Padington "Paddy" Bear
: wt sie 18, 2026 5:44 pm
Padington "Paddy" Bear

data i miejsce urodzenia
01/01/1986, Orangeville, Kanadazaimki
on/jegozawód
opiekun zwierzątmiejsce pracy
Toronto Zooorientacja
heteroseksualnydzielnica mieszkalna
Malvernpobyt w toronto
od około 20 latumiejętności
- empatyczny
- cierpliwy
- lojalny
- odpowiedzialny
- pracowity
- spokojny w kryzysowych sytuacjach
- inteligentny
- spostrzegawczy
- praktyczny
- zaradny
- świetnie radzi sobie ze zwierzętami
- posiada dużą wiedzę i doświadczenie
- ma zdolności manualne
- potrafi naprawić niemal wszystko
- dobry słuchacz
- godny zaufania
- bezinteresowny
- wyrozumiały
- pokorny
- potrafi współpracować
- przywiązany do ludzi i miejsc
słabości
- nieasertywny
- ma problem z odmawianiem
- łatwo go wykorzystać
- zbyt często stawia innych ponad sobą
- unika konfliktów
- nie lubi konfrontacji
- ma trudności z wyrażaniem własnych potrzeb
- nieumiejętnie stawia granice
- zbyt mocno ufa ludziom
- naiwny w kwestii cudzych intencji
- bierze na siebie zbyt dużą odpowiedzialność
- ma skłonność do obwiniania się
- długo rozpamiętuje porażki
- trudno mu odpuszczać
- źle znosi krytykę dotyczącą jego pracy
- nie potrafi dobrze się promować
- nie walczy o własne interesy
- ma trudności z mówieniem o własnych emocjach
- bywa niezręczny społecznie
- jest nadmiernie wrażliwy
- ma tendencję do poświęcania własnego komfortu dla innych
Niektóre dzieciństwa zaczynają się od wielkich rzeczy. Od przeprowadzek, rodzinnych sekretów, dalekich podróży albo przynajmniej psa, który potrafi otwierać drzwi. Jego zaczęło się znacznie spokojniej — na końcu drogi, za którą nie było już właściwie niczego poza polami, lasem i kawałkiem nieba. Mała miejscowość położona gdzieś niedaleko Toronto nie miała w sobie niczego, czym można byłoby zachwycić turystów. Było kilka ulic, szkoła, sklep, kościół, poczta i sąsiedzi, którzy wiedzieli o sobie zdecydowanie za dużo. Za domem rodzinnym Bearów rozciągała się łąka, niewielki zagajnik i pastwisko. Latem pachniało trawą, jesienią mokrą ziemią, a zimą śniegiem i drewnem palonym w kominku. Było cicho. Czasem nawet za cicho, szczególnie dla kogoś, kto później miał zamieszkać w Toronto. Ale dla chłopca, który miał się tam wychować, ta cisza nigdy nie była pusta.
Thomas Bear, jego ojciec, nie zawsze należał do świata pól i owiec. Przez lata wykładał anglistykę w jednym z college'ów, prowadząc życie człowieka, który potrafi przez dwie godziny mówić o powieści, której nikt poza nim nie przeczytał. Po pracy pisał. Nigdy nie został wielkim pisarzem i, prawdę mówiąc, chyba nie miał z tym większego problemu. Interesowały go historie małe, zapomniane i trochę dziwne — lokalne legendy, stare miasteczka, ludzie, których nazwiska nie pojawiały się w podręcznikach. W weekendy wsiadał do samochodu, jechał gdzieś przed siebie i wracał z notesem pełnym zapisków, kilkoma zdjęciami oraz zwyczajowym przekonaniem, że tym razem naprawdę napisał coś wyjątkowego. Być może właśnie podczas jednej z tych wypraw spotkał Eleanor. A może to raczej Eleanor spotkała jego. W każdym razie historia potoczyła się tak, jak historie wielkich miłości mają w zwyczaju — zupełnie nie pytając zainteresowanych o zdanie. Thomas zakochał się, porzucił dotychczasową pracę, kupił kawałek ziemi i razem z nią zaczął budować życie, którego wcześniej nie planował.
Okazało się zresztą, że przeprowadzka na wieś była dla niego wyjątkowo naturalna. Miał ręce stworzone do pracy, choć wcześniej używał ich głównie do przewracania stron książek. Potrafił naprawić płot, naprawić drzwi, naprawić traktorek, naprawić stary piec, a jeśli czegoś nie dało się naprawić, zwykle potrzebował tylko kilku godzin, żeby przekonać się, że jednak się da. W domu Bearów niczego nie wyrzucało się bez walki. Każdy przedmiot miał prawo do drugiego życia, czasem trzeciego, a niektóre rzeczy prawdopodobnie nadal czekają na swoje ósme. To właśnie od ojca Paddy nauczył się pracy rękami. Najpierw nosił za nim narzędzia, później zaczął pomagać, a w końcu dostał własny zestaw. Thomas nie był człowiekiem, który wyręczał syna. Jeśli coś zepsuł, miał się nauczyć to naprawić. Jeśli coś obiecał, miał dotrzymać słowa. Jeśli zaczął pracę, miał ją skończyć. Były to zasady proste, może nawet trochę staroświeckie, ale zostały w Paddy'm na całe życie.
Eleanor uczyła go rzeczy zupełnie innych. Pracowała z dziećmi i młodzieżą z niepełnosprawnościami intelektualnymi i miała w sobie ten rodzaj cierpliwości, który nie jest nawet cierpliwością, tylko pewnym sposobem patrzenia na drugiego człowieka. Nigdy nie próbowała przyspieszać czegoś tylko dlatego, że jej samej było wygodniej. Potrafiła siedzieć obok kogoś przez długi czas i pozwolić mu oswoić się z jej obecnością. Paddy patrzył na nią i uczył się, choć prawdopodobnie przez wiele lat nie zdawał sobie sprawy, że właśnie to robi. Od niej dostał empatię, od ojca odpowiedzialność. Z połączenia tych dwóch rzeczy wyrósł człowiek, który potrafił zarówno naprawić wybieg, jak i przez dwadzieścia minut siedzieć przy przestraszonym zwierzęciu, czekając, aż samo zdecyduje, że może mu zaufać.
Miał też siostrę, Hannah, młodszą od niego o dziesięć lat. Różnica wieku była wystarczająca, żeby Paddy przez sporą część jej dzieciństwa czuł się bardziej jak dodatkowy rodzic niż starszy brat. Nie miał nic przeciwko. Czytał jej książki, pilnował, żeby nie właziła tam, gdzie nie powinna, i oczywiście sam zabierał ją tam, gdzie według rodziców zdecydowanie nie powinna wchodzić. Hannah dorastała więc z przekonaniem, że starszy brat zna odpowiedź na każde pytanie. Paddy, choć sam czasem nie miał pojęcia, co robi, nigdy nie uznał za konieczne wyprowadzać jej z błędu.
Sam był dzieckiem raczej spokojnym. Nie sprawiał problemów, nie wdawał się w bójki, nie urządzał scen i nie miał potrzeby zdobywania szkolnych korytarzy. Był jednym z tych uczniów, których nauczyciele zapamiętują jako „naprawdę zdolnych, tylko trochę nieobecnych”. Czwórki i piątki przychodziły mu bez większego wysiłku. Mógłby osiągać więcej, gdyby chciał, ale nie chciał. Nie dlatego, że był leniwy. Po prostu świat miał dla niego znacznie ciekawsze rzeczy do zaoferowania niż konkurs na najwyższą średnią. Często siedział przy oknie, patrzył gdzieś daleko i myślał o czymś, czego nikt poza nim nie znał. Był inteligentny, małomówny i trochę wycofany, ale pogodny. Ludzie zazwyczaj go lubili. Z przyjaźniami było już gorzej. Paddy nie miał problemu z tym, żeby komuś pomóc. Miał problem z tym, żeby zauważyć, że ktoś właśnie po raz piąty prosi go o pomoc, ponieważ odkrył, że Paddy jest człowiekiem, który prawie nigdy nie mówi „nie”. Gdyby w tamtym wieku ktoś poprosił go o pożyczenie nerki, prawdopodobnie odpowiedziałby, że musi tylko sprawdzić grafik.
Najważniejszą częścią jego dzieciństwa były jednak owce. Rodzice mieli niewielkie stadko i dla Paddy'ego nie istniało coś takiego jak „jedna z owiec”. Każda miała imię, charakter, historię i własne miejsce w jego sercu. Jedna była łakomczuchem, druga wiecznie wystraszoną damą, trzecia zachowywała się tak, jakby całe pastwisko należało do niej. Paddy znał je wszystkie. Wiedział, która lubi być głaskana, która nie cierpi deszczu i która zawsze znajdzie sposób, żeby znaleźć się po niewłaściwej stronie płotu. Wieczorami siadał pośród nich z książką na kolanach i czytał. Owce oczywiście nie rozumiały ani słowa, ale Paddy nigdy nie uznał tego za przeszkodę. Były świetnymi słuchaczkami. Nie przerywały, nie poprawiały go i nie wychodziły z pokoju w połowie rozdziału. Czego więcej można wymagać od publiczności?
Pierwszą lekcję prawdziwej opieki nad zwierzęciem dostał od matki. Pewnego dnia, podczas spaceru, znaleźli rannego ptaka. Paddy chciał natychmiast go zabrać, zawinąć w coś miękkiego i najlepiej osobiście doprowadzić do pełnego zdrowia przed kolacją. Eleanor nauczyła go wtedy, że dobre chęci bywają niewystarczające. Trzeba najpierw popatrzeć, ocenić sytuację, wiedzieć, kiedy można pomóc samemu, a kiedy należy pozwolić zrobić to komuś bardziej doświadczonemu. Ptak trafił do specjalistów, a Paddy przez kilka dni wypytywał o jego stan. Nie wiedział jeszcze, że ta drobna historia zostanie z nim na całe życie. Wtedy po prostu pierwszy raz poczuł, że chce wiedzieć więcej.
Później pojawiło się Toronto.
Rodzice zabrali go do miasta, kiedy był jeszcze dzieckiem. Prawdopodobnie chcieli pokazać mu trochę świata. Pokazali. Tylko że Paddy zobaczył przede wszystkim zoo. Dla chłopca wychowanego wśród owiec, pól i lasu było to coś niemal magicznego. Zwierzęta, które dotąd oglądał na obrazkach, nagle znalazły się przed nim. Mógł patrzeć na nie godzinami i właśnie to robił. Rodzice chcieli zobaczyć jeszcze miasto, Paddy chciał zobaczyć jeszcze jedno zwierzę. Potem jeszcze jedno. I jeszcze jedno. W końcu można było odnieść wrażenie, że jego plan dnia składa się wyłącznie z „jeszcze pięciu minut”, które w wykonaniu Paddy'ego miały wyjątkowo luźną definicję czasu.
Zakochał się w zoo. Nie w takim dziecinnym sensie, w jakim dzieci zakochują się w dinozaurach, żeby dwa lata później przejść na piratów. To zostało. Każde pieniądze, które udało mu się odłożyć, przeznaczał na wyjazdy do Toronto. Oszczędzał na bilet, jechał, spędzał kilka godzin wśród zwierząt i wracał do domu szczęśliwy. Im starszy był, tym mniej interesowało go samo oglądanie. Zaczął obserwować. Zwracał uwagę na zachowanie, relacje, sposób poruszania się. Zauważał rzeczy, których inni nie widzieli. Zwierzęta były prostsze od ludzi. Nie wymagały odpowiednich słów. Nie interesowało ich, czy Paddy jest ciekawy, zabawny, interesujący albo wystarczająco towarzyski. Wystarczało, że był.
Rodzice długo sądzili, że to tylko fascynacja. Kiedy jednak pewnego dnia powiedział, że zamierza wyjechać na studia związane ze zwierzętami, zrozumieli, że decyzja została już podjęta. Nie było wielkiej rodzinnej narady ani próby odwiedzenia go od tego pomysłu. Thomas i Eleanor znali swojego syna wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć, kiedy Paddy coś sobie postanowił. Wspierali go. Ojciec dał mu nawet swój stary scyzoryk, jakby wysyłał syna na wyprawę przez dzikie tereny Kanady, a nie na studia. Paddy zabrał go ze sobą i od tamtej pory scyzoryk przeżył więcej niż niejeden członek rodziny.
Wybrał Guelph. Nie szukał prestiżu. Chciał nauczyć się pracy ze zwierzętami i zdobyć wiedzę, którą później będzie mógł wykorzystać w praktyce. Przeprowadzka była dla niego trudniejsza, niż przyznawał. Tęsknił za domem, za rodzicami, za Hannah i przede wszystkim za owcami. Zamieszkał w wynajmowanym pokoju u starszej kobiety, Margaret, która miała własny regulamin dotyczący ciszy nocnej, porządku i prawdopodobnie również liczby roślin przypadających na jednego studenta. Paddy dość szybko złamał ostatni punkt, choć być może nigdy nie został on oficjalnie ustanowiony.
Najgorzej znosił brak natury. Beton, samochody i mieszkanie na drugim piętrze nie były jego naturalnym środowiskiem. Zaczął więc szukać natury tam, gdzie inni jej nie zauważali. Zatrzymywał się przy drzewach, obserwował owady, zbierał nasiona, poznawał miejskie parki. Kiedy rodzice zamontowali kamerę przy pastwisku, zaczął wieczorami czytać owcom przez komputer. Był to jeden z tych zwyczajów, których człowiek normalnie nie powinien się wstydzić, jeśli oczywiście nie zastanowi się nad nim zbyt długo.
Na studiach po raz pierwszy znalazł się wśród ludzi, którzy naprawdę rozumieli jego zainteresowania. Nie musiał tłumaczyć, dlaczego pamięta konkretne zwierzęta, dlaczego fascynuje go ich zachowanie ani dlaczego potrafi przez pół godziny opowiadać o czymś, co dla większości ludzi byłoby interesujące przez mniej więcej trzydzieści sekund. Jeden z wykładowców szybko zauważył, że Paddy najlepiej uczy się poprzez praktykę. To właśnie dzięki niemu dostał możliwość pracy w fundacji zajmującej się ochroną i rehabilitacją zwierząt. Tam fascynacja zamieniła się w fach.
Nauczył się rzeczy, których nie dało się wyczytać z książek. Że zwierzę może wyglądać zdrowo, a mimo to coś będzie nie tak. Że czasami najważniejszą częścią pracy jest czekanie. Że nie każde zwierzę potrzebuje dotyku. Że niektóre boją się człowieka bardziej niż bólu. Że opieka bywa brudna, ciężka, męcząca i zupełnie pozbawiona romantyzmu. I że mimo wszystko Paddy ją uwielbia.
Po studiach pracował jeszcze w kilku miejscach. Zbierał doświadczenie powoli, bez wielkich ambicji i bez potrzeby wspinania się po szczeblach kariery. Ośrodki rehabilitacyjne, mniejsze placówki, praca przy dzikich zwierzętach — każde miejsce zostawiło w nim coś własnego. Z czasem nauczył się reagować w sytuacjach kryzysowych, współpracować z weterynarzami, zabezpieczać wybiegi i rozpoznawać drobne zmiany w zachowaniu zwierząt. Jego wiedza nie pochodziła z jednego genialnego odkrycia. Budowała się latami, dzień po dniu, przez obserwowanie, popełnianie błędów, pytanie mądrzejszych od siebie i robienie tej samej rzeczy wystarczająco długo, aż przestawała być trudna.
Kiedy trafił do Toronto Zoo, miasto było już zupełnie inne niż w jego dziecięcych wspomnieniach. Tylko zoo pozostało wystarczająco podobne, żeby przez chwilę poczuł się jak tamten chłopiec z biletem w kieszeni. Tym razem jednak nie przyjechał oglądać zwierząt. Przyszedł do pracy.
I właśnie tam spędził kolejne lata.
Nie został kierownikiem. Nie chciał nim zostać. Nie marzył o własnym biurze, większym gabinecie ani nazwisku na tabliczce. Nie interesowała go władza. Paddy wolał wiedzieć, czy zwierzę zjadło śniadanie, niż czy ktoś zatwierdził nową strukturę organizacyjną. Formalne zebrania były dla niego torturą o tyle subtelną, że człowiek po ich zakończeniu nadal był żywy, ale miał poważne wątpliwości, czy powinien być z tego powodu wdzięczny.
W praktyce był jednak bardzo dobry. Przez ponad dziesięć lat nauczył się zoo niemal od podszewki. Wiedział, gdzie coś przecieka, które drzwi trzeba mocniej domknąć, który sprzęt zaczyna odmawiać posłuszeństwa i które zwierzę zachowuje się inaczej niż zwykle. Nie zawsze potrafił wyjaśnić, skąd to wie. Po prostu patrzył i widział. Z czasem młodsi pracownicy zaczęli przychodzić do niego po rady. Paddy nigdy nie robił z tego wielkiej sprawy. Pomagał, tłumaczył, czasem poprawiał, czasem pozwalał komuś popełnić własny błąd. Był człowiekiem, którego doświadczenie nie miało potrzeby krzyczeć.
Raz jednak jego doświadczenie go zawiodło. Zauważył zmianę w zachowaniu jednego ze zwierząt, ale uznał ją za zbyt małą, żeby wszczynać alarm. Później okazało się, że zwierzę było poważnie chore. Nie udało się go uratować. Nikt nie obwiniał Paddy'ego, ale on sam robił to wystarczająco długo za wszystkich. Od tamtej pory zaczął prowadzić notes. Zapisywał drobiazgi — apetyt, zachowanie, reakcje, wszystko, co mogło kiedyś okazać się ważne. Niektóre strony dotyczyły zwierząt, których już nie było. Nigdy ich nie wyrzucił.
Życie prywatne potoczyło się znacznie spokojniej. Paddy miał kilka związków, ale wszystkie miały pewien wspólny problem. Był w nich zbyt bardzo dla drugiej osoby, a zbyt mało dla siebie. Pierwsza miłość skończyła się właśnie z tego powodu. Późniejsze relacje wyglądały podobnie. Dziewczyny mówiły, że jest „za dobry”. Paddy nigdy nie był pewien, co dokładnie powinien zrobić z taką informacją. Być może mniej dobrym człowiekiem? Być może więcej myśleć o sobie? Być może po prostu przestać zgadzać się na wszystko? Teoretycznie odpowiedź była prosta. W praktyce Paddy'emu zajęło czterdzieści lat, żeby przynajmniej zacząć ją rozumieć.
Do dziś pozostał prawiczkiem. Nie jest to dla niego wielki dramat ani powód do szczególnej dumy. Po prostu tak się złożyło. Miał związki, zakochania, rozstania i złamane serce, ale ta część dorosłości nigdy nie wydarzyła się tak, jak przewidywałaby większość ludzi. Paddy nie ma z tego powodu poczucia, że jego życie jest niepełne. Jeśli już, bardziej martwi go fakt, że ostatnio jedna z jego paprotek zaczęła wyglądać podejrzanie.
Mieszka sam, niedaleko zoo, w niewielkim mieszkaniu, które z czasem zamieniło się w coś pomiędzy domem a bardzo małą szklarnią. Wszystkie rośliny mają imiona. Z niektórymi rozmawia. Jedną szczególnie lubi, choć nigdy nikomu nie powiedział dlaczego. Ma za dużo książek, za dużo kubków i zdecydowanie za dużo skarpetek. Piecze chleb. Robi dżemy i marmolady, których później produkuje tyle, jakby przygotowywał zapasy na wojnę. Przynosi je do pracy i rozdaje współpracownikom. Codziennie robi sobie kanapkę z dżemem albo marmoladą i najwyraźniej nie widzi w tym niczego niezwykłego. Do pracy jeździ rowerem, bo mieszka wystarczająco blisko, a poza tym uważa, że samochód jest niepotrzebny, jeśli człowiek może przejechać kilka kilometrów i przy okazji zobaczyć trzy gatunki ptaków oraz przynajmniej jednego wyjątkowo ambitnego psa.
Jest wegetarianinem. Gotuje świetnie, chociaż jego potrawy nigdy nie wyglądają tak, jakby miały zostać sfotografowane do magazynu kulinarnego. Są po prostu dobre. Lubi długie spacery, książki, dokumenty przyrodnicze i odwiedzanie miejsc, w których można znaleźć trochę ciszy. Zatrzymuje się przy owadach. Przenosi ślimaki z chodników. Zdarza mu się przynieść do domu roślinę znalezioną gdzieś przy drodze, ponieważ „wyglądała na samotną”. Jest również absolutnie przekonany, że każda rzecz, którą można naprawić, powinna zostać naprawiona, co prawdopodobnie tłumaczy, dlaczego jego mieszkanie posiada przedmioty, których normalny człowiek pozbyłby się jakieś piętnaście lat temu.
A jednak pod tym całym spokojem, skarpetkami nie do pary, domowym chlebem i słoikami dżemu jest człowiek, który przez czterdzieści lat nauczył się bardzo dużo. Paddy nie jest naiwny. Wie, że ludzie potrafią wykorzystywać cudzą dobroć. Wie, że świat nie zawsze nagradza tych, którzy postępują właściwie. Wie, że nie każde zwierzę da się uratować, nie każdą relację naprawić i nie każdy zepsuty przedmiot powinien dostać drugą szansę. Problem polega tylko na tym, że Paddy ma ogromną trudność z zastosowaniem tej wiedzy do własnego życia.
Wciąż łatwiej przychodzi mu zadbanie o kogoś niż o siebie.
Może dlatego tak dobrze odnalazł się wśród zwierząt. One nie pytają go, dlaczego nie chce awansu. Nie interesuje ich, czy ma wystarczająco wysoką pensję, odpowiednią pozycję ani czy jego życie wygląda tak, jak powinno wyglądać życie czterdziestoletniego mężczyzny. Nie obchodzi ich również, że jego kanapka z marmoladą jest absolutnie pozbawiona sensu jako lunch dla dorosłego człowieka. Potrzebują od niego tylko tego, żeby pamiętał, obserwował i był wtedy, kiedy trzeba.
A Paddy potrafi być.
Może właśnie dlatego po tylu latach wciąż lubi swoją pracę. Nie dlatego, że zrobił w niej wielką karierę. Nie dlatego, że ktoś kiedyś postawi mu pomnik przed wejściem do zoo. Nawet nie dlatego, że szczególnie zależy mu na tym, by ktokolwiek pamiętał jego nazwisko. Został tam, bo pewnego dnia mały chłopiec z małej miejscowości przyjechał do Toronto, zobaczył zwierzęta i pomyślał, że chciałby spędzić z nimi resztę życia.
I właściwie nigdy nie zmienił zdania.
Tyle że dziś nie musi już oszczędzać na bilet.
Toronto, które kiedyś wydawało mu się ogromne i obce, z czasem stało się jego domem. Znał jego parki, ścieżki, małe skrawki zieleni między budynkami i miejsca, w których można było na chwilę zapomnieć, że wokół są miliony ludzi. Znał też zoo — nie tylko jako miejsce pracy, ale jako przestrzeń, w której spędził większą część swojego dorosłego życia. Przychodził tam rano z kubkiem kawy i plecakiem, wracał wieczorem zmęczony, czasem brudny, czasem przemoczony, czasem z kolejnym zadrapaniem, którego nie potrafił wyjaśnić. I właściwie nigdy nie miał poczucia, że robi coś wielkiego.
Po prostu robił swoje.
Może właśnie dlatego po tylu latach wciąż był tym samym człowiekiem, który bardziej ufał własnym dłoniom niż wielkim słowom. Człowiekiem, który potrafił godzinami pracować bez narzekania, ale przez pięć minut nie wiedzieć, co odpowiedzieć komuś, kto powiedział mu komplement. Człowiekiem, który nie umiał zawalczyć o siebie tak dobrze, jak potrafił zawalczyć o zwierzę, które samo nie mogło się obronić.
I chyba nigdy nie przestał wierzyć, że większość rzeczy da się jeszcze naprawić.
Płot. Karmnik. Stary rower. Zranione zwierzę.
Czasem nawet człowieka.
Z samym sobą nadal nie szło mu najlepiej, ale miał jeszcze dużo czasu. A przynajmniej tak sobie powtarzał.
Następnego ranka znów wsiądzie na rower, sprawdzi, czy scyzoryk ojca jest na swoim miejscu, zapakuje kanapkę z domowym dżemem i pojedzie do zoo. Po drodze pewnie zatrzyma się przy jakimś ptaku, owadzie albo roślinie, której istnienia nikt poza nim nie uzna za warte odnotowania. Potem otworzy bramę, zacznie swoją pracę i będzie robił dokładnie to, co robi od lat.
Bez wielkich ambicji. Bez potrzeby, żeby ktoś go podziwiał.
Po prostu będzie tam, gdzie uważa, że powinien być.
Bo nie każdy człowiek musi zmieniać świat.
Czasami wystarczy, że każdego dnia sprawia, że kawałek tego świata jest odrobinę lepszym miejscem dla tych, którzy sami nie potrafią o siebie zadbać.
Thomas Bear, jego ojciec, nie zawsze należał do świata pól i owiec. Przez lata wykładał anglistykę w jednym z college'ów, prowadząc życie człowieka, który potrafi przez dwie godziny mówić o powieści, której nikt poza nim nie przeczytał. Po pracy pisał. Nigdy nie został wielkim pisarzem i, prawdę mówiąc, chyba nie miał z tym większego problemu. Interesowały go historie małe, zapomniane i trochę dziwne — lokalne legendy, stare miasteczka, ludzie, których nazwiska nie pojawiały się w podręcznikach. W weekendy wsiadał do samochodu, jechał gdzieś przed siebie i wracał z notesem pełnym zapisków, kilkoma zdjęciami oraz zwyczajowym przekonaniem, że tym razem naprawdę napisał coś wyjątkowego. Być może właśnie podczas jednej z tych wypraw spotkał Eleanor. A może to raczej Eleanor spotkała jego. W każdym razie historia potoczyła się tak, jak historie wielkich miłości mają w zwyczaju — zupełnie nie pytając zainteresowanych o zdanie. Thomas zakochał się, porzucił dotychczasową pracę, kupił kawałek ziemi i razem z nią zaczął budować życie, którego wcześniej nie planował.
Okazało się zresztą, że przeprowadzka na wieś była dla niego wyjątkowo naturalna. Miał ręce stworzone do pracy, choć wcześniej używał ich głównie do przewracania stron książek. Potrafił naprawić płot, naprawić drzwi, naprawić traktorek, naprawić stary piec, a jeśli czegoś nie dało się naprawić, zwykle potrzebował tylko kilku godzin, żeby przekonać się, że jednak się da. W domu Bearów niczego nie wyrzucało się bez walki. Każdy przedmiot miał prawo do drugiego życia, czasem trzeciego, a niektóre rzeczy prawdopodobnie nadal czekają na swoje ósme. To właśnie od ojca Paddy nauczył się pracy rękami. Najpierw nosił za nim narzędzia, później zaczął pomagać, a w końcu dostał własny zestaw. Thomas nie był człowiekiem, który wyręczał syna. Jeśli coś zepsuł, miał się nauczyć to naprawić. Jeśli coś obiecał, miał dotrzymać słowa. Jeśli zaczął pracę, miał ją skończyć. Były to zasady proste, może nawet trochę staroświeckie, ale zostały w Paddy'm na całe życie.
Eleanor uczyła go rzeczy zupełnie innych. Pracowała z dziećmi i młodzieżą z niepełnosprawnościami intelektualnymi i miała w sobie ten rodzaj cierpliwości, który nie jest nawet cierpliwością, tylko pewnym sposobem patrzenia na drugiego człowieka. Nigdy nie próbowała przyspieszać czegoś tylko dlatego, że jej samej było wygodniej. Potrafiła siedzieć obok kogoś przez długi czas i pozwolić mu oswoić się z jej obecnością. Paddy patrzył na nią i uczył się, choć prawdopodobnie przez wiele lat nie zdawał sobie sprawy, że właśnie to robi. Od niej dostał empatię, od ojca odpowiedzialność. Z połączenia tych dwóch rzeczy wyrósł człowiek, który potrafił zarówno naprawić wybieg, jak i przez dwadzieścia minut siedzieć przy przestraszonym zwierzęciu, czekając, aż samo zdecyduje, że może mu zaufać.
Miał też siostrę, Hannah, młodszą od niego o dziesięć lat. Różnica wieku była wystarczająca, żeby Paddy przez sporą część jej dzieciństwa czuł się bardziej jak dodatkowy rodzic niż starszy brat. Nie miał nic przeciwko. Czytał jej książki, pilnował, żeby nie właziła tam, gdzie nie powinna, i oczywiście sam zabierał ją tam, gdzie według rodziców zdecydowanie nie powinna wchodzić. Hannah dorastała więc z przekonaniem, że starszy brat zna odpowiedź na każde pytanie. Paddy, choć sam czasem nie miał pojęcia, co robi, nigdy nie uznał za konieczne wyprowadzać jej z błędu.
Sam był dzieckiem raczej spokojnym. Nie sprawiał problemów, nie wdawał się w bójki, nie urządzał scen i nie miał potrzeby zdobywania szkolnych korytarzy. Był jednym z tych uczniów, których nauczyciele zapamiętują jako „naprawdę zdolnych, tylko trochę nieobecnych”. Czwórki i piątki przychodziły mu bez większego wysiłku. Mógłby osiągać więcej, gdyby chciał, ale nie chciał. Nie dlatego, że był leniwy. Po prostu świat miał dla niego znacznie ciekawsze rzeczy do zaoferowania niż konkurs na najwyższą średnią. Często siedział przy oknie, patrzył gdzieś daleko i myślał o czymś, czego nikt poza nim nie znał. Był inteligentny, małomówny i trochę wycofany, ale pogodny. Ludzie zazwyczaj go lubili. Z przyjaźniami było już gorzej. Paddy nie miał problemu z tym, żeby komuś pomóc. Miał problem z tym, żeby zauważyć, że ktoś właśnie po raz piąty prosi go o pomoc, ponieważ odkrył, że Paddy jest człowiekiem, który prawie nigdy nie mówi „nie”. Gdyby w tamtym wieku ktoś poprosił go o pożyczenie nerki, prawdopodobnie odpowiedziałby, że musi tylko sprawdzić grafik.
Najważniejszą częścią jego dzieciństwa były jednak owce. Rodzice mieli niewielkie stadko i dla Paddy'ego nie istniało coś takiego jak „jedna z owiec”. Każda miała imię, charakter, historię i własne miejsce w jego sercu. Jedna była łakomczuchem, druga wiecznie wystraszoną damą, trzecia zachowywała się tak, jakby całe pastwisko należało do niej. Paddy znał je wszystkie. Wiedział, która lubi być głaskana, która nie cierpi deszczu i która zawsze znajdzie sposób, żeby znaleźć się po niewłaściwej stronie płotu. Wieczorami siadał pośród nich z książką na kolanach i czytał. Owce oczywiście nie rozumiały ani słowa, ale Paddy nigdy nie uznał tego za przeszkodę. Były świetnymi słuchaczkami. Nie przerywały, nie poprawiały go i nie wychodziły z pokoju w połowie rozdziału. Czego więcej można wymagać od publiczności?
Pierwszą lekcję prawdziwej opieki nad zwierzęciem dostał od matki. Pewnego dnia, podczas spaceru, znaleźli rannego ptaka. Paddy chciał natychmiast go zabrać, zawinąć w coś miękkiego i najlepiej osobiście doprowadzić do pełnego zdrowia przed kolacją. Eleanor nauczyła go wtedy, że dobre chęci bywają niewystarczające. Trzeba najpierw popatrzeć, ocenić sytuację, wiedzieć, kiedy można pomóc samemu, a kiedy należy pozwolić zrobić to komuś bardziej doświadczonemu. Ptak trafił do specjalistów, a Paddy przez kilka dni wypytywał o jego stan. Nie wiedział jeszcze, że ta drobna historia zostanie z nim na całe życie. Wtedy po prostu pierwszy raz poczuł, że chce wiedzieć więcej.
Później pojawiło się Toronto.
Rodzice zabrali go do miasta, kiedy był jeszcze dzieckiem. Prawdopodobnie chcieli pokazać mu trochę świata. Pokazali. Tylko że Paddy zobaczył przede wszystkim zoo. Dla chłopca wychowanego wśród owiec, pól i lasu było to coś niemal magicznego. Zwierzęta, które dotąd oglądał na obrazkach, nagle znalazły się przed nim. Mógł patrzeć na nie godzinami i właśnie to robił. Rodzice chcieli zobaczyć jeszcze miasto, Paddy chciał zobaczyć jeszcze jedno zwierzę. Potem jeszcze jedno. I jeszcze jedno. W końcu można było odnieść wrażenie, że jego plan dnia składa się wyłącznie z „jeszcze pięciu minut”, które w wykonaniu Paddy'ego miały wyjątkowo luźną definicję czasu.
Zakochał się w zoo. Nie w takim dziecinnym sensie, w jakim dzieci zakochują się w dinozaurach, żeby dwa lata później przejść na piratów. To zostało. Każde pieniądze, które udało mu się odłożyć, przeznaczał na wyjazdy do Toronto. Oszczędzał na bilet, jechał, spędzał kilka godzin wśród zwierząt i wracał do domu szczęśliwy. Im starszy był, tym mniej interesowało go samo oglądanie. Zaczął obserwować. Zwracał uwagę na zachowanie, relacje, sposób poruszania się. Zauważał rzeczy, których inni nie widzieli. Zwierzęta były prostsze od ludzi. Nie wymagały odpowiednich słów. Nie interesowało ich, czy Paddy jest ciekawy, zabawny, interesujący albo wystarczająco towarzyski. Wystarczało, że był.
Rodzice długo sądzili, że to tylko fascynacja. Kiedy jednak pewnego dnia powiedział, że zamierza wyjechać na studia związane ze zwierzętami, zrozumieli, że decyzja została już podjęta. Nie było wielkiej rodzinnej narady ani próby odwiedzenia go od tego pomysłu. Thomas i Eleanor znali swojego syna wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć, kiedy Paddy coś sobie postanowił. Wspierali go. Ojciec dał mu nawet swój stary scyzoryk, jakby wysyłał syna na wyprawę przez dzikie tereny Kanady, a nie na studia. Paddy zabrał go ze sobą i od tamtej pory scyzoryk przeżył więcej niż niejeden członek rodziny.
Wybrał Guelph. Nie szukał prestiżu. Chciał nauczyć się pracy ze zwierzętami i zdobyć wiedzę, którą później będzie mógł wykorzystać w praktyce. Przeprowadzka była dla niego trudniejsza, niż przyznawał. Tęsknił za domem, za rodzicami, za Hannah i przede wszystkim za owcami. Zamieszkał w wynajmowanym pokoju u starszej kobiety, Margaret, która miała własny regulamin dotyczący ciszy nocnej, porządku i prawdopodobnie również liczby roślin przypadających na jednego studenta. Paddy dość szybko złamał ostatni punkt, choć być może nigdy nie został on oficjalnie ustanowiony.
Najgorzej znosił brak natury. Beton, samochody i mieszkanie na drugim piętrze nie były jego naturalnym środowiskiem. Zaczął więc szukać natury tam, gdzie inni jej nie zauważali. Zatrzymywał się przy drzewach, obserwował owady, zbierał nasiona, poznawał miejskie parki. Kiedy rodzice zamontowali kamerę przy pastwisku, zaczął wieczorami czytać owcom przez komputer. Był to jeden z tych zwyczajów, których człowiek normalnie nie powinien się wstydzić, jeśli oczywiście nie zastanowi się nad nim zbyt długo.
Na studiach po raz pierwszy znalazł się wśród ludzi, którzy naprawdę rozumieli jego zainteresowania. Nie musiał tłumaczyć, dlaczego pamięta konkretne zwierzęta, dlaczego fascynuje go ich zachowanie ani dlaczego potrafi przez pół godziny opowiadać o czymś, co dla większości ludzi byłoby interesujące przez mniej więcej trzydzieści sekund. Jeden z wykładowców szybko zauważył, że Paddy najlepiej uczy się poprzez praktykę. To właśnie dzięki niemu dostał możliwość pracy w fundacji zajmującej się ochroną i rehabilitacją zwierząt. Tam fascynacja zamieniła się w fach.
Nauczył się rzeczy, których nie dało się wyczytać z książek. Że zwierzę może wyglądać zdrowo, a mimo to coś będzie nie tak. Że czasami najważniejszą częścią pracy jest czekanie. Że nie każde zwierzę potrzebuje dotyku. Że niektóre boją się człowieka bardziej niż bólu. Że opieka bywa brudna, ciężka, męcząca i zupełnie pozbawiona romantyzmu. I że mimo wszystko Paddy ją uwielbia.
Po studiach pracował jeszcze w kilku miejscach. Zbierał doświadczenie powoli, bez wielkich ambicji i bez potrzeby wspinania się po szczeblach kariery. Ośrodki rehabilitacyjne, mniejsze placówki, praca przy dzikich zwierzętach — każde miejsce zostawiło w nim coś własnego. Z czasem nauczył się reagować w sytuacjach kryzysowych, współpracować z weterynarzami, zabezpieczać wybiegi i rozpoznawać drobne zmiany w zachowaniu zwierząt. Jego wiedza nie pochodziła z jednego genialnego odkrycia. Budowała się latami, dzień po dniu, przez obserwowanie, popełnianie błędów, pytanie mądrzejszych od siebie i robienie tej samej rzeczy wystarczająco długo, aż przestawała być trudna.
Kiedy trafił do Toronto Zoo, miasto było już zupełnie inne niż w jego dziecięcych wspomnieniach. Tylko zoo pozostało wystarczająco podobne, żeby przez chwilę poczuł się jak tamten chłopiec z biletem w kieszeni. Tym razem jednak nie przyjechał oglądać zwierząt. Przyszedł do pracy.
I właśnie tam spędził kolejne lata.
Nie został kierownikiem. Nie chciał nim zostać. Nie marzył o własnym biurze, większym gabinecie ani nazwisku na tabliczce. Nie interesowała go władza. Paddy wolał wiedzieć, czy zwierzę zjadło śniadanie, niż czy ktoś zatwierdził nową strukturę organizacyjną. Formalne zebrania były dla niego torturą o tyle subtelną, że człowiek po ich zakończeniu nadal był żywy, ale miał poważne wątpliwości, czy powinien być z tego powodu wdzięczny.
W praktyce był jednak bardzo dobry. Przez ponad dziesięć lat nauczył się zoo niemal od podszewki. Wiedział, gdzie coś przecieka, które drzwi trzeba mocniej domknąć, który sprzęt zaczyna odmawiać posłuszeństwa i które zwierzę zachowuje się inaczej niż zwykle. Nie zawsze potrafił wyjaśnić, skąd to wie. Po prostu patrzył i widział. Z czasem młodsi pracownicy zaczęli przychodzić do niego po rady. Paddy nigdy nie robił z tego wielkiej sprawy. Pomagał, tłumaczył, czasem poprawiał, czasem pozwalał komuś popełnić własny błąd. Był człowiekiem, którego doświadczenie nie miało potrzeby krzyczeć.
Raz jednak jego doświadczenie go zawiodło. Zauważył zmianę w zachowaniu jednego ze zwierząt, ale uznał ją za zbyt małą, żeby wszczynać alarm. Później okazało się, że zwierzę było poważnie chore. Nie udało się go uratować. Nikt nie obwiniał Paddy'ego, ale on sam robił to wystarczająco długo za wszystkich. Od tamtej pory zaczął prowadzić notes. Zapisywał drobiazgi — apetyt, zachowanie, reakcje, wszystko, co mogło kiedyś okazać się ważne. Niektóre strony dotyczyły zwierząt, których już nie było. Nigdy ich nie wyrzucił.
Życie prywatne potoczyło się znacznie spokojniej. Paddy miał kilka związków, ale wszystkie miały pewien wspólny problem. Był w nich zbyt bardzo dla drugiej osoby, a zbyt mało dla siebie. Pierwsza miłość skończyła się właśnie z tego powodu. Późniejsze relacje wyglądały podobnie. Dziewczyny mówiły, że jest „za dobry”. Paddy nigdy nie był pewien, co dokładnie powinien zrobić z taką informacją. Być może mniej dobrym człowiekiem? Być może więcej myśleć o sobie? Być może po prostu przestać zgadzać się na wszystko? Teoretycznie odpowiedź była prosta. W praktyce Paddy'emu zajęło czterdzieści lat, żeby przynajmniej zacząć ją rozumieć.
Do dziś pozostał prawiczkiem. Nie jest to dla niego wielki dramat ani powód do szczególnej dumy. Po prostu tak się złożyło. Miał związki, zakochania, rozstania i złamane serce, ale ta część dorosłości nigdy nie wydarzyła się tak, jak przewidywałaby większość ludzi. Paddy nie ma z tego powodu poczucia, że jego życie jest niepełne. Jeśli już, bardziej martwi go fakt, że ostatnio jedna z jego paprotek zaczęła wyglądać podejrzanie.
Mieszka sam, niedaleko zoo, w niewielkim mieszkaniu, które z czasem zamieniło się w coś pomiędzy domem a bardzo małą szklarnią. Wszystkie rośliny mają imiona. Z niektórymi rozmawia. Jedną szczególnie lubi, choć nigdy nikomu nie powiedział dlaczego. Ma za dużo książek, za dużo kubków i zdecydowanie za dużo skarpetek. Piecze chleb. Robi dżemy i marmolady, których później produkuje tyle, jakby przygotowywał zapasy na wojnę. Przynosi je do pracy i rozdaje współpracownikom. Codziennie robi sobie kanapkę z dżemem albo marmoladą i najwyraźniej nie widzi w tym niczego niezwykłego. Do pracy jeździ rowerem, bo mieszka wystarczająco blisko, a poza tym uważa, że samochód jest niepotrzebny, jeśli człowiek może przejechać kilka kilometrów i przy okazji zobaczyć trzy gatunki ptaków oraz przynajmniej jednego wyjątkowo ambitnego psa.
Jest wegetarianinem. Gotuje świetnie, chociaż jego potrawy nigdy nie wyglądają tak, jakby miały zostać sfotografowane do magazynu kulinarnego. Są po prostu dobre. Lubi długie spacery, książki, dokumenty przyrodnicze i odwiedzanie miejsc, w których można znaleźć trochę ciszy. Zatrzymuje się przy owadach. Przenosi ślimaki z chodników. Zdarza mu się przynieść do domu roślinę znalezioną gdzieś przy drodze, ponieważ „wyglądała na samotną”. Jest również absolutnie przekonany, że każda rzecz, którą można naprawić, powinna zostać naprawiona, co prawdopodobnie tłumaczy, dlaczego jego mieszkanie posiada przedmioty, których normalny człowiek pozbyłby się jakieś piętnaście lat temu.
A jednak pod tym całym spokojem, skarpetkami nie do pary, domowym chlebem i słoikami dżemu jest człowiek, który przez czterdzieści lat nauczył się bardzo dużo. Paddy nie jest naiwny. Wie, że ludzie potrafią wykorzystywać cudzą dobroć. Wie, że świat nie zawsze nagradza tych, którzy postępują właściwie. Wie, że nie każde zwierzę da się uratować, nie każdą relację naprawić i nie każdy zepsuty przedmiot powinien dostać drugą szansę. Problem polega tylko na tym, że Paddy ma ogromną trudność z zastosowaniem tej wiedzy do własnego życia.
Wciąż łatwiej przychodzi mu zadbanie o kogoś niż o siebie.
Może dlatego tak dobrze odnalazł się wśród zwierząt. One nie pytają go, dlaczego nie chce awansu. Nie interesuje ich, czy ma wystarczająco wysoką pensję, odpowiednią pozycję ani czy jego życie wygląda tak, jak powinno wyglądać życie czterdziestoletniego mężczyzny. Nie obchodzi ich również, że jego kanapka z marmoladą jest absolutnie pozbawiona sensu jako lunch dla dorosłego człowieka. Potrzebują od niego tylko tego, żeby pamiętał, obserwował i był wtedy, kiedy trzeba.
A Paddy potrafi być.
Może właśnie dlatego po tylu latach wciąż lubi swoją pracę. Nie dlatego, że zrobił w niej wielką karierę. Nie dlatego, że ktoś kiedyś postawi mu pomnik przed wejściem do zoo. Nawet nie dlatego, że szczególnie zależy mu na tym, by ktokolwiek pamiętał jego nazwisko. Został tam, bo pewnego dnia mały chłopiec z małej miejscowości przyjechał do Toronto, zobaczył zwierzęta i pomyślał, że chciałby spędzić z nimi resztę życia.
I właściwie nigdy nie zmienił zdania.
Tyle że dziś nie musi już oszczędzać na bilet.
Toronto, które kiedyś wydawało mu się ogromne i obce, z czasem stało się jego domem. Znał jego parki, ścieżki, małe skrawki zieleni między budynkami i miejsca, w których można było na chwilę zapomnieć, że wokół są miliony ludzi. Znał też zoo — nie tylko jako miejsce pracy, ale jako przestrzeń, w której spędził większą część swojego dorosłego życia. Przychodził tam rano z kubkiem kawy i plecakiem, wracał wieczorem zmęczony, czasem brudny, czasem przemoczony, czasem z kolejnym zadrapaniem, którego nie potrafił wyjaśnić. I właściwie nigdy nie miał poczucia, że robi coś wielkiego.
Po prostu robił swoje.
Może właśnie dlatego po tylu latach wciąż był tym samym człowiekiem, który bardziej ufał własnym dłoniom niż wielkim słowom. Człowiekiem, który potrafił godzinami pracować bez narzekania, ale przez pięć minut nie wiedzieć, co odpowiedzieć komuś, kto powiedział mu komplement. Człowiekiem, który nie umiał zawalczyć o siebie tak dobrze, jak potrafił zawalczyć o zwierzę, które samo nie mogło się obronić.
I chyba nigdy nie przestał wierzyć, że większość rzeczy da się jeszcze naprawić.
Płot. Karmnik. Stary rower. Zranione zwierzę.
Czasem nawet człowieka.
Z samym sobą nadal nie szło mu najlepiej, ale miał jeszcze dużo czasu. A przynajmniej tak sobie powtarzał.
Następnego ranka znów wsiądzie na rower, sprawdzi, czy scyzoryk ojca jest na swoim miejscu, zapakuje kanapkę z domowym dżemem i pojedzie do zoo. Po drodze pewnie zatrzyma się przy jakimś ptaku, owadzie albo roślinie, której istnienia nikt poza nim nie uzna za warte odnotowania. Potem otworzy bramę, zacznie swoją pracę i będzie robił dokładnie to, co robi od lat.
Bez wielkich ambicji. Bez potrzeby, żeby ktoś go podziwiał.
Po prostu będzie tam, gdzie uważa, że powinien być.
Bo nie każdy człowiek musi zmieniać świat.
Czasami wystarczy, że każdego dnia sprawia, że kawałek tego świata jest odrobinę lepszym miejscem dla tych, którzy sami nie potrafią o siebie zadbać.
Ciekawostki
- ma 1,79 m wzrostu i twierdzi, że „prawdziwy mężczyzna zaczyna się od 1,80 m”, dlatego jego brakujący centymetr jest dla niego „delikatnym tematem”
- jego pełne imię to Paddington Bear, a rodzice nazwali go na cześć misia Paddingtona
- od dziecka uwielbia książki o Paddingtonie i nadal ma kilka egzemplarzy z dzieciństwa
- ma zdecydowanie za dużo kubków i każdy z nich uważa za potrzebny
- każdej swojej roślinie nadaje imię
- rozmawia z roślinami podczas podlewania i przesadzania
- potrafi autentycznie przeżywać śmierć uschniętej rośliny
- ma słabość do skarpetek w zabawne wzory
- robi domowe dżemy, marmolady i konfitury
- regularnie przynosi własne przetwory do pracy i rozdaje je współpracownikom
- do pracy niemal zawsze zabiera kanapkę z własnym dżemem lub marmoladą
- sam piecze chleb
- jest wegetarianinem
- gotuje bardzo dobrze, ale zdecydowanie bardziej ceni smak niż wygląd potraw
- mieszka niedaleko zoo i do pracy jeździ rowerem
- prawie zawsze ma przy sobie scyzoryk po ojcu
- nie lubi wyrzucać rzeczy, które można jeszcze naprawić
- potrafi naprawić zaskakująco wiele rzeczy dzięki umiejętnościom wyniesionym z domu
- ma zwyczaj zatrzymywania się podczas spacerów, żeby przenieść ślimaka lub dżdżownicę z chodnika na trawę
- ma świetną pamięć do zwierząt, ale znacznie gorszą do ludzkich imion
- nadal rozmawia przez kamerkę z rodzinnymi owcami
- czasami czyta owcom książki podczas wideorozmów z rodziną
- jest przekonany, że owce rozpoznają jego głos
- nie znosi marnowania jedzenia
- lubi długie spacery bez konkretnego celu
- interesuje się przyrodą również poza pracą
- ogląda dokumenty przyrodnicze
- kolekcjonuje stare mapy i atlasy, szczególnie dotyczące Toronto i okolic
- lubi kupować używane książki, zwłaszcza jeśli mają odręczne notatki poprzednich właścicieli
- nie przepada za telefonowaniem i zdecydowanie woli wiadomości tekstowe
- jest fatalnym kłamcą i bardzo szybko można poznać, kiedy coś ukrywa
- ma problem z przyjmowaniem komplementów i zazwyczaj natychmiast zmienia temat
- kiedy się stresuje, zaczyna coś sprzątać, układać albo naprawiać
- podczas pracy zdarza mu się cicho mruczeć coś pod nosem
- ma bardzo suche, spokojne poczucie humoru
- często żartuje z całkowicie poważną miną
- nie lubi ludzi, którzy traktują zwierzęta przedmiotowo
- nie ma problemu z przyznaniem się, że czegoś nie wie
- w sytuacjach kryzysowych zachowuje znacznie więcej spokoju, niż można by się po nim spodziewać
- nie lubi podniesionego głosu, szczególnie kiedy ktoś krzyczy na zwierzę
- jego złość jest najbardziej widoczna wtedy, kiedy nagle przestaje żartować i robi się bardzo cichy
- ma zwyczaj odkładania rzeczy w „bezpieczne miejsce”, a następnie zapominania, gdzie to miejsce jest
- w jego mieszkaniu znajduje się kilka przedmiotów, które powinny zostać wyrzucone wiele lat temu, ale Paddy twierdzi, że „jeszcze mogą się przydać”
- jeżeli przygotowuje jedzenie dla jednej osoby, zazwyczaj wychodzi mu go dla całej rodziny
- nie interesuje go moda i najważniejsza jest dla niego wygoda
- ma kilka ulubionych miejsc w Toronto, do których chodzi, kiedy chce pobyć sam
- potrafi przez długi czas obserwować ptaki, owady albo inne drobne stworzenia, zupełnie tracąc poczucie czasu
- ma zwyczaj zabierania ze spacerów nasion, kamieni lub ciekawie wyglądających kawałków drewna
- bardzo przywiązuje się do przedmiotów mających wartość sentymentalną
zgoda na powielanie imienia
niezgoda na powielanie pseudonimu
nieZgody MG
poziom ingerencji
wysokizgoda na śmierć postaci
niezgoda na trwałe okaleczenie
takzgoda na nieuleczalną chorobę postaci
takzgoda na uleczalne urazy postaci
takzgoda na utratę majątku postaci
takzgoda na utratę posady postaci
tak