Castling
: czw sie 27, 2026 7:32 pm
Wychodząc z domu nie przypuszczała, że ten wieczór skończy się nerwowym wybieraniem numeru telefonu do Bellore, który to uparcie jej połączenia ignorował. A tym razem naprawdę nie chodziło o nią. Nie potrzebowała go dla siebie. Znaczy… potrzebowała, ale duma nie pozwalała jej się do tego przyznać, więc dusiła to w zarodku. Dzisiaj? Teraz? Sprawa była znacznie poważniejsza.
Zwykły wieczór w klubie… nie odmówiła znajomej, która zaproponowała wyjście do jednego z lokali. Miała się dobrze bawić. To dlatego sukienka, którą wybrała była ciut za krótka, a buty ciut za wysokie – nie miało to jednak większego znaczenia, bo przecież była wolnądwudziestoośmiolatką dwudziestodziewięciolatką. Zresztą planowały bawić się bardzo kulturalnie! Najpierw poszły na kolację, żeby nadrobić życiowe zaległości, wypiły drinka albo dwa… i dopiero wtedy przeniosły się do jednego z popularniejszych w mieście klubów. Było głośno, tłoczno, anonimowo a alkoholu lało się sporo. Kłamstwem byłoby stwierdzenie, że Love Roderick była całkowicie trzeźwa, bo… bo nie. Ale słowo honoru, że wytrzeźwiała w momencie, gdy wśród anonimowego tłumu mignęła jej twarz, która anonimowa nie była. Brooke Bellore. Szybka matematyka jasno wskazywała, że dziewczyny nawet nie powinno tu być, bo polityka klubu była jasna – wstęp od dwudziestu jeden lat. Jakby nie liczyła to Brooke miała ich dopiero dwadzieścia. I okej, Love nie była święta - szlajała się po klubach, gdy nie miała nawet lat osiemnastu, ale po pierwsze nie była córką lokalnego konserwatywnego polityka, a po drugie… no nie pamięta wół! I prawdę powiedziawszy zignorowałaby to wszystko, gdyby nie stan, w którym dziewczyna się znajdowała. Zdecydowanie wypiła o kilka szotów za dużo. I to prawdopodobnie Roderick też by zignorowała, gdyby młodej Bellore towarzyszyła grupa koleżanek, które wydawałyby się zainteresowane stanem przyjaciółki. Tak nie było. A towarzystwo dziewczyny stanowiło dwóch knypków w stanie również wskazującym na spożycie zbyt dużej ilości alkoholu. Jeden z nich zresztą trzymał rękę zdecydowanie zbyt wysoko na udzie dziewczyny, która ledwie kontaktowała z rzeczywistości.
I właśnie przez to w Love się zagotowało. Pewnie na palcach jednej ręki policzyłaby koleżanki oraz znajome, które nie zaliczyły klubowego romansu albo do których nie dobierał się równie wstawiony kolega/chłopak poznany na miejscu. Żadna z nich następnego ranka nie czuła się z tym dobrze. Więc teraz? Gdy mogła uchronić przed tym jakąś dziewczynę? Przytrzymaj mi piwo. Chociaż w tym momencie akurat kieliszek tequili. I to, że czuła coś znała jej ojca nie miało nic do rzeczy. Wyjaśniła sytuację koleżance i pożegnała się z nią, bo wiedziała, że to nie będzie pięć minut. Zainterweniowała. Wdała się w pyskówkę z chłopakami, ale no bądźmy szczerzy… gówniarze nie mieli z nią szans. Potrafiła być wyszczekana, gdy sytuacja tego od niej wymagała. Wyprowadziła dziewczynę przed klub, usadziła na niskim murku niedaleko wejścia, żeby ochłonęła i trochę wytrzeźwiała, a sama zaczęła nerwowo wydzwaniać do Tony’ego. Czy zdążył ją wyprowadzić z równowagi? Oczywiście. Ale to mogło w tym momencie zejść na dalszy plan.
- Muszę cię zmartwić, dzieciaku. Twój ojciec zaraz po ciebie przyjedzie. – rzuciła do dziewczyny, siadając obok niej na murku i pozwalając, żeby ta (zaraz po tym jak jęknęła żałośnie na informację o ojcu) oparła głowę na jej ramieniu. Co najmniej jakby były przyjaciółkami, a nie właśnie na nią nakablowała – no bo czy można było to inaczej nazwać? Co jakiś czas zerkała na telefon i rozglądała się za Bellore, a kiedy zobaczyła go idącego w ich kierunku – Poczekaj tu na mnie. – rzuciła do dziewczyny i wyszła mu parę kroków naprzeciw – Dwa głębsze oddechy i nie dramatyzuj, okej? – rzuciła do Anthony’ego.
anthony bellore
Zwykły wieczór w klubie… nie odmówiła znajomej, która zaproponowała wyjście do jednego z lokali. Miała się dobrze bawić. To dlatego sukienka, którą wybrała była ciut za krótka, a buty ciut za wysokie – nie miało to jednak większego znaczenia, bo przecież była wolną
I właśnie przez to w Love się zagotowało. Pewnie na palcach jednej ręki policzyłaby koleżanki oraz znajome, które nie zaliczyły klubowego romansu albo do których nie dobierał się równie wstawiony kolega/chłopak poznany na miejscu. Żadna z nich następnego ranka nie czuła się z tym dobrze. Więc teraz? Gdy mogła uchronić przed tym jakąś dziewczynę? Przytrzymaj mi piwo. Chociaż w tym momencie akurat kieliszek tequili. I to, że czuła coś znała jej ojca nie miało nic do rzeczy. Wyjaśniła sytuację koleżance i pożegnała się z nią, bo wiedziała, że to nie będzie pięć minut. Zainterweniowała. Wdała się w pyskówkę z chłopakami, ale no bądźmy szczerzy… gówniarze nie mieli z nią szans. Potrafiła być wyszczekana, gdy sytuacja tego od niej wymagała. Wyprowadziła dziewczynę przed klub, usadziła na niskim murku niedaleko wejścia, żeby ochłonęła i trochę wytrzeźwiała, a sama zaczęła nerwowo wydzwaniać do Tony’ego. Czy zdążył ją wyprowadzić z równowagi? Oczywiście. Ale to mogło w tym momencie zejść na dalszy plan.
- Muszę cię zmartwić, dzieciaku. Twój ojciec zaraz po ciebie przyjedzie. – rzuciła do dziewczyny, siadając obok niej na murku i pozwalając, żeby ta (zaraz po tym jak jęknęła żałośnie na informację o ojcu) oparła głowę na jej ramieniu. Co najmniej jakby były przyjaciółkami, a nie właśnie na nią nakablowała – no bo czy można było to inaczej nazwać? Co jakiś czas zerkała na telefon i rozglądała się za Bellore, a kiedy zobaczyła go idącego w ich kierunku – Poczekaj tu na mnie. – rzuciła do dziewczyny i wyszła mu parę kroków naprzeciw – Dwa głębsze oddechy i nie dramatyzuj, okej? – rzuciła do Anthony’ego.
anthony bellore