express yourself don't repress yourself
: pt sie 28, 2026 5:19 pm
oops, I didn't know I couldn't speak my mind
O Jamesie Norwoodzie zdążył wyrobić sobie opinię mniej więcej w trzecim tygodniu zdjęć i już wtedy nie nazwałby go promyczkiem dobrej energii i motywacji.
W czwartym - najgorsza opinia pod najgorszymi przymiotnikami - była już nieodwracalna.
Producent należał do tego szczególnego rodzaju ludzi, którzy nawet gratulacje potrafili ubrać w formę reprymendy, a każde zdanie wypowiadali tonem sugerującym, że rozmówca powinien być wdzięczny za sam fakt znalezienia się w zasięgu ich głosu. Przez ostatnie miesiące Jonas nauczył się przyjmować jego uwagi z profesjonalnym spokojem; skinieniem głowy, zaciśnięciem szczęki i okazjonalną potrzebą zapalenia papierosa natychmiast po zakończeniu rozmowy.
Współpraca ta ubodła jego ego na wszystkie sposoby; stał w złym miejscu, źle trzymał sprzęt, źle ustawiał ostrość, źle uchwycał kadr. Szereg uwag wiecznie rzucanych pod nazwiska zgromadzonych na planie zebrało swoje pokłosie w atmosferze między ekipą. Miał wrażenie, że każdy poruszał się z dodatkowym ciężarem irytacji na barkach, sprawiającej że nie słyszał angażującego gwaru rozmów a jedynie echo ciężkich kroków osób, starających się już po prostu dobić do mety.
Bankiet wieńczący koniec zdjęć miał być pierwszym wieczorem od dawna, podczas którego Norwood nie miał już żadnego powodu, by mówić mu, gdzie powinien znaleźć się z kamerą. Jak się okazało, brak powodu nigdy specjalnie mu nie przeszkadzał, by skrzętnie rozporządzać jego czasem nawet poza godzinami i miejscem pracy.
Chwila rozmowy wystarczyła, by Jonas przestał tęsknić za planem zdjęciowym, dwunastogodzinną zmianą i ciężarem sprzętu na ramieniu. Odszedł od producenta przy pierwszej nadarzającej się okazji, zabierając ze sobą kieliszek whisky oraz resztki cierpliwości, której Norwoodowi nie udało się jeszcze zużyć.
Wytrzymał siedem minut.
Przy ósmej zaczął powierzać całą nadzieję w tym, że odpowiednia ilość alkoholu pozwoli mu przetrwać resztę wieczoru bez powiedzenia producentowi czegoś, co skutecznie ograniczyłoby liczbę jego przyszłych zleceń. Dziewiątego okrążenia już by nie zniósł, więc taktycznym było oddalenie się do przestrzeni ocalałych, gdzie puste miejsca przy stolikach na tarasie zachęcały swoim spokojem. Bezwiednie opadł na krzesło, pozwalając by jego plecy odbiły się od oparcia, a chłód drewna na moment przytrzymał go w zawieszeniu między przestrzenią.
— Chuj w kaszmirze — rzucił, wsuwając między usta papierosa a parsknięcie dobiegające gdzieś zza jego pleców uświadomiło mu, że najwyraźniej nie mruknął wystarczająco cicho.
Obejrzał się przez ramię, napotykając spojrzenie nieznajomej kobiety. Zamiast speszyć się faktem posiadania przypadkowej publiczności, zerknął jeszcze raz w stronę Norwooda, który zdążył już dopaść kolejną ofiarę. Potrafił czytać otoczenie; doskonale widział, jak jego rozmówczyni mnie koniuszkami palców swoją tiulową spódnicę i przestępuje rytmicznie z nogi na nogę. Była zestresowana, zakłopotana, a jej wzrok rozglądał się nerwowo po twarzach w poszukiwaniu wybawienia. Pomimo lekkiego współczucia, Jonas nie chciał interweniować.
Znacznie ciekawszym dla niego był zwrot do swojej nowej towarzyszki.
— To imponujące, w jakim stylu zorganizował przyjęcie z okazji tego, że wszyscy przestali dla niego pracować — odwrócił się bokiem na krześle, nie będąc pewnym czy siedząca nieopodal kobieta w ogóle miała ochotę na anse. Nie słysząc jednak przedwczesnego protestu, kontynuował. — Trzeba podziwiać konsekwencję w byciu nieznośnym — odpalił wiszącego pomiędzy ustami papierosa i natychmiast zaciągnął się dymem. Wypuszczając powietrze z ust dłonią odganiał zebrany w miejscu kłębek dymu.
Wysunął paczkę w jej stronę.
Pierwsza próba pojednania z nieznajomą.
hattie ackworth