Strona 1 z 1

one bullet in the chamber

: pn sie 24, 2026 1:05 am
autor: Percival Gardner

Obrazek
ain't nobody gonna save you
so what you gonna do?
all eyes on you
Spoiler
Ryle „Rey, Sully” Sullivan

Wiek: 43 lata
Stopień: Lieutenant Commander (LCDR/O-4)
Formacja: U.S. Navy SEALs/Naval Special Warfare
Obecne stanowisko: Troop Commander
Poprzednie stanowisko: SEAL Platoon Commander

Status: nadal aktywny operacyjnie

Wszędzie mnóstwo pyłu, przez który nie widać niczego oprócz leżących na ziemi zakrwawionych ciał. Kobiecy wrzask. I ten okropny, ogłuszający huk. Chociaż twardo stoi na nogach, nie może się ruszyć. Nie może już nic zrobić. Jest bezużyteczny. Boi się tak bardzo, że z nadmiaru emocji robi mu się niedobrze. Od przeszywającej bezradności wolałby śmierć, ale ona nigdy nie nadchodzi. Dopiero kiedy udaje mu się wyrwać z tego snu, czuje ulgę. I zawsze odnosi to samo wrażenie, że tak naprawdę boi się samego strachu. Strachu przed powrotem do normalności.

To chore oddawać się służbie do tego stopnia, że myśl o zwyczajnym życiu przyprawia cię o mdłości. Inni po kilku latach spędzonych na wojnie oddaliby wszystko, żeby choć na chwilę zamienić wojskową bazę na ciepły dom. Jemu powrót do funkcjonowania w normalnym świecie przychodził ze zdwojoną trudnością – za każdym razem, kiedy wracał do Nowego Jorku. Do mieszkania, w którym i tak praktycznie nie bywał. Cisza, jaka w nim panowała, była nie do zniesienia. Wtedy na ratunek przychodziła szklanka alkoholu z pobliskiego pubu. I kolejna. A potem spacer po nocnych ulicach miasta. Tam przynajmniej nie było aż tak cicho.

Uzależnienie od adrenaliny. Szaleństwo. Obsesja. Nazwijcie to, jak chcecie.
Afganistan, wysunięta baza w Nangarharze
kilka miesięcy po rozpoczęciu rotacji

Rutyna.

Po kilku miesiącach baza nie przypominała już sterylnej placówki niczym z filmów. Kurz znajdował się absolutnie wszędzie, klimatyzatory pracowały niemal bez przerwy, a monotonny pomruk agregatów stał się codziennością. Większość osób znała swoje miejsce – nawet przy stole w mesie.
Wszyscy zdawali się funkcjonować według niepisanego porządku.
W s z y s c y oprócz niej.
W centrum dowodzenia nazwisko Murray wybrzmiało tego wieczoru kilkanaście razy. O kilkanaście za dużo.

Cisza przed burzą.
Unosiła się za nim drobna chmura pyłu, gdy szedł przez główny plac w stronę sali odpraw. Tam, gdzie zwykle zbierał swoich ludzi. Tym razem w środku czekał na niego cały pluton.
Po wejściu do środka wszystkie oczy skupiły się na jego twarzy – wypatrywały jakichkolwiek emocji, które zdradziłyby zamiary przełożonego, ale jak na złość, mina Sully‘ego była tak samo kamienna jak zwykle.
Każdy z nich był świadomy tego, kto nimi dowodził. Bo Ryle Sullivan był człowiekiem, którego się nie lekceważyło. Legendą i weteranem, kierującym nie tylko jednym plutonem, ale całym elementem. Nie trzeba było go przedstawiać. Jego autorytet wynikał przede wszystkim z ponad dwóch dekad doświadczenia.
I każdy z nich doskonale wiedział, dlaczego na zebranie po operacji musieli poczekać dłużej niż zazwyczaj, aż do wieczora.

Murray.

Mimo że rola Sullivana opierała się głównie na dowodzeniu operacyjnym, czasami nadal wychodził w teren, jeżeli wymagała tego sytuacja, a poranna akcja właśnie do takich należała.
Akcja, podczas której Murray miała tylko jedno, pierdolone zadanie. Wykonywać rozkazy.
Gdy jeden z operatorów został odcięty od grupy, Ryle przekazał ludziom swoją decyzję: nie podejmować samodzielnej próby odzyskania go, dopóki nie zostanie ustalony bezpieczniejszy sposób.
Ona najwyraźniej uważała to za błąd. Nie miała prawa podjąć własnej decyzji, a jednak opuściła wyznaczoną pozycję i ruszyła po rannego.

W ogóle nie powinno jej tam być.
To nie jej miejsce.
I nie jego rola – robić podświadomie za niańkę młodszej siostry zmarłego bohatera przyjaciela.

Można było przewidzieć, że ten drobny, kurewsko uparty szatan zrobi to, co uzna za słuszne. Jej brat był dokładnie taki sam. A Rey dostrzegał ich podobieństwo za każdym kolejnym razem, kiedy miał ochotę wsadzić ją do samolotu i przy pierwszej możliwej okazji odesłać do domu.

Burza.
Wszystkie oczy wciąż były skupione na jego twarzy.
Przeszedł do przodu, tuż pod ekran, na którym wisiała mapa ostatniej operacji. Skrzyżował ramiona na piersi i rozejrzał się po zgromadzonych, aż wreszcie jego wzrok zatrzymał się na niej.
— Wstań. I chodź tu.
Żadnego stopnia, żadnego Murray, czyste polecenie.
W ciągu ostatniego miesiąca przerabiali to trzeci raz.
— Powiedz im, co zrobiłaś. — Nie musiała.
Wskazał podbródkiem na pozostałych.
— Jaką samowolkę znowu odpierdoliłaś — dodał w myślach.

helena peregrine

one bullet in the chamber

: sob sie 29, 2026 1:15 am
autor: helena peregrine

Obrazek
Down in my ash of a fire that I built
Nothing matches the passion and thrill of desire over guilt
Spoiler
Helena "Mayhem" Murray

Wiek: 27
Stopień: Petty Officer Second Class (PO2/E-5)
Formacja: U.S. Navy Explosive Ordnance Disposal (EOD)/Naval Special Warfare Support
Obecne stanowisko: EOD Team Lead (przydzielona do plutonu SEAL)
Poprzednie stanowisko: EOD Technician (w składzie mobilnego pododdziału EOD MU)

Status: Nadal aktywna operacyjnie

I, Helena Murray, do solemnly swear that I will support and defend the Constitution of the United States against all enemies, foreign and domestic; that I will bear true faith and allegiance to the same; and that I will obey the orders of the President of the United States and the orders of the officers appointed over me, according to regulations and the Uniform Code of Military Justice. So help me God.


Helena Murray nie wierzy w Boga, ale wierzy w s ł u ż b ę.
Przysięga jest dla niej zawsze zobowiązująca. Wbrew temu, co mogłoby się wydawać przez to, jak często odzywa się nieproszona, Mayhem nie rzuca słów na wiatr.

Czasami zastanawia się, jak mogłoby wyglądać jej życie, gdyby podeszła do przysięgi podobnie do ojca, który tę policyjną traktował jedynie bajeczkę, którą karmił oboje swoich dzieci. Zastanawia się, co by robiła, gdyby zawahała się przez odkrywanie, jak niewiele ta fantazja, która wyznaczała cel jej życia, miała wspólnego z rzeczywistością – bo im dalej w las, tym częściej dostrzegała, że ludzi z podejściem jej ojca jest znacznie więcej, niż myślała. Albo wtedy, gdy w imię służby zginęła jedyna osoba, która sprawiała, że jeszcze trochę w tę fantazję wierzyła.

I niezmiennie nie potrafi wyobrazić sobie innego życia.
29
Jest wyczerpana.

Marzy o gorącym prysznicu, w którym mogłaby wymyć pył z oczu i włosów. Na tym etapie ma wrażenie, że wniknął głęboko w pory jej skóry i scalił z ciałem; jej oddech świszczy od wdychania go.

Marzy o chwili samotności. Wszyscy zebrani w sali odpraw doskonale zdają sobie sprawę, że czekają tak długo przez nią. Niektórzy patrzą na nią z wyrzutem, inni z pewną dozą uznania, ale na większości twarzy maluje się po prostu zmęczenie i niezadowolenie. Młodsi technicy z zespołu rzucają w jej stronę zaniepokojone spojrzenia, bo wiedzą, co u Mayhem może zapowiadać zaciśnięta mocno szczęka i wzrok wbity w przestrzeń.
W grupie brakuje Dave'a Vance'a – Freshiego – który po porannej akcji wciąż jest w strefie medycznej. Na szczęście.

Jest wyczerpana, ale nie może tego okazać. Być może Freshie wrócił do bazy żywy dzięki jej interwencji, ale podważenie bezpośredniego rozkazu przełożonego nie może przecież obejść się bez reperkusji. Byłaby w stanie bez słowa sprzeciwu przyjąć konsekwencje tej decyzji – szczególnie że nie żałowała jej ani trochę. Ale trzymanie całego plutonu tylko po to, by jej kara za niesubordynację miała widownię?

Coś takiego było bardzo w stylu pierdolonego Sullivana.
Ten wreszcie wchodzi do sali. Uwaga wszystkich skupia się na nim, a szmery rozmów natychmiast cichną. Murray też podnosi wzrok. Jej twarz nie wyraża żadnych emocji, ale gdy patrzy na Reya, w jej oczach zawsze czai się gniew i niechęć, których nie może wyrazić otwarcie.
Ma szczerą nadzieję, że Sullivan wie, że gdyby mogła, splunęłaby mu pod buty.

Nie może, więc po prostu śledzi spojrzeniem jego ruchy, cierpliwie czekając na całe to przedstawienie.
W końcu ich spojrzenia się krzyżują. Polecenie, choć wypowiedziane normalnym tonem, grzmi w pełnej napięcia ciszy, jaka zapadła w sali. Wszystkie twarze odwracają się na nią. A ona?

Nie ociąga się, ale i nie spieszy. Rozplata skrzyżowane na piersi ręce, podnosi się. Chyba wszyscy słyszą świst, z jakim nabiera głębokiego oddechu. Podeszwy ciężkich butów wybrzmiewają jak tykanie odliczające czas do potencjalnej eksplozji. Kolejny świst – wydech. Nie przerywa kontaktu wzrokowego z Sullivanem – cichy bunt, który już powinien dać mu do zrozumienia, że nie ma zamiaru się kajać, nawet jeśli zrobi z niej widowisko dla całego plutonu.
Może nawet jeszcze pożałuje, że wybrał taki sposób na ukaranie jej. W końcu wszyscy lubią Freshiego.

Dociera do miejsca, w którym stoi Sullivan i odwraca się przodem do grupy. Sytuuje się tak, jakby razem z nim prowadziła to spotkanie, a nie jakby miały na nią spłynąć reperkusje posiadania własnego zdania.

— Opuściłam swoje stanowisko — mówi rzeczowo. Patrzy na grupę, nie ucieka wzrokiem – widać gołym okiem, że nie ma w niej żadnej skruchy. I zamiast na tym poprzestać, kontynuuje: — Zauważyłam, że miny oddzielające mnie od Freshiego to prosty system naciskowy i mogę szybko go rozbroić. Uświadomiłam sobie, że byłam w idealnej pozycji do tego, by zareagować, a zawahanie z mojej strony najprawdopodobniej doprowadziłoby do tego, że Freshie zostałby wzięty do niewoli — wszyscy zebrani wiedzieli, co by to tutaj oznaczało — więc zareagowałam instynktownie. — Tłumaczy formalnym tonem, ale jej wypowiedź to świadoma gra na emocjach. Zupełnie szczera, ale i wykalkulowana.

Spojrzenie, które kieruje na Sullivana, z głębi sali wygląda trochę tak, jakby oddawała mu głos – z pełnym szacunkiem, ale j e d n a k; z bliska widać w nim wyzwanie. I jej g n i e w.

Oboje wiedzą, że Billy zrobiłby to samo.
Oboje wiedzą też, że zginął w podobnej sytuacji.

Percival Gardner

one bullet in the chamber

: wt wrz 01, 2026 4:53 pm
autor: Percival Gardner
Jej postawa go wkurwiała, niewątpliwie.
I tak samo jak ona nie demonstrowała głośno swojego buntu, tak on chował własne emocje pod maską względnego spokoju. Musiał. Mimo że z chęcią rozerwałby ją na strzępy.
Każdy z nich doskonale wiedział, że najbardziej niebezpieczny był właśnie wtedy – opanowany, wpatrzony w osobę niczym w cel. Gotowy do ataku.
Nie musiał podnosić głosu, aby wszyscy wiedzieli również, że właśnie rozpoczęła się ta część odprawy, w której lepiej nie próbować ratować Murray przed konsekwencjami własnych decyzji.
Odszedł kawałek i oparł się tyłem o stojący przy mapie stół.
Pozwolił, by przez kilkanaście przedłużających się sekund jej słowa zawisły w sali – razem z ciężkim, jednostajnym buczeniem klimatyzacji. Nie spuszczał z niej wzroku.
— Instynktownie — powtórzył wreszcie, beznamiętnie.
Odepchnął się lekko od blatu, wciąż krzyżując ramiona na piersi.
— Zła odpowiedź.
Zrobił krótką pauzę, lustrując zacięty wyraz twarzy Heleny.
— Opuściłaś wyznaczoną pozycję. Zignorowałaś bezpośredni rozkaz. Weszłaś w strefę zagrożenia bez zgody dowódcy.
Jego wzrok przesunął się na mapę operacji.
— Takie są fakty. Reszta to zbędne uzasadnienie.
Ponownie spojrzał na Helenę.
— Nie miałaś tłumaczyć, dlaczego uznałaś, że możesz to zrobić. Miałaś im powiedzieć, co zrobiłaś — ciągnął spokojnie. Sucho. Bez emocji. — Rozkaz był prosty. Zostać na pozycji. Nie ruszać się bez potwierdzenia — urwał na moment. — Nie wykonałaś go.
Zamilkł; chciał, żeby te trzy słowa wybrzmiały dosadnie.
— Waszym głównym zadaniem jest wykonywanie rozkazów.
Mięśnie ramion Ryle’a nieznacznie się napięły.
— Wszyscy tutaj działamy pod presją. Wszyscy widzimy rzeczy, których nie chcielibyśmy widzieć. To nie daje nikomu prawa do samowolnej zmiany planu.
Zrobił krok w jej stronę.
— Więc zapamiętaj sobie raz na zawsze, Murray…
A potem jeszcze jeden, zanim się zatrzymał.
— Jeśli sytuacja się zmienia, meldujesz. Jeśli nie możesz zameldować, działasz według procedury. Nie podejmujesz własnej decyzji tylko dlatego, że nie podoba ci się moja.
Patrzył na nią nieruchomo.
— Nie działasz na własną rękę. Zwłaszcza wtedy, kiedy twoja decyzja może zmienić sytuację całego zespołu. To nie jest kwestia instynktu, tylko dyscypliny, której ty nie masz.
Odwrócił się do reszty plutonu.
— Dotyczy to każdego z was. Nie ma tu miejsca na bohaterskie popisy. Za każdą podobną samowolkę pójdzie taka sama oficjalna reprymenda.
Nikt się nie odzywał.
Nikt poza nią nie odważyłby się podważyć jego rozkazów.

Billy zrobiłby to samo.
Billy zawsze powtarzał, że skoczyłby w ogień za każdego ze swoich.
Zresztą, Rey zrobiły dokładnie to samo, co przyjaciel.
Billy przed każdą wspólną misją pytał: zajmiesz się nią, nie? Dobrze zdając sobie sprawę z tego, że oprócz starszego brata, Helena nie miała już nikogo.
Zajmij się nią… zajmij… gdy coś mi się stanie.
Rey słyszał to w głowie niczym pierdoloną litanię.

Sięgnął po dokument leżący na stole. Przez chwilę zerkał na zapisane tam informacje, po czym odłożył go z powrotem.
— Vance jest w medycznym. Lekarze się nim zajmą.
Ani słowa więcej o stanie komandosa. Przeniósł wzrok na zegar wiszący na ścianie.
— Jutro, piąta rano. Mój gabinet.
Znów spojrzał w kierunku Murray.
— Sama.
A potem skupił wzrok na pozostałych.
— Reszta sprawdza wyposażenie i składa raporty pooperacyjne. Chcę je na biurku dzisiaj do dziesiątej.
Głos Sullivana nie pozostawiał wątpliwości, że odprawa dobiegła końca.
Odsunął się od stołu, nie patrząc już na nikogo.
— Rozejść się.

Reszta przedstawienia, którego sam przedstawieniem by nie nazwał, miała poczekać do rana. W centrum dowodzenia o takiej porze przebywał praktycznie sam.

helena peregrine

one bullet in the chamber

: sob wrz 12, 2026 10:13 am
autor: helena peregrine
"Zła odpowiedź".

Wie, że Sullivan musi zachować twarz przed plutonem, dlatego podczas gdy on wygłasza swoją tyradę, ona wciąż obserwuje twarze zgromadzonych. Niektóre wyrażają zachwyt – legenda dowódcy sięga daleko i niejeden naiwny młody chłopak włożyłby rękę w ogień, gdyby to takie polecenie wydał Sully. Ale Mayhem zauważa też kilka twarzy spiętych w dezorientacji, kilka par oczu skupionych na niej z niemym wsparciem, kilka par brwi ściągniętych w niezrozumieniu, a nawet niezgodzie. Młody Cooper będzie musiał nauczyć się, jak ukrywać swoje emocje, bo gdyby to on stał na jej miejscu z tak otwartym sprzeciwem wymalowanym na twarzy, pogadanka może wyglądałaby inaczej. Kiedyś jeszcze za to oberwie.

Murray zdążyła oberwać wystarczająco razy, by wiedzieć, jak przywołać na twarz maskę obojętności. Wystarczająco razy stała w tym miejscu, by wiedzieć, że tutaj się nie odzywa nieproszona, choćby miała odgryźć sobie język. Nawet gdy Sullivan robi krok w jej stronę, ona zachowuje spokój.

"Więc zapamiętaj sobie raz na zawsze, Murray".
Powoli podnosi na niego wzrok. Przełyka ślinę, dłonie schowane za plecami zaciskają się odrobinę mocniej.
"Nie podejmujesz własnej decyzji tylko dlatego, że nie podoba ci się moja".
Prychnęłaby, gdyby mogła. Przecież gdy rutynowo sprzeciwia się Sullivanowi, nigdy nie zapomina, że nie ma prawa ignorować jego rozkazów. Że jeśli tak dalej pójdzie, prędzej czy później będzie mogła stanąć przed sądem wojennym.
Po prostu, w przeciwieństwie do swojego dowódcy, ona nie była skłonna całkiem pozbyć się swojego człowieczeństwa. Instynktu, który jej nie zawodził, nawet jeśli nie raz znalazła się przez niego w sytuacji podobnej do tej. Nie ma nic, co mogłoby wyplenić z niej najwcześniejszą lekcję otrzymane od starszego brata. Nic, co przekonałoby ją, by nie ufała mechanizmom obronnym, które niejednokrotne uratowały jej życie.

"Jutro, piąta rano. Mój gabinet. Sama".
— Tak jest, sir — powtarza razem z resztą plutonu.

Instynkt tym razem podpowiada jej, że publiczna pogadanka mogła mieć znacznie mniejsze konsekwencje. Wbrew pozorom, wbrew temu, że wystawienie przed cały pluton miało być upokarzające, tam doskonale wiedziała, jak bardzo musi się pilnować. On pewnie też.

Gdy wstaje następnego dnia jeszcze przed świtem, powtarza sobie jak mantrę: nie daj się sprowokować.
Tylko co jeszcze chce powiedzieć jej Sullivan, czego nie zdążył przekazać na wczorajszym zebraniu? Czemu miało służyć to dodatkowe spotkanie jeśli nie próbie sprowokowania jej?
Wkurwia ją, że się tym denerwuje. Wkurwia, że nie jest pewna, czego ma się spodziewać i że ze wszystkich ludzi akurat on ma nad nią tę przewagę.

Jej oddech świszczy nie tylko od pyłu, gdy zbliża się do centrum dowodzenia. Czeka z zapukaniem do odpowiednich drzwi do momentu, aż wybije dokładnie piąta, co do sekundy. Wchodzi, gdy słyszy zaproszenie. Zamyka za sobą drzwi i zawiesza wyczekujące spojrzenie na Sullivanie.
Nie odzywa się.

Percival Gardner

one bullet in the chamber

: pt wrz 25, 2026 10:17 pm
autor: Percival Gardner
4:44 am
Zajął miejsce przy biurku, zapalił lampkę i sięgnął po stos zostawionych mu wczoraj raportów. Brakowało jednego. Zgodnie z jego poleceniem.

5:00 am
Usłyszał pukanie do drzwi, gdy elektryczny zegar stojący obok lampki pokazał piątą. Równiutko, co do sekundy.
Oczywiście.
Rzucił krótkie, stanowcze „wejść”, nie unosząc wzroku znad papierów. Przez dłuższy czas nic nie mówił, ale panująca w gabinecie cisza nawet dla niego była nie do zniesienia. Zanim obóz obudzi się do życia, byli skazani na rozmowę między sobą. Celowo wybrał zresztą taką godzinę. I nie miało to nic wspólnego z chęcią skrócenia jej snu.
— Powiedz mi, Murray… — zaczął, powoli przerzucając kartki.
Dopiero po chwili na nią spojrzał.
— Cała ta szopka to kwestia ego czy twoich paranoi?
Oparł łokcie o blat i splótł dłonie.

Gdyby Billy to widział, pewnie parsknąłby śmiechem, zrobił sobie popcorn i rozsiadł się wygodnie na kanapie w rogu, żeby obejrzeć kolejny spektakl. Rey niemalże czuł jego obecność. Ten stary drań nigdy nie brał ich słownych potyczek za coś poważnego, niejednokrotnie zresztą dorzucając do pieca. Jakby widział w tym coś, czego oni za wszelką cenę nie chcieli dostrzec.

— Billy byłby z ciebie dumny, co? — dodał.
Nie było w jego tonie wyraźnej prowokacji, choć oboje dobrze wiedzieli, po co zadał to pytanie. Chciał ją sprowokować. Nic więcej.
Nie musiała nawet odpowiadać, Rey i tak miał na ten temat wyrobione zdanie – podobnie jak na temat całej jej obecności w służbach, którą lubił określać totalną głupotą. Niedorzeczną próbą udowodnienia, że można być kobietą, żołnierzem i nadal przejmować się ludźmi.
Patrzył wyczekująco, zachowując typowy dla siebie wyraz twarzy. Nigdy nie było wiadomo, co tak naprawdę myślał.

murray 💥

one bullet in the chamber

: ndz wrz 27, 2026 1:59 pm
autor: helena peregrine
Dobrze zna te sposoby na ugięcie podwładnego — ignorowanie jej obecności i przeglądanie papierów w ostentacyjny sposób, trzymanie jej w niepewności. Standardowe zagrania, które może działały na nią, gdy była nieopierzoną szeregową, ale uodporniła się na nie przez lata służby. Jedynym czynnikiem, który jakkolwiek na nią działał, był on.
Bierze długie, ostrożne oddechy, starając się uspokoić myśli pędzące w stronę morderstwa na sam jego widok. Nie jest cierpliwa, ale potrafi udawać, że jest inaczej, a wrodzona upartość jej w tym pomaga. Przez cały czas zachowuje obojętny wyraz twarzy, patrząc na niego z góry.
“Powiedz mi, Murray…”
Helena prostuje się jeszcze bardziej, gdy Sullivan wreszcie się odzywa.
“Cała ta szopka to kwestia ego czy twoich paranoi?”
Jej twarz pozostaje niewzruszona, chociaż Murray czuje wzrastające ciśnienie dzwoniące w uszach, gdy ich spojrzenia się przecinają.
— Wytłumaczyłam wszystko na zebraniu. Nie mam nic do dodania — mówi sucho, chociaż wprawne ucho wychwyci w tonie jej głosu cień napięcia i przemilczenie. Być może podczas wczorajszej akcji działała jedynie zmotywowana chęcią uchronienia Freshiego przed parszywym losem niewoli w obozie wroga; jak przy rozbrajaniu ładunków wybuchowych: rozpoznała mechanizm, określiła najlepszą ścieżkę postępowania i zadziałała, bo zwyczajnie nie widziała innej opcji. To nie był jednak standard.
Zazwyczaj kończyła w tej sytuacji, bo próbowała umyślnie podburzyć autorytet Sullivana. Wkurwić, sprowokować. Rozbić wizerunek legendy, który zaślepiał wszystkich, oprócz niej.
Nie ma zamiaru z nim o tym jednak dyskutować.

“Billy byłby z ciebie dumny, co?”
Przez chwilę przez jej twarz przemykają wszystkie emocje: od wciąż żywej rozpaczy po stracie brata, przez niedowierzanie, że Sullivan ucieka się do tak parszywego zagrania, aż po palącą n i e n a w i ś ć. To wszystko trwa jedynie sekundę, ale Murray doskonale wie, że nic mu nie umknęło.

Nie daj się sprowokować. Nie daj się sprowokować. Nie daj się sprowokować. Nie daj się…

— Co za różnica? — Gardłowe warknięcie. — Podobne spekulacje nie mają żadnego znaczenia, Billy nie żyje. — Helena wcale nie czuła jego obecności. Czuła jedynie przejmującą pustkę. To on był optymistą z dwójki rodzeństwa. Billy wszystko obracał w żart — Helena nazywała rzeczy po imieniu. — Komu jak komu, ale tobie nie powinnam musieć tego przypominać — bo byłeś tam i nic nie zrobiłeś - tego nie musi wypowiadać na głos.

No i dała się sprowokować.

Sullivan 🤬

one bullet in the chamber

: śr paź 21, 2026 9:14 pm
autor: Percival Gardner
„Wytłumaczyłam wszystko na zebraniu. Nie mam nic do dodania”.
Jasne.
Wychwytywał wszystko – każdą zmianę tonu, każdą skrywaną emocję, którą próbowała zastąpić inną, mniej zdradliwą. Tyle że Sullivan znał ten mechanizm aż za dobrze. Sam miał go opanowanego do perfekcji. Po ponad dwudziestu latach służby nauczył się dostrzegać to, czego inni nie potrafili albo zwyczajnie nie chcieli zauważać. Niejednokrotnie wystarczyło jedno spojrzenie, drobne zawahanie czy niewłaściwie dobrane słowo. Ludzie zdradzali się znacznie częściej, niż im się wydawało.
Problem polegał na tym, że kiedy patrzył na Murray, nie zawsze widział dwudziestosiedmioletnią podoficer, która miała wystarczająco dużo odwagi, żeby regularnie podważać jego autorytet. Czasami wciąż widział tę samą siedmioletnią dziewczynkę, skuloną w ramionach starszego brata. Pamiętał, jak Billy otwierał mu drzwi rodzinnego domu, gdy sytuacja z ich ojcem kolejny raz wymykała się spod kontroli. Pamiętał zapach alkoholu, podniesiony głos dochodzący z drugiego pokoju i małą Helenę, która kurczowo trzymała się koszulki brata, jakby był jedyną rzeczą chroniącą ją przed całym światem. Mieli wtedy po dwadzieścia kilka lat. Byli gówniarzami, którzy sami dopiero uczyli się życia, a Billy już musiał brać odpowiedzialność za kogoś jeszcze.
Dwadzieścia lat później ta sama dziewczynka stała przed jego biurkiem w mundurze, z podniesioną głową i spojrzeniem, którym najchętniej wypaliłaby mu dziurę w czaszce. Tak, Billy miałby z tego niezły ubaw. Rey natomiast coraz częściej zastanawiał się, w którym momencie Helena uznała, że najlepszym sposobem na uczczenie pamięci brata będzie powtarzanie jego błędów. Nawet tych, które ostatecznie kosztowały go życie.
„Komu jak komu, ale tobie nie powinnam musieć tego przypominać”.
No proszę.
A więc jednak miała coś do dodania.
Przez chwilę przyglądał się Murray bez słowa. Widział zmianę w wyrazie jej twarzy, słyszał napięcie w głosie. I doskonale rozumiał, co kryło się za ostatnim zdaniem. Nie musiała kończyć tej myśli. Wiedział, o co go obwiniała.
Nie drgnął. Nie odwrócił wzroku. Jedynie powoli odchylił się na oparcie fotela.
— Uważaj, Murray.
Ostrzeżenie padło cicho, ale nie było w nim ani grama pobłażliwości.
— Jeżeli masz mi coś do zarzucenia, zrób to wprost. Nie będę siedział i wysłuchiwał tych twoich pieprzonych aluzji.
Podniósł się z fotela. Powoli, bez zbędnego pośpiechu, obszedł biurko i zatrzymał się naprzeciwko niej.
— Od miesięcy sprawdzasz, na ile możesz sobie pozwolić. Podważasz moje decyzje, ignorujesz polecenia i najwyraźniej wydaje ci się, że za każdym razem wystarczy podnieść głowę i spojrzeć mi prosto w oczy, żeby wszystko uszło ci na sucho.
Przyjrzał jej się uważnie.
— Więc wyprowadzę cię z błędu. Nie interesuje mnie, czy mnie lubisz, czy nienawidzisz. Możesz uważać mnie za największego skurwysyna w tej bazie. Ale dopóki służysz pod moim dowództwem, będziesz wykonywać moje rozkazy. Bez dyskusji.
Zamilkł na moment.
— I jeszcze jedno. To, że znałem twojego brata, nie daje ci żadnych przywilejów. Następnym razem nie skończy się na odprawie i rozmowie w moim gabinecie. Dostaniesz oficjalny raport o niesubordynacji i wniosek o odsunięcie od działań operacyjnych. A jeśli sytuacja będzie tego wymagała, przekażę sprawę wyżej.
Nie spuszczał z niej wzroku.
— Radzę ci bardzo dobrze zapamiętać tą rozmowę, Murray. Bo kolejnego ostrzeżenia nie będzie.
Mógł na tym poprzestać. Powiedział wystarczająco dużo, żeby nie pozostawić żadnych wątpliwości co do swoich zamiarów. Ale Sullivan nie miał jeszcze ochoty kończyć tej rozmowy. Skoro Helena od miesięcy sprawdzała granice jego cierpliwości, najwyraźniej przyszła pora, żeby sam sprawdził, gdzie kończy się jej własna.
— Nie ma tu miejsca dla takich jak ty — dodał po chwili, patrząc jej prosto w oczy.
Nie sprecyzował, co dokładnie miał na myśli. Znał ją wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć, jak zinterpretuje te słowa. I tym razem właśnie na tym mu zależało.

murray 😠

one bullet in the chamber

: wt paź 27, 2026 8:11 pm
autor: helena peregrine
Kurczowy uścisk dłoni zaciśniętej w pięść na cienkim jerseyu koszulki Billy'ego przynajmniej na chwilę dawał siedmioletniej Helenie iluzję, że jej brat nie zniknie, gdy otworzy sztywne z wysiłku palce. Czasami miała sobie za złe, że tak bardzo pragnie, by Billy nigdy nie wyjeżdżał. Doskonale wiedziała, że znacznie lepiej miał się tam – nawet pole minowe bywało bezpieczniejsze, niż małe i stęchłe mieszkanie Murrayów. Nawet wojna rządziła się swoimi prawami i mogła być bardziej przewidywalna, niż ich ojciec, który czasami zasypiał jak niemowlę przy jednostajnym szumie telewizora – a czasami obierał za cel pierwszą osobę, która przeszła przez próg, jak rozwścieczony byk.

Gdy Billy był w domu, zawsze wchodził pod ojcowską pięść, jeśli zaszła taka potrzeba. Porównywał swoje stare siniaki do galaktyk, widząc jej poczucie winy, mierzwił włosy i zawsze powtarzał: "nie martw się, Młoda". Mówił to tak, jakby naprawdę nie było o co się martwić, a iluzja ta nawet działała, dopóki się nie zaciągnął, a data jego powrotu nie zaczęła dorównywać nieprzewidywalnością humorom Williama Seniora. Jeszcze kilka lat zajęło Helenie uświadomienie sobie, że tę iluzję kreował tak samo dla niej, jak i dla siebie. Nauczyła się rozpoznawać w bracie rosnącą przed wyjazdami ulgę, której wszakże nie mogła mieć mu za złe – nawet jeśli za każdym razem łamała jej serce.

Być może Rey był świadkiem możliwości ich ojca, ale widział jedynie ułamek tych zmagań. Helena pamietała go jako intruza, którego Billy niepotrzebnie wpuszczał do ich życia. Być może brat mu ufał, ale ona – nigdy. Zbyt dobrze wiedziała, że jego optymizm to i l u z j a.

To, co wydarzyło się później, jedynie potwierdziło zasadność jej zmartwień. Billy nie powinien był mu ufać.

"Uważaj, Murray".
Ona też nie odwraca wzroku – nawet jeśli wie, że jego groźby miały pokrycie. Oddycha miarowo, spokojnie. Liczyła się z konsekwencjami swoich działań. Dziwiło ją wręcz, że tak długo pozwalał jej na ten cichy bunt. Spodziewała się tej pogadanki już jakiś czas temu.
Może to właśnie dlatego wciąż trzyma głowę podniesioną i patrzy mu w oczy. Mógł odsunąć ją działań operacyjnych już przy pierwszych objawach niesubordynacji, a jednak, z jakiegoś powodu, wciąż tego nie zrobił.
"Jeżeli masz mi coś do zarzucenia, zrób to wprost".
Przechyla lekko głowę. Nie wydaje jej się to konieczne. W końcu Sullivan ewidentnie sam dobrze wiedział, co chodziło jej po głowie.
"Dopóki służysz pod moim dowództwem, będziesz wykonywać moje rozkazy. Bez dyskusji".
Jasne. Wcale nie zamierzała z nim dyskutować. Ani bezrefleksyjnie wykonywać jego rozkazów.

Pochyla lekko głowę, słuchając reszty jego wywodu – prawie z pokorą. A jednak gdy Sullivan kończy ten wywód, znów spogląda na niego wyzywająco.
— Liczę się z tym — informuje go rzeczowo. Kącik ust drga, gdy nieugięcie podtrzymuje kontakt wzrokowy z dowódcą. — A ty liczysz się z utratą dobrego specjalisty? — Zna swoją wartość. — Zrobisz, co uznasz za stosowne, oczywiście. Ale poczujesz moją nieobecność. — To nie ostrzeżenie ani groźba, a zwykłe stwierdzenie faktu. Mayhem wie, że podobne kroki spotkają się z niepewnością jej własnego zespołu, ale także reszty plutonu, bo ma ich uznanie. Zwłaszcza po wczorajszej akcji. W końcu wszyscy lubili Frenchiego, a ukaranie jej za zachowanie, które poskutkowało uratowaniem życia młodego żołnierza, na pewno odbije się na moralach.

"Nie ma tu miejsca dla takich jak ty".
Parsknięcie, które dobywa się z jej ust, brzmi niemal jak warknięcie.
— Takich jak ja... — powtarza za nim gardłowo. — To znaczy jakich? — Oczywiście, że domyśla się, co Sullivan miał na myśli. Chce to usłyszeć od niego.

Sullivan :roll: