handing out gold stars for tailor-made behaviour
: wt wrz 01, 2026 7:55 pm
002
for tailor-made behaviour
{outfit}
James Norwood jest niesamowicie nudny.
Być może istnieją osoby, które ciekawi to, co mówi – może nawet im to imponuje, ale Sloane Levinson nie zalicza się do tego grona. Słucha go z udawanym uśmiechem na ustach, jak opowiada te wszystkie anegdoty o aktorach i reżyserach kategorii najwyżej B, które nie są dla niej w żaden sposób interesujące. Jak każdemu białemu mężczyźnie w średnim wieku, który osiągnął jakiś tam sukces, wydaje się, że jest najciekawszą osobą i jego rozmówca tylko czeka, aż opowie mu o swoim życiu cokolwiek więcej, podczas gdy on sam nie jest wystarczająco zainteresowany swoim towarzyszem, by zadać mu jakiekolwiek pytanie, sprowadzające rozmowę na inne tory. Sloane za to z coraz większym zniecierpliwieniem czeka, aż będzie mogła skierować rozmowę nie tyle na siebie, co na jego narzeczoną. Tylko to ją w nim interesuje.
Tęskni za branżowymi imprezami, za czarowaniem producentów i reżyserów, za długimi przygotowaniami, by wieczorem wyglądać olśniewająco. Wie, że właśnie tak się prezentuje w ciemnoczerwonej sukience delikatnie odsłaniającej dekolt i z ustami pomalowanymi na ten sam kolor. Przyciąga spojrzenia, samej obdarowując nimi nielicznych.
Zwraca uwagę na Hattie u boku jej narzeczonego niedługo po tym, jak pojawia się na przyjęciu. Widzi ich razem wyłącznie na zdjęciach. Czym innym jest za to oglądanie ich na żywo, choć nadal z wygodnego dystansu. Spodziewa się jej obecności, skoro jej przyszły (ugh!) mąż jest powiązany ze światem filmu, ale nie jest tu ze względu na Hattie. Po prostu tęskni za tego typu wydarzeniami i pragnie znów być ich częścią, i to takimi większymi, w Hollywood, na których pojawiają się bardziej istotni w tej branży ludzie, niż tutaj, w Toronto. Ma jednak jakąś namiastkę poprzedniego życia i to musi jej wystarczyć.
To i testowanie granic cierpliwości Henrietty Ackworth.
Specjalnie wybiera moment, w którym Hattie nie ma przy nim. Tak, by spięła się na widok jej samej z Jamesem i zastanawiała się nad tym, co może mu mówić, gdy są sami. Niestety w rzeczywistości niewiele – chce się wtrącić, sprowadzić rozmowę na właściwe tory, ale on dalej mówi i mówi, a ona wciąż udaje, że nie tylko go słucha, co nawet jest szczerze zainteresowana, nawet jeśli wyłącza się co parę zdań. I gdy już traci wiarę w to, że uda jej się przejść zgrabnie i całkiem naturalnie do tematu Hattie, on w końcu przypomina sobie o swojej narzeczonej. Wspomina o zdjęciu z degustacji tortów, na którym wyglądają jak najprawdziwsze przyjaciółki. Zdąża mu jedynie wytłumaczyć, że kiedyś się razem uczyły w szkole aktorskiej, ale dopiero teraz, gdy obie mieszkają w tym samym mieście, odnawiają kontakt, co jest lekkim naciągnięciem, skoro spotkały się raz i to nie dlatego, że bardzo tego chciały i się na to umówiły. Zanim jednak zdąży powiedzieć cokolwiek więcej, u jego boku pojawia się Hattie.
– O wilku mowa! – rzuca, uśmiechając się szeroko na widok k o l e ż a n k i. A skoro mają być takimi dobrymi koleżankami, przywitanie jej szybkim całusem w policzek wydaje się w tej sytuacji odpowiednie. I choć jej czerwona pomadka nie zostawia śladu na jej skórze, delikatnie przejeżdża kciukiem w tym miejscu, aby zetrzeć niewidzialną plamkę. – Właśnie miałam opowiedzieć Jamesowi parę anegdotek z naszych szkolnych czasów – informuje ją z anielskim niemal uśmiechem na ustach.
hattie ackworth