002.
: wt sie 18, 2026 10:00 pm
D A N I |
Kareta w polu tekstowym wyszukiwarki mrugała w równych odstępach, cierpliwie oczekując na dalsze litery. Nie pojawiły się.
KLIK. KLIK. KLIK. KLIK.
Archiwum policyjne w Toronto znajdowało się na piętrze -1. Nie było tu okien, jedynie sztuczne światło jarzeniówek na suficie, od którego po kilku godzinach można było dostać szału. Zejście na dół trwało wieki. Od głównego holu prosto do końca korytarza, następnie w prawo, po schodach. Skrzypienie jej służbowych butów o gumoleum zagnieżdżało się w głowie z każdym kolejnym krokiem, a w niej narastały sprzeczne emocje – złość i rozżalenie.
Gdy dotarła na miejsce, kobieta siedząca za wielką ladą, oddzielającą świat zewnętrzny od archiwum, zerknęła na nią znad grubych okularów.
– Po co ci mundur, Gonzalez? Tutaj nikt cię nie będzie szukać – powiedziała cierpko i wróciła do swojej pracy.
Z pozoru słowa, które nie znaczyły nic, uderzyły ją mocniej, niż gotowa była przed sobą przyznać. Nikt nie będzie jej s z u k a ć. Tak dosadne. Tak prawdziwe. Dopiero wtedy dotarło do niej, że zesłanie do archiwum przez jej aktualny stan nieoficjalnego zawieszenia było najgorszą karą, jaka mogła ją spotkać. Opuściła głowę, kiwnęła nią i weszła przez niskie drzwiczki przy ladzie.
Tak wyglądał p i e r w s z y dzień pracy w nowej rzeczywistości.
D r u g i e g o dnia nie ubrała już munduru, choć przed wyjściem miała ogromne opory. Czuła, że w ten sposób, zakładając zwykłe ciemne spodnie, koszulę i marynarkę, w jakiś sposób godziła się na taki stan rzeczy. Że poddała się. Że pogodziła się z faktem, iż za wszelką cenę przypisywano jej winę, której n i e popełniła. Prawda leżała po drugiej stronie. Nie godziła się z tym. Nie godziła się na niesprawiedliwość, która na nią spadła. Nie godziła się na krzywe spojrzenia wysyłane w jej stronę, gdy jak przegrana weszła do pracy ubrana inaczej niż zwykle.
– Jednak odchodzi? – usłyszała, mijając dwóch mężczyzn – jednego siedzącego na ochronie przy wejściu, drugiego podpierającego się z kubkiem kawy przy wejściu, który najwyraźniej albo miał za dużo czasu, albo przerwę, żeby poplotkować sobie z kumplem i urozmaicić mu czas.
– Nie, zesłali ją do archiwum – szepnął w momencie, gdy Betty skanowała swój identyfikator przed wejściem.
– Przejebane… I w końcu za co? – mruknął, zerkając na nią kątem oka. Gdy dostrzegł, że wyłapała jego spojrzenie, wyprostował się od razu i odwrócił plecami. Może miała mieć trudność w ocenie jego wyrazu twarzy. A może tak było mu wygodniej, bo łatwiej nie widzieć niż dostrzegać za dużo.
– Gadają, że kryła partnera. Wiesz, kręcił z gangusami na boku i ukręcał przy tym niezły procent… – nie słyszała więcej. Słyszała już wystarczająco wiele. Od zbyt wielu ust.
D A N I E L |
Kareta w polu tekstowym znowu mrugała w gotowości. Betty oblizała wargi, ale ostatecznie znów wykasowała wszystko z paska. Wciąż nie była gotowa.
Zajęła się za to pracą. Skoro miała spędzić tu niewiadomo ile czasu, chciała przynajmniej pokazać, że może się na coś przydać. Poza tym towarzystwo Mildred nie należało do najprzyjemniejszych, więc chociaż praca mogła uratować ją przed usychaniem z nudów przez osiem godzin. Mildred wyglądała jak stereotypowa pracownica ukryta w piwnicach archiwum – zwłaszcza że klimatyzator popsuł się dawno temu. Do wyboru było albo wyłączenie urządzenia i praca w tropikalncyh warunkach, albo praca w temperaturze zbliżonej do prosektorium. A ponieważ Mildred była władczynią podziemi, wolała wybrać gruby sweter, w którym opatulona siedziała cały dzień na dole, karcącym spojrzeniem obdarowując każdego, kto postanowił przerwać jej spokojne segregowanie aktualnych akt w towarzystwie ciemnej jak smoła kawy i kawałka jabłecznika.
Betty natomiast, segregując rozmaite akta, przerobiła ich tyle, że niejednokrotnie wzdychała z irytacją, czym zasłużyła sobie na niepochlebne spojrzenia Mildred znad okularów, która mimo siedzenia praktycznie po drugiej stronie sali i śladów wieku wyrytych na twarzy, miała zaskakująco dobry słuch.
Brak poprawnie wypełnionych wniosków. Niepełna dokumentacja. Zastanawiała się, czemu przełożeni nie przykładają również uwagi do przeszkolenia administracyjnego. W końcu później, po latach, gdyby trzeba było na nowo otworzyć sprawę, niektóre akta mogłyby wywołać zbyt wiele wątpliwości. Oczywiście policja nie przepadała za otwieraniem tego, co zamknięte, bo to mogło oznaczać pytania o potencjalne niedopatrzenia. A wyszukanie niedopatrzeń powodowało cały szereg problemów później. Mogło przyciągać uwagę burmistrza, polityków czy opinii publicznej. Każda wpadka słono kosztowała. A funduszy było wiecznie niewystarczająco. Wieczne cięcia w budżecie publicznym prowadziły do masowych zwolnień. Masowe zwolnienia do zbyt małej liczby policjantów przydzielanych do zespołów operacyjnych. Zbyt małe zespoły operacyjne to zbyt dużo pracy na człowieka. A zbyt dużo pracy powodowało zmęczenie i błędy.
Podniosła kolejne pudło, w którym znajdowały się nieposegregowane akta. Uniosła je i wtedy poczuła, że ciężar stopniowo zelżał. Wszystko wysypało się na ziemię.
– Nosz cholera jasna…
– Gonzalez! Język! – niski głos Mildred, karcący niczym głos wychowawcy ze szkoły, poniósł się z drugiego końca sali.
– Przepraszam! – odparła z posępną miną.
– Nie przepraszaj – Mildred ściągnęła okulary i ścisnęła opuszkami palców nasadę nosa. – Posprzątaj ten bałagan.
Milagros klęknęła, by zająć się zbieraniem rozsypanych papierów. Przez najbliższe godziny układała raporty, uwagi i notatki operacyjne. Chcąc nie chcąc, mimowolnie zwróciła uwagę, że w wielu miejscach często pojawiał się inicjał M.N. Nic z tym jednak nie zrobiła.
Jeszcze nie.
Kilka dni później siedziała w jednej z wietnamskich, tanich restauracji. Zupa wonton, którą zamówiła dla niepoznaki, parowała nad miską, sygnalizując gotowość do zjedzenia. Nie tknęła jej jednak. Taniej jakości pałeczki leżały obok plastikowej łyżeczki, spoczywające jeszcze w przezroczystej folii. Stolik, przy którym siedziała, był osunięty w cień, by możliwie najmniej rzucać się w oczy. Ciemny blat połyskiwał w odbijającym się, mętnym świetle lamp, niedomyty od tłuszczu i brudu zostawianego przez kolejnych gości, którzy przewijali się w restauracji w ekspresowym tempie.
Nie jadła. Nie chciała, bo jakoś wydawała się wątpliwa, nawet jak na tak mało wrażliwy żołądek Betty. Nie jadła też dlatego, że nie mogła. Ze stresu i nerwów wnętrzności jakby związały się w supeł, powodując niewyobrażalny ból trzewi i ścisk w przełyku.
Na tajemniczego człowieka natknęła się po raz pierwszy w aktach, gdzie został określony mianem M.N. Inicjały jak milion innych, które w żaden sposób nie musiały niczego konkretnego oznaczać. A jednak siedziała teraz w cywilu, czekając na pojawienie się kogoś, kto może, MOŻE, jakimś cudem znałby odpowiedzi na kilka pytań.
M o ż e . Bo prawdę mówiąc, jej teoria była dość naciągana. A ona sama nie była w stu procentach przekonana, czy to nie naciągana teoria oraz błędna ocena sytuacji. Może mężczyzna, na którego czekała, wcale nie był t y m M.N. wspominanym nieraz w notatkach operacyjnych dotyczących kolumbijskiego półświatka działającego na terenie Toronto. Może to wcale nie był ten informator.
Będzie musiała blefować. A tego robić nienawidziła. Jej prawe kolano unosiło się i opadało, zdradzając zdenerwowanie i zniecierpliwienie. Gdy w grę wchodziły kwestie prywatne, nie potrafiła w pełni zachować spokoju. Próbowała trzymać nerwy na wodzy, ale nie była w stanie zachować spokoju. Nie w momencie, gdy jej przyszłość była pod znakiem zapytania.
Miała tendencję do ulegania emocjom. A działanie pod wpływem złości czy strachu prowadziło do błędów.
Takich jak teraz.