just a little bit caught in the middle
: pn sie 17, 2026 5:09 pm
“Lucie’s” otwierało się wcześnie przez rutynową bezsenność Will.
Kiedy remontowała nieduży metraż kawiarni, tuż przed jej otwarciem, długo zastanawiała się nad tym, w jakich godzinach powinna operować, i stanęło na jak najwcześniej. I była to bardziej samolubna decyzja niż przysługa dla ludzi, którzy kupowali kawę przed pracą.
Lubiła ciche brzęczenie żarówek i zapach kawy, który po kilku miesiącach zdawał się wgryźć na stałe w ściany, meble, a nawet w nią i jej ubrania. Mechanicznie wykonywane zadania zajmowały jej pierwsze pół godziny od wejścia, co zazwyczaj pozostawiało jej kolejne pół na zaparzenie pierwszego kubka, otwarcie drzwi dla kilku dostawców i obserwowanie powoli budzącego się świata za oknem. Przynajmniej latem. I choć miała swoje obawy, zanim zdecydowała się na swoją własną kawiarnię – bała się, że ludzie będą omijali nieduże miejsce, pozostawiając ją i Lucie’s samym sobie – to już zaledwie po kilku miesiącach miała stałą gromadkę klientów, którzy pojawiali się u niej regularnie.
– Annie, już myślałam, że będę musiała dzwonić na policję, żeby sprawdzili, czy wszystko w porządku. – Wymamrotała, podnosząc oczy znad niedużego monitora, kiedy usłyszała skrzypienie drzwi kilka minut po otwarciu. Annie, kilka lat starsza od Turner i zawsze ze słuchawkami na uszach, wywróciła oczami.
– Nie mogłam znaleźć kluczy przed wyjściem.
– Okej, okej, bez wymówek.
– To nie wymówki, zaczęłam panikować!
– Nie ty jedna. Dobrze, że szybki przelew jest szybki.
– Dobrze, że w końcu pamiętasz, co zamawiam…
– Hej, pamiętałam, co zamawiasz prawie od początku! – Z udawaną urazą przesunęła w jej stronę kubek, na który właśnie nakładała przykrywkę, i kiwnęła głową w stronę terminalu. – Wypraszam sobie. – Dodała jeszcze na koniec, odrywając skrawek paragonu i wrzucając go do niedużego śmietnika. Annie nigdy ich nie chciała.
Przewidywalność była dla Willi strefą komfortu, a stale pojawiające się w jej kawiarni osoby były jej częścią. Lubiła wiedzieć, że niektóre rzeczy wydarzają się w uporządkowanym rytmie, że ludzie naturalnie powielają swoje wybory, że kawiarnia otwiera się o szóstej trzydzieści i minutę później w jej drzwiach pojawia się wiecznie spóźniona kobieta ze słuchawkami na uszach i kaskiem rowerowym pod pachą. Ta nieduża kontrolowana strefa, pozwalała jej zachować spokój, kiedy, jak w normalnym życiu, coś wychodziło poza ramy schematu… Awaria maszyny? Cichsze niż zazwyczaj popołudnie?
Mogła poradzić sobie ze wszystkim.
Nauczyła się radzić sobie ze wszystkim.
No może prawie wszystkim.
Nawet nie zauważyła, kiedy jeden z klientów siedzących przy stoliku wstał i podszedł bliżej. Tym bardziej nie zdążyła się przygotować na własną reakcję, kiedy poczuła czyjeś palce lekko zaciskające się na jej przedramieniu. Instynktownie wyrwała się i odrzuciła w tył, przylegając do ściany plecami. Dwie filiżanki, które wylądowały na podłodze, rozbiły się na nieduże kawałki, rozpryskując resztki kawy dookoła.
– Uh – zająknęła się, czując nagłe zawroty głowy i pisk w uszach. Słyszała niski, zdezorientowany głos mężczyzny dochodzący do niej jak zza ściany, ale nie była w stanie odpowiedzieć na pytanie, którego nie słyszała. Oddychaj w kwadracie, pomyślała, biorąc głęboki wdech i wstrzymując go w płucach przez kilka sekund.
Wdech, wstrzymaj, wydech.
Wdech, wstrzymaj, wydech.
Wdech, wstrzymaj, wydech…
Noah Beaumont