Strona 1 z 1

Castling

: czw sie 27, 2026 7:32 pm
autor: Love Roderick
Wychodząc z domu nie przypuszczała, że ten wieczór skończy się nerwowym wybieraniem numeru telefonu do Bellore, który to uparcie jej połączenia ignorował. A tym razem naprawdę nie chodziło o nią. Nie potrzebowała go dla siebie. Znaczy… potrzebowała, ale duma nie pozwalała jej się do tego przyznać, więc dusiła to w zarodku. Dzisiaj? Teraz? Sprawa była znacznie poważniejsza.
Zwykły wieczór w klubie… nie odmówiła znajomej, która zaproponowała wyjście do jednego z lokali. Miała się dobrze bawić. To dlatego sukienka, którą wybrała była ciut za krótka, a buty ciut za wysokie – nie miało to jednak większego znaczenia, bo przecież była wolną dwudziestoośmiolatką dwudziestodziewięciolatką. Zresztą planowały bawić się bardzo kulturalnie! Najpierw poszły na kolację, żeby nadrobić życiowe zaległości, wypiły drinka albo dwa… i dopiero wtedy przeniosły się do jednego z popularniejszych w mieście klubów. Było głośno, tłoczno, anonimowo a alkoholu lało się sporo. Kłamstwem byłoby stwierdzenie, że Love Roderick była całkowicie trzeźwa, bo… bo nie. Ale słowo honoru, że wytrzeźwiała w momencie, gdy wśród anonimowego tłumu mignęła jej twarz, która anonimowa nie była. Brooke Bellore. Szybka matematyka jasno wskazywała, że dziewczyny nawet nie powinno tu być, bo polityka klubu była jasna – wstęp od dwudziestu jeden lat. Jakby nie liczyła to Brooke miała ich dopiero dwadzieścia. I okej, Love nie była święta - szlajała się po klubach, gdy nie miała nawet lat osiemnastu, ale po pierwsze nie była córką lokalnego konserwatywnego polityka, a po drugie… no nie pamięta wół! I prawdę powiedziawszy zignorowałaby to wszystko, gdyby nie stan, w którym dziewczyna się znajdowała. Zdecydowanie wypiła o kilka szotów za dużo. I to prawdopodobnie Roderick też by zignorowała, gdyby młodej Bellore towarzyszyła grupa koleżanek, które wydawałyby się zainteresowane stanem przyjaciółki. Tak nie było. A towarzystwo dziewczyny stanowiło dwóch knypków w stanie również wskazującym na spożycie zbyt dużej ilości alkoholu. Jeden z nich zresztą trzymał rękę zdecydowanie zbyt wysoko na udzie dziewczyny, która ledwie kontaktowała z rzeczywistości.
I właśnie przez to w Love się zagotowało. Pewnie na palcach jednej ręki policzyłaby koleżanki oraz znajome, które nie zaliczyły klubowego romansu albo do których nie dobierał się równie wstawiony kolega/chłopak poznany na miejscu. Żadna z nich następnego ranka nie czuła się z tym dobrze. Więc teraz? Gdy mogła uchronić przed tym jakąś dziewczynę? Przytrzymaj mi piwo. Chociaż w tym momencie akurat kieliszek tequili. I to, że czuła coś znała jej ojca nie miało nic do rzeczy. Wyjaśniła sytuację koleżance i pożegnała się z nią, bo wiedziała, że to nie będzie pięć minut. Zainterweniowała. Wdała się w pyskówkę z chłopakami, ale no bądźmy szczerzy… gówniarze nie mieli z nią szans. Potrafiła być wyszczekana, gdy sytuacja tego od niej wymagała. Wyprowadziła dziewczynę przed klub, usadziła na niskim murku niedaleko wejścia, żeby ochłonęła i trochę wytrzeźwiała, a sama zaczęła nerwowo wydzwaniać do Tony’ego. Czy zdążył ją wyprowadzić z równowagi? Oczywiście. Ale to mogło w tym momencie zejść na dalszy plan.
- Muszę cię zmartwić, dzieciaku. Twój ojciec zaraz po ciebie przyjedzie. – rzuciła do dziewczyny, siadając obok niej na murku i pozwalając, żeby ta (zaraz po tym jak jęknęła żałośnie na informację o ojcu) oparła głowę na jej ramieniu. Co najmniej jakby były przyjaciółkami, a nie właśnie na nią nakablowała – no bo czy można było to inaczej nazwać? Co jakiś czas zerkała na telefon i rozglądała się za Bellore, a kiedy zobaczyła go idącego w ich kierunku – Poczekaj tu na mnie. – rzuciła do dziewczyny i wyszła mu parę kroków naprzeciw – Dwa głębsze oddechy i nie dramatyzuj, okej? – rzuciła do Anthony’ego.



anthony bellore

Castling

: sob sie 29, 2026 1:19 pm
autor: anthony bellore
Dwadzieścia jeden minut.
Dokładnie tyle zajęło mu pokonanie trasy z domu na przedmieściach Toronto do ścisłego centrum miasta; trasy, na którą w godzinach szczytu trzeba było poświęcić przynajmniej godzinę (tak mówi google) i która nawet wieczorem – tak jak teraz, przy prawie pustych ulicach – musiała zająć mniej więcej dwa kwadranse. Ktoś mógłby powiedzieć, że to żaden flex, bo prawdopodobnie można zrobić to jeszcze szybciej, a ktoś inny, że totalne szaleństwo, skoro młoda była już zaopiekowana, a jej życie nie pozostawało w niebezpieczeństwie, natomiast – umówmy się – Anthony był tylko zmartwionym rodzicem i kiedy wyjeżdżał na ulice, interesowała go tylko jego córka. Zwłaszcza, odkąd zauważył, że w rodzinnej aplikacji śledzącej nie było żadnego śladu po pinezce należącej do Brooke. I to wszystko działo się na jego „warcie”.
Tak się bowiem koleje losu ułożyły, że rodzina Bellore żyła przez ostatnich kilka dni pod całkowitym przewodnictwem Tonyego. Jego żona, Kimberly, z początkiem tygodnia zabrała ich najmłodszą pociechę na krótkie wakacje do swoich rodziców (zgodnie z planem, a nie uciekając przed mężem-przemocowcem, żeby nie było), więc pozostała dwójka zdana była tylko na swojego ojca. Albo on był zdany na nich. W każdym razie – to wcale nie tak, że Anthony był tą misją jakoś wielce przytłoczony; to po pierwsze się już zdarzało, a po drugie – miał do czynienia z coraz bardziej samodzielnymi nastolatkami, więc układało się jeszcze lepiej niż dobrze. I chyba właśnie to uśpiło jego czujność, bo kiedy Brooke wychodziła nocować do koleżanki, nawet nie pomyślał o tym, żeby chociaż zapytać do której. A przecież powinien, bo tym razem – wyjątkowo – nawet nie spytała o kluczyki do auta.
I właśnie to przerażało go chyba jeszcze bardziej niż zachowanie jego córki. Pod okiem Kimberly to nigdy by się nie wydarzyło; nie dlatego, że była jakąś straszną despotką i kontrolowała ich dzieci (choć aplikacja z gpsem była jej pomysłem), ale ponieważ miała z nimi znacznie lepszy kontakt. To właśnie ją mieli na co dzień i przez nią przechodziło większość spraw, więc na pewno wiedziałaby, że młodą najłatwiej będzie znaleźć w jakimś klubie, a nie na maratonie Pamiętników Wampirów u którejś z tych wszystkich koleżanek, które traktowały Kim jak trochę starszą koleżankę.
Wychodząc z domu, nie powiedział Vinceowi, gdzie się wybierał. „Mam coś do załatwienia” padało przy ich stole wystarczająco często, żeby już nie zadawał zbędnych pytań. Nawet jeśli – tak jak teraz – po zachowaniu ojca coś przeczuwał. Przecież nie mógł się tak wściec o kolejny wpierdol w grze, na którą razem marnowali wieczór przy konsoli.
Auto wreszcie zatrzymało się z piskiem opon. Zastawiało w tej chwili przynajmniej dwa zaparkowane przed klubem samochody, ale Anthony miał to gdzieś. Wyskoczywszy z auta, w stronę murku ruszył szybkim marszobiegiem i gdyby nie to, że Love wyszła mu naprzeciw, skutecznie blokując drogę, prawdopodobnie zerwałby się do biegu; tak bardzo był naćpany adrenaliną.
Gdzie ona jest? – Krzyknął prawie, jakby wcale nie widział znajomej drobnej, kobiecej sylwetki kilka kroków za plecami dziennikarki. – Daj mi… – Próbował ją wyminąć, ale praca nóg redaktor Roderick była na na poziomie swojego chłopaka-koszykarza elitarnym, tak skutecznie blokowała mu przejście. – Cholera, mam w dupie twoje dwa oddechy. Tam jest moja córka i ja muszę wiedzieć, co się dzieje – warknął w momencie, w którym zdesperowana Love spróbowała go zatrzymać, opierając ręce na jego klatce piersiowej. Dopiero wtedy tak naprawdę obrzucił ją spojrzeniem i również dopiero wówczas zorientował się, jaki dresscode obowiązywał w środku. – I co to w ogóle, kurwa, za burdel?

Love Roderick

Castling

: wt wrz 01, 2026 7:03 pm
autor: Love Roderick
Możliwe, że popełniła błąd dzwoniąc do Anthony’ego. Trzeba było zabrać dziewczynę do siebie, albo po prostu odwieźć do domu, wrzucić z taksówki na progu domu i tyle… nie musiała do niego dzwonić. Tylko teraz było już za późno. I widząc go pokonującego zatłoczony chodnik przed klubem z miną rozjuszonego byka… była tego brutalnie świadoma. To było głupie, a ona pewnie oberwie w tym wszystkim rykoszetem tylko dlatego, że próbowała być porządna. Bo tak... mogła odwrócić wzrok tak jak dziesiątki innych osób, które widziały Brooke w tym stanie. Mogła ograniczyć się do kilku słów, do zamówienia jej taksówki… mogła zrobić dużo mniej, a jednak uparła się, że najlepiej będzie zadzwonić po jej ojca, żeby mieć całkowitą pewność, że dziewczyna będzie bezpieczna. Czy prawdopodobnie na zawsze ją przez to znienawidzi? Cóż… to tylko jeden z kilku powodów przez które mogła. Zresztą chyba najmniejszy.
Nie była rodzicem. Nigdy nie miała też ojca, który chociaż w promilu przejmował się nią tak jak Tony w tym momencie przejmował się stanem Brooke. Ale jednocześnie nie chciała, żeby on dodatkowo zszedł tu na zawał. Dwóch ledwie przytomnych Bellore na raz to zdecydowanie za dużo jak na Love, która przecież sama wypiła tego wieczora kilka drinków.
- Przestań robić szopkę! – wycedziła przez zęby, patrząc mu prosto w oczy i nie zabierając dłoni z jego klatki piersiowej. Robił przedstawienie, zwracał na nich uwagę postronnych obserwatorów… pijana dziewczyna przed klubem to jedno, wyciągająca ją z klubu koleżanka to drugie, nawet zaniepokojony ojciec nie był aż taki dziwny. Mimo wszystko jednak oboje byli osobami w jakimś stopniu publicznymi… ktoś nawet w stanie wskazującym mógł połączyć kropki – I to chyba już nie twój problem. – dodała również cedząc przez zęby, gdy skomentował jej ciuchy, jej tęczówki pociemniały i ewidentnie nabrała bardziej bojowego wyrazu twarzy. Naprawdę chciał się wdawać w tego typu pyskówki? Miała nie gryźć się w język?
- Ten sam, który wyciągnął ze środka twoją najebaną córkę, żeby nie zaliczyła pijackiego numerku w klubowej toalecie z nieodpowiednim, równie najebanym gościem, żeby jutro mogła na siebie spojrzeć w lustrze i żeby bezpiecznie wróciła do domu, bo ewidentnie przyjaciele ją zawiedli. – dodała, bez gryzienia się w język, ale jednocześnie tak, żeby tylko on mógł usłyszeć jej słowa. Nie zamierzała robić awantury na pół chodnika, a przynajmniej naprawdę mocno się starała, bo ostatecznie nie miała pojęcia jak zareaguje Bellore. Ale nie uważała, żeby zasługiwała na to, żeby ją oceniał. Mogła wyglądać jak typowa dziwka, ale niekoniecznie robiło to z niej dziwkę. Był w tym dużo lepszy niż jej najkrótsza sukienka i najwyższe obcasy – Więc nic się nie dzieje. Wypiła za dużo alkoholu, chyba pamiętasz jak to jest mieć dwadzieścia lat. Daj jej się wyspać, pamiętaj o wodzie i nie urządzaj awantury od samego rana to nie znienawidzi cię przed południem. – dodała, podniosła dłonie i zrobiła krok do tyłu, żeby już nie zagradzać mu drogi do córki. Nie chciał wziąć dwóch oddechów to nie, łaski bez. Ona swoją rolę tutaj już odegrała.


anthony bellore

Castling

: śr wrz 02, 2026 8:45 pm
autor: anthony bellore
Co ciekawe – to dopiero kiedy trzasnął drzwiami samochodu (z tą miną rozjuszonego byka warto dodać), zorientował się, że właśnie złamał pół kodeksu drogowego tylko dlatego, że była kochanka napisała mu kilka histerycznych smsów. Gdyby miał jakieś dwadzieścia pięć lat i naglącą potrzebę, to pewnie dałoby się to zrozumieć, ale patrząc na chłopa, któremu bliżej było do piachu niż do kołyski, chyba jednak trudno traktować go poważnie. No… Ale okay – Love nie miała na koncie żadnego występu a’la ex ze złamanym sercem, a poza tym jej historia nabrała wiarygodności dzięki technologii i inwigilacji (o czym za chwile), więc być może dałoby się to jakoś wytłumaczyć. Zwłaszcza, że Anthony ubrał swoje big boy pants i przynajmniej aż do tej pory – załatwiał to sam, na własną rękę, bez pomocy żony, lokalnych władz albo szemranych, emerytowanych komandosów, z którymi współpracował w fundacji.
I nie – nie popełniła błędu. Jej zrozumienie tego pewnie trochę zajmie, bo Bellore był wściekły i to nie robiło z niego najbardziej przystępnego mężczyzny na świecie, a więc i ta konfrontacja miała potencjał na bycie mało sympatyczną, natomiast jemu wystarczyło jedno spojrzenie rzucone w kierunku skulonej na murku sylwetki; to faktycznie była Brooke, a Love prawdopodobnie miała rację, diagnozując jej stan. Niestety – tymczasowo problem polegał na tym, że poczucie ulgi miało zbyt skromną siłę przebicia, żeby szczelnie wypełnić myśli Anthonyego, zatem balansował między złością, rozczarowaniem i wstydem, które w połączeniu z adrenaliną po tym samochodowym rajdzie faktycznie robiły z niego pacjenta w stanie przed zawałowym (bardziej przed-przed).
Przecież nic nie robię – mimowolnie wypadło mu jeszcze z ust, tuż przed tym jak dotarło do niego, gdzie trzymała ręce i że z boku mogli wyglądać na szarpiącą się parę. Zatrzymał się. – Jak, kurwa, nie mój problem? – Warknął. – Ona też musiała tam jakoś wejść. – Wbrew pozorom – on wcale nie chciał ani nie próbował obrazić Love; po prostu w stresie mówił wszystko to, co ślina przynosiła mu na język, więc skończonym fiutem był tylko przez przypadek. To przecież tłumaczyłoby, dlaczego Kimberly czasem szukała swoich sukienek. Ale to chyba nie była dobra wymówka. Roderick słuchała go uważniej.
O czym ty… – Roderick nie tylko słuchała go uważniej, ale do tego musiała mieć jeszcze mnóstwo cierpliwości, skoro ciągle jeszcze nie wypłaciła mu, nomen omen, ojcowskiego na otrzeźwienie. Anthony ewidentnie nie nadążał za jej słowotokiem. Clou jej gierek słownych docierał do niego z opóźnieniem, a jej oskarżenia po prostu mu umykały. Myślał tylko o Brooke – o niej, o sytuacji w jakiej się znalazła i jak chujowym musiał być rodzicem, skoro nie tylko musiała go okłamać, ale i po prostu jej się to udało. – Jakim gościem – Och, to oczywiste, że zafiksował się przede wszystkim na tym. Nie mogła być zdziwiona. – Ja jak miałem dwadzieścia lat, to… – Chciał skontrować po boomersku i rzucić coś chwytliwego o strzelaniu do terrorystów, ale główna bohaterka wieczoru przerwała im rozmowę całkiem spektakularnym zwymiotowaniem na chodnik. – Faktycznie, kurwa. Nic się nie dzieje – prychnął i wyminąwszy Love zwinnym susem, ruszył w stronę Brooke. – Jest naćpana? Dorzucili jej czegoś? – Zapytał, kiedy usłyszał, że stukot szpilek o chodnik znów „był” blisko i szli prawie ramię w ramię; zapytał ciszej – spokojniej, miękko. Trochę jakby złagodniał – może zmartwiony stanem młodej albo tym, że robił szopkę na jej oczach, a może jednak zorientował się, że jednak nie potrafił tego ogarnąć i próbował poprosić o pomoc. – Powinniśmy jechać do szpitala? – Zdążył dodać jeszcze zanim znaleźli się na tyle blisko, żeby wreszcie rozpoznał twarz córki. Albo żeby ona rozpoznała jego, bo po tym jak rzuciła mu krótkie spojrzenie (twarz miała bladą jak papier, ale jej zdziwiono-zirytowany wyraz był całkiem zabawny), przeniosła je na Love i rzuciła z niesmakiem w jej stronę.
- Ja pierdolę, laska naprawdę nasłała na mnie federalnych.

Love Roderick

Castling

: śr wrz 02, 2026 10:29 pm
autor: Love Roderick
Może brała to do siebie zbyt personalnie. Czy byłoby to coś zaskakującego? Nie. Ich ostatnie rozmowy… nie należały do najbardziej udanych. Zaczynając od tej po amerykańskiej stronie granicy, przez wieczór w klubie pełnym bardzo ważnych osób aż po dzisiaj. W ani jednym momencie nie mieli nic złego na myśli, a mimo wszystko udawało im się wyprowadzić się z równowagi. Udawało im się mówić rzeczy… znaczy okej, bądźmy konkretni – jemu udawało się mówić rzeczy, które trafiały dokładnie tak, gdzie miały trafić. I bolały dokładnie tak, jak boleć powinny. Więc oczywistym było, że potraktowała jego przytyk jako coś osobistego… i niepotrzebnie się uruchomiła.
Nie powinna mówić tego wszystkiego. Nie powinna zrzucać tego na jego głowę, nie powinna wtajemniczać go w każdy jeden szczegół tego niefortunnego wyjścia Brooke. Nie powinna też podchodzić do tego tak emocjonalnie i… personalnie. Bo ona w wieku dwudziestu lat też imprezowała. Ba! W wieku osiemnastu lat imprezowała i bywała w dużo gorszym stanie niż panna Bellore. Tylko nikt nigdy jej nie wyciągnął za szmaty z jednego, czy drugiego klubu. Nikt nigdy nie powstrzymał jej przed robieniem głupot. Nikt nie mógł zadzwonić po jej ojca, czy nawet któregokolwiek z facetów jej matki… żaden z nich nie złamałby dziesiątek przepisów ruchu drogowego, żeby upewnić się, że była bezpieczna. No cóż… skłamałaby, gdyby powiedziała, że nie zazdrościła. Chociaż zazdrość to zupełnie nieodpowiednie słowo i redaktor Roderick doskonale wiedziała, że to nie to.
Spojrzała na dziewczynę, która postanowiła im przerwać… i mimowolnie się skrzywiła, bo to nie był najprzyjemniejszy dla oka widok. Teoretycznie mogłaby się już wycofać. Dziewczyna miała pomoc, teraz już powinna bezpiecznie wrócić do domu, ona mogła wrócić do swojego życia… a mimo wszystko automatycznie ruszyła za Bellore, równając się z nim ramię w ramię.
I chociaż głęboka pionowa zmarszczka pojawiła się na jej czole, jakby zastanawiała się nad zadanym przez niego pytaniem to jednak ostatecznie pokręciła głową – Nie wydaje mi się. Dziewczyny po tabletkach całkowicie odcina… z nią jest kontakt, nawet próbowała protestować. – kącik ust drgnął jej w lekkim rozbawieniu, bo oczywiście, że Brooke wolała zostać w klubie – przecież doskonale się bawiła! To, że została z niego wyciągnięta doceni albo jak wytrzeźwieje… albo za kilka lat. Love jednak wcale nie oczekiwała wielkiej wdzięczności – nie dlatego to zrobiła – Więc wydaje mi się, że to tylko alkohol. Nie wszyscy nadają się do picia tequili. Więc ogarniesz to, Tony. Bez mieszania osób trzecich. – nie wierzyła, że nie wiedział jak zachowywać się w towarzystwie pijanych dwudziestolatków. Bo nawet jeśli sam w tym wieku strzelał do terrorystów to jednak żył w społeczeństwie i to przez ładny kawałek czasu…
- Obawiam się, dzieciaku, że federalni w tym momencie byliby dla ciebie mniejszym problemem. – rzuciła, a widząc jak kolor jej twarzy się zmienia, gdy chciała coś odpyskować… schowała dumę do kieszeni i postanowiła jeszcze przez moment pobawić się w superbohaterkę, tym bardziej, gdy Tony’ego tak bardzo to zmartwiło, że aż przerosło. Gdy dziewczyna się pochyliła, żeby wyrzucić z siebie kolejną porcję treści żołądkowej – przytrzymała jej włosy. Przeklęła się za to w myślach, ale widocznie – mimo sypiania z żonatym facetem – nadal była girl’s gir. Spojrzała przy tym jednak wymownie na Bellore – Nie przypominam sobie, żeby to zakładał nasz układ. – szepnęła, praktycznie bezgłośnie, więcej musiał się domyślić z ruchu jej warg niż z tego, co dotarło do jego uszu – Lepiej ci? Dasz radę jechać do domu, czy jeszcze nie skończyłaś? – i lepiej, żeby poczekali, żeby ładna skórzana tapicerka samochodu Bellore nie przypominała chodnika przed klubem?


anthony bellore

Castling

: czw wrz 03, 2026 9:39 pm
autor: anthony bellore
Otóż… Wręcz przeciwnie – powinna. Paradoksalnie jednak powinna.
Chyba.
Bellore bowiem chyba potrzebował usłyszeć wykład na ten temat w dokładnie takim tonie. Niekoniecznie dlatego, że wciąż widział w Brooke córeczkę tatusia i nie kupował gadki o tej całej dorosłości, ale ponieważ był tak bardzo przebodźcowany, że tylko równie silny charakter mógł go powstrzymać przed „znienawidzi cię przed południem”. Love taka jak teraz – silna, zaangażowana, szczera – wyświadczała Anthonyemu przysługę; jemu i jego na wpół przytomnej córce, a także (w przyszłości świadomej całego zamieszania lub nie) Kimberly i może nawet chłopakowi, którego młoda przyprowadzi do domu jako pierwszego po tym incydencie. Ergo: redaktor Roderick wyświadczała przysługę wszystkim, tylko nie sobie, bo gdyby poszło bardzo źle, to zostałaby żywą tarczą albo innym workiem treningowym, mimo że wcale nie musiała tego robić i wiedziała, jak gorzko to smakuje.
Protestować. – Prychnął Bellore. – Protestować to dopiero będzie. Zaufaj mi – spróbował zażartować, ale na odwzajemnienie uśmiechu Love już zabrakło mu weny. To, że była obok i nie umywała rąk od pomocy, Anthony bardzo doceniał i kiedyś z pewnością będzie jej za to wdzięczny, natomiast umówmy się: przyglądając się, jak jego pierworodna pod siebie rzyga, jednak nie miał prawa wyluzować. – Więc tylko piła? – Zapytał zatem dość przewidywalnie i głupio zresztą też, ale hej – ciągle był nerwowym i trochę zdesperowanym rodzicem, i to nic dziwnego, że na gorąco myślał tak, jakby cały świat kręcił się wokół niego i jego horej curki córki.
Ohhh! – Zawył pretensjonalnie, zgodnie zresztą ze swoim południowym rodowodem, próbując dojść do głosu w środku wymiany argumentów między kobietami. – Język, Brooke! – Zganił dziewczynę i charakterystycznie, w swoim stylu odmachnął dłonią w geście poirytowania, jakby przecinając powietrze ciosem karate, ale od dołu w górę, a nie na odwrót.
I co? Nadal nie wierzysz, że to federalny? – Skwitowała uwagę swojego ojca Brooke, uśmiechając się do Love tak pięknie, jak tylko potrafiła w swoim aktualnym stanie. Potem czknęła raz i drugi, i za chwilę wróciła do upiększania chodnika.
To jakiś slang? Bardzo mi ubliża? – Anthony również zwrócił się bezpośrednio do dziennikarki. Rozchmurzył się nieco i kręcąc z niedowierzaniem głową, nieśmiało uśmiechnął się do siebie półgębkiem na fali poczucia ulgi, które powolutku rozpychało się po jego świadomości. Świadomość, że młoda była zaopiekowana i bezpieczna, ewidentnie znaczyła dużo. – Ja to… – Żachnął się, ale Love miała znacznie lepszy refleks i jako pierwsza dopadła do Brooke z pomocą, w efekcie czego jedynie przyglądał się jak próbuje ulżyć bolączkom młodej, samemu przyklękując na jedno kolano (w bezpiecznej odległości od kałuży!). – Nie uwierzysz, ale ja też się na to nie pisałem – mruknął pół żartem, pół serio, a po twarzy znów przemknął mu cień zawstydzającego uśmiechu. Zawstydzającego, bo nagle przyłapał się na poczuciu gorąca w miejscu, w którym Roderick opierała dłonie, gdy próbowała go zatrzymać. Najprościej byłoby powiedzieć, że to dlatego, że zajrzał jej w dekolt (bo… zajrzał), że uderzył go zapach znajomych perfum albo że sukienka, którą miała na sobie, była tak krótka, jak tamta, co do której cierpliwość stracił wtedy już w drzwiach hotelowego apartamentu i w pośpiechu zamykał je tylko po to, żeby mogła się o nie oprzeć (no dobra, nie tylko, ale prawie, ok), ale to chyba nie było takie proste. Chodziło o coś większego, ważniejszego – o coś, co może nawet byłby w stanie wydedukować, gdyby nie to, że ich spojrzenia w końcu się skrzyżowały, a on zorientował się, że patrzył już zbyt długo. – Dobra, daj. Zamienimy się – bardziej zarządził niż zaproponował i wyciągnął ręce, żeby zmienić dziennikarkę w tym jakże zaszczytnym gnuśnym obowiązku. – Powinnaś zmykać. On pewnie zacznie cię szukać, a ja nie chciałbym, żeby w szatni Raptors plotkowali o… Żeby plotkowali o tym – dodał luźno, bez szpilki ani podtekstu i zgodnie z tym, co powiedział jej o szczęściu, kiedy odchodził od baru jakiś czas temu. Próbował się o nią zatroszczyć, tak jak ona zatroszczyła się o Brooke. Ale że Love zrozumie to w ten sam sposób? Cóż, miał tylko nadzieję, nie pewność.

Love Roderick