, gdyby chciała. Nawet gdyby miała najbardziej pokraczną technikę i złą postawę; prawdopodobnie nawet gdyby strzelała ślepakami. Wiedział, że z takiej odległości trafiłaby bez żadnego problemu.
A to oznaczało, że Sawyer Wright miał jaja, by dolewać oliwy do ognia i patrzeć, jak bucha płomień.
Albo wiedział, że ona tego nie zrobi. Że nawet jeśli drgnęła chwilę temu, to nie pociągnie za spust.
I to ją wkurwiło najbardziej. Bardziej, niż techniczna analiza jej możliwych błędów, których  o n   był powodem.
Bo wystarczył mu ułamek sekundy w salonie i teraz kilka kolejnych sekund tutaj. Te parę krótkich chwil, by rozbroić ją kompletnie. To było upokarzające. Nie dlatego, że to zrobił, a dlatego, że wystarczyła mu chwila.
Wydech.
Nie podobało jej się to. Nienawidziła tego. Nie, kiedy dotyczyło to osoby takiej, jak Sawyer Wright. Nie, bo oznaczało to, że potrafił czytać i analizować ludzkie zachowania, łączyć kropki i dodawać reakcje do emocji na poziomie przewyższającym zwykłe obserwowanie drugiej osoby; że znał ludzkie emocje, odruchy warunkowe i bezwarunkowe i wiedział, na co zwracać uwagę, gdzie szukać; że potrafił wyłapać wszelkie mikro zmiany, a potem celnie je rozszyfrować i obrócić na swoją korzyść.
To oznaczało, że znał się na ludziach.
A to sprawiało, że był jeszcze bardziej niebezpieczny.
Jeszcze bardziej   w k u r w i a j ą c y.
Oto Sawyer Wright nie był na poziomie dotychczasowych piesków, które wysłał za nią ojciec. Był bystrzejszy. Uważniejszy. Testujący ją na dzień dobry.
Nie był kolejnym ratlerkiem wysłanym po to, żeby na nią szczekać, kiedy robiła coś nie tak i żeby pilnować, by więcej tego nie zrobiła. Tamci byli szybcy, agresywni, zdenerwowani, kiedy wychodziłą poza wyznaczone granice, kiedy zostawała za długo w złym miejscu, kiedy rozmawiała z ludźmi, których ojciec umieszczał na swoich wewnętrznych listach do sprawdzenia. Ich można było szybko odczytać i jeszcze szybciej wykiwać.
Wdech.
Sawyer Wright nie był ratlerkiem.
Był jak myśląca, wytrenowana góra prowokacji. To nie był pies gończy. To nie był pies myśliwski. To nie był pies stróżujący. To nie był pies-opiekun.
C z y m  do cholery był Sawyer Wright?
Wydech.
— W jakim języku mam to powiedzieć — a znała siedem — żebyś zrozumiał, że nie potrzebuję niani, opiekuna, cienia ani pieska, i że jeżeli wejdziesz mi w drogę, to nie ręczę za to, co stanie się potem?
Vivienne Adler nie była ofiarą.
Ale nie była też wilkiem i wiedziała, że jej groźba mogła brzmieć żałośnie.
—Poza tym... Prowokacja to kiepski — słowo kiepski starała się wypowiedzieć dokładnie tak, jak on wcześniej, gdy mówił o złości — test charakteru. Zwłaszcza wobec kogoś, kto trzyma broń. — dodała, odwracając spojrzenie z powrotem na niebo. Nie była pewna, jak go nazwać. Panie Wright? Nianiu? Piesku? Rozluźniła się, poprawiła chwyt. To, na co zwrócił jej uwagę.
Kiwnięciem głowy dała znak lokajowi, a ten nacisnął guzik na pilocie i wyrzutnia wypluła z siebie kolejny krążek.
Huk strzału. Trzask rozwalonego talerzyka. Neonowo-różowe drobinki rozsypały się w powietrzu.
— Skończyłeś już?
Nie sprecyzowała czego.
Pouczania. Oceniania. B y c i a     t u t a j.
Lufa znowu drgnęła.
A potem cała strzelba poleciała w jego kierunku.

Sawyer Wright
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
szyszka
ai
40 y/o
For good luck!
180 cm
najemnik na terenie obu Ameryk
Awatar użytkownika
Deep in the ocean, dead and cast away, where innocence is burned in flames. A million mile from home, I’m walking ahead. I’m frozen to the bones, I am
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nagle przez umysł Sawyera z prędkością światła śmignęła nieprawdopodobna myśl: że się . p o m y l i ł , . i to okropnie, on, który w ocenie ludzi mylił się cholernie rzadko, bo umiejętność ta była podstawą przeżycia w jego zawodzie. Że źle ją ocenił, ba, nie tylko ją, ale całą jej postawę i mowę ciała, która wydała się bardziej niż oczywista, kiedy obserwował ją przez okno i później, kiedy szedł w jej stronę. Bo teraz jego słowa, dobrane z premedytacją tak, żeby prowokować — mógłby, ale zwyczajnie nie chciał sobie tego odmówić — rozbiły się o lodowate milczenie i celowy bezruch dziewczyny tuż po tym, jak zaciekle strzelała do kolejnych rzutek. Teraz Vivienne się nie obróciła. Nawet na niego nie spojrzała, kiedy sam wszedł w jej pole widzenia.
Prawie poczuł rozczarowanie.
Nie zdążył.
Po prostu potrzeba było bardziej odpowiednich słów.
Wszystko ponownie wskoczyło na swoje miejsce i świat znów stał się trochę bardziej przewidywalny, kiedy dziewczyna wreszcie lekko przechyliła głowę i ich spojrzenia się skrzyżowały; bo ze wzroku można było czytać, tak samo z nienawiści, wściekłości i wychylenia ze stanu równowagi. To obojętność zwykle stanowiła najtrudniejszą maskę do rozgryzienia, a mimo wcześniejszego zawahania, Sawyer teraz widział już, że Vivienne Adler bynajmniej nie jest obojętna w jego obecności. Patrzył na nią teraz i nie potrafił — albo tylko nie chciał — powstrzymać krzywego, zabarwionego ironią uśmiechu cisnącego się na usta.
Nie wyciągnął rąk z kieszeni, nie zrobił też ani jednego kroku więcej w jej stronę. Kiedy Vivienne mówiła, patrzył bez ruchu, lekko uśmiechnięty, chociaż grymas ten nie sięgał jego oczu do czasu, aż nie odwróciła przeciwko niemu jego własnych słów. Bystra — w tym jednym zdecydowanie już mógł przyznać punkt Adlerowi, chociaż miał z nią styczność od kilkunastu minut.
Nieźle. Będzie ciekawie.
Został, mimo że ona już odwróciła wzrok; patrzył na nią wciąż, kiedy ustawiła się do kolejnego strzału, poprawiła chwyt i znowu strzeliła. Nie musiał widzieć, żeby wiedzieć, że trafiła; wystarczyło, że usłyszał.
— Albo dopiero wtedy zaczyna być naprawdę interesujący — odpowiedział na jej stwierdzenie o prowokacji, choć jego ostatnie słowa prawdopodobnie zginęły w kolejnym wystrzale, którego huk rozniósł się między nimi i po całej połaci potężnego ogrodu o idealnie wykoszonej trawie.
Parsknął na dźwięk jej kolejnego pytania, chociaż wciąż był to ten sam, ironiczny grymas cynika. Czy on . s k o ń c z y ł ?
Bogowie, przecież on jeszcze nawet nie zaczął. Przynajmniej nie, jeśli chodzi o prawdziwy powód, dla którego się tutaj pojawił, to jest; pracować na pieniądze, które były mu kurewsko potrzebne. Zanim zdążył odpowiedzieć, wychwycił jej ruch i zareagował instynktownie, bo jego ciało, trenowane latami, nie potrzebowało prawie żadnego opóźnienia na adaptację do nowych sytuacji. Złapał strzelbę, spojrzał na nią, a później podniósł wzrok na dziewczynę. Jego uśmiech nieco zmienił wagę.
— Obawiam się, że żaden język świata nie pomoże w przeskoczeniu podstaw logiki — odezwał się, nawiązując do jej wcześniejszych słów, nasączonych jadem i dumą w imponująco równych proporcjach. — Widzisz, Vivienne, doskonale rozumiem, że nie chcesz mojej pomocy, wyraziłaś się wystarczająco jasno na górze. — To był oczywiście ten moment, w którym nieuchronnie nadchodziło: „a l e .” — Ale po pierwsze: to nie znaczy, że jej nie potrzebujesz. A po drugie i, umówimy się szczerze, zdecydowanie ważniejsze: to nie ty mi płacisz, żebym stosował się twoich zachcianek.
Z tymi słowami podniósł broń lekko, wprawnie, chociaż każda komórka ciała wrzeszczała, żeby tego nie robić. Ale ciężar w dłoni był tak przyjemny; przyjemnością porównywalną chyba tylko do przesuwania palcami po nagim kobiecym udzie.
— Jak przebijesz ofertę swojego ojca to porozmawiamy o . t w o i c h . potrzebach, słonko — dodał swobodnie, perfekcyjnie bezczelnie i machnął dłonią na lokaja przy wyrzutni. A później czekał kilka dobrych, cholernie rozpraszających uderzeń serca, zanim sukinsyn łaskawie uruchomił dźwignię zwalniającą zapadkę i rzutek wystrzelił wdzięcznym łukiem w powietrze.
Ciężar strzelby był znajomy w dłoni, bezpieczny, niemal kojący; czas gwałtownie zwolnił, rozciągnął się i uelastycznił pod jej wpływem wbrew prawom fizyki. Spokój zalał go potężną, obejmującą falą. Serce biło spokojnie, Sawyer lewą nogę automatycznie wysunął lekko do przodu i na niej oparł nieco więcej niż połowę ciężaru ciała. Dłonie umieściły stopkę kolby odruchowo i właściwie bez udziału świadomości w dołku, w tym idealnym, niepowtarzalnym miejscu między ramieniem a klatką piersiową, a policzek przycisnął miękko do grzbietu kolby. Wtedy nagle poczuł zapach jej perfum, z tego samego miejsca, w którym przed chwilą opierał się jej policzek i zapach ten na moment wybił go z równowagi. Jednak instynkt w końcu wziął górę, bo szeroko otwarte oczy śledziły wyłącznie talerz. Wystarczył już tylko lekki skręt bioder. Ruch lufy. Wydech. . W y p r z e d z e n i e .
I strzał.
Broń w jego dłoniach śledziła talerz jeszcze na moment po tym, jak pocisk opuścił lufę, ale przestała, kiedy sięgnął celu w maksymalnej wysokości i punkcie przegięcia łuku stanowiącego tor lotu.
Wtedy też euforia Sawyera rozpierzchła się w ułamku sekundy, jakby nigdy jej nie było. Opuścił broń, zabezpieczył odruchowo, spojrzał bez wyrazu na Vivienne… a później ruszył w jej stronę. Zatrzymał się na wyciągnięcie ręki od dziewczyny i oddał jej broń — jakby nie wierzył, że ją złapie, gdyby ją rzucił — jednak nie cofnął się od razu.
— Powiem ci, jak od teraz będzie między nami — powiedział i w jednej sekundzie wyraz jego twarzy znów spoważniał; wcześniejsze rozbawienie zniknęło, nie pozostawiwszy po sobie nawet przelotnego śladu. Żadnego dowodu, że ten mężczyzna w ogóle umie się uśmiechać. Jego oczy znów wydały się być wykute z marmuru, a twarz stała się lodowatą maską nieprzejednanej, niewzruszonej obojętności. — Będę chodził z tobą wszędzie. — Sawyer położył szczególny nacisk na to słowo, ale na nim się rzecz jasna nie zatrzymał. — Będę pojawiał się u ciebie codziennie rano przed wyjściem i będę zostawiał cię w tym samym mieszkaniu każdego wieczora. Po mieście będziesz przemieszczała się wyłącznie ze mną, nawet do osiedlowego warzywniaka. Będę zostawał pod drzwiami pomieszczeń, w których na co dzień pracujesz albo się uczysz, ale tylko pod warunkiem, że prowadzi do nich tylko jedno wejście — wyliczał spokojnie, nie odrywając przy tym bezpośredniego, intensywnego spojrzenia od jej twarzy.
Wiedział, że nie da rady jej teraz przekazać wszystkiego; że wiele przyziemnych detali będą musieli dopracować w trakcie trwania tej cholernej współpracy, chociaż ten jeden fakt wkurwiał go szczególnie; nawet bardziej niż jej arogancja i opieszałość jej ojca w podjęciu koniecznych środków. W końcu Christopher przyznał, nawet jeśli nie wprost, że dziewczyna już jest zagrożona, więc Sawyer mógł mieć tylko nadzieję — a nie bez powodu nadzieja była patronem idiotów, i to najczęściej martwych — że będą mieli wystarczająco czasu, żeby wypracować sobie odpowiednią rutynę, zanim zacznie się prawdziwa zabawa.
Zrobił tylko krótką pauzę na wdech i kontynuował tym w samym, stabilnym tonie:
— Nie będę się wtrącać do twojego życia i twoich wyborów ani odzywać się bez potrzeby, więc przez większość czasu nawet nie będziesz świadoma mojej obecności. Ale będę ingerował w te decyzje, jeśli uznam to za konieczne dla twojego bezpieczeństwa. A ty, Vivienne, będziesz mnie wtedy . s ł u c h a ć . . Bez dyskusji. Bez negocjacji.
Ona stała na trawie boso i choć Sawyer nie należał do najwyższych mężczyzn, w tej umiarkowanej bliskości dzieląca ich różnica wzrostu była wyraźnie wyczuwalna. Patrzył na nią z góry. Mimo to czuł, że Vivienne Adler nie przyjmuje takich słów po prostu, bez manifestacji swojego niezadowolenia i kolejnych ciętych komentarzy.
A on? Czekał na nie.
Z niecierpliwością.


Vivienne Adler :kwiatek:
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Val
braku inicjatywy z drugiej strony, nudy i płytkich dialogów
25 y/o
For good luck!
158 cm
parole officer in superior court of justice
Awatar użytkownika
it has a taste:
misbehavior.
no saviors here, just fare to be swallowed,
bones to be hollowed;
for rudeness yields exquisite flavors.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie była ofiarą.
Powtarzała to sobie uparcie, zawzięcie i gorliwie, słowo za słową, sylaba za sylabą, literka za literką, aż jej zamglony złością umysł zafiksował się na tym bezpowrotnie, a kłamstwo wpełzło w każdy atom jej istnienia. To ojciec ją tego nauczył.
Kłamstwo powtarzane dostateczną ilość razy, staje się prawdą.
To kłamstwo stało się stało.
To nie było już kłamstwem.
N i g d y   nie było.
A skoro Vivienne Adler nie była ofiarą i nie była też wilkiem, to pozostawał kolejny problem. I siedział on paskudnie tuż obok tego, który stworzyła sobie sama chwilę wcześniej. Czym był Sawyer Wright? Czym była Vivienne Adler?

Czymś, co Christopher Adler przez te wszystkie lata chciał uformować w ideał, nadać perfekcyjny kształt i nieskazitelny wydźwięk. Czymś, czemu nie potrafił nadać właściwej nazwy, a na co patrzył z poczuciem bezradności, tak jak patrzył na te wszystkie ukochane dzieła sztuki, których nie dało się zamknąć w jednej interpretacji; zbyt wartościowe, by oddać w nieodpowiednie ręce, a jednocześnie zbyt skomplikowane, by samemu sobie z nimi poradzić. Enne miała być jego jedynym w życiu dziełem i istnie drażniło go to, że wciąż była nieskończona. Że nieskończona miała pozostać.
Z trudem przychodziła mu myśl, że w tym miał tkwić jej urok. Z jeszcze większym trudem przychodziło mu odpuszczenie sobie — upartość najwyraźniej płynęła gorącem we krwi Adlerów — ale prawdziwym wyzwaniem okazywało się z l u z o w a n i e okowów okalających Vivienne.
Christopher Adler wiedział, gdzieś w głębi, gdzie nie wpuszczał nawet samego siebie, że to, co czuł, nie miało nazwy w żadnym języku, którym się posługiwał. Bo języki, w których mówił, nie były stworzone do miękkości — były stworzone do kontraktów, do negocjacji, do zdań, które wiązały drugą stronę mocniej, niż szorstkie liny potrafiły, które brzmiały i były wyrokami.
Miłość ojcowska nie mieściła się w jego paradygmatach.
I właśnie dlatego była jego przekleństwem. Słabością. Słabością, której nie potrafił ujarzmić i nadać jej ram, słabością, która miała być jego ruiną i słabością, którą inny zaczęli już dostrzegać.
Dlatego Wolf.
Ostatni raz obrócił w palcach pustą już szklankę i odwrócił się od okna. Dosyć. Naoglądał się. Kolejny huk wystrzału był mu pożegnaniem, gdy wychodził z salonu.

"Prowokacja to kiepski test charakteru. Zwłaszcza wobec kogoś, kto trzyma broń."

"Albo dopiero wtedy zaczyna być naprawdę interesujący."
Jego słowa nie zginęły w huku pocisku opuszczającego lufę.
Powinna była się na to zaśmiać. Prychnąć. Wywrócić oczami.
Powinna, bo oczywiście, że był na tyle szalony, by tak powiedzieć. Była niemal pewna — czuła to podskórnie — że był też na tyle szalony, by   n a p r a w d ę   w to wierzyć.
Jej odpowiedź już przestała mieć znaczenie.
Tym bardziej w obliczu tego, jak niewiele wysiłku kosztowało go wyciągnięcie rąk z kieszeni i złapanie broni. Jakby, kurwa, łapał patyka, a nie naładowaną strzelbę, która mogła wystrzelić w każdej chwili. Która była wciąż ciepła po oddanych już strzałach.
Wtedy ją tknęło. To nie była pierwsza broń w jego dłoniach. Mogła się tego spodziewać po psie wysłanym przez ojca, każdy z nich miał pozwolenie na posiadanie broni i każdy jeden z nich potrafił strzelać. Ale oni posiadali broń krótką. Glocki, Sig Sauery, Colty. Nie Mossbergi. Nawet jeśli rzuciłaby w nich takim, nie złapaliby go z taką   g r a c j ą. Lekkością. Łatwością.
Vivienne.
Nie podobało jej się, jak brzmiało jej imię z jego ust. Dźwięk ten drapał ją pod czaszką i osiadał w tych rejonach umysłu, które odpowiadały za trzymanie się w ryzach i była o włos od rozlecenia się na cząsteczki. Bo to brzmiało, jak wyrok. Jakby sprawa była już załatwiona. Jakby nie było tu miejsca na negocjacje, kopanie nogami, wierzganie. U c i e c z k ę.
Przeniosła spojrzenie na broń, szukając zaczepienia w tej chwili, w której wszystko dookoła niej rujnował. I ten cichy głosik, impuls z tyłu głowy, znowu drgnął, wywołując żal, że oddała broń. Mogła ją zatrzymać. Powinna była ją zatrzymać i faktycznie w niego wycelować, dając mu jasno do zrozumienia, że żadne pieniądze tego świata nie są warte dziury w ciele. Sekundę potem drugi głosik przywołał coś gorszego — wstyd. Świadomość, że była jak dziecko, które naiwnie łudziło się, że dałoby mu radę, choć on przejrzał ją już wzdłuż i wszerz i był krok do przodu. Pierdolony krok do przodu.
I wtedy Wright dał jej pokaz swoich niezaprzeczalnych umiejętności strzeleckich — pieprzony chwalipięta — i faktycznie zrobił krok do przodu. W jej stronę.
Dwa kroki. Może trzy. Powietrze opuściło jej płuca mimo usilnych prób zatrzymania go tam i nie reagowania. Broń przyjęła automatycznie, nawet tego nie rejestrując, bo pełną uwagę miała skupioną na nim. Na tym braku uśmiechu, na tej kamiennej twarzy, a tej surowości… Na tym, że górował nad nią niczym monumentalny gargulec, niewzruszony i niezłomny, przepowiadając jej koniec.
Słuchała go.
Słuchała i patrzyła, próbując ignorować zapach, który zbezcześcił jej azyl prywatności, który wdarł się między kwiecisto-sosnowe nuty ogrodu i smród strzałów. Który tańczył wokół niej i został, nieproszony. Wright cały był nieproszony. Słuchała, a każde słowo, które opuszczało jego usta, spadało na nią nieprzyjemnością i ostateczną decyzją. Instrukcją. R o z k a z e m. Będę. Będę. Będę. B ę d z i e s z.
Vivienne Adler nie radziła sobie dobrze z rozkazami.
Stała w bezruchu, z bronią wciąż na wpół uniesioną w dłoniach i pozwalała, nby ta zuchwała, dyktatorska tyrada odbijała się echem po jej głowie. To była litania wyroków. Bezczelny harmonogram zniewolenia nawet nie przykryty kołderką bezpieczeństwa i ubrany w ciepły sweterek fałszywej troski, podyktowany przez człowieka, który był zaledwie pieskiem w szeregach jej ojca.Kolejnym pionkiem na jego szachownicy, tak jak ona. Już się nie łudziła, że to był żart ze strony ojca ani próba testowania granic jej chęci wolności. Dlatego chociaż w pierwszej chwili, gdy złość weszła na wyżyny dławiącego gniewu, wzbierając się w niej z siłą zrywającego się sztormu, nie wykrzyczała mu w twarz, że prędzej sama strzeli sobie w łeb, niż na to wszystko pozwoli. Nie uderzyła w jego stoicyzm całą tą swoją histerią, do jakiej zdolne były tylko zaszczute, pozbawione tchu ofiary. Nie rzuciła mu się do gardła i nie wydrapała z tych pozbawionych emocji oczu ich paskudnego spokoju, z jakim układał jej przyszłe życie w jakże zgrabne, j a k ż e   d u s z n e   ramy.
Nie zrobiła tego i powstrzymało ją przed tym tylko jedno. To, że dałoby mu to satysfakcję.
Nie ma, kurwa, szans.
Powiedziała mu to wtedy, powiedziała mu to teraz — tylko w głowie.
Jej oczy tkwiły na jego, tak samo niewzruszone, ale nią kierowała czysta buta, nie bycie chujem weteranem brudnego świata i cynikiem. Chociaż różnica wzrostu wymusiła na niej odchylenie głowy, nie czuła się w gorszej pozycji.
Bo przecież nie była ofiarą.
I jak nie-ofiara zacisnęła palce na trzymanej strzelbie, zabrała całą siłę, jaką w sobie wciąż posiadała i zmusiła ciało do ruchu. Krok. W jego stronę. Przełamanie tej bariery, którą wytoczył, gdy zatrzymał się o krok od niej. Lufa już nie drgnęła — opadła na jego klatkę piersiową. Jeśli umiał liczyć, to wiedział, że w środku nie było pocisków. Ale nie chodziło o groźbę, już nie.
Choć tak bardzo kusiło.
— Słuchać? — powtórzyła jego własne słowa odnośnie tego, co miała robić. Nie krzyczała, chociaż kosztowało ją to więcej wysiłku, niż powinno. Zagrała jego kartami — starała się mówić tak, jak mówi się do krnąbrnego, niesfornego zwierzęcia, które właśnie wtargnęło na teren, na którym nigdy nie powinno się znaleźć, niezależnie kto je spuścił ze smyczy i za jaką cenę. — Jaka fascynująca ułuda kontroli i niewątpliwie wybujała, samcza dyktatura.
Wciąż nie wiedziała, jak go tytułować. Wciąż się zastanawiała. Wciąż nie zdecydowała.
— Wiesz, co jest w tym wszystkim najzabawniejsze? Że Ty w to naprawdę wierzysz. Że rzucisz mi planem na najbliższe kilka dni, może tygodni, a ja ci powiem tak, proszę pana i oddam posłusznie smycz przywiązaną do mojej obroży. — kontynuowała, nie odrywając od niego spojrzenia. Przesunęła jedynie wzrok z jednego jego oka na drugie. — Czytaj z ruchu moich warg, Wright, bo chyba za pierwszym razem nie usłyszałeś.
Dała mu sekundę, żeby spojrzał. Jeśli nie spojrzał, trudno. I tak się odezwała.
— Nie ma, kurwa, szans. — Nacisnęła mocniej na broń, by lufa wbiła się w niego odrobinę mocniej. Jeszcze nie boleśnie, ale na tyle, żeby to dosadnie odczuł. — Fajnie, że masz plan. Ale wiesz co? Ja też mam. I w moim planie nie ma Ciebie. Możesz chodzić za mną jak wierny, wytresowany piesek, spać na mojej wycieraczce i rzucać się na każdą moją decyzję, ale zapamiętaj sobie jedno. Wejdź mi w paradę tylko dlatego, że uznasz, że robię coś wbrew swojemu bezpieczeństwu, a z wielką przyjemnością przetestuję, jak daleko jesteś w stanie się posunąć za te psie pieniądze, które płaci ci mój ojciec.

you're testing my patience :lof:
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
szyszka
ai
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Dzielnica Mieszkalna”