"Komuś jeszcze klopsików? Są genialne!"
: ndz sie 16, 2026 5:00 pm
Marcella Burreau po prostu uwielbiała wystawne przyjęcia i wszystko, co się z nimi wiązało - wytworne potrawy, wytrawne wina, muzykę dopasowaną do nastroju, a nawet zatrudniała odrobinę więcej pomocy, by tego dnia wybrzmiało jak doskonałą jest gospodynią. Dlatego kiedy usłyszała od swojej znajomej Megan Thomson, która mieszkała nieopodal, że do miasta zawitała prawdziwa arystokracja, to wiedziała, że nic tak nie zwiększy jej statusu społecznego, jak tego typu gość. Dlatego szybko, bo to naprawdę nie było trudne, dowiedziała się gdzie mieszka ów mężczyzna i zadzwoniła pod odpowiedni numer.
Było już dobrze po jedenastej, kiedy Baltazar wkroczył dziarskim krokiem do sypialni panicza. No, chociaż trudno było to nazwać sypialnią, bo tak jak Panicz dwa dni temu położył kartony na podłodze, tak nadal one leżały. I zapewne się kurzyły. A już na pewno były niereprezentatywne. Zatrzymał się obok Sebastiana, który aktualnie arystokracko śpi sobie na dmuchanym materacu, który Batazar wczoraj pompował.
-Paniczu - zwrócił się do śpiącego chłopaka, który był jeszcze mocno pogrążony we śnie-Paniczu, jest telefon.
-Mhmjmhmmhmm - odpowiedział per Panicz i machnął dłonią w stronę drzwi.
-To zaproszenie na przyjęcie do Marcelli Burreau, doskonała okazja by pokazać się w socjecie. Chyba chce Panicz, by pojawiły się kolejne zaproszenia, prawda?
-O matko święta, tak z samego rana mi zadajesz takie pytania? - jęknął Sebastian.
Baltazar spojrzał na zegarek, 11:30, zaraz zacznie się pora obiadowa. Ale oczywiście nic nie powiedział… bo dlaczego miałby chcieć urazić panicza? No nic, zajmie się obiadem, potem go obudzi zapachem prosto z kuchni i jakoś to będzie! Tak, do dwudziestej, a właśnie o tej godzinie zaczyna się kolacja, jeszcze da radę go ogarnąć.
I rzeczywiście, udało się. O godzinie dziewiętnastej pięćdziesiąt trzy Baltazar zawiózł Sebastiana na miejsce. Można by pomyśleć, że ten młody chłopak jest szalenie punktualny. To czego Marcella nie będzie wiedziała, to że jeszcze o osiemnastej trzydzieści, Sebastian oglądał Hannę Montanę. I był w piżamie. Jakimś jednak cudem udało się go przekonaći tak, była w to wszystko zamieszana sugestia, że na miejscu na bank będą fikuśne deserki, by w ciągu nieco ponad godziny się ogarnął, odświeżył, ubrał jakiś piękny garniak, a następnie Baltazar i Sebastian przejechali wspólnie do Burreau. Oczywiście Baltazar zaparkował gdzieś tam i teraz siedzi nieruchomo w środku i tylko czeka na wszelkie sygnały jakoby Panicz chciał już wracać.
Najgorsze w tym wszystkim jednak jest to, że lokaj nie powiedział absolutnie nic Sebastianowi o tym, do kogo się wybiera, po co. Generalnie - kompletna pustka. I co on ma teraz zrobić? Jasne, podejrzewał, że ma po prostu poświecić uśmiechem, poopowiadać o egzotycznej Anglii i w sumie tyle. Bo przeraźliwie często tego od niego oczekiwano, a on na to przystawał, bo potem w magiczny sposób dostawał zlecenia, albo też przelewy od ojca. Gdy zobaczył kogoś, kogo uznał za gospodynię towarzystwa, uśmiechnął się promiennie.
-Pani Burreau, wspaniale poznać! - i skłonił się, co sprawiło, że kilka osób w okolicy pisnęło z zachwytu. No bo totalnie, co to było jeżeli nie te rzekome brytyjskie, arystokratyczne wychowanie? Chłopak uniósł spojrzenie i natrafił na jeszcze kogoś, kto stał nieopodal. Nie wiedział, że to syn Gospodyni. -Cześć - wystawił rękę z uśmiechem na twarzy.
Kieran Burreau
Było już dobrze po jedenastej, kiedy Baltazar wkroczył dziarskim krokiem do sypialni panicza. No, chociaż trudno było to nazwać sypialnią, bo tak jak Panicz dwa dni temu położył kartony na podłodze, tak nadal one leżały. I zapewne się kurzyły. A już na pewno były niereprezentatywne. Zatrzymał się obok Sebastiana, który aktualnie arystokracko śpi sobie na dmuchanym materacu, który Batazar wczoraj pompował.
-Paniczu - zwrócił się do śpiącego chłopaka, który był jeszcze mocno pogrążony we śnie-Paniczu, jest telefon.
-Mhmjmhmmhmm - odpowiedział per Panicz i machnął dłonią w stronę drzwi.
-To zaproszenie na przyjęcie do Marcelli Burreau, doskonała okazja by pokazać się w socjecie. Chyba chce Panicz, by pojawiły się kolejne zaproszenia, prawda?
-O matko święta, tak z samego rana mi zadajesz takie pytania? - jęknął Sebastian.
Baltazar spojrzał na zegarek, 11:30, zaraz zacznie się pora obiadowa. Ale oczywiście nic nie powiedział… bo dlaczego miałby chcieć urazić panicza? No nic, zajmie się obiadem, potem go obudzi zapachem prosto z kuchni i jakoś to będzie! Tak, do dwudziestej, a właśnie o tej godzinie zaczyna się kolacja, jeszcze da radę go ogarnąć.
I rzeczywiście, udało się. O godzinie dziewiętnastej pięćdziesiąt trzy Baltazar zawiózł Sebastiana na miejsce. Można by pomyśleć, że ten młody chłopak jest szalenie punktualny. To czego Marcella nie będzie wiedziała, to że jeszcze o osiemnastej trzydzieści, Sebastian oglądał Hannę Montanę. I był w piżamie. Jakimś jednak cudem udało się go przekonać
Najgorsze w tym wszystkim jednak jest to, że lokaj nie powiedział absolutnie nic Sebastianowi o tym, do kogo się wybiera, po co. Generalnie - kompletna pustka. I co on ma teraz zrobić? Jasne, podejrzewał, że ma po prostu poświecić uśmiechem, poopowiadać o egzotycznej Anglii i w sumie tyle. Bo przeraźliwie często tego od niego oczekiwano, a on na to przystawał, bo potem w magiczny sposób dostawał zlecenia, albo też przelewy od ojca. Gdy zobaczył kogoś, kogo uznał za gospodynię towarzystwa, uśmiechnął się promiennie.
-Pani Burreau, wspaniale poznać! - i skłonił się, co sprawiło, że kilka osób w okolicy pisnęło z zachwytu. No bo totalnie, co to było jeżeli nie te rzekome brytyjskie, arystokratyczne wychowanie? Chłopak uniósł spojrzenie i natrafił na jeszcze kogoś, kto stał nieopodal. Nie wiedział, że to syn Gospodyni. -Cześć - wystawił rękę z uśmiechem na twarzy.
Kieran Burreau