jonas forstner
: śr sie 26, 2026 10:09 pm
Jonas Forstner

data i miejsce urodzenia
23/08/2001 Berlin, Niemcyzaimki
on/jegozawód
operator kamerymiejsce pracy
freelanceorientacja
heteroseksualnydzielnica mieszkalna
greektownpobyt w toronto
od niecałych 3 latumiejętności
zna trzy języki, którymi posługuje się biegle - niemiecki, angielski i francuski; potrafi grać na fortepianie; potrafi obsługiwać profesjonalne kamery filmowe; oświetlenie filmowe; fotografia analogowa; zawsze punktualny; fantastyczny narciarz i tenisista; nieprzyzwoicie dobry poker face; prawo jazdy ważne w kanadzie; posiada także patent żeglarski; czytanie atmosfery w pomieszczeniu; potrafi usnąć wszędzie; pamięta twarzesłabości
druga strona medalu - chorobliwy stosunek do punktualności; nie potrafi przegrywać, ani być w czymś początkującym; wydawanie pieniędzy w kompletnie absurdalny sposób; nie odbiera telefonu za pierwszym razem; wyłapuje mikroekspresję i potrafi dopisać sobie do niej własną historię; oczekuje perfekcjonizmu wyłącznie od siebie; kontroluje otoczenie, jeśli nie potrafi kontrolować emocji; nie pamięta imiondie ordnung
Widelec po lewej, nóż po prawej. Serwetka złożona na pół, nigdy w trójkąt, choć ten zdecydowanie bardziej przypominał mu żagiel. Plecy proste. Łokcie przy sobie. Jonas, b i t t e.
Miał osiem lat i od dobrych pięciu minut obserwował niewielką smugę sosu przecinającą nieskazitelną biel porcelany. Jedyna niedoskonałość na stole przygotowanym z taką starannością, jakby tego wieczoru nie mieli pojawić się przy nim znajomi rodziców, a sam prezydent federalny. Matka siedziała naprzeciwko. W czerni, jak zwykle; z włosami zaczesanymi za uszy i nerwowo poprawiającymi je palcami, które przez większość dnia przewracały katalogi wystaw, podpisywały umowy wypożyczeń i wskazywały miejsca, w których za kilka tygodni miały zawisnąć fotografie warte więcej niż mieszkania większości berlińczyków. Kuratorka fotografii i sztuki współczesnej, nazwisko pojawiające się regularnie pod tekstami katalogów wystaw, nauczyła go bardzo wcześnie, że piękno również podlega zasadom kompozycji.
Ojciec nauczył go czegoś innego.
Że człowiek także.
Forstnerowie nie wychowywali dziecka; zdawali się prowadzić wieloletni projekt, którego efektem końcowym miał zostać młody mężczyzna bez najmniejszego zagięcia na życiorysie. Fortepian, choć nigdy nie zamierzał zostać pianistą. Angielski i francuski, zanim szkolny program zdążył wymagać pełnych zdań. Tenis w soboty. Narty zimą. Muzea w niedzielę. Garnitur przed pierwszym zarostem i umiejętność podania dłoni dorosłemu tak, by nie ścisnąć jej ani zbyt mocno, ani zbyt słabo.
Był łatwy.
Złote dziecko zamknięte w złotej klatce rzadko próbowało gryźć pręty, jeżeli od początku wmawiano mu, że są częścią dekoracji.
— Jonas.
Podniósł wzrok.
Ojciec wskazał spojrzeniem na jego dłoń. Dopiero wtedy zauważył, że przesunął nóż o kilka centymetrów.
Krzywo.
Poprawił go natychmiast.
I przez następnych kilkanaście lat robił dokładnie to samo ze wszystkim, co choć odrobinę odstawało od wyznaczonej linii.
der rahmen Świat mieścił się w prostokącie.
Dwie dłonie uniesione przed twarzą wystarczyły, żeby odciąć od niego wszystko, co zbędne. Korytarz. Lampę. Fragment twarzy siedzącej kilka rzędów dalej matki. Ojca nigdy nie musiał wycinać z obrazka - krzesło obok rodzicielki przez większość czasu pozostawało puste.
Jonas przesunął palce odrobinę w lewo.
Teraz została tylko scena.
Na ekranie za plecami komisji zatrzymał się jeden z jego kadrów. Światło wpadające przez brudne okno, twarz aktorki przecięta cieniem framugi, kurz zawieszony gdzieś pomiędzy nią a obiektywem. Kilka sekund filmu, nad którymi potrafił myśleć przez kilka dni. To właśnie próbował wytłumaczyć matce, kiedy po raz pierwszy powiedział jej, że zamierza zdawać na kierunek operatorski na Uniwersytecie Filmowym Babelsberg Konrada Wolfa.
Nie powiedziała, że jest rozczarowana.
W ich domu rozczarowanie było nieeleganckie.
Zapytała jedynie, czy naprawdę przemyślał wszystkie możliwości.
Ojciec zadzwonił z Toronto trzy dni później. Rozmowa trwała jedenaście minut, z czego cztery poświęcił pogodzie w Ontario, trzy pracy, a pozostałe wystarczyły, żeby zasugerować ekonomię, prawo albo stosunki międzynarodowe. Coś, z czego dałoby się zbudować poważną karierę.
Jonas wybrał kamerę.
Pierwszy pstryczek w nos wymierzony rodzinie był tak niewielki, że niemal można było pomylić go z przypadkiem.
Drugi przyszedł kilka lat później.
Studia nauczyły go, że perfekcja, której wymagano od niego przez całe życie, rzeczywiście może być przydatna. Tyle, że nie przy stole i nie podczas rozmów z ludźmi, których nazwiska należało zapamiętać. Przydawała się przy ustawianiu ostrości, przy świetle, przy milimetrach, które oddzielały dobry kadr od takiego, który kazał mu zacisnąć szczękę i poprosić o jeszcze jedno ujęcie.
Na planach pojawiał się jeszcze przed ukończeniem studiów. Najpierw tych, na których nikt nie miał pieniędzy, ale każdy miał za to wizję, a kawa kończyła się przed południem. Później dopadł większych miar. Coraz bardziej profesjonalnych. Coraz mniej wybaczających błędy.
Rodzice, ku własnemu zaskoczeniu, przestali próbować odciągnąć go od filmu.
Zaczęli jedynie planować, gdzie powinien robić go dalej.
die sicherheit
Nazwę UFA ojciec wypowiedział tak, jak inni ojcowie wypowiadali słowo stabilność.
Jonas obracał kieliszek między palcami, obserwując, jak czerwone wino pozostawia cienką smugę na szkle.
UFA.
Poważna firma i niemiecka tradycja. Produkcje, które oglądały miliony. Ludzie, których warto znać. Nazwa wystarczająco stara i wystarczająco duża, żeby nawet artystyczny wybryk jedynego syna Forstnerów dało się zamienić w coś, czym można było pochwalić się podczas kolacji.
Matka miała znajomą, która znała kogoś.
Ojciec znał kogoś bez znajomej.
Wystarczyłby jeden telefon.
To właśnie w telefonach tkwiła większość ich świata.
Jeden załatwiał stolik, kiedy restauracja od tygodnia nie przyjmowała rezerwacji. Drugi otwierał drzwi do wystawy przed oficjalnym wernisażem. Trzeci sprawiał, że nazwisko Forstner przestawało być jednym z wielu na stercie dokumentów i wędrowało kilka centymetrów wyżej.
— Nie — powiedział.
Ojciec przez moment milczał.
Nie dlatego, że nie usłyszał. Raczej dlatego, że w ich rodzinie słowo to pojawiało się na tyle rzadko, że potrzebowało chwili, żeby nabrać mocy urzędowej.
Jonas miał już przygotowaną inną odpowiedź.
Toronto.
Ojciec mieszkał tam od kilku lat, odkąd kolejny szczebel dyplomatycznej kariery zaprowadził go do niemieckiego konsulatu. Kanada istniała dotąd w życiu Jonasa przede wszystkim jako różnica czasu na ekranie telefonu, kilka zdjęć przesłanych przez komunikator i obietnice wizyt przekładanych z miesiąca na miesiąc.
Przylecę na święta.
Spróbuję w maju.
Zobaczymy, jak będzie wyglądać sytuacja.
Jonas przestał pytać.
Paradoks polegał na tym, że właśnie nieobecność ojca uczyniła Toronto idealnym.
Mógł powiedzieć rodzinie, że jedzie do niego.
Rodzina mogła powiedzieć znajomym, że jedzie do ojca.
Ojciec mógł nawet przez chwilę uwierzyć, że syn przeprowadza się sześć tysięcy kilometrów, żeby być bliżej niego.
Obaj wiedzieli, że prawdopodobnie będą widywać się równie często jak dotychczas.
der schnitt
Za niewielkim oknem Toronto układało się pod skrzydłem samolotu w geometryczną plątaninę ulic, świateł i budynków. Patrzył na nie jak na plan zdjęciowy przed pierwszym klapsem - jeszcze cudzy, jeszcze nieoswojony, pełen miejsc, których znaczenia nie znał.
Telefon zawibrował, zanim zdążył opuścić lotnisko.
Vater: Samochód powinien już czekać. Mam dziś kolację służbową. Zobaczymy się jutro.
Parsknął cicho.
Oczywiście.
Sześć tysięcy kilometrów bliżej nie wystarczyło, by zmienić jedenaście słów w dwanaście.
Kierowca rzeczywiście czekał.
Tak samo jak mieszkanie, którego nie musiał szukać w pośpiechu. Konto, na którym nigdy nie musiał sprawdzać stanu przed zakupami. Matka pytająca, czy wszystko dotarło w jednym kawałku. Ojciec upewniający się przez wiadomość, czy dokumenty zostały odpowiednio złożone.
Złota klatka odbyła podróż razem z nim.
Po prostu miała teraz większy metraż.
Tyle że po raz pierwszy Jonas nie zamierzał urządzać jej zgodnie z cudzym projektem.
Pierwsze miesiące pachniały kawą wypijaną przed świtem, rozgrzanym sprzętem i deszczem nanoszonym na podłogę studia przez podeszwy kilkudziesięciu osób. Zaczynał niżej, niż mógłby zacząć w Niemczech. Nosił sprzęt. Czekał. Poprawiał. Obserwował. Pozwalał ludziom przekręcać nazwisko i nie wspominał, czym zajmuje się ojciec, dopóki nie pytali.
Po raz pierwszy nazwisko nie otwierało drzwi przed nim.
Musiał nacisnąć klamkę sam.
Z czasem przestał być chłopakiem stojącym obok kamery. Zaczął być tym, któremu ją powierzano. - najpierw na kilka ujęć, potem dzień zdjęciowy, później produkcję. Przy większych projektach zajmował miejsce operatora kamery, przy mniejszych pozwalał sobie na więcej - budował obraz od początku, dobierał światło, szukał własnego języka tam, gdzie nikt nie zdążył jeszcze narzucić mu właściwego.
Zabawne.
Przez całe dzieciństwo uczono go mieścić się w ramach, a dopiero za kamerą zrozumiał, że to on może je wyznaczać.
Telefon zawibrował ponownie późnym wieczorem.
Jak praca?
Wiadomość od ojca przyszła trzy dni po rozpoczęciu zdjęć. Jonas spojrzał na nią pomiędzy jednym ujęciem a drugim. Kciuk zawisł nad klawiaturą.
Mam się dobrze.
Skasował.
Świetnie.
Skasował ponownie.
— Kamera gotowa?
Podniósł wzrok.
— Gotowa.
Schował telefon do kieszeni bez odpowiedzi. Po drugiej stronie studia zapalono światło.
Jonas przyłożył oko do wizjera i pierwszy raz od dawna wszystko znajdowało się dokładnie tam, gdzie sam chciał.
- Jeszcze przed ukończeniem studiów miał okazję pracować na planach filmowych, początkowo przy mniejszych, studenckich i niezależnych produkcjach, z czasem trafiając również na te o znacznie większym budżecie. Przechodząc przez kolejne szczeble pionu operatorskiego, zdobywał doświadczenie jako asystent operatora, nim sam zaczął stawać za kamerą. Obecnie pracuje przede wszystkim jako operator kamery przy większych produkcjach filmowych i serialowych, choć przy mniejszych projektach zdarza mu się przejmować rolę operatora obrazu.
- Kanada nie była dla niego zupełnie obcym kierunkiem. Ojciec od kilku lat związany jest zawodowo z niemieckim konsulatem w Toronto, przez co miasto znał jeszcze na długo przed podjęciem decyzji o przeprowadzce. Choć obecność członka rodziny znacznie ułatwiła mu początki po drugiej stronie Atlantyku, od początku zależało mu, by własnej pozycji w Kanadzie nie zawdzięczać nazwisku ani zawodowym kontaktom Forstnerów, co zresztą nie było takie ciężkie zważywszy na fakt, że artystycznie odbiega od wizji stawianym przez ojca.
- Próbował już wszystkich plasterków antynikotynowych, gum do żucia, tabletek, jednak uzależnienie zawsze wygrywało. Dużo pali. Jak smok. Kłębek dymu towarzyszy mu zwłaszcza podczas prac nad nowymi projektami.
- Nie prosi o pomoc. Może mieć gorączkę, zepsuty samochód i złamaną rękę, a na pytanie potrzebujesz czegoś? odpowie: nie, dzięki. Następnie prawdopodobnie straci przytomność. Jednocześnie, działa to całkiem odwrotnie w drugą stronę, bowiem myli bycie potrzebnym z byciem kochanym. Jeżeli może komuś coś załatwić, naprawić, odebrać go z lotniska o 3:40 albo rozwiązać jego problem - świetnie, jest wniebowzięty. Z kolei jeżeli ktoś chce po prostu wiedzieć, jak Jonas się czuje - natychmiastowo następuje zwarcie systemu i brak odpowiedzi.
Miał osiem lat i od dobrych pięciu minut obserwował niewielką smugę sosu przecinającą nieskazitelną biel porcelany. Jedyna niedoskonałość na stole przygotowanym z taką starannością, jakby tego wieczoru nie mieli pojawić się przy nim znajomi rodziców, a sam prezydent federalny. Matka siedziała naprzeciwko. W czerni, jak zwykle; z włosami zaczesanymi za uszy i nerwowo poprawiającymi je palcami, które przez większość dnia przewracały katalogi wystaw, podpisywały umowy wypożyczeń i wskazywały miejsca, w których za kilka tygodni miały zawisnąć fotografie warte więcej niż mieszkania większości berlińczyków. Kuratorka fotografii i sztuki współczesnej, nazwisko pojawiające się regularnie pod tekstami katalogów wystaw, nauczyła go bardzo wcześnie, że piękno również podlega zasadom kompozycji.
Ojciec nauczył go czegoś innego.
Że człowiek także.
Forstnerowie nie wychowywali dziecka; zdawali się prowadzić wieloletni projekt, którego efektem końcowym miał zostać młody mężczyzna bez najmniejszego zagięcia na życiorysie. Fortepian, choć nigdy nie zamierzał zostać pianistą. Angielski i francuski, zanim szkolny program zdążył wymagać pełnych zdań. Tenis w soboty. Narty zimą. Muzea w niedzielę. Garnitur przed pierwszym zarostem i umiejętność podania dłoni dorosłemu tak, by nie ścisnąć jej ani zbyt mocno, ani zbyt słabo.
Był łatwy.
Złote dziecko zamknięte w złotej klatce rzadko próbowało gryźć pręty, jeżeli od początku wmawiano mu, że są częścią dekoracji.
— Jonas.
Podniósł wzrok.
Ojciec wskazał spojrzeniem na jego dłoń. Dopiero wtedy zauważył, że przesunął nóż o kilka centymetrów.
Krzywo.
Poprawił go natychmiast.
I przez następnych kilkanaście lat robił dokładnie to samo ze wszystkim, co choć odrobinę odstawało od wyznaczonej linii.
der rahmen Świat mieścił się w prostokącie.
Dwie dłonie uniesione przed twarzą wystarczyły, żeby odciąć od niego wszystko, co zbędne. Korytarz. Lampę. Fragment twarzy siedzącej kilka rzędów dalej matki. Ojca nigdy nie musiał wycinać z obrazka - krzesło obok rodzicielki przez większość czasu pozostawało puste.
Jonas przesunął palce odrobinę w lewo.
Teraz została tylko scena.
Na ekranie za plecami komisji zatrzymał się jeden z jego kadrów. Światło wpadające przez brudne okno, twarz aktorki przecięta cieniem framugi, kurz zawieszony gdzieś pomiędzy nią a obiektywem. Kilka sekund filmu, nad którymi potrafił myśleć przez kilka dni. To właśnie próbował wytłumaczyć matce, kiedy po raz pierwszy powiedział jej, że zamierza zdawać na kierunek operatorski na Uniwersytecie Filmowym Babelsberg Konrada Wolfa.
Nie powiedziała, że jest rozczarowana.
W ich domu rozczarowanie było nieeleganckie.
Zapytała jedynie, czy naprawdę przemyślał wszystkie możliwości.
Ojciec zadzwonił z Toronto trzy dni później. Rozmowa trwała jedenaście minut, z czego cztery poświęcił pogodzie w Ontario, trzy pracy, a pozostałe wystarczyły, żeby zasugerować ekonomię, prawo albo stosunki międzynarodowe. Coś, z czego dałoby się zbudować poważną karierę.
Jonas wybrał kamerę.
Pierwszy pstryczek w nos wymierzony rodzinie był tak niewielki, że niemal można było pomylić go z przypadkiem.
Drugi przyszedł kilka lat później.
Studia nauczyły go, że perfekcja, której wymagano od niego przez całe życie, rzeczywiście może być przydatna. Tyle, że nie przy stole i nie podczas rozmów z ludźmi, których nazwiska należało zapamiętać. Przydawała się przy ustawianiu ostrości, przy świetle, przy milimetrach, które oddzielały dobry kadr od takiego, który kazał mu zacisnąć szczękę i poprosić o jeszcze jedno ujęcie.
Na planach pojawiał się jeszcze przed ukończeniem studiów. Najpierw tych, na których nikt nie miał pieniędzy, ale każdy miał za to wizję, a kawa kończyła się przed południem. Później dopadł większych miar. Coraz bardziej profesjonalnych. Coraz mniej wybaczających błędy.
Rodzice, ku własnemu zaskoczeniu, przestali próbować odciągnąć go od filmu.
Zaczęli jedynie planować, gdzie powinien robić go dalej.
die sicherheit
Nazwę UFA ojciec wypowiedział tak, jak inni ojcowie wypowiadali słowo stabilność.
Jonas obracał kieliszek między palcami, obserwując, jak czerwone wino pozostawia cienką smugę na szkle.
UFA.
Poważna firma i niemiecka tradycja. Produkcje, które oglądały miliony. Ludzie, których warto znać. Nazwa wystarczająco stara i wystarczająco duża, żeby nawet artystyczny wybryk jedynego syna Forstnerów dało się zamienić w coś, czym można było pochwalić się podczas kolacji.
Matka miała znajomą, która znała kogoś.
Ojciec znał kogoś bez znajomej.
Wystarczyłby jeden telefon.
To właśnie w telefonach tkwiła większość ich świata.
Jeden załatwiał stolik, kiedy restauracja od tygodnia nie przyjmowała rezerwacji. Drugi otwierał drzwi do wystawy przed oficjalnym wernisażem. Trzeci sprawiał, że nazwisko Forstner przestawało być jednym z wielu na stercie dokumentów i wędrowało kilka centymetrów wyżej.
— Nie — powiedział.
Ojciec przez moment milczał.
Nie dlatego, że nie usłyszał. Raczej dlatego, że w ich rodzinie słowo to pojawiało się na tyle rzadko, że potrzebowało chwili, żeby nabrać mocy urzędowej.
Jonas miał już przygotowaną inną odpowiedź.
Toronto.
Ojciec mieszkał tam od kilku lat, odkąd kolejny szczebel dyplomatycznej kariery zaprowadził go do niemieckiego konsulatu. Kanada istniała dotąd w życiu Jonasa przede wszystkim jako różnica czasu na ekranie telefonu, kilka zdjęć przesłanych przez komunikator i obietnice wizyt przekładanych z miesiąca na miesiąc.
Przylecę na święta.
Spróbuję w maju.
Zobaczymy, jak będzie wyglądać sytuacja.
Jonas przestał pytać.
Paradoks polegał na tym, że właśnie nieobecność ojca uczyniła Toronto idealnym.
Mógł powiedzieć rodzinie, że jedzie do niego.
Rodzina mogła powiedzieć znajomym, że jedzie do ojca.
Ojciec mógł nawet przez chwilę uwierzyć, że syn przeprowadza się sześć tysięcy kilometrów, żeby być bliżej niego.
Obaj wiedzieli, że prawdopodobnie będą widywać się równie często jak dotychczas.
der schnitt
Za niewielkim oknem Toronto układało się pod skrzydłem samolotu w geometryczną plątaninę ulic, świateł i budynków. Patrzył na nie jak na plan zdjęciowy przed pierwszym klapsem - jeszcze cudzy, jeszcze nieoswojony, pełen miejsc, których znaczenia nie znał.
Telefon zawibrował, zanim zdążył opuścić lotnisko.
Vater: Samochód powinien już czekać. Mam dziś kolację służbową. Zobaczymy się jutro.
Parsknął cicho.
Oczywiście.
Sześć tysięcy kilometrów bliżej nie wystarczyło, by zmienić jedenaście słów w dwanaście.
Kierowca rzeczywiście czekał.
Tak samo jak mieszkanie, którego nie musiał szukać w pośpiechu. Konto, na którym nigdy nie musiał sprawdzać stanu przed zakupami. Matka pytająca, czy wszystko dotarło w jednym kawałku. Ojciec upewniający się przez wiadomość, czy dokumenty zostały odpowiednio złożone.
Złota klatka odbyła podróż razem z nim.
Po prostu miała teraz większy metraż.
Tyle że po raz pierwszy Jonas nie zamierzał urządzać jej zgodnie z cudzym projektem.
Pierwsze miesiące pachniały kawą wypijaną przed świtem, rozgrzanym sprzętem i deszczem nanoszonym na podłogę studia przez podeszwy kilkudziesięciu osób. Zaczynał niżej, niż mógłby zacząć w Niemczech. Nosił sprzęt. Czekał. Poprawiał. Obserwował. Pozwalał ludziom przekręcać nazwisko i nie wspominał, czym zajmuje się ojciec, dopóki nie pytali.
Po raz pierwszy nazwisko nie otwierało drzwi przed nim.
Musiał nacisnąć klamkę sam.
Z czasem przestał być chłopakiem stojącym obok kamery. Zaczął być tym, któremu ją powierzano. - najpierw na kilka ujęć, potem dzień zdjęciowy, później produkcję. Przy większych projektach zajmował miejsce operatora kamery, przy mniejszych pozwalał sobie na więcej - budował obraz od początku, dobierał światło, szukał własnego języka tam, gdzie nikt nie zdążył jeszcze narzucić mu właściwego.
Zabawne.
Przez całe dzieciństwo uczono go mieścić się w ramach, a dopiero za kamerą zrozumiał, że to on może je wyznaczać.
Telefon zawibrował ponownie późnym wieczorem.
Jak praca?
Wiadomość od ojca przyszła trzy dni po rozpoczęciu zdjęć. Jonas spojrzał na nią pomiędzy jednym ujęciem a drugim. Kciuk zawisł nad klawiaturą.
Mam się dobrze.
Skasował.
Świetnie.
Skasował ponownie.
— Kamera gotowa?
Podniósł wzrok.
— Gotowa.
Schował telefon do kieszeni bez odpowiedzi. Po drugiej stronie studia zapalono światło.
Jonas przyłożył oko do wizjera i pierwszy raz od dawna wszystko znajdowało się dokładnie tam, gdzie sam chciał.
Ciekawostki
- Ukończył studia na kierunkuj operatorskim na Filmuniversität Babelsberg Konrada Wolfa, jednak po studiach nie zdecydował się na długo zagrzać miejsca w Berlinie. Choć tam stawiał pierwsze poważniejsze kroki w branży i wciąż ma do miasta ogromny sentyment, ostatecznie zamienił Niemcy na Toronto, a powodów może być wiele, jeden z nich między innymi brzmi: dla fabuły.- Jeszcze przed ukończeniem studiów miał okazję pracować na planach filmowych, początkowo przy mniejszych, studenckich i niezależnych produkcjach, z czasem trafiając również na te o znacznie większym budżecie. Przechodząc przez kolejne szczeble pionu operatorskiego, zdobywał doświadczenie jako asystent operatora, nim sam zaczął stawać za kamerą. Obecnie pracuje przede wszystkim jako operator kamery przy większych produkcjach filmowych i serialowych, choć przy mniejszych projektach zdarza mu się przejmować rolę operatora obrazu.
- Kanada nie była dla niego zupełnie obcym kierunkiem. Ojciec od kilku lat związany jest zawodowo z niemieckim konsulatem w Toronto, przez co miasto znał jeszcze na długo przed podjęciem decyzji o przeprowadzce. Choć obecność członka rodziny znacznie ułatwiła mu początki po drugiej stronie Atlantyku, od początku zależało mu, by własnej pozycji w Kanadzie nie zawdzięczać nazwisku ani zawodowym kontaktom Forstnerów, co zresztą nie było takie ciężkie zważywszy na fakt, że artystycznie odbiega od wizji stawianym przez ojca.
- Próbował już wszystkich plasterków antynikotynowych, gum do żucia, tabletek, jednak uzależnienie zawsze wygrywało. Dużo pali. Jak smok. Kłębek dymu towarzyszy mu zwłaszcza podczas prac nad nowymi projektami.
- Nie prosi o pomoc. Może mieć gorączkę, zepsuty samochód i złamaną rękę, a na pytanie potrzebujesz czegoś? odpowie: nie, dzięki. Następnie prawdopodobnie straci przytomność. Jednocześnie, działa to całkiem odwrotnie w drugą stronę, bowiem myli bycie potrzebnym z byciem kochanym. Jeżeli może komuś coś załatwić, naprawić, odebrać go z lotniska o 3:40 albo rozwiązać jego problem - świetnie, jest wniebowzięty. Z kolei jeżeli ktoś chce po prostu wiedzieć, jak Jonas się czuje - natychmiastowo następuje zwarcie systemu i brak odpowiedzi.
zgoda na powielanie imienia
niezgoda na powielanie pseudonimu
takZgody MG
poziom ingerencji
wysokizgoda na śmierć postaci
niezgoda na trwałe okaleczenie
niezgoda na nieuleczalną chorobę postaci
takzgoda na uleczalne urazy postaci
takzgoda na utratę majątku postaci
takzgoda na utratę posady postaci
tak