To, co Love Roderick wzięła za jego grę aktorską i próbę zachowania ich znajomości w tajemnicy, w istocie było tylko szczerym pytaniem bazującym na przeświadczeniu, że mogła nocować u zawodnika Toronto Raptors, z którym przyszła na imprezę do redaktora
Mazurka Simnela. Albo… No dobra, niech będzie – to nie było tylko pytanie o adres. Przy okazji – w mniej lub bardziej dyskretny sposób – Anthony próbował wybadać sytuację, ciągnąć to swoje prywatne dochodzenie w sprawie jej… No właśnie. W sprawie czego? Jej związku? Situationship? Jakkolwiek inaczej nazywali to ludzie w jej wieku? Czymkolwiek to było, skoro spędzała czas w takich miejscach? W każdym razie – czynił to z duszą na ramieniu, bo odkąd zobaczył ją u boku tamtego koszykarza, na własnej skórze poznawał stwierdzenie „never meet your idols”. Niby w jego przypadku perspektywa była nieco zakrzywiona i dotyczyła zgoła odmiennych kwestii niż w typowych parasocjalnych relacjach z celebrytami, natomiast i tak wolałby uniknąć zaparkowania przed jakąś nieludzko drogą willą albo innym apartamentowcem, gdzie czekałby na nią sportowiec, za którego oglądanie Tony płacił horrendalne pieniądze. Był już za stary, żeby znaleźć się w takiej pozycji. I to niezależnie od tego, jak mocno wmawiałby sobie, że
idoli to miał w lepszych drużynach Raptors albo że życie Love Roderick już nie było jego sprawą.
(I tak, to głupie i dziecinne, ale relacje dorosłych mężczyzn z ulubionymi drużynami właśnie takie są: dziecinne, irracjonalne i przeemocjonowane.
Z kobietami zresztą też.)
Bellore nie był zatem przekonany, czy dał po sobie poznać ulgę, kiedy z ust dziennikarki wypadła nazwa zamieszkiwanego przez nią osiedla, ale niektórych uśmiechów po prostu nie da się powstrzymać. Ten, który przemknął mu po twarzy, był zdecydowanie jednym z nich. Oczywiście – to, rzecz jasna, jeszcze nic nie znaczyło, ale przynajmniej otwarcie nie godziło w jego przerośnięte, męskie ego, honor i tak dalej. Pod dobrze znanym adresem była znacznie mniejsza szansa, że zaśnie w zimnej pościeli.
Ale dlaczego ty się w ogóle tym przejmujesz?
Anthony wziął głębszy oddech.
–
Musiała mnie okłamać, żeby tu przyjść. To chyba wystarczający argument – mruknął gnuśnie, mimowolnie krzywiąc twarz. –
A poza tym dzieci „nie złych” ojców nie przychodzą w takie miejsca – dodał prawie natychmiast, znów pozwalając sobie na luksus nie myślenia o tym, co wypada powiedzieć na głos. I ponownie prędko pożałował tej naiwności. –
Z całym szacunkiem, oczywiście – Wtrącił, posyłając jej skruszone spojrzenie (o ile mogła je rozpoznać w tym mroku), ale na pełnoformatowe przeprosiny zabrakło mu weny. Albo odwagi. Tak czy siak – brzmiał przy tym tak, jakby jej słowa przeleciały mu mimo uszu. W istocie słuchał ich jednak bacznie, ale po prostu nie traktował ich poważnie. Był wdzięczny, ale się nie przywiązywał. –
Nie musisz mówić tego, co chciałbym usłyszeć. Nie musisz robić wszystkiego, żebym czuł się żałośnie – prychnął więc przewrotnie i odmachnął ręką, jakby próbował te odczucia przepłoszyć. Wbrew pozorom nie miał zamiaru się nad sobą użalać.
I jej też nie zamierzał na to pozwolić.
–
Wiesz – podjął po krótkiej chwili ciszy, którą spędził na przyglądaniu się Love. Odwrócona w stronę jezdni, jakby zawstydzona, zrobiła dla tej rozmowy znacznie więcej niż mogłaby wyrazić słowami. „Wiem jak to jest”
uderzyło inaczej. –
Gdybym cię nie znał… – Anthony obniżył ton do bardzo intymnego szeptu, rzucając wcześniej przelotne spojrzenie przez ramię, na drzemiącą córkę. –
Gdybym cię nie znał, to pomyślałbym, że to jakiś podstęp. Że próbujesz zwrócić na siebie uwagę czy coś w tym stylu. Wiesz, o czym mówię, prawda? – Wykorzystując odcinek drogi, który pokonywali, snując się za toczącym się z wolna radiowozem, Bellore przyglądał się, jak wpadające z ulicy promienie wielkomiejskiego światła fantazyjnie przesuwały się po profilu pogrążonej w melancholijnym zamyśleniu twarzy Love. Pomyślał, że teraz wcale nie dziwił się sobie sprzed dwóch czy trzech lat. Była urzekająca. –
Właściwie to ja powinienem przepraszać. Ten „burdel”… – Przerwał krępującą ciszę albo uprzedził kontrę z jej strony. –
Teraz to już bez znaczenia, ale ja tak wcale nie pomyślałem. To po prostu było pierwsze, co ślina przyniosła mi na język i… Cholera, znasz mnie trochę, Love. To nie ja. – Ciszej prawdopodobnie się już nie dało, o czym najlepiej świadczyła delikatnie pochylona w jego stronę głowa Love. I wtedy pewnie oboje niemal zeszli na zawał.
–
Ona była taka zajebista, tato – pijacki bełkot Brooke dobiegał zza pleców Love; tak jakby młoda nie zmieniła pozycji, ale i tak Tonyemu zdawało się, że oboje w ułamku sekundy usiedli w swoich fotelach „na baczność”.
–
K… Kto? – Zapytał skołowany, po tym jak ostrożnym zerknięciem we wsteczne lusterko upewnił się, że byli względnie bezpieczni (o czym zresztą dał znać Love nieznacznym kiwnięciem głową). –
I co to w ogóle za słownictwo, młoda damo? – Próbując zachować spokój, odezwał się w zupełnie nie swoim stylu, ale na szczęście Brooke nie bardzo trzymała kontakt z bazą.
–
Ta laska, z którą rzygałam – odparła dziewczyna i zanim wtrąciła „to znaczy – wymiotowałam”, głupio się roześmiała. Żeby nie pójść w jej ślady, Bellore musiał mocno zagryźć wargi. –
Bali się jej, wiesz? Kazała im spierdalać, a oni… Tak, wiem. Słowa. – Brooke czknęła, przerywając na chwilę swoją klasyczną alko-opowieść, którą najprawdopodobniej koloryzowała. Ale hej – nawet nie zdawała sobie sprawy z tego, ile frajdy przyniosła swojemu wściekłemu ojcu. Również dlatego, że ta „zajebista laska” wszystkiego słuchała.
Love Roderick