ODPOWIEDZ
36 y/o
For good luck!
168 cm
sierżant Toronto Police Service Headquarters
Awatar użytkownika
remember the bad guys on the shows you used to watch on saturday mornings? well, these guys aren't like those guys. they won't exercise restraint, they will kill you if they get the chance.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

002.

Madox A. Noriega


D A N I |

Kareta w polu tekstowym wyszukiwarki mrugała w równych odstępach, cierpliwie oczekując na dalsze litery. Nie pojawiły się.
KLIK. KLIK. KLIK. KLIK.
Archiwum policyjne w Toronto znajdowało się na piętrze -1. Nie było tu okien, jedynie sztuczne światło jarzeniówek na suficie, od którego po kilku godzinach można było dostać szału. Zejście na dół trwało wieki. Od głównego holu prosto do końca korytarza, następnie w prawo, po schodach. Skrzypienie jej służbowych butów o gumoleum zagnieżdżało się w głowie z każdym kolejnym krokiem, a w niej narastały sprzeczne emocje – złość i rozżalenie.
Gdy dotarła na miejsce, kobieta siedząca za wielką ladą, oddzielającą świat zewnętrzny od archiwum, zerknęła na nią znad grubych okularów.
– Po co ci mundur, Gonzalez? Tutaj nikt cię nie będzie szukać – powiedziała cierpko i wróciła do swojej pracy.
Z pozoru słowa, które nie znaczyły nic, uderzyły ją mocniej, niż gotowa była przed sobą przyznać. Nikt nie będzie jej s z u k a ć. Tak dosadne. Tak prawdziwe. Dopiero wtedy dotarło do niej, że zesłanie do archiwum przez jej aktualny stan nieoficjalnego zawieszenia było najgorszą karą, jaka mogła ją spotkać. Opuściła głowę, kiwnęła nią i weszła przez niskie drzwiczki przy ladzie.
Tak wyglądał p i e r w s z y dzień pracy w nowej rzeczywistości.
D r u g i e g o dnia nie ubrała już munduru, choć przed wyjściem miała ogromne opory. Czuła, że w ten sposób, zakładając zwykłe ciemne spodnie, koszulę i marynarkę, w jakiś sposób godziła się na taki stan rzeczy. Że poddała się. Że pogodziła się z faktem, iż za wszelką cenę przypisywano jej winę, której n i e popełniła. Prawda leżała po drugiej stronie. Nie godziła się z tym. Nie godziła się na niesprawiedliwość, która na nią spadła. Nie godziła się na krzywe spojrzenia wysyłane w jej stronę, gdy jak przegrana weszła do pracy ubrana inaczej niż zwykle.
Jednak odchodzi? – usłyszała, mijając dwóch mężczyzn – jednego siedzącego na ochronie przy wejściu, drugiego podpierającego się z kubkiem kawy przy wejściu, który najwyraźniej albo miał za dużo czasu, albo przerwę, żeby poplotkować sobie z kumplem i urozmaicić mu czas.
– Nie, zesłali ją do archiwum – szepnął w momencie, gdy Betty skanowała swój identyfikator przed wejściem.
– Przejebane… I w końcu za co? – mruknął, zerkając na nią kątem oka. Gdy dostrzegł, że wyłapała jego spojrzenie, wyprostował się od razu i odwrócił plecami. Może miała mieć trudność w ocenie jego wyrazu twarzy. A może tak było mu wygodniej, bo łatwiej nie widzieć niż dostrzegać za dużo.
– Gadają, że kryła partnera. Wiesz, kręcił z gangusami na boku i ukręcał przy tym niezły procent… – nie słyszała więcej. Słyszała już wystarczająco wiele. Od zbyt wielu ust.

D A N I E L |

Kareta w polu tekstowym znowu mrugała w gotowości. Betty oblizała wargi, ale ostatecznie znów wykasowała wszystko z paska. Wciąż nie była gotowa.
Zajęła się za to pracą. Skoro miała spędzić tu niewiadomo ile czasu, chciała przynajmniej pokazać, że może się na coś przydać. Poza tym towarzystwo Mildred nie należało do najprzyjemniejszych, więc chociaż praca mogła uratować ją przed usychaniem z nudów przez osiem godzin. Mildred wyglądała jak stereotypowa pracownica ukryta w piwnicach archiwum – zwłaszcza że klimatyzator popsuł się dawno temu. Do wyboru było albo wyłączenie urządzenia i praca w tropikalncyh warunkach, albo praca w temperaturze zbliżonej do prosektorium. A ponieważ Mildred była władczynią podziemi, wolała wybrać gruby sweter, w którym opatulona siedziała cały dzień na dole, karcącym spojrzeniem obdarowując każdego, kto postanowił przerwać jej spokojne segregowanie aktualnych akt w towarzystwie ciemnej jak smoła kawy i kawałka jabłecznika.
Betty natomiast, segregując rozmaite akta, przerobiła ich tyle, że niejednokrotnie wzdychała z irytacją, czym zasłużyła sobie na niepochlebne spojrzenia Mildred znad okularów, która mimo siedzenia praktycznie po drugiej stronie sali i śladów wieku wyrytych na twarzy, miała zaskakująco dobry słuch.
Brak poprawnie wypełnionych wniosków. Niepełna dokumentacja. Zastanawiała się, czemu przełożeni nie przykładają również uwagi do przeszkolenia administracyjnego. W końcu później, po latach, gdyby trzeba było na nowo otworzyć sprawę, niektóre akta mogłyby wywołać zbyt wiele wątpliwości. Oczywiście policja nie przepadała za otwieraniem tego, co zamknięte, bo to mogło oznaczać pytania o potencjalne niedopatrzenia. A wyszukanie niedopatrzeń powodowało cały szereg problemów później. Mogło przyciągać uwagę burmistrza, polityków czy opinii publicznej. Każda wpadka słono kosztowała. A funduszy było wiecznie niewystarczająco. Wieczne cięcia w budżecie publicznym prowadziły do masowych zwolnień. Masowe zwolnienia do zbyt małej liczby policjantów przydzielanych do zespołów operacyjnych. Zbyt małe zespoły operacyjne to zbyt dużo pracy na człowieka. A zbyt dużo pracy powodowało zmęczenie i błędy.
Podniosła kolejne pudło, w którym znajdowały się nieposegregowane akta. Uniosła je i wtedy poczuła, że ciężar stopniowo zelżał. Wszystko wysypało się na ziemię.
– Nosz cholera jasna…
– Gonzalez! Język! – niski głos Mildred, karcący niczym głos wychowawcy ze szkoły, poniósł się z drugiego końca sali.
Przepraszam! – odparła z posępną miną.
– Nie przepraszaj – Mildred ściągnęła okulary i ścisnęła opuszkami palców nasadę nosa. – Posprzątaj ten bałagan.
Milagros klęknęła, by zająć się zbieraniem rozsypanych papierów. Przez najbliższe godziny układała raporty, uwagi i notatki operacyjne. Chcąc nie chcąc, mimowolnie zwróciła uwagę, że w wielu miejscach często pojawiał się inicjał M.N. Nic z tym jednak nie zrobiła.
Jeszcze nie.

. . .


Kilka dni później siedziała w jednej z wietnamskich, tanich restauracji. Zupa wonton, którą zamówiła dla niepoznaki, parowała nad miską, sygnalizując gotowość do zjedzenia. Nie tknęła jej jednak. Taniej jakości pałeczki leżały obok plastikowej łyżeczki, spoczywające jeszcze w przezroczystej folii. Stolik, przy którym siedziała, był osunięty w cień, by możliwie najmniej rzucać się w oczy. Ciemny blat połyskiwał w odbijającym się, mętnym świetle lamp, niedomyty od tłuszczu i brudu zostawianego przez kolejnych gości, którzy przewijali się w restauracji w ekspresowym tempie.
Nie jadła. Nie chciała, bo jakoś wydawała się wątpliwa, nawet jak na tak mało wrażliwy żołądek Betty. Nie jadła też dlatego, że nie mogła. Ze stresu i nerwów wnętrzności jakby związały się w supeł, powodując niewyobrażalny ból trzewi i ścisk w przełyku.
Na tajemniczego człowieka natknęła się po raz pierwszy w aktach, gdzie został określony mianem M.N. Inicjały jak milion innych, które w żaden sposób nie musiały niczego konkretnego oznaczać. A jednak siedziała teraz w cywilu, czekając na pojawienie się kogoś, kto może, MOŻE, jakimś cudem znałby odpowiedzi na kilka pytań.
M o ż e . Bo prawdę mówiąc, jej teoria była dość naciągana. A ona sama nie była w stu procentach przekonana, czy to nie naciągana teoria oraz błędna ocena sytuacji. Może mężczyzna, na którego czekała, wcale nie był t y m M.N. wspominanym nieraz w notatkach operacyjnych dotyczących kolumbijskiego półświatka działającego na terenie Toronto. Może to wcale nie był ten informator.
Będzie musiała blefować. A tego robić nienawidziła. Jej prawe kolano unosiło się i opadało, zdradzając zdenerwowanie i zniecierpliwienie. Gdy w grę wchodziły kwestie prywatne, nie potrafiła w pełni zachować spokoju. Próbowała trzymać nerwy na wodzy, ale nie była w stanie zachować spokoju. Nie w momencie, gdy jej przyszłość była pod znakiem zapytania.
Miała tendencję do ulegania emocjom. A działanie pod wpływem złości czy strachu prowadziło do błędów.
Takich jak teraz.
Ostatnio zmieniony ndz sie 23, 2026 1:30 pm przez Beatriz Gonzalez, łącznie zmieniany 1 raz.
paprotka
braku inicjatywy, płytkości, AI, braku kontaktu, mylenia postaci z graczem, kręcenia dram na priv
34 y/o
LO SIENTO
184 cm
właściciel klubu i informator policji | Emptiness
Awatar użytkownika
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granicy między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkinie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

063.
The deeper you dig into someone's past,
the more likely it is to start digging back.
trigger warning
przekleństwa
Dawno nie było go na komisariacie. A przecież kiedyś był tu stałym bywalcem. Ale od jakiegoś czasu to Pilar była jego łącznikiem z policyjnym światem, a jednak...
Dzisiaj Eliot zaprosił go osobiście. Chciał się wykręcić, ale jego przełożony był nieugięty, a Madox chyba rzeczywiście potrzebował porozmawiać ze swoim covermanem, biorąc pod uwagę sytuację.
Na komendę wchodził jak do siebie, chociaż przecież oficjalnie był tutaj po drugiej stronie barykady. Dla większości był po prostu gangusem. Inni przychodzili do niego po informacje jak do kreta, i tylko jego żona wiedziała dla kogo on tak naprawdę pracuje. Miał tu swoich kumpli, z niektórymi policjantami regularnie obijał się na macie w szkole walki, a innych po prostu wkurwiał.
I tak właśnie było z tym gościem, który chyba nie miał co robić, bo zebrało mu się na plotki przy wejściu. Madox nie słyszał tej wymiany zdań, za to zaraz stanął przy kontuarze witając ochronę.
- Ja do Eliota, czeka na mnie - zwrócił się do starszego faceta, ale to ten młodszy, pochylony nad kubkiem parującej kawy, zmierzył go spojrzeniem.
- A ty po co tu Noriega? Co żeś znowu zmalował? - zapytał prześmiewczym tonem.
- Twoją starą - odpalił mu bezczelnie Madox - chociaż nie, czekaj, żadna z niej artystka, patrząc na twoją gę... - nie dokończył, bo ochroniarz otworzył mu wejście, a Noriega wpadł do środka, z rozpędu wszedł w jakąś brunetkę. Jego ciemne spojrzenie spotkało się z tym jej, kiedy się do niej odwrócił, dotknął na moment jej ramienia - sorry - rzucił krótko, i tyle go było widać, bo kroki skierował do gabinetu komendanta. Znał drogę na pamięć, chociaż zanim tam doszedł, musiał się jeszcze mierzyć z kilkoma zaczepkami.


Dzień później znowu był na komendzie. Z rękami w kieszeniach siedział na jednej z drewnianych ławek przy wejściu i czekał na komendanta.
- Sorry Madox, ale powiedział, żeby cię nie wpuszczać po tym co odwaliłeś wczoraj... - odezwał się do niego ochroniarz.
- Co odwaliłeś wczoraj... - przedrzeźnił go Noriega i wyciągnął się na niewygodnej ławce, spojrzenie uniósł w sufit, ale kiedy tuż przed nim potknęła się jakaś kobieta opatulona w sraczkowaty, obszerny sweter, to spuścił na nią wzrok - Mili... wyszłaś ze swojej pieczary? - zaczepił ją, a ona spojrzała na niego spod byka - chyba nowy sweterek... Twa-rzo-wy - posłał jej jeden ze swoich firmowych uśmiechów, ale niewiasta zgromiła go wzrokiem. Bezczelny gnojek. Wiecznie się tam kręcił i wiecznie wszystkich zaczepiał.
Chociaż akurat z Mildred znali się z jego klubu. Większość psów balowała w Emptiness, pewnie z racji tego, że ci którzy mieli dobre relacje z szefem, dostawali tam darmowe drinki. Mili czasami też.
A jednak dzisiaj nie odpowiedziała nic na jego zaczepki, poszła wyładować frustrację na swojej współpracownicy, a Madox czekał...


────────


Kilka dni później stanął przed jedną z wietnamskich, tanich restauracji. Zadarł głowę do góry przyciskając telefon do ucha ramieniem, bo na jakiejś pomiętej karteczce, która wyglądała jakby ktoś ją przeżuł i zwrócił, sprawdzał czy trafił pod odpowiedni adres.
- Nie wiem co za jeden, umówił się w knajpie - odezwał się do słuchawki, a zaraz zadarł do góry głowę patrząc na szyld z napisem những món ngon, co nawet chyba nie było nazwą, a oznaczało po prostu dobre jedzenie - jakaś... N... Nh… Chuj, jakiś chińczyk - postanowił nie łamać sobie języka. Ciemne spojrzenie padło na szybę i przesunęło się po gościach w lokalu, od razu zatrzymał je na brunetce. Nie znał jej, ale gdzieś już ją widział. Na komisariacie?
Madox miał dobrą pamięć do twarzy. Wiedział, że czekała właśnie na niego. Chociaż założył, że to będzie facet. Tak jakoś...
- Dobra, odezwę się później, cześć - skończył rozmowę, a telefon wsunął do kieszeni skórzanej kurtki. Wszedł do środka, ale nie od razu skierował się do jej stolika, najpierw podszedł do lady, oparł się o kontuar zerkając na listę dań za plecami skośnookiego kasjera. Kurwa. Kolejne łamańce językowe. Noriega złapał w płuca więcej powietrza.
- Coś... żeby nie waliło rybą i bez ryżu, jem to na co dzień w chacie, z mięsem dobra? - odezwał się, a Wietnamczyk spojrzał na niego z politowaniem.
- Sajgonki? - zapytał, a Madox skinął głową.
- Sajgonki - zgodził się.
Dopiero skierował swoje kroki do stolika, przy którym siedziała brunetka, po drodze zdjął z siebie skórzaną kurtkę i rzucił ją na czerwoną, plastikową ławkę, już czuł w krzyżu jak niewygodne były te siedzenia, ale posadził przed nią tyłek, mierząc ją ciemnym spojrzeniem.
Czego od niego chciała?
- Mogłaś nas ustawić w meksykańskiej, chociaż byśmy coś zjedli - rzucił zerkając na jej średnio apetyczną zupę. Madox nie lubił azjatyckiego żarcia, ale kolumbijskie, meksykańskie, tym mógłby się obżerać codziennie.
Pochylił się do przodu opierając łokcie na wątpliwej czystości stoliku.
- Twoi koledzy po fachu zazwyczaj ściągają mnie na posterunek pod pretekstem przesłuchania... - ciemne tęczówki przesunęły się po jej sylwetce i zatrzymały na oczach. Bo skoro nie chciała z nim rozmawiać na komendzie, to coś musiało być na rzeczy - albo wpadają do klubu - psy uwielbiały jego lokal. D a r m o w e d r i n k i. Co prawda w tym momencie Emptiness było zamknięte i podnosiło się ze zgliszczy po pożarze, ale... szef wciąż był na miejscu. Większość psiarni wiedziała gdzie go szukać, ale ona wybrała to miejsce. Interesujące.
Madox powiódł spojrzeniem dookoła i opadł plecami na oparcie, niewygodne, plastikowe, które od razu wbijało mu się w kręgosłup. Czuł, że nie wysiedzi tu długo.
- O co chodzi? - wypalił, bo Madox taki był, konkretny. Zwłaszcza jeśli do czynienia miał z psiarnią. Z nimi trzeba krótko.


Beatriz Gonzalez
zgrozo
stania w miejscu i postów z czata
36 y/o
For good luck!
168 cm
sierżant Toronto Police Service Headquarters
Awatar użytkownika
remember the bad guys on the shows you used to watch on saturday mornings? well, these guys aren't like those guys. they won't exercise restraint, they will kill you if they get the chance.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Madox A. Noriega


– Gonzalez, co ty tam jeszcze grzebiesz? Jest już czwarta – Mildred, zbierając z oparcia obrotowego krzesła przewieszoną wcześniej torebkę, zerknęła w stronę Betty.
Kobieta machnęła ręką.
– Idź. Ja to dokończę.
– Nikt ci nie zapłaci za nadgodziny.
– Wiem. To nic. Chcę to ogarnąć.
Mildred popatrzyła na policjantkę podejrzliwie, jakby próbowała znaleźć w jej twarzy coś, czego ta nie powiedziała na głos. Ostatecznie jednak niczego nie skomentowała. Wydała z siebie tylko coś pomiędzy prychnięciem a parsknięciem, wzruszyła ramionami i wyszła.
Dopiero wtedy Betty została sama. Usiadła z powrotem przy biurku i zaczęła przekładać akta, które wcześniej wysunęły się z teczki i rozsypały pod nogami. Jakby już wcześniej nie były wystarczająco pomieszane. Kartki miały różne daty, różne oznaczenia i miejscami ledwo trzymały się kupy. Przerzucała je jedna po drugiej, próbując znaleźć w tym wszystkim jakikolwiek sens.
Na niektórych stronach tusz dawno już wyblakł. Tani wkład długopisu zostawił po sobie blade, nierówne litery, które miejscami trzeba było niemal odczytywać z kontekstu.
M. N.
Nazwisko pojawiło się na kolejnych kilku stronach.
Betty zatrzymała na nich wzrok tylko na chwilę.
Nic z tym nie zrobiła.
Jeszcze.
Dwa dni później miała serdecznie dość kawy parzonej, którą codziennie przynosiła Mildred. Była kwaśna, za słaba, a do tego co chwilę czuła fusy na języku albo przyklejone do warg, co doprowadzało ją do szału. Tego dnia wymknęła się z archiwum w chwili, kiedy Mildred z charakterystycznym dla siebie zapałem wylewała frustrację na jakiegoś niewinnego żółtodzioba. Najmłodsi i najmniej świadomi byli zwykle wysyłani właśnie do niej. Wszyscy pozostali doskonale wiedzieli, że kontakt z władczynią podziemi nie jest czymś, na co człowiek powinien się dobrowolnie godzić.
– Gonzalez, ty dokąd? – mimo wszystko Mildred dostrzegła ją kątem oka.
Betty ściskała kubek w dłoni tak mocno, jakby mocniejsze wciśnięcie go w brzuch mogło sprawić, że zniknie razem z nią.
– Idę po kawę z ekspresu...
Mildred spojrzała na nią podejrzliwie.
– Mamy kawę.
– Tamta... – Betty zawahała się na ułamek sekundy. – Ekhm. Skończyła się.
Wymyśliła to na poczekaniu. Pomachała ręką, rzuciła kobiecie szybkie spojrzenie i nie czekając na ciąg dalszy, po prostu poszła.
Szła w stronę pomieszczenia socjalnego, dziękując w duchu za to, że ekspres przynajmniej działał i za chwilę będzie mogła nalać sobie czegoś świeżego. Weszła na górę. I niemal od razu wpadła na mężczyznę żywo i głośno dyskutującego z ochroniarzem oraz dwoma funkcjonariuszami.
N o r i e g a.
Wyłapała nazwisko z urywka rozmowy.
Mężczyzna miał ciemne warkoczyki, drogie ubrania i tatuaże, które przyciągały wzrok nawet wtedy, gdy człowiek nie starał się na nim zatrzymywać. Betty nie przyjrzała mu się jednak dokładniej. Nie miała czasu. Zresztą na komendzie bywali już różniejsi ludzie. Z czasem człowiek przywykał do tego, że policyjne korytarze przyciągały nie tylko mundurowych.
Wyminęła go.
Jej głowa była zajęta czymś zupełnie innym.
– Gówniarz będzie mi imię zdrabniał... – Mildred mamrotała coś pod nosem następnego dnia, z hukiem odkładając torebkę na blat. Betty aż podskoczyła, wyrwana z pracy.
– Wszystko dobrze? Coś się stało?
W odpowiedzi dostała jedynie spojrzenie, które mogłoby zabić. Chwilę później usłyszała jeszcze coś o jakimś swetrze, ale nie zamierzała już nawet próbować tego słuchać. Wróciła do swojej arcyciekawej pracy i dalej segregowała dokumenty.
Przełom nastąpił następnego dnia.
Pozostawanie po godzinach przestało już dziwić Mildred. Kobieta zaczęła kwitować decyzje Betty wyłącznie prychnięciem, przewróceniem oczami albo jednym z tych spojrzeń, które mówiły wyraźnie, że naprawdę nie rozumie, po co ktoś dobrowolnie siedzi po pracy w archiwum.
Betty jednak została. Czekała, aż korytarze ucichną. A potem, kiedy była już pewna, że nikt nie kręci się w pobliżu, zakradła się do biurka Mildred. Serce tłukło jej się w piersi już wtedy, kiedy siadała na jej krześle.
To był g ł u p i pomysł.
Cholernie głupi.
Chciała zalogować się do systemu z konta Mildred. Wiedziała, jak źle to wyglądało. Wiedziała też, że w policyjnych systemach każde wyszukanie zostawia ślad. Nie było czegoś takiego jak całkowicie anonimowe grzebanie w kartotekach. Aktywność użytkownika dało się sprawdzić, tak samo jak zakres danych, do których próbował uzyskać dostęp.
A jednak nie miała dostępu do informacji, których potrzebowała. Szarpnęła szufladę biurka. Ani drgnęła.
– Cholera...
Czy Mildred zawsze nosiła kluczyk ze sobą? Czy może miała jakieś swoje miejsce, w którym go chowała? Betty zerknęła kontrolnie w głąb korytarza. Słabe światło oświetlało klatkę schodową. Dalej było pusto. Mimo wszystko miała wrażenie, że ten zły uczynek wręcz wypala jej piętno na sumieniu. Nie miała jednak wyjścia. A przynajmniej tak sobie powtarzała. Musiał dowiedzieć się czegoś więcej.
O Danielu, o sprawie i o tym, dlaczego wszystko, co znalazła do tej pory, kończyło się dokładnie w tym samym miejscu. Przesunęła wzrokiem po biurku. Pod lampką – nic. Pod podkładką – nic. Pod kubkiem z długopisami – nic. Pod notesem również.
Opadła ciężko na krzesło i przeczesując włosy palcami, wypuściła z siebie ciche westchnienie. Gdzie, do cholery, mogła jeszcze trzymać ten kluczyk? Wsunęła dłonie pod blat i przesunęła nimi po jego spodniej stronie. Pierwszy kontakt był tak nagły, że odruchowo cofnęła rękę. Pomyślała, że natrafiła na przyklejoną gumę. Zmarszczyła brwi. Kucnęła i zajrzała pod blat.
– Mildred, cwaniaro...
Kluczyk był przyklejony od spodu.
Odkleiła go ostrożnie i przez chwilę patrzyła na niego, jakby zastanawiała się, czy właśnie przekracza granicę, zza której nie będzie już odwrotu. Potem otworzyła szafkę. W środku znalazła notes. Z pozoru pusty. Przejrzała pierwsze strony. Nic. Kolejne również. Zero jakichkolwiek zapisek.
Zmarszczyła brwi. Po co trzymać zamknięty na klucz, nieużywany notes? Przekartkowała go jeszcze raz, tym razem wolniej. I wtedy trafiła na jedną, przypadkową stronę.
Jedną z wielu, jedyną zapisaną.
Login i hasło.
Betty poczuła, jak coś ściska ją w żołądku. Usiadła przy komputerze i wpisała je do systemu. Serce biło jej coraz mocniej. Dłonie robiły się wilgotne. Cholera, nie robiła takich rzeczy. Nie łamała procedur, nie podkradała cudzych danych dostępowych i nie logowała się na cudze konto tylko po to, żeby zaspokoić własną ciekawość. Tyle że to nie była już zwykła ciekawość. Świat zmusił ją do przekroczenia granicy, której sama nigdy wcześniej by nie przekroczyła. A przynajmniej tak próbowała to sobie tłumaczyć.
Poza tym konto Mildred dawało jej dostęp tylko częściowy. Z pewnością nie tyle, ile mogłaby znaleźć z własnego poziomu uprawnień. Nie została przecież zdegradowana w taki sposób, żeby całkowicie odciąć ją od systemów. Ale każde wyszukanie wykonane z jej własnego profilu było zbyt łatwe do zauważenia.
Mildred też mogła zostać namierzona, to Betty wiedziała. Była jednak gotowa zaryzykować oberwaniem w łeb za próbę wyłgania się z tego, gdyby ktoś ją przyłapał.
D A N I E L R E E D
ENTER
Wyszukiwarka wypluła kartotekę mężczyzny. Betty poczuła, jak serce wali jej tak mocno, że była pewna, że jego rytm roznosi się echem po pustym archiwum.
Przejrzała dostępne informacje. Podstawowe dane, historia zatrzymania, część informacji procesowych i niewiele więcej. Skazany za współpracę ze zorganizowaną grupą przestępczą. Ochrona bossów narkotykowych. Brak szczegółów. Brak nazwisk. Brak konkretów. Reszta była zastrzeżona. Do tych danych potrzebny był wyższy poziom dostępu. Taki, którego Mildred nie miała. Taki, którego Betty również nie miała.
Westchnęła, a ramiona opadły jej ciężko. Oparła łokieć o biurko i podparła czoło dłonią, wpatrując się tępo w zdjęcie na ekranie. Znajoma twarz wpatrywała się w nią z tym cieniem półuśmieszku, który zawsze malował się na jego twarzy. Daniel nie wyglądał jak ktoś, kto pasowałby do tej historii. Wydawał się spokojny i opanowany. Miał łagodne rysy, ciemnozielone oczy i zawsze, absolutnie zawsze, krótko przystrzyżone włosy.
– Długie są dla pizd – powtarzał, kiedy pytała go, dlaczego za nic w świecie nie pozwala im odrosnąć. Za każdym razem się wtedy krzywiła, a on tylko przewracał oczami. Dzisiaj wiedziała, że to był nawyk. Jego ojciec był wojskowym. W domu wszyscy nosili krótko ostrzyżone włosy. Daniel przejął to razem z całą resztą rzeczy, których nawet nie próbował nazywać przywiązaniem do tradycji.
Nigdy zresztą nie dopytywała.
Teraz siedziała przed jego zdjęciem i zastanawiała się, ile rzeczy o nim właściwie nie wiedziała. Wtedy do głowy wróciło jej nazwisko sprzed kilku dni.
N o r i e g a.
Głuchą ciszę archiwum przerwał cichy dźwięk naciskanych klawiszy klawiatury.

. . .


Kolejny dźwięk dzwoneczka zwiastował otwierające się drzwi niewielkiej wietnamskiej knajpki. Do środka wdarło się trochę miejskiego powietrza, mieszając się z ciężkim zapachem jedzenia i duszną atmosferą lokalu. Betty uniosła głowę, ale się nie odwróciła. Kątem oka dostrzegła mężczyznę. Zapewne pomyliłaby go z milionem innych, gdyby nie charakterystyczne warkoczyki, które wyróżniały go z tłumu niemal od razu.
To był pierwszy znak. Drugi przyszedł chwilę później. Głos, który słyszała kilka dni wcześniej na komendzie, kiedy stał przy ochroniarzu i funkcjonariuszach i żywo się z nimi sprzeczał. Teraz był kilka metrów od niej, przy ladzie, zamawiając sajgonki.
Nie patrzyła na niego długo. Chwilę później usłyszała szelest materiału. Najpierw kurtka rzucona na sąsiednie krzesło, potem on sadowiący się naprzeciwko. Betty odchyliła się na krześle.
– Gdybym chciała, żeby wszyscy wiedzieli o spotkaniu, po prostu wezwałabym cię na komendę. Wolałam takie miejsce.
Nie była pewna, czy ta odpowiedź go zaskoczyła. Nie miało to większego znaczenia. Czy Madox Noriega mógł wiedzieć coś o Danielu? Wątpiła z pełną szczerością. Dla niego Daniel był prawdopodobnie kolejną płotką. Jedną z wielu twarzy, które przewijały się przez świat, do którego Betty od kilku tygodni próbowała dostać się coraz głębiej.
Odsunęła na bok miskę z parującą zupą, której nie miała zamiaru jej jeść. Pochyliła się do przodu, oparła łokcie o blat i spojrzała na siedzącego naprzeciwko mężczyznę. Lekko przekrzywiła głowę w bok.
– Potrzebuję pewnych informacji. I myślę, że skoro do twojego klubu schodzą się wszyscy, możesz coś wiedzieć.
Nie podobała się jej sytuacja, w której się obecnie znajdowała. Nie czuła komfortu na myśl, że siedziała po drugiej stronie stołu z człowiekiem, którego nazwisko pojawiało się w miejscach, w których policjant nie powinien szukać znajomości. Jeszcze bardziej nie lubiła tego, że właśnie jego musiała zapytać o pomoc.
Ale była realistką. Wiedziała, że w tym świecie nie ma sentymentów. Nie ma bezinteresownej pomocy. Nie ma przysług, które ktoś robi po prostu dlatego, że jest dobrym człowiekiem. Za wszystko trzeba było zapłacić.
– Pytanie brzmi... – jej spojrzenie nie uciekło ani na moment. – Za ile sprzedajesz informacje?
Ciemnoczekoladowe oczy wpatrywały się w niego z wyczekiwaniem. Czuła, jak wstyd palił ją gdzieś głęboko pod skórą. Bo wiedziała, że o pomoc prosiła człowieka, który z dużym prawdopodobieństwem miał na sumieniu wiele rzeczy. A mimo to siedziała naprzeciwko niego, bo ogarnęła ją bezsilność. Coraz bardziej czuła, że jeśli sama nie znajdzie odpowiedzi, nikt nie zrobi tego za nią.
Ostatnio zmieniony ndz sie 23, 2026 1:30 pm przez Beatriz Gonzalez, łącznie zmieniany 2 razy.
paprotka
braku inicjatywy, płytkości, AI, braku kontaktu, mylenia postaci z graczem, kręcenia dram na priv
34 y/o
LO SIENTO
184 cm
właściciel klubu i informator policji | Emptiness
Awatar użytkownika
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granicy między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkinie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa
- Skoro mnie tutaj zaprosiłeś, to co Eliot, zaparzysz mi kawę? - siedział przy biurku komendanta z nogą zarzuconą nonszalancko na nogę, a rękami wciśniętymi w kieszenie kurtki. Nienawidził tej policyjnej lury, niby mieli ekspres, a wiecznie wszyscy pili tu tą ohydną parzuchę.
Komendant też. Pochylił się nad kubkiem czarnej jak smoła kawy.
- A co żonka ci nie zrobiła w domu? - zapytał Eliot siorbiąc z kubka swoją kawkę tak, żeby nie nałykać się fusów.
- Miała nockę, odsypia - rzucił Madox, ale przecież komendant doskonale o tym wiedział, ostatnio dawał jej nocki, jakby robił im na złość... Bo pewnie tak było - no to... po co mnie tu... - zaczął, ale nie było mu dane dokończyć. Bo kubek z napisem najlepszy tata wylądował ciężko na biurku.
- Co wyście kurwa odjebali z tym ślubem? - komendant rzucił prosto z mostu. Ale przecież Madox wiedział, że właśnie dlatego jest na dywaniku, bo potajemnie wziął ślub z policjantką. Będąc kretem, jebanym szczurem który od ośmiu lat pracował pod przykrywką i wnikał w szeregi torontońskiej mafii, głównie tej latynoskiej, bo jednak makaroniarze i ruscy nigdy nie mieli do niego zaufania - jak ty to sobie teraz wyobrażasz?! - warknął, ale Noriega wzruszył tylko ramionami, czym jeszcze bardziej rozsierdził swojego przełożonego.
Szkoda tylko, że Madox nigdy nie był posłusznym pieseczkiem i kiedy tylko Eliot znowu na niego warknął, to wcale nie pozostał mu dłużny.


- Nie wiem... - Madox siedział w jednej z zacienionych, klubowych loży, w tej, która nie ucierpiała podczas pożaru jego klubu. W powietrzu wciąż unosił się zapach spalenizny, a bar był w połowie zwęglony, po lokalu kręciło się jego kilka zaufanych osób, to tyle, nikt więcej. Żadnych gości. Noriega trzymał przy uchu telefon, ale w wytatuowanych palcach obracał ciężką szklankę do połowy wypełnioną rudawym trunkiem. Nie żadną bogolską whisky. Rumem, bo z niego był prostu chłopak z Medellin.
- Powiedział, że mnie... Zawiesi, czy zdegraduje? Nie wiem jak on sobie to kurwa wyobraża, że następnym razem wejdę do jakiejś meliny i powiem, a sorry chłopaki dzisiaj nie mogę się z wami nawalić, bo jestem zawieszony? - postukał palcami w szkło - albo nie wiem, nie gadam z tobą Gruby Tony, bo zostałem zdegradowany? - parsknął do telefonu i przechylił szkło osuszając je w jednym porządnym łyku. Odstawił je na podkładkę, chociaż stolik po podpaleniu i tym, jak od kilku dniu tu sprzątali, wołał o pomstę do nieba. Będzie musiał je kurwa powymieniać, nawet nie chciało mu się myśleć ile kasy będzie musiał na to wszystko wyłożyć.
Przełożył telefon do drugiej ręki, i drugiego ucha.
- Wyjebane, ale wiesz co jest najgorsze? Że kutas zdjął mi uprawnienia i nie mogę nic sprawdzić, a potrzebuję... - zamilkł na moment słuchając głosu w słuchawce - pojebało cię?! - ryknął nagle, aż jakaś kelnerka z miotłą się na niego obejrzała, ale machnął do niej ręką, że wszystko jest w porządku - nie będę z tym szedł do mojej żony, Eliot na bank ją prześwietla, a poza tym... - znowu się zamknął, i znowu przełożył słuchawkę na drugą stronę, bo prawą ręką sięgnął do butelki z medellińkim rumem, który sprowadzali tutaj specjalnie, z samego serca Kolumbii. Emptiness miało najlepszy rum w Toronto, tym się szczyciło. Dla normalnych klientów, dobry rum, latynoska muzyka, świetna atmosfera.
A dla półświatka... To najważniejszy jednak był szef i jego koneksje. Sieć kontaktów, która nigdy go nie zawodziła.
- Czekaj. Czekaj kurwa... Powtórz to nazwisko... Kojarzę, co z nim? - jego mina zdradzała średnie zainteresowanie tą sprawą, a jednak kiwał głową - mów - słuchał, a wytatuowane palce przesunęły się po czaszce pokrytej ciasno zaplecionymi warkoczykami - rozumiem - nawet się nie pożegnał, bo zakończył rozmowę, a telefon odłożył na stolik.
Znowu obracał w palcach szklaneczkę z rumem.
Czy to wszystko wiązało się ze sprawą nad którą pracowali ze swoją żoną? Za plecami Eliota, oczywiście.
Jeszcze tego nie wiedział.
Czuł za to w kościach, że niedługo się dowie.


Madox rzucał się w oczy.
Może jako kret wcale nie powinien, bo przecież od lat infiltrował latynoską mafię, ale... on zawsze się wyróżniał. Pół roku temu nosił włosy w platynowym blondzie, a teraz te swoje warkoczyki. Dopełniały to tatuaże, charakterystyczne, na dłoniach i karku, chociaż i tak chyba najbardziej kojarzył się z nim ten lew, którego nosił na piersi.
Facet z wytatuowanym lwem, półświatek już o tym wiedział, i tak właśnie chcieli go ostatnio wrobić, powołując się na jego dziarę. A psiarnia, ta pewnie miała cały zeszyt jego charakterystycznych cech.
W Emptiness wystarczyło zapytać o szefa, a cały personel i większość gości, od razu wskazywała jego, w tych jego drogich, kolorowych koszulach, obwieszonego błyskotkami. Dzisiaj i tak wyglądał skromnie, w czarnej koszulce, z jednym łańcuszkiem spływającym po piersi, tym z serduszkiem z literką P, którego praktycznie nie zdejmował. Z kilkoma pierścionkami na palcach, które często zastępowały mu kastet. A Noriega lubił kastety. Zdecydowanie bardziej niż pukawki, tej swojej policyjnej nawet przy sobie nie nosił.
Usiadł na przeciwko kobiety, a ciemne spojrzenie zaraz utkwił w jej twarzy. Madox był... specyficzny, narwany, dużo gadał, a po tej swojej kolumbijskiej szkole aktorskiej dużo też grał. Miał też jedną ważną cechę, wyćwiczona przez lata, kiedy działał pod przykrywką. Umiał słuchać. I wyłapywać z rozmowy te drobne szczegóły, które mogłyby mu pomóc.
Wystarczyły dwa jej zdania, żeby wiedział, że...
Nie chciała, żeby policja wiedziała o ich spotkaniu, robiła to za plecami przełożonych, na własną rękę, bez partnera.
Potrzebowała informacji z półświatka. Informacji, które mogły przepływać właśnie przez jego klub.
Wychylił się na bok zerkając w kierunku lady, jakby jej słowa po nim spłynęły.
- Zamówiłem sajgonki, myślisz, że da się je zjeść? - zagaił, ale zaraz wrócił do niej wzrokiem. Zaraz ciemne tęczówki odszukały jej spojrzenie, kiedy przechodził do rzeczy. A potem kącik ust drgnął mu w minimalnym uśmiechu, kiedy i ona pokazała, że doskonale wiedziała, jak wyglądają zasady tej gry. W jego świecie za darmo można było najwyżej dostać wpierdol, a i to nie zawsze.
- Zależy jakie, bo na przykład mój numer telefonu, żebyś mogła mnie zaprosić na drinka możesz dzisiaj dostać za darmo - Pilar pewnie zdzieliłaby go w łeb za ten tekst, ale trzeba było trochę przyaktorzyć, pograć role niepoprawnego kobieciarza z Emptiness. Chociaż głowa pracowała mu już na najwyższych obrotach, już zastanawiał się czego on mógłby od niej chcieć.
I czego chciała ona.
- Zdążyłaś się też już pewnie dowiedzieć, że preferuje handel wymienny, przysługa za przysługę. Ewentualnie... możesz mi... - nie dokończył, bo akurat Wietnamczyk przyniósł mu sajgonki i w tym ich śmiesznym języku życzył im smacznego. Można było jednak być pewnym, że Noriega chciał zarzucić jakimś chamskim tekstem. Bo przecież on wiecznie grał bardziej paskudnego niż tak naprawdę był. Taka rola.
Sięgnął po jedną z sajgonek, żeby umoczyć ją w słodko-kwaśnym sosie i wpakować sobie do ust. Oczywiście trochę pomarańczowej mazi skapnęło mu na koszulkę.
- Kurwa - przeklął siarczyście, sięgając po serwetki, którymi roztarł sobie tylko tą plamę. Dobrze, że był ubrany na czarno, to tak bardzo nie rzucało się to w oczy.


Beatriz Gonzalez
zgrozo
stania w miejscu i postów z czata
36 y/o
For good luck!
168 cm
sierżant Toronto Police Service Headquarters
Awatar użytkownika
remember the bad guys on the shows you used to watch on saturday mornings? well, these guys aren't like those guys. they won't exercise restraint, they will kill you if they get the chance.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Madox A. Noriega


– Szlag – ciche przekleństwo rozpłynęło się po pustym pomieszczeniu, odbijając od ścian i ginąc gdzieś pomiędzy szafkami z aktami a sufitowym światłem, którego od dawna nikt nie zadał sobie trudu, żeby włączyć. Archiwum po godzinach miało w sobie coś z miejsca wyłączonego z normalnego życia. Było zbyt ciche, zbyt nieruchome, pozbawione całego tego codziennego gwaru komisariatu. Zostały tylko stare segregatory, metalowe szafy i jednostajny szum wentylacji.
Betty siedziała sama przy biurku. Jedynym źródłem światła była niewielka lampka ustawiona przy monitorze. Jej żółtawa poświata rozcinała półmrok i zatrzymywała się na krawędzi blatu, pozostawiając resztę pomieszczenia w cieniu. Od komputera biło za to zimne, niebieskawe światło, przez które jej twarz wydawała się bledsza niż zwykle. Pod oczami miała lekkie cienie. Włosy, które rano starannie związała, zdążyły się już wymknąć z gumki i opadały luźno przy skroniach.
Przesunęła palcem po klawiaturze.
Nazwisko, imię: Noriega, Madox
Data i miejsce urodzenia: 31.10.1991 r., Medellín, Kolumbia
Miejsce zamieszkania: Toronto, Kanada
Kursor przez chwilę mrugał w pustym polu. Komputer, który najwyraźniej miał własne zdanie na temat tego, kiedy warto współpracować, wreszcie zaczął ładować zdjęcie. Pasek postępu przesuwał się powoli, niemal obraźliwie wolno.
Betty podrapała się lekko nad brwią. A potem zdjęcie wskoczyło na ekran.
To ten sam człowiek. Przechyliła głowę, mrużąc oczy. Nie potrzebowała nawet pełnego obrazu, żeby mieć pewność. Pamiętała twarz ze spotkania. Pamiętała głos. Pamiętała sposób, w jaki patrzył, jakby każda rozmowa była dla niego tylko kolejną małą rozgrywką.
N o r i e g a .
Nazwisko siedziało teraz na ekranie przed nią czarne i wyraźne. Właściciel Emptiness. Betty oparła się plecami o krzesło i przez moment patrzyła bez słowa. O klubie słyszała. Właściwie trudno było nie słyszeć. Pokój socjalny był miejscem, w którym informacje przechodziły z rąk do rąk szybciej niż kubki z kawą. Zwłaszcza takie, których oficjalnie nikt nie powinien był wypowiadać. Plotki krążyły tam razem z zapachem taniej kawy, rozgrzanym jedzeniem i papierosowym dymem przynoszonym na ubraniach z zewnątrz. Emptiness przewijało się w tych rozmowach nie raz. Ktoś tam był, komuś coś zginęło, ktoś widział kogoś podejrzanego, ktoś słyszał o bójce. Jak zwykle – połowa była bzdurą, druga połowa zaczynała brzmieć interesująco dopiero wtedy, kiedy człowiek próbował zweryfikować pierwszą.
Teraz jednak mogła wreszcie przyczepić twarz do nazwy. Przewinęła ekran niżej. I niżej. I jeszcze raz.
N i c.
Zmarszczyła brwi. Przez chwilę pomyślała, że system znowu się zawiesił. Kliknęła raz, potem drugi. Spróbowała cofnąć stronę i wejść ponownie. Znowu nic. W końcu na środku ekranu pojawił się komunikat.
INFORMACJE UTAJONE.
WYMAGANY DOSTĘP NA POZIOMIE 3.
Betty znieruchomiała. Przez chwilę patrzyła na ekran z takim wyrazem twarzy, jakby komputer właśnie rzucił jej wyzwanie. Poziom trzeci. Uniósł się lekko kącik jej ust, ale nie był to uśmiech. Poziom 3 oznaczał dostęp komendant, kierownictwa wybranych wydziałów i służb specjalnych. Ludzi, którzy mieli dostęp do rzeczy, o których zwykły funkcjonariusz mógł najwyżej usłyszeć przy zamkniętych drzwiach.
Pytanie brzmiało: dlaczego? Dlaczego dane właściciela klubu były chronione jak informacje, których zwyczajnie nie powinno być w ogólnym obiegu? Kliknęła wstecz i wylogowała się z systemu z konta Mildred. Przez chwilę siedziała nieruchomo, patrząc na pustą wyszukiwarkę. Potem wpisała:
Emptiness Toronto.
Wyniki pojawiły się niemal natychmiast. Adres, kilka zdjęć, jakieś stare opinie, a następnie morze nagłówków. Powtarzające się hasła, jak pożar, poważne zniszczenia, interwencja służb, tymczasowe zamknięcie lokalu. Betty przesunęła językiem po wewnętrznej stronie policzka.
– No pięknie...
Mógł być właścicielem pechowego klubu. Mógł po prostu mieć źle wybranego prawnika albo wyjątkowego pecha. Ale równie dobrze mógł być jednym z tych ludzi, którzy zawsze znajdowali się pół kroku od rzeczy, których nie powinno się oglądać z bliska. Zwłaszcza po tym, co wydarzyło się z Danielem, coraz trudniej było jej uwierzyć w przypadki.
Oparła łokieć o blat i potarła skroń. Zawsze była ostrożna. A teraz ostrożność zaczynała przypominać podejrzliwość. I chyba najbardziej niepokoiło ją to, że sama nie wiedziała już, gdzie dokładnie przebiega między nimi granica. Sięgnęła po małą żółtą karteczkę z pliku leżącego obok monitora. Zapisała adres. Numer telefonu. Litery były krótkie, konkretne i pozbawione zbędnych słów. Złożyła karteczkę na pół i przez chwilę patrzyła na nią jak na coś, czego nie powinna była mieć.

. . .


Długo zastanawiała się, czy zadzwonić. Telefon leżał na blacie kuchennym przez dobre kilkanaście minut. Betty przechodziła obok niego kilka razy, za każdym razem zerkała w jego stronę, ale go nie dotykała. Za trzecim razem westchnęła cicho i w końcu usiadła na kanapie. Jej mieszkanie było małe. Nie klaustrofobiczne, ale zdecydowanie nie należało do tych przestrzeni, które robiły wrażenie. Salon łączył się z niewielką kuchnią, a wszystko miało swoje miejsce z prostego powodu – brakowało miejsca na bałagan.
Szara narożna kanapa zajmowała większą część pokoju. Na oparciu leżał niedbale rzucony koc, obok niego pilot i dwie książki, których od kilku tygodni nie zdążyła przeczytać. Na stoliku stał kubek po herbacie, pusty od paru godzin, oraz talerz, na którym została jedna kruszka czegoś, co miało być kolacją.
Okna były gołe, pozbawione całkowicie zasłon, które tylko optycznie zmniejszyłyby nieduże mieszkanie. Miasto za szybą pulsowało pojedynczymi światłami – samochody sunęły ulicą, gdzieś niżej ktoś zatrzasnął drzwi, w oddali przejechał tramwaj. W salonie paliła się tylko jedna lampka. Ciepłe światło było łagodne, niemal senne. Nie pasowało do tego, co działo się w jej głowie.
Betty podciągnęła kolana pod brodę i oparła stopy o krawędź kanapy. Telefon obracała między palcami, raz za razem sprawdzając ekran, choć doskonale wiedziała, że nic nowego się na nim nie pojawi. Nie powinna, to była pierwsza myśl. Nie powinna dzwonić. Nie powinna pakować się w coś, co mogło oznaczać problemy, zwłaszcza teraz. Przez lata budowała sobie jedną prostą zasadę: prawo ponad wszystko. Bez wyjątków, bez skrótów i lewych układów.
A jednak prawo okazało się nagle wyjątkowo wygodne dla tych, którzy potrafili je wykorzystać. Prawda nie wystarczała. Dobre intencje nie wystarczały. Potrzebne były dowody. A kiedy ich brakowało, pozostawały tylko przypuszczenia, opinie i szepty. Skończyła w archiwum. W miejscu, w którym kurz osiadał na dokumentach szybciej niż ktokolwiek przejmował się tym, co czuła. Z Mildred za sąsiadkę biurową. Z reputacją poszarpaną tak bardzo, że czasem miała wrażenie, iż wystarczyłoby jedno potknięcie więcej, żeby naprawdę się jej pozbyli.
Przełknęła ślinę i zacisnęła palce mocniej na telefonie. Nie chodziło tylko o pracę. Chodziło o to, że po raz pierwszy od dawna miała wrażenie, że zrobiła wszystko tak, jak powinna. A mimo to przegrała. Ekran telefonu rozbłysł w jej dłoni. Wpisała numer.
Pierwszy sygnał.
Drugi.
Trzeci.
Betty wciągnęła powoli powietrze.

. . .


Restauracja była dokładnie taka, jakich zwykle unikała. Mała, ciasna i zdecydowanie zbyt tania, żeby udawać, że chodzi tutaj o doświadczenie kulinarne. Wietnamski lokal mieścił się przy jednej z bocznych ulic, między sklepem z używaną elektroniką a niewielkim zakładem krawieckim. Nad wejściem wisiał wyblakły szyld, którego część liter przestała już świecić. W witrynie przyklejone były zdjęcia dań – laminowane, pożółkłe od słońca, z cenami zapisanymi dużą czcionką.
W środku pachniało intensywnie soją, czosnkiem, tłuszczem i smażonym mięsem. Podłoga lepiła się pod podeszwami butów. Na stołach stały małe plastikowe pojemniki z sosem rybnym, sosami chili i czymś, co wyglądało jak majonez. Chusteczki były upchane w metalowych dozownikach, które pamiętały chyba lepsze czasy. Krzesła nie pasowały do siebie ani kształtem, ani kolorem. Wentylator pod sufitem obracał się ospale, wprawiając w ruch papierową serwetkę leżącą na jednym ze stolików.
Betty siedziała naprzeciwko Noriegi. Zaczęła żałować wyboru miejsca. Nie dlatego, że było brudno albo dlatego, że istniała mała szansa, że ktoś znajomy ich zobaczy. Bardziej dlatego, że wszystko tutaj okazało się zbyt ciasne. Za mało przestrzeni między nimi. Za mało powietrza. Mężczyzna po drugiej stronie stołu zachowywał się natomiast tak, jakby znajdował się we własnym salonie, nawet jeśli od samego początku wydawał się nie być zachwycony estetyką i klimatem tego miejsca.
Zamówiłem sajgonki, myślisz, że da się je zjeść?
Powiedział to tak lekko, jakby rozmawiali o pogodzie. Betty uniosła wzrok.
– Nie wiem. Nie jadam w takich miejscach – jej głos był suchy i dość rzeczowy. Robiła to celowo. Nie chciała mówić więcej, niż było konieczne. Każde dodatkowe słowo mogło zdradzić drżenie głosu, a gardło i tak miała nieprzyjemnie ściśnięte.
Nie mogła pozwolić sobie na nerwy. Jej ciało jednak miało własne zdanie. Noga pod stołem poruszała się bez przerwy. Kolano unosiło się lekko i opadało, niemal w równym rytmie. Spróbowała je zatrzymać. Po kilku sekundach zaczęło znowu.
Noriega zauważy. Tacy ludzie zauważali. Betty zacisnęła więc dłonie pod blatem, próbując przenieść napięcie gdzie indziej. Nie uciekając wzrokiem. Nie spuszczając głowy. Nie pokazując, że cokolwiek ją rusza. Mężczyzna był irytująco swobodny. Siedział wygodnie, zajmując sobą więcej miejsca, niż powinien.
Zależy jakie, bo na przykład mój numer telefonu, żebyś mogła mnie zaprosić na drinka możesz dzisiaj dostać za darmo.
Betty uniosła brew. Dopiero wtedy zauważyła coś na jego szyi. Mały medalik z literką w kształcie P. Zawieszka przesunęła się przy ruchu jego ciała i na moment złapała światło jednej z lamp. Betty zatrzymała na niej spojrzenie.
– Nie mam w zwyczaju wyskakiwać na drinka z facetami, którzy są już przypieczętowani.
Skinęła lekko głową w stronę jego piersi. Nie powiedziała nic więcej. Nie musiała. Medalik wyglądał na zbyt osobisty, żeby był przypadkowym dodatkiem. Takich symboli nie nosiło się przypadkowo ani dla ozdoby. Nosiło się je, gdy niosło za sobą jakąś wartość czy przesłanie. Gdy chodziło o uczucia i bliskość serca.
Zdążyłaś się też już pewnie dowiedzieć, że preferuję handel wymienny. Przysługa za przysługę. Ewentualnie możesz mi...
Betty pokręciła powoli, prawie z niedowierzaniem, głową. W normalnych okolicznościach już dawno wstałaby od stołu. Teraz jednak siedziała. Nie dlatego, że podobała jej się ta rozmowa. Wręcz przeciwnie. Siedziała, bo musiała dowiedzieć się czegoś więcej na temat Daniela. Rozgrzebać jego przeszłość, zanim dopadnie ją pierwsza. Musiałaby przyznać, że gadatliwość Madoxa zaczynała działać jej na korzyść. Im więcej mówił, tym ona mniej musiała. Kiedy w końcu sos z jednej z sajgonek skapnął na jego ubranie, Betty przycisnęła usta do dłoni, żeby ukryć uśmiech. To było głupie. Niewinne. I właśnie dlatego przez sekundę pozwoliło jej odetchnąć od natłoku słów i przenikliwych, ciekawskich spojrzeń wysyłanych w jej stronę.
– C o ś mówiłeś – przypomniała mu, a słowa zabrzmiały pozornie niewinnie, choć wcale takie nie były. Miała świadomość, do czego zmierzał. Dozownik z chusteczkami zaciął się, więc Betty westchnęła i zamiast walczyć z mechanizmem, otworzyła po prostu całe pudełko. Wyciągnęła kilka chusteczek i podała mu je przez stół. Oparła przedramiona o stół, splotła palce. Spojrzała na niego z ostrożnością w oczach.
– Dobrze – powiedziała ciszej. – Powiedz mi, za ile wycenisz informacje o byłym gliniarzu, który współpracował z kilkoma gangami w okolicy Toronto?
paprotka
braku inicjatywy, płytkości, AI, braku kontaktu, mylenia postaci z graczem, kręcenia dram na priv
34 y/o
LO SIENTO
184 cm
właściciel klubu i informator policji | Emptiness
Awatar użytkownika
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granicy między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkinie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa
Może gdyby nie robił pod przykrywką. Na ulicy, i w klubie, to on też skończyłby zdegradowany w archiwum?
Albo Eliot kazałby mu oddać odznakę i broń?
Co prawda nie nosił ich przy sobie, leżały w szczelnie zamkniętym sejfie w Emptiness, ale tam były.
Bo kiedy Madox przyjechał do Kanady, kiedy jego stopa stanęła na torontońskiej ziemi, on też wierzył w sprawiedliwość. Chciał zmieniać świat. A przede wszystkim chciał zmienić siebie.
Wyrwał się z kolumbijskiego półświatka. Z świata gdzie rządziła przemoc, pieniądze, prochy. Gdzie jego nazwisko siało postrach za sprawą ojca, który w Kolumbii był kimś. Kimś złym.
I ta sława przyszła też za Madoxem.
Ty jesteś Noriega?
Był nim. Nazwisko po ojcu tyranie, który znęcał się nad nim i jego matką, otworzyło mu kolejne drzwi. Nigdy nie powinien ich otwierać, ale kiedy podłapali to jego przełożeni, szybko kazali mu iść za ciosem. Mundur założył w Akademii, może na ślubowaniu, a potem zamienił go na skórzaną kurtkę i złote łańcuchy.
Jego miejsce było na ulicy.
A kiedy ostatnie pieniądze wydał na upadający klub, kiedy zaczął budować sobie w ten sposób renomę i przykrywkę, to na początku przecież policja kręciła nosem.
Klub? Klub nocny? Takie biznesy wypierdalają się z dnia na dzień.
A ten jego... prowadził go pierdolone osiem lat.
Do pożaru, który strawił znaczną część lokalu. Z którego skutkami walczył. Bo przecież Emptiness kiedyś było dla niego najważniejsze. Jego dziecko, wyprowadził go od podrzędnej speluny, do jednego z najlepszych klubów w Toronto. Teraz priorytety mu się zmieniły, czego symbolem był złoty medalik, który puszczał kobiecie migotliwe oczko z jego klaty, kiedy siedzieli już na przeciwko siebie w lokalu, który wybrała. Ten zapach... też mu przeszkadzał. Czuł już, że kiedy wróci do domu włosy i kurtka będą mu jebały chińczykiem. Zdecydowanie wolałby coś meksykańskiego.
Ale jak się nie ma co się lubi...
Dzisiaj musiały mu wystarczyć sajgonki.
- Czyli nie skusiło cię menu? - stwierdził przesuwając wytatuowanymi palcami po stoliku, chwycił w nie trójkątną ulotkę, która stała na środku i prezentowała też inne specjały lokalu - nawet nie umiem tego przeczytać - prychnął lustrując ją spojrzeniem. Chociaż uciekło kilka razy do brunetki. Nie jadała w takich miejscach. A przecież Noriega wiedział, że w psiarni nie płacili wcale tak dobrze, żeby stołować się w pięciogwiazdkowych restauracjach.
On kiedy kupił klub, kiedy każdą policyjną wypłatę wysyłał do Kolumbii, żeby spłacić dług matki, wtedy, kiedy cały sezon chodził w dziurawych trampkach, nie jadał nawet w takich miejscach.
Ale tego też przecież nikt już nie pamiętał... że kiedyś Madox nie nosił zegarka za kilkanaście kafli i nie jeździł nowiutkim BMW.
Czuł jej nogę chodzącą pod stolikiem, prawie dotykała jego kolana, bo zdecydowanie łamał bariery jej przestrzeni osobistej. Zawsze to robił. Panoszył się. Nie tylko w klubie, wszędzie. Jakby on tutaj rozdawał karty.
Nie była to prawda, bo wciąż nie miał pojęcia po co tu przyszedł. W jakim celu tu siedział.
Poprawił się na siedzeniu, a jego usta swobodnie opuściła zaczepka. A może sugestia, że więcej wyciągnęłaby z niego przy drinku?
Serduszko z literką P spłynęło mu na klatę, złapało trochę światła z jarzeniówki. Nie zdejmował go. Nosił je na sercu, tam gdzie było jej miejsce.
- Przypieczętowani? - uniósł jedną brew, bo kto tak kurwa mówi? Pochylił się do przodu nad stolikiem, a wytatuowanymi palcami sięgnął do swojego czoła - mam tu jakąś pieczątkę? - jego ręka powędrowała za jej spojrzeniem. Złapał w palce złoty medalik i szarpnął nim przesuwając zawieszką po złotym łańcuszku. Zabawne, że nie zwróciła uwagi na obrączkę, tylko na to. Chociaż ta pierwsza była nietypowa, ozdobna, ginęła wśród innych jego pierścieni. A medalik, dzisiaj wyjątkowo, wisiał na jego szyi samotnie, nie plątając się z innymi ozdobami - poza tym mogłabyś zaprosić mnie na drinka, nie na ruchanie, do tego musiałabyś mi ich postawić co najmniej pięć - wbił ciemne spojrzenie w jej oczy. Bezczelny Madox. O k r o p n y.
Ale przecież on lubił sobie pogadać. Musiał... jeśli nie chciał wyjść z roli. Chociaż przez głowę mu przeszło, że jakby jego żona go w tym momencie słyszała, to zrobiłaby mu małą... Nie kurwa, zrobiłaby mu awanturę.
I znowu musiałby się tłumaczyć tym, że gra.
Dużo grał, a ta jego szkoła aktorska, którą skończył w Kolumbii, wcale nie szła na marne. Może nie odgrywał jakiegoś Juana Luisa z latynoskich telenoweli. Ale... czasem Madox Noriega był mu całkiem bliski.
Kolejna zaczepka opuściła jego usta. Kolejne słowa, które miały jasno sugerować, że brunetka mogłaby mu...
Wywrócił ciemnymi ślepiami, kiedy sos z sajgonki spadł mu na koszulkę. A kiedy tym razem ona go zaczepiła, to kącik jego ust drgnął ku górze. Oboje wiedzieli co chciał powiedzieć. Znowu ją zaczepić, znowu seksualizować. A ona... nie bała się go pociągnąć za język. Wbrew pozorom, tym jednym zdaniem, odrobinę zyskała sobie w jego oczach. Tyci tyci.
W Kolumbii wciąż panował mahizm, dominacja mężczyzn nad kobietami, płeć słaba i pan i władca.
Prawda jest jednak taka, że Noriega na własnej skórze przekonał się, że to pierdolenie. Że kobiety miały taką siłę, jakiej on kurwa nigdy nie będzie miał. Ale... grał. Bardzo ładnie sobie tutaj odgrywał swoją rolę. Tego paskudnego dupka, Kolumbijczyka.
Sięgnął po chusteczki, które mu podała, musnął palcami jej skórę, nic nie znaczący gest, który albo ją speszy, albo jasno da do zrozumienia, że już przekroczyli pewne granice. Siedząc tu. Rozmawiając. Patrząc sobie w oczy.
Roztarł sos na koszulce i się skrzywił, odrzucił zmiętą, brudną serwetkę na stolik. Może nawet by coś jeszcze powiedział, skomentował smak sajgonek. Albo dowalił kolejnym tekstem o tym, że żona będzie mu to musiała uprać. Ta... częściej to on robił pranie, ale brunetka nie musiała o tym wiedzieć. Nikt nie musiał. Ale kobieta w końcu przeszła do konkretów. A Noriega pochylił się nad stolikiem lustrując jej twarz spojrzeniem.
- Jakie informacje? I z kim współpracował? A przede wszystkim w czym siedział... prochy? Broń? - handel ludźmi, oby kurwa nie w tym. Bo to byłby już jakiś kurwa niemożliwy zbieg okoliczności, że on pracował nad tym z żoną, a teraz jeszcze przyszła z tym do niego policjantka. Znowu jego wzrok przesunął się po jej policzkach, po ustach i ciemnych oczach. Tak jakoś odruchowo, nie było w tym już kolejnej zaczepki - właściwie... - zaczął opierając łokieć na stoliku, wyeksponował swoje wytatuowane przedramię - może moglibyśmy sobie nawzajem pomóc - ciemne tęczówki spoczęły na jej dużych oczach. Mogła mu pomóc? Widział z niej jakiś zysk, czy znowu blefował? Ciężko było to stwierdzić. Aktorzyna pierdolony.
- Ale najpierw nazwisko, znam od zajebania psów, którzy się umoczyli - taki jeden siedział nawet na przeciwko niej. Gliniarz, który współpracował z gangami, tylko, że on to przekuł na swoją korzyść. To była jego robota. A to, że czasami robił na tym interesy... to już inna sprawa. Mógł za to beknąć, mogli go za to wsadzić. Ale... przymykali trochę na niego oko, biorąc pod uwagę fakt, jak dużo informacji Noriega dostarczał psiarni.


Beatriz Gonzalez
zgrozo
stania w miejscu i postów z czata
36 y/o
For good luck!
168 cm
sierżant Toronto Police Service Headquarters
Awatar użytkownika
remember the bad guys on the shows you used to watch on saturday mornings? well, these guys aren't like those guys. they won't exercise restraint, they will kill you if they get the chance.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Madox A. Noriega


D e s p e r a c j a.
To głównie ona doprowadziła ją do pojawienia się w wietnamskiej knajpce. Do konieczności rozmowy z człowiekiem o niezbyt pochlebnej reputacji. Wszystko przez jeden błąd i zaufanie własnemu partnerowi, któremu gotowa była powierzyć nie tylko swoją pracę, ale i własne życie.
Nie należała do osób, które układały się z półświatkiem. Nawet jeśli w ten sposób mogła znacznie ułatwić sobie drogę. Zawsze szła z pewnym uporem maniaka pod prąd, jakby za wszelką cenę chciała udowodnić sobie i światu, że można być tym dobrym gliną. Że można robić wszystko zgodnie z zasadami i mimo tego nie dać się pożreć systemowi. Bo przecież prawda zawsze powinna bronić się sama.
Tylko co z tego, skoro prawda zasadniczo nie miała żadnego znaczenia? Nawet w policji, która powinna stać na straży praworządności, potrafiła być jedynie źródłem nierówności, układów i kolesiostwa.
Może paradoksalnie powinna była być jak Daniel. Może powinna była nauczyć się układać z bossami narkotykowymi, przymykać oczy tam, gdzie było to wygodne, i upłynniać swój budżet w równie cwany sposób. Danielowi najwyraźniej zabrakło jednak sprytu. Dał się złapać jak dziecko we własne sidła, w pułapkę pychy i pogoni za pieniędzmi. Zapomniał o tym, żeby postawić jakiekolwiek warunki. Chociaż minimalne. Może wtedy przełożeni byliby bardziej łaskawi. Może gdyby zamiast samych pieniędzy dostarczał im również informacji, ktoś uznałby, że jest jeszcze do czegoś potrzebny.
– Skusiła mnie myśl, by nie oceniać po pozorach – stwierdziła w końcu, marszcząc nos z wyraźnym niesmakiem.
Podbródkiem wskazała miskę stojącą przed nią. Z parującej zupy unosił się jeszcze ciepły zapach, ale Betty nawet na nią nie patrzyła. Po chwili przesunęła naczynie dalej, niemal na skraj stolika. Jadła rzeczy znacznie gorsze. Miała żelazny żołądek, przynajmniej zazwyczaj. Tym razem jednak sama myśl o przełknięciu czegokolwiek powodowała nieprzyjemne ściśnięcie w gardle. Nie pomagał wygląd zupy ani jej konsystencja, choć przecież nie pierwszy raz miała z czymś takim do czynienia.
Nerwy robiły swoje. Siedziała trochę zbyt prosto, jakby własne ciało próbowała zmusić do zachowania pozorów normalności. Ramiona miała napięte, dłonie ukryte bliżej siebie, a kolano co jakiś czas poruszało się pod stołem w krótkim, nerwowym rytmie. Kilka razy, zupełnie nieświadomie, zetknęła nim z jego kolanem. Za każdym razem cofała nogę, jakby dopiero po fakcie przypominała sobie, że nie siedzi sama.
Nie była pewna, czy zjedzenie tej zupy byłoby dobrym pomysłem. Przy odrobinie pecha mogłaby skończyć, zwracając zawartość pustego żołądka prosto na człowieka siedzącego naprzeciwko. A to z pewnością nie pomogłoby w prowadzeniu rozmowy.
Z wyraźną dezaprobatą oblizała wargę. Krótki, niemal automatyczny gest. Jakby tym jednym ruchem mogła uporządkować myśli, zatrzymać je na moment i zakotwiczyć się w rzeczywistości, zamiast bez przerwy uciekać do przodu, do konsekwencji własnych działań.
Impas, w którym się znalazła, nie dawał jej dobrych możliwości wyboru. Mogła to zostawić. Pozwolić losowi zrobić swoje i liczyć na to, że przełożeni w końcu uwierzą, że nie miała nic wspólnego z dodatkową, nielegalną działalnością Reeda. Tylko czy naprawdę mogła na to liczyć? Nie była głupia. Widziała wystarczająco dużo, żeby wiedzieć, że świat nie działał w ten sposób. Jeśli sama nie weźmie spraw we własne ręce, pozbędą się jej.
Musiałaby dowiedzieć się, gdzie jest Daniel. Musiała dowiedzieć się czegoś więcej o ludziach, z którymi pracował. Może znajdzie coś, co pozwoli jej oczyścić się z zarzutów. Może wystarczy jedna informacja, jeden szczegół, jeden błąd popełniony przez kogoś, kto był przekonany, że pozostanie niezauważony.
Sama jeszcze nie wiedziała co, ale wiedziała, że musi coś znaleźć.
Mam tu jakąś pieczątkę?
Przewróciła tylko oczami w reakcji na jego słowa, choć kącik ust drgnął jej ledwie zauważalnie. Nie był to uśmiech. Raczej odruch kogoś, kto zaczynał tracić cierpliwość, ale nie zamierzał jeszcze tego po sobie pokazać.
Poza tym mogłabyś zaprosić mnie na drinka, nie na ruchanie. Do tego musiałabyś mi ich postawić co najmniej pięć.
Prychnęła cicho.
– Nie potrzebowałabym pięciu – odparła, nie uciekając spojrzeniem. – Ale nie ma to większego znaczenia.
Starała się mówić spokojnie. Nawet bardzo. Tyle że spokój kończył się gdzieś na wysokości głosu, bo reszta jej ciała zdradzała ją bez najmniejszych skrupułów. Palce zacisnęły się na krawędzi stolika. Kolano znów poruszyło się pod blatem. Spojrzenie pozostało jednak nieruchome. Wytrzymała jego wzrok, pozwalając sobie przez chwilę na tę małą demonstrację pewności siebie.
Dopiero później, jakby zupełnie od niechcenia, zerknęła w bok. Najpierw na wejście. Potem na kilka zajętych stolików. Na ludzi pochylonych nad miskami, rozmowami i własnymi sprawami. Nikt nie patrzył. A przynajmniej nikt nie patrzył na nich w sposób, który mogła zauważyć. Wróciła spojrzeniem do niego. To było niemal obsesyjne. Zachowanie człowieka, który czuł się obserwowany, więc sam zaczął obserwować wszystkich dookoła. I nie było w tym nic dziwnego. Bo faktycznie czuła się winna. Brudna. Niepoprawna.
Pozwoliła sobie na dokładniejszą obserwację dopiero wtedy, gdy mężczyzna na moment przestał tak uważnie się jej przyglądać. Jakby jego wcześniejsze spojrzenie miało ją zawstydzić na tyle, żeby zaczęła mówić za dużo. Albo przeciwnie, żeby zdołał wedrzeć się jej do głowy i wyciągnąć z niej coś, czego sama nie zamierzała mu dawać. Był bucem. Ego miał zdecydowanie zbyt duże jak na niewielką wietnamską restauracyjkę, w której siedzieli.
Betty pochyliła się minimalnie nad stolikiem, nie zmieniając jednak pozycji na tyle, by mogło to wyglądać na zainteresowanie. Przez chwilę przyglądała się jego pochylonej głowie. Dopiero z tej perspektywy dostrzegła wyraźniej równo splecione, ciemne warkoczyki. Zapamiętała je bezwiednie, tak jak zapamiętywała rzeczy, które później mogły okazać się istotne.
Potem jej wzrok zszedł niżej na dłonie. Poruszały się szybko, sprawnie, gdy wycierał koszulę. Tatuaże przecinały skórę aż po nadgarstki, tworząc ciemny wzór, którego nie próbowała nawet rozszyfrowywać. Zatrzymała spojrzenie na sygnetach. Bogatych, ciężkich, zdecydowanie zbyt ozdobnych, by można było uznać je za przypadkową biżuterię.
To właśnie te same dłonie chwilę później zabrały od niej kilka chusteczek. Palce przypadkowo musnęły jej własne. Nic, absolutnie nic. Żadnego napięcia, żadnej iskry, żadnego zainteresowania. Jedynie chłód własnych palców, który wydał jej się nagle wyraźniejszy w zetknięciu z jego cieplejszą skórą. Prawdopodobnie przez stres. Od dawna miała zimne dłonie, kiedy się denerwowała.
Na końcu wróciła spojrzeniem do połyskującej na złoto zawieszki. Litera P. Zatrzymała na niej wzrok odrobinę dłużej. Przez myśl przemknęło jej, że musiał istnieć w jego życiu ktoś ważny. Ktoś, dla kogo byłby gotów poświęcić coś więcej niż pieniądze, czas czy własną wygodę.
Może. Być może była to tylko jej nadinterpretacja. Nie wierzyła jednak, że taki symbol znalazł się na jego szyi zupełnie przypadkiem. Nie musiał odpowiadać na jej pytanie. Czasami właśnie ignorowanie słów mówiło więcej niż odpowiedź.
Betty znów poruszyła kolanem pod stołem. Tym razem wolniej. Czuła dyskomfort. Nie tylko przez sytuację, ale przez świadomość, że siedzi naprzeciwko człowieka, którego nie zna, a mimo to za chwilę będzie musiała powiedzieć mu rzeczy, które mogły kosztować ją pracę. Może reputację. Może coś więcej.
Przez moment milczała. Pozwalała sobie na obserwowanie jego twarzy. Mrużyła oczy w tym swoim ostrożnym geście, który pojawiał się zawsze wtedy, gdy próbowała coś z kimś połączyć. Wychwycić najmniejszą zmianę. Drgnięcie mięśnia. Zbyt szybkie mrugnięcie. Spojrzenie uciekające w niewłaściwym momencie.
Jakie informacje? I z kim współpracował? A przede wszystkim, w czym siedział...
Może moglibyśmy sobie nawzajem pomóc.
Ale najpierw nazwisko. Znam od zajebania psów, którzy się umoczyli.
Cisza. Betty nie odpowiedziała od razu. Przez dłuższą chwilę wpatrywała się w niego z podobną natarczywością, z jaką on obserwował ją od początku. Nie szukała już nawet konkretnej odpowiedzi. Szukała czegoś innego. Powodu, dla którego mogłaby uznać, że to wciąż dobry pomysł. I wtedy przypomniała sobie jedno wydarzenie.
– Czemu kilka dni temu byłeś na komisariacie? – Pytanie padło nagle. Prosto. Bez żadnego przygotowania. Mogłoby się wydawać, że całkowicie zapomniała, o czym rozmawiali. Jakby pytanie pojawiło się znikąd, oderwane od całej wcześniejszej rozmowy. Nie było przypadkowe. Chciała wiedzieć, co robił na komisariacie. Z kim rozmawiał. Dlaczego tam był. A przede wszystkim, czy miał jakiekolwiek powiązania z jej przełożonymi.
Bo skąd mogła mieć pewność, że po tym spotkaniu nie pójdzie do nich i mimochodem nie wspomni o policjantce, która próbowała grzebać w sprawie własnego partnera? Nie miała takiej pewności. R y z y k o w a ł a . Tyle że nie miała już zbyt wiele do stracenia.
– Zanim powiem coś więcej, muszę mieć jakąś gwarancję, że zostanie to między nami – wyjaśniła. Choć właściwie nie musiała. Nie musiała tłumaczyć zasad gry komuś, kto najwyraźniej znał je równie dobrze jak ona. Bez wątpienia nie była pierwszą osobą, która przyszła do niego z podobną prośbą.
I zapewne nie miała być ostatnią.
paprotka
braku inicjatywy, płytkości, AI, braku kontaktu, mylenia postaci z graczem, kręcenia dram na priv
ODPOWIEDZ

Wróć do „Pho 88”