ODPOWIEDZ
28 y/o
For good luck!
168 cm
aktorka na przymusowym urlopie
Awatar użytkownika
heard through the grapevine, she can be a diva, cold like minnesota, hotter than a fever
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

002
handing out gold stars
for tailor-made behaviour

{outfit}


James Norwood jest niesamowicie nudny.
Być może istnieją osoby, które ciekawi to, co mówi – może nawet im to imponuje, ale Sloane Levinson nie zalicza się do tego grona. Słucha go z udawanym uśmiechem na ustach, jak opowiada te wszystkie anegdoty o aktorach i reżyserach kategorii najwyżej B, które nie są dla niej w żaden sposób interesujące. Jak każdemu białemu mężczyźnie w średnim wieku, który osiągnął jakiś tam sukces, wydaje się, że jest najciekawszą osobą i jego rozmówca tylko czeka, aż opowie mu o swoim życiu cokolwiek więcej, podczas gdy on sam nie jest wystarczająco zainteresowany swoim towarzyszem, by zadać mu jakiekolwiek pytanie, sprowadzające rozmowę na inne tory. Sloane za to z coraz większym zniecierpliwieniem czeka, aż będzie mogła skierować rozmowę nie tyle na siebie, co na jego narzeczoną. Tylko to ją w nim interesuje.

Tęskni za branżowymi imprezami, za czarowaniem producentów i reżyserów, za długimi przygotowaniami, by wieczorem wyglądać olśniewająco. Wie, że właśnie tak się prezentuje w ciemnoczerwonej sukience delikatnie odsłaniającej dekolt i z ustami pomalowanymi na ten sam kolor. Przyciąga spojrzenia, samej obdarowując nimi nielicznych.
Zwraca uwagę na Hattie u boku jej narzeczonego niedługo po tym, jak pojawia się na przyjęciu. Widzi ich razem wyłącznie na zdjęciach. Czym innym jest za to oglądanie ich na żywo, choć nadal z wygodnego dystansu. Spodziewa się jej obecności, skoro jej przyszły (ugh!) mąż jest powiązany ze światem filmu, ale nie jest tu ze względu na Hattie. Po prostu tęskni za tego typu wydarzeniami i pragnie znów być ich częścią, i to takimi większymi, w Hollywood, na których pojawiają się bardziej istotni w tej branży ludzie, niż tutaj, w Toronto. Ma jednak jakąś namiastkę poprzedniego życia i to musi jej wystarczyć.
To i testowanie granic cierpliwości Henrietty Ackworth.
Specjalnie wybiera moment, w którym Hattie nie ma przy nim. Tak, by spięła się na widok jej samej z Jamesem i zastanawiała się nad tym, co może mu mówić, gdy są sami. Niestety w rzeczywistości niewiele – chce się wtrącić, sprowadzić rozmowę na właściwe tory, ale on dalej mówi i mówi, a ona wciąż udaje, że nie tylko go słucha, co nawet jest szczerze zainteresowana, nawet jeśli wyłącza się co parę zdań. I gdy już traci wiarę w to, że uda jej się przejść zgrabnie i całkiem naturalnie do tematu Hattie, on w końcu przypomina sobie o swojej narzeczonej. Wspomina o zdjęciu z degustacji tortów, na którym wyglądają jak najprawdziwsze przyjaciółki. Zdąża mu jedynie wytłumaczyć, że kiedyś się razem uczyły w szkole aktorskiej, ale dopiero teraz, gdy obie mieszkają w tym samym mieście, odnawiają kontakt, co jest lekkim naciągnięciem, skoro spotkały się raz i to nie dlatego, że bardzo tego chciały i się na to umówiły. Zanim jednak zdąży powiedzieć cokolwiek więcej, u jego boku pojawia się Hattie.
– O wilku mowa! – rzuca, uśmiechając się szeroko na widok k o l e ż a n k i. A skoro mają być takimi dobrymi koleżankami, przywitanie jej szybkim całusem w policzek wydaje się w tej sytuacji odpowiednie. I choć jej czerwona pomadka nie zostawia śladu na jej skórze, delikatnie przejeżdża kciukiem w tym miejscu, aby zetrzeć niewidzialną plamkę. – Właśnie miałam opowiedzieć Jamesowi parę anegdotek z naszych szkolnych czasów – informuje ją z anielskim niemal uśmiechem na ustach.

hattie ackworth
jusia
posty napisane przez AI, czytanie postaci w myślach, wątki o niczym
28 y/o
For good luck!
169 cm
prawie trophy wife aka kura domowa
Awatar użytkownika
there is nothing that i wouldn't do for you 'cause you got inside my head; oh, but when you're gone, oh baby, all the lights go out
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

3

i wanna put you in the past 'cause i'm traumatized
but you're not letting me do that


{ outfit }


Jak tylko oddala się od Jamesa, Hattie staje się przezroczysta.
Trudno stwierdzić, czy chodzi o sukienkę, której kolor w ogóle nie współgra z jej urodą (jej narzeczony twierdzi, że zatrudnienie stylistki byłoby marnotrawstwem pieniędzy; przecież nie kierują na ciebie aż tyle kamer, Hattie), czy o to, że w towarzystwie reżyserów, scenarzystów i aktorów, Henrietta Ackworth po prostu jest nikim. Niewystarczająco wyróżniająca się, aby zatrzymali na niej mknące po tłumie jednolitych twarzy spojrzenie i niewystarczająco interesująca, by wciągnąć ich w rozmowę. O ile to pierwsze nie zależy od niej (czasami słyszy od jakichś reżyserów, że jest ładna, ale najwyraźniej nie na tyle, żeby zmusić ich choćby do skinięcia głową na jej widok, nie mówiąc już o lekkim uśmiechu), tak tego drugiego nawet nie próbuje. Dobrze wie, że najmocniejszą stroną jej osoby jest James. Jej głos wybrzmiewa wyłącznie wtedy, kiedy chwali go za jego osiągnięcia i głośno dziwi się nad jego innowacyjnymi pomysłami; jej śmiech przyjemnie dźwięczy tylko gdy reaguje na jego żarty (fałszywie, ponieważ, prawdę mówiąc, zwykle ich nie rozumie; James bardzo często odnosi się do sytuacji ze świata i popkultury, które minęły jeszcze przed jej narodzinami; ona jednak oczywiście musi się śmiać – jeśli tego nie robi, pokazuje, że nie jest na jego poziomie). Wydaje jej się, że zdaje sobie z tego wszystkiego sprawę i jest z tym pogodzona. Ba, wydaje jej się nawet, że pragnienie bycia kimś więcej niż tylko narzeczoną Jamesa Norwooda jest chciwe i egoistyczne. Przecież to dzięki niemu może pozwolić sobie na zakup paskudnie drogiej sukienki w kolorze, który zupełnie jej nie pasuje i nie przejmować się tym, jak sprawnie ukryć jej metkę, żeby kolejnego dnia bez problemu ją zwrócić. To dzięki niemu jest wśród wszystkich tych elegancko ubranych ludzi, których zmieszane zapachy przyprawiają ją o zawroty głowy, i może marzyć o tym, aby zwrócili na nią uwagę. To dzięki niemu jej fatalne samopoczucie na tej imprezie jest tylko bladą niedogodnością, która zniknie jak tylko Hattie przekroczy próg ich (jego) domu i znów będzie mogła zaszyć się w kuchni, ogrodzie albo swoim biurze, czyli pomieszczeniu, które tak naprawdę nie spełnia żadnej funkcji, bo przecież nie pracuje i nie ma do załatwienia żadnych wymagających odcięcia się od reszty świata spraw.
Bierze ostatni głęboki oddech i wychodzi z łazienki. Rozczesane włosy, gładkie czoło i pociągnięte szminką w odcieniu zgaszonego różu usta świadczą o tym, że jej nagłe odejście od towarzystwa nie było tylko wymówką. Wraca do Jamesa trochę piękniejsza niż wtedy, kiedy go tam zostawiła, ale on nawet tego nie zauważa, zbyt wpatrzony w cholerną Sloane Levinson.
Na nieszczęście Hattie, ona zauważa ją szybciej niż James. Zimne, przenikliwe oczy spoczywają na jej twarzy i tyle wystarcza, aby w żyłach Hattie zapłonął gniew. Dlaczego tutaj jest? Dlaczego rozmawia z Jamesem? Czego, do cholery, od niej chce?
Jakimś cudem nie wzdryga się, gdy Sloane nachyla się nad nią i obdarowuje ją pozornie przyjacielskim całusem. Nie robi jednak tego samego w stosunku do niej, spięta i czujna. Wzrok ciemnych oczu szybko, niemal panicznie, przesuwa się w stronę Jamesa. Zastanawia się czy Sloane powiedziała mu coś, co go zdenerwowało? Czy jest zaskoczony? Zły? A może już jej nienawidzi?
Nerwowe przełknięcie śliny jest trudne, ale nie wypala Hattie dziury w przełyku. W końcu, bardzo powoli, zerka w kierunku Sloane. Kąciki jej ust drżą w bardzo subtelnym wyrazie złości.
Nie sądzę, żeby było o czym mówić – powoli waży słowa, bo równie mocno nie chce dwóch rzeczy – żeby Sloane poczuła, iż znajduje się na wygranej pozycji i żeby James uznał ją za histeryczkę. – Prawie w ogóle ze sobą nie rozmawiałyśmy – dodaje. Dopiero wtedy Norwood wreszcie zwraca na siebie swoją uwagę. Wysoko uniesiona brew świadczy o tym, że nie do końca jej wierzy. Nic nowego. Uwielbia podważać wszystko, co mówi.
Daj spokój, Hattie. Widziałem zdjęcie – śmieje się jakby się z nią droczył. – To wspaniale, że Sloane posłużyła ci radą przy wyborze tortu. Cieszę się, że miałaś pomoc.
Oto on. James Norwood. Człowiek pozorów. Hattie chce się uśmiechnąć, ale jej kąciki ust nie współpracują. Właściwie jedyne, czego naprawdę teraz pragnie, to zniknąć. Wystarcza jeden moment pomiędzy Jamesem a Sloane, aby dojść do wniosku, że może bycie niewidzialną wcale nie jest takie złe.

sloane levinson
dino
nie lubię AI, kierowania moją postacią i czytania jej w myślach; poza tym męczę się gdy drugi gracz nie pcha razem ze mną akcji do przodu i gdy jedna gra ciągnie się przez pół roku
28 y/o
For good luck!
168 cm
aktorka na przymusowym urlopie
Awatar użytkownika
heard through the grapevine, she can be a diva, cold like minnesota, hotter than a fever
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

Gdy Hattie podchodzi bliżej, przygląda się dokładnie jej sylwetce. Wygląda dokładnie tak, jak można się było spodziewać po kimś, kto jest jedynie dodatkiem do obrazka – elegancko i atrakcyjnie, ale nie na tyle, by przyćmić jej odnoszącego sukcesy narzeczonego. Na tyle ładnie, by koledzy Jamesa mogli mu zazdrościć pięknej, młodej narzeczonej, ale nie aż tak spektakularnie, by zwracała zbytnio uwagę innych osób. Pośród wszystkich tych wystrojonych gościń, po prostu gubi się w tłumie. Nie dziwi to ani trochę – w końcu wydaje się, że Hattie odpuściła sobie granie pierwszych skrzypiec we własnym życiu i zawalczenie o swoje własne marzenia i ambicje. Rola przykładnej żony, którą niedługo przecież zostanie, zdaje się wystarczać jej w zupełności. Odgrywa ją zbyt przekonująco i nabiera w ten sposób pewnie całkiem sporo osób z jej narzeczonym na czele, ale Sloane wie, że jeśli tylko naciśnie w odpowiednim miejscu, odpowiednio mocno, cała ta fasada runie. Wydaje się to jedynie kwestią czasu.
Impreza, na której spotyka ją przypadkiem, stwarza jej idealną okazję do tego, by dalej ją sprawdzać. Daje jej dostęp nie tylko do niej samej, co do jej narzeczonego, nieświadomego tego, że jest tylko cześcią gry między nimi. Prawie jej go żal, gdy myśli o jego braku świadomości tego, co właśnie dzieje się przed jego oczami. Wystarcza, że nieco łechta jego ego i uśmiecha się w sposób całkiem niepasujący do jej charakteru i nawet nie rozważa tego, że między jego narzeczoną a nowo poznaną aktorką dochodzi właśnie do próby sił, do przeciągania liny między nimi. Stoi nieświadomy i uśmiecha się idiotycznie. Lepiej dla niego; być może nie byłby w stanie zaakceptować tego, że tym razem wcale nie chodzi o niego. Nawet odrobinkę. Jest tylko nieistotnym pionkiem w jej gierce. Jego rozdmuchane ego mogłoby nie przeżyć zderzenia z tym faktem.
– To właściwie prawda, James. Mało ze sobą rozmawiałyśmy, dopiero pod koniec bardziej się do siebie zbliżyłyśmy – tłumaczy mu delikatnie i znów spogląda na Hattie. Unosi nieco do góry kącik ust, patrząc jej w oczy. Nie powiedziała o jakiego typu zbliżenie jej chodziło, ale Ackworth wie, choć pewnie wcale nie chce pamiętać. A szkoda, bo bawiły się wtedy całkiem dobrze. Zaciekła rywalizacja między nimi dodawała ich zbliżeniom pewnej pikanterii i sprawiała tym samym, że były znacznie przyjemniejsze. Czy James potrafi zająć się nią tak dobrze, jak niegdyś robiła to Sloane? Czy umie sprawić jej tyle przyjemności, co ona? Gdy patrzy na niego, wydaje jej się, że zna odpowiedź. Jest bardziej niż pewna, że tak jak w rozmowie, tak i podczas seksu jest skupiony przede wszystkim na sobie. Obstawia również, że Hattie jako przykładna narzeczona używa swoich aktorskich zdolności do tego, by przekonać go, że te paręnaście pchnięć i dyszenie nad głową jest w stanie doprowadzić ją orgazmu. – Teraz, gdy mieszkamy bliżej siebie mam nadzieję, że nadrobimy zaległości! Świetnie bawiłyśmy się, wybierając tort, prawda? – pyta z udawanym podekscytowaniem i znów kieruje swój wzrok na Hattie. Czeka na potwierdzenie, które byłoby oczywistym kłamstwem. Wydaje się całkiem oczywiste, że Hattie ani trochę nie była zadowolona z niespodziewanego gościa, z którym miała przyjemność wybierać weselny tort. Sloane za to czerpała satysfakcję z jej niezadowolenia, które musiało osiągnąć niemal zenit, gdy tylko Ackworth zobaczyła zdjęcie z wydarzenia. Można by było pomyśleć, że są przyjaciółkami, dobrze czującymi się w swoim towarzystwie. Chce, by James tak myślał – to by jej wiele ułatwiło.

hattie ackworth
jusia
posty napisane przez AI, czytanie postaci w myślach, wątki o niczym
28 y/o
For good luck!
169 cm
prawie trophy wife aka kura domowa
Awatar użytkownika
there is nothing that i wouldn't do for you 'cause you got inside my head; oh, but when you're gone, oh baby, all the lights go out
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

Obecność Jamesa gryzie jak zaczepiająca o skórę na plecach metka, z której obecności Hattie wcześniej nie zdawała sobie sprawy. Na co dzień, w obecności ludzi, którzy nie wiedzą kim była w przeszłości, towarzystwo Norwooda jest jej na rękę, kojące i przyjemne, ale w tamtym momencie, nachylając się w kierunku swojego narzeczonego i przekładając rękę pod jego ramieniem w dość desperackiej próbie uzyskania jakiegoś niemego potwierdzenia, że przynależy do jego świata mimo tego, że, w przeciwieństwie do otaczających ich ludzi, nie jest sławna, Hattie czuje pierwsze, rozszarpujące ją od środka ugryzienie rozdrażnienia.
Wyobraża sobie powody tego jego leżącego z rozluźnieniem w kącikach błękitnych oczu rozweselenia. Wyobraża sobie, że pełen przekory i niedowierzania uśmiech Jamesa ma swoje źrodło w tym, że nie widzi w niej nikogo poza jego dodatkiem; że nie wyobraża sobie ani Hattie studiującej aktorstwo, ani nawiązującej bliższą, koleżeńską relację z Sloane Levinson; że chociaż nie raz słyszał z jej ust historie o tym, co działo się na uniwersytecie, tak naprawdę wierzy w umiejętności swojej narzeczonej tak słabo, że nawet nie jest w stanie ich sobie zwizualizować.
Po tak długim czasie ich związku Hattie powinna już wiedzieć, że James jest skupiony na sobie i do budzącego obrzydzenie oporu pewien swojej wspaniałości. Teoretycznie więc jej zdziwienie nie ma żadnego uzasadnienia. A jednak w niektórych momentach, na przykład takich jak ten, na myśl, że to właśnie z nim za jakiś czas przysięgnie spędzić całe swoje życie oblewa ją lodowato zimny strach.
Zaciska rękę na jego ramieniu prawie tak samo mocno jak zaciska swoje zęby. Byłoby miło, myśli, wbijając zniecierpliwione spojrzenie w stojącą przed nią blondynkę, gdyby Sloane już się zamknęła i odeszła. Sam jej widok sprawia, że żołądek Hattie zaciska się nieprzyjemnie, wzmagając w niej potrzebę szybkiego i czysto profilaktycznego powrotu do łazienki. Ma wrażenie, że jeszcze dwa słowa z ust Levinson i nie da rady. Zwymiotuje.
Byłoby wspaniale – odpowiada James, podczas gdy ona liczy swoje oddechy i próbuje przewidzieć, czy zaraz naprawdę nie pobrudzi zapewne obrzydliwie drogich butów cholernej Sloane Levinson. – Hattie nie ma zbyt wielu przyjaciół. To znaczy tutaj. To znaczy w Toronto. – Macha ręką, jakby spodziewał się, że Sloane i tak wie o co mu chodzi. – Chociaż… W Brisbane też nie była duszą towarzystwa. – Marszczy brwi, nagle zdając sobie z czegoś sprawę. – A ty, Sloane, studiowałaś tam do końca czy zmieniłaś uczelnię? Nie przypominam sobie, żeby Hattie…
Na jej szczęście kelner, który proponuje gościom bankietu szampana, staje tuż obok i pyta, czy któreś z nich ma ochotę na lampkę Vintage Brut. James z chęcią wymienia swój pusty już kieliszek na nowy, w przeciągu sekundy zapominając o poruszanym temacie.
Chyba wolałabym wino – mówi Hattie. Tak naprawdę marzy o jakimś przeładowanym rumem Cuba Libre, ale wie, że gdyby wróciła z drinkiem w dłoni, w dodatku takim liczącym prawie trzysta kalorii, James na pewno spojrzałby na nią spod wysoko uniesionych brwi. – Slo, przejdziemy się do baru sprawdzić co możemy tam dostać? – Luzuje uścisk palców na ramieniu Jamesa, żeby drugą dłonią zwinnie złapać za łokieć blondynki. Nieznośna metka wciąż wrzyna jej się w plecy. – Przy okazji opowiem ci o farsie z winietkami – wymyśla na poczekaniu, popychając Levinson w stronę położonego w drugiej części sali baru. – Naprawdę, cała ta papeteria mnie wykończy – wzdycha jeszcze na tyle głośno, aby jej narzeczony dobrze ją usłyszał. – James, kochanie, za niedługo wrócę.
Odwraca się do niego i uśmiecha się tak, jak robią to te wszystkie filmowe żony usuwające się na bok z przyjaciółkami po to, aby obgadać sprawy zbyt mało ważne i zbyt nudne dla mężczyzn. Utrzymuje tę minę nawet wtedy, kiedy w końcu wyprostowana rusza przed siebie. Dookoła nich jest mnóstwo ludzi. Większość z nich nawet nie wie kim jest, ale kojarzą skandaliczną Sloane Levinson i odwracają za nią zaciekawione głowy. Hattie nie zaryzykowałaby opuszczenia kącików ust. Nie w takim momencie.
Masz tupet – cedzi, nachylając się do blondynki tak, żeby nie usłyszał jej nikt poza nią. Najchętniej złapałaby ją za włosy i wywlokła na zewnątrz (to, że nie z ich dwójki to ona prawdopodobnie przegrałaby fizyczne starcie jest kompletnie bez znaczenia), ale tutaj nie może tego zrobić. – Aż tak nudzi cię twoje życie? – pyta, wciąż uśmiechnięta. Mijający je ludzie nie mają podstaw, aby myśleć, że prowadzona przez nie konwersacja wcale nie jest przyjacielska. – Koniecznie musisz namieszać w moim? – kontynuuje i kiwa głową do jakiegoś starszego, mijającego je mężczyzny, który przygląda się im z uprzejmym zainteresowaniem. Hattie nie ma pojęcia, czy zastanawia się nad tym, kim jest ona, czy kto i z jakiej racji wpuścił tutaj Sloane Levinson.

sloane levinson
Ostatnio zmieniony pt wrz 11, 2026 2:33 pm przez hattie ackworth, łącznie zmieniany 1 raz.
dino
nie lubię AI, kierowania moją postacią i czytania jej w myślach; poza tym męczę się gdy drugi gracz nie pcha razem ze mną akcji do przodu i gdy jedna gra ciągnie się przez pół roku
28 y/o
For good luck!
168 cm
aktorka na przymusowym urlopie
Awatar użytkownika
heard through the grapevine, she can be a diva, cold like minnesota, hotter than a fever
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

Już ma odpowiedzieć, nawiązać do ich wspólnej przeszłości, nieco ją naciągając, by wbić szpileczkę Hattie, powiedzieć coś o tym, że w niektórych po prostu nie było tyle siły i samozaparcia, by naprawdę coś w tym świecie osiągnąć, choć przecież za fakt, że jej p r z y j a c i ó ł k a została wyrzucona ze studiów, była odpowiedzialna wyłącznie Sloane, choć wtedy jeszcze przecież Lindsey. Zanim jednak zdąży odpowiedzieć, pojawia się kelner i uwaga wszystkich skupia się na bąbelkach buzujących w kieliszkach. Już unosi rękę i sięga nią w stronę w połowie zapełnionej tacy, gdy Hattie się do niej zwraca, a jej ręka ląduje na jej przedramieniu. Odwraca więc wzrok od alkoholu i patrzy na Ackworth z wyraźnym rozbawieniem. Zanim pozwala jej poprowadzić się w sobie tylko znanym kierunku, uśmiecha się przepraszająco w stronę Jamesa, choć prawda jest taka, że nie może doczekać się, aż zrobi sobie od niego nieco przerwy.
– Chciałam poznać twojego wybranka, Hat – odpowiada rozkosznie, akcentując zdrobnienie w odpowiedzi na jej niesamowicie przecież urocze Slo, którym uraczyła ją jeszcze przy Jamesie. Zabrzmiało, jakby naprawdę były sobie bliskie. Na swój pokręcony sposób zresztą są, a może były? Może w jakimś stopniu zawsze będą, dzieląc ze sobą te momenty wczesnej młodości. Nawet jeśli trudno jest sklasyfikować relację, która ich łączyła, to nie sposób udawać, że nie rozegrały w swoich życiach dość istotnej roli na tamtym etapie. Wydawać by się mogło, że całkiem zakończonym, ale jednak na nowo otwartym, do którego się znów zagląda, nawet jeśli wiadomo, że niczego dobrego nie można się po tej rewizji spodziewać. – Jest zajebiście nudny, a jego ego jest szokująco napompowane jak na to, jaki przeciętny jest. Jak z nim wytrzymujesz? – pyta z wciąż przyklejonym do twarzy uśmiechem, choć ledwie powstrzymuje się przed tym, by nie wywrócić oczami i nie skrzywić się dla podkreślenia tego, jak bardzo gardzi Jamesem. Być może jest niezbyt łaskawa w swojej ocenie, może jest nieco uprzedzona, bo wydaje się, że nieważne, jaki wspaniały by nie był, i tak musiałaby być nastawiona do negatywnie z samego powodu miejsca w tej układance, jakie zajmuje. Może James ma też parę pozytywnych cech, o których nie ma pojęcia. Może łatwiej udaje się zainteresowanie jego nieciekawymi historiami, jeśli później można kupić sobie jakąś drogą torebkę albo ubrać się szykownie na taką imprezę jak ta i udawać, że jest się w końcu w jakimś dobrym miejscu w życiu, nawet jeśli w roli niewiele znaczącej ozdoby. Kogoś, kogo jej narzeczony nawet nie wypatruje wzrokiem, gdy rozmawia z inną atrakcyjną młodą kobietą, ale którą znajdzie wtedy, gdy będzie chciał zrobić wrażenie na jakichś innych białych, bogatych mężczyznach w średnim wieku, bo wtedy, gdy jego piękna, młoda narzeczona jest obok jego wartość rośnie. O to tak zaciekle walczyłaś, Hattie?
– Jestem tu przede wszystkim po to, by się wystroić i odnowić kontakty, kochanie – wyjaśnia, wywracając oczami z rozbawieniem – nie złośliwie, lecz tak, jakby mówiła: Słodka Hattie, znów jej się coś pomyliło, choć wcale się nie pomyliło i choć faktycznie to taki cel przyświecał Sloane, gdy pojawiła się (albo bardziej: wprosiła się, musiała włożyć nieco wysiłku, by jej imię i nazwisko pojawiło się na liście) na tym wydarzeniu, to jednak gdy podchodziła do Jamesa, to wcale nie dlatego, że chciała, by załatwił jej rolę w jednym z filmów, których był producentem. – A skoro o tym mowa to jak wyglądam? – pyta i by Hattie miała pełen obraz sytuacji, okręca się wokół własnej osi, tak, że jej blond loki rozwiewają się. A gdy dociera do trzysta sześćdziesiątego kąta i znów znajduje spojrzenie Henrietty, uśmiecha się do niej całkiem niewinnie.

hattie ackworth
jusia
posty napisane przez AI, czytanie postaci w myślach, wątki o niczym
28 y/o
For good luck!
169 cm
prawie trophy wife aka kura domowa
Awatar użytkownika
there is nothing that i wouldn't do for you 'cause you got inside my head; oh, but when you're gone, oh baby, all the lights go out
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

Lindsey Hutton wyciąga z niej wszystko, co najgorsze. Nie zmieniają tego jej zmodifykowane personalia, otoczenie (w niczym nieprzypominające ani uniwersyteckich sal, ani jedynej w ich budynku sceny, na których ich rywalizacja najczęściej osiągała swój szczyt) czy choćby fakt, że znajdują się teraz na dwóch zupełnie innych etapach życia, a Hattie nie ma już niczego, czego można by jej pozazdrościć (nie licząc Jamesa; jego jednak od razu wyklucza, bo skoro Sloane miała już dla siebie dużo bardziej sławnych mężczyzn i żadnego z nich nie zechciała zachować przy sobie na dłużej, Norwood może być co najwyżej najmniej ważnym pionkiem w jej grze).
Nie jest to żadna nowość. Levinson jest chwastem. Ze swoimi jasnymi włosami, bajkowo błękitnymi oczami i czarującym uśmiechem wcale go nie przypomina, ale Hattie, wychowana na wsi, potrafi wymienić z nazwy co najmniej parę inwazyjnych gatunków roślin, które wyglądają jak najpiękniejsze kwiaty. Sloane jest właśnie jak one. Henrietta, patrząc na nią z ukosa, zastanawia się, czy w świecie roślin Levinson byłaby bardziej lantaną pospolitą czy żmijowcem babkowatym. Oba są ładne, w zupełnie inny sposób. Lantana formuje swoje żółto-różowe płatki w zwarte kwiatostany kształtem przypominające gwiazdki i jest tak ładna, że pan Barnes, jeden sąsiadów jej rodziców z Lowood, swego czasu hodował ją na tarasie; żmijowiec ma delikatne, purpurowoniebieskie kwiaty i rurkowatą koronę, i tylko obrośnięta szorstkimi włoskami łodyga wskazuje na to, że nie jest niegroźną ozdobą.
Hattie parska cicho, z niedowierzaniem kręcąc głową. Rzuca w kierunku Sloane jeszcze jedno spojrzenie. Jest krótkie i niechętne, ale wystarcza, żeby dostrzec ją naprawdę. Może jednak Sloane byłaby opuncją?
Nie przypominam sobie, żebym pytała cię o twoje wrażenia – cedzi ze złością. Nie rozumie jak można być takim bezczelnym. W tym momencie wszystkie te lata, podczas których widywała Sloane tylko na ekranach telewizorów (częściej w różnych reklamach niż w filmach; nigdy z własnej woli nie ogląda produkcji, w których występuje), odbijają jej się czkawką. Wie przecież z kim ma do czynienia. Wie czego się spodziewać. Wszelkie zdziwienie tylko odsłania jej naiwność.
Napompowane ego brzmi jak określenie, za pomocą którego można by określić również i Sloane. Hattie jej tego nie wytyka. Nie dlatego, że jest uprzejma, nie. Po prostu w jednej chwili dzieją się dwie rzeczy – Henrietta z pewnym strachem zdaje sobie sprawę z tego, że jakiekolwiek wyrażone na głos podobieństwo Jamesa do Sloane może okazać się dla niej zgubne i jednocześnie zaczyna szukać w swojej głowie innych, gorszych analogii. Co jeszcze ze sobą dzielą? Jak wielkie jest prawdopodobieństwo, że Hattie, która na głos zawsze twierdzi, iż nie ma żadnego określonego typu, ma chorą skłonność do durzenia się w narcyzach?
Zaciska usta w wąską linię. Nie, to zdecydowanie nie są rozważania na teraz.
To niesamowite, ile emocji wzbudza w tobie ktoś, kto twoim zdaniem jest aż tak przeciętny – odpowiada wymijająco, bo przecież nie zamierza naprawdę pozwolić Sloane na to, aby wciągnęła ją w rozmowę o przywarach Jamesa. Ma ich taką samą ilość jak każdy inny człowiek. Levinson próbuje po prostu wytrącić ją z równowagi. – Jak wytrzymujesz ze sobą, Lindsey? – odbija pałeczkę, nie przestając iść przed siebie. Przez cały czas utrzymuje przyciszony ton głosu i nie pozwala, aby jej twarz przeciął jakikolwiek wyraz niezadowolenia. Mimo wszystko pamięta coś z tych dwóch lat, które spędziła w szkole teatralnej.
Wykrętną odpowiedź Sloane też udaje jej się przełknąć bez żadnej wymownej miny. Zamiast tego uśmiecha się lekko, gdy znów mijają kogoś, kogo Hattie na pewno zna; po prostu nie potrafi przyporządkować do naznaczonego zmarszczkami czoła, mocnego makijażu i ciemnych, kręconych włosów żadnego nazwiska.
Naprawdę myślisz, że ktoś tutaj jest zainteresowany kontaktem z aktorką, którą New Idea określiła słowem agresywna? – pyta, nie przejmując się tym, że właśnie odsłania się przed nią z tym, iż prezentowana poprzez powściągliwe uwagi ignorancja na temat jej życia nie jest stuprocentowo prawdziwa. To już bez znaczenia. Skoro Sloane wpycha się w jej życie z tak jawną bezczelnością, Hattie nie zamierza pobłażliwie odwracać wzroku.
Wyglądasz… – Niechętnie zatrzymuje się na zaledwie parę metrów przed barem, aby Sloane mogła dopiąć swoje małe przedstawienie na ostatni guzik. Tuż obok, delikatnie ocierając się o nią ramieniem, przechodzi Hugh Brown, dźwiękowiec, który często współpracuje z Jamesem. Jego zaciekawiony wzrok podąża za Sloane, usta układają się w rozbawionym uśmiechu. Stojąc tak blisko niego, Hattie nie może pozwolić sobie na żaden zgryźliwy komentarz. – Zjawiskowo, jak zawsze – kończy opornie, po czym wymija uśmiechniętą blondynkę i podchodzi do baru, nad którym do góry nogami wiszą starannie poukładane kieliszki. Każdy do innego typu drinków. – Poproszę Margaritę – mówi do stojącego po drugiej stronie, młodego chłopaka. Chwilowo zapomina o tym, że powinna zamówić coś, co bardziej pasowałoby do narzeczonej Jamesa Norwooda. Najchętniej poprosiłaby o czystą tequilę, ale nie jest aż tak wyprowadzona z równowagi. Jeszcze.

sloane levinson
dino
nie lubię AI, kierowania moją postacią i czytania jej w myślach; poza tym męczę się gdy drugi gracz nie pcha razem ze mną akcji do przodu i gdy jedna gra ciągnie się przez pół roku
28 y/o
For good luck!
168 cm
aktorka na przymusowym urlopie
Awatar użytkownika
heard through the grapevine, she can be a diva, cold like minnesota, hotter than a fever
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

Wokół niej przemykają wystrojeni goście, ubrani w eleganckie garnitury i wystawne suknie, a ona w końcu czuje, że żyje. To jej naturalne środowisko – pomiędzy tymi wszystkimi ludźmi, po których widać i czuć, że osiągnęli sukces, wydaje się, jakby we właściwym miejscu. Ma wrażenie, że ktoś z niej zakpił – bóg, los lub wszechświat – czyniąc z niej Huttonównę, umieszczając ją w rodzinie, delikatnie mówiąc, kompletnie innej od świata, w którym w końcu odnalazła swoje miejsce. W tej zapyziałej dziurze, jaką było Orangeville, jako środkowe dziecko opuszczonej przez boga rodzinie, w której patologia odmieniała się przez wszystkie przypadki, musiała się naprawdę zawziąć i postarać, by wydostać się z bagna, w jakim przyszło jej żyć i znaleźć się w końcu tam, gdzie od zawsze chciała być.
Teraz, gdy już doświadczyła życia w blichtrze i luksusie, nie zamierza oddać go bez walki. Nawet jeśli ten świat odrzuca ją jak organ po przeszczepie, ona zamierzała rozpychać się rękoma i nogami, znów wspinać się na plecach i głowach innych ludzi, byleby tylko pozostać na przynajmniej tym samym poziomie, z którego spadła. Wróci. Co do tego nie miała żadnych wątpliwości. Wydaje jej się zresztą, że każdy, kto na nią spojrzy i z nią porozmawia tego wieczoru, również mógłby stwierdzić, że pasuje tam.
Może tylko Hattie mogłaby się z tym nie zgodzić, bo tylko ona wie, co kryje się pod powierzchnią. Wie, że jej uśmiech jest sztuczny, że jej ton głosu nie przypomina tego, którym mówi naturalnie (pełnym wyższości, pozbawionym delikatności). Być może zna ją bardziej, niż ktokolwiek inny, co jest zarówno zaszczytem, jak i przekleństwem. Sloane oczywiście rozumie, że dla Hattie – wyłącznie to drugie.
Puszcza jej uwagę mimo uszu. Sloane nie potrzebuje jej pozwolenia na wszelkie komentarze, wypowiada je mimo i ze względu na jej brak zadowolenia z tego powodu.
– Czy to po mnie stwierdziłaś, że brak charakteru u partnera jest bezpieczniejszym wyborem? – pyta więc, patrząc jej prosto w oczy z bezczelnym uśmiechem na ustach. Nie da się ukryć, że w tej kwestii jest kompletnym przeciwieństwem Jamesa. Można by nawet stwierdzić, że Sloane jest nawet zbyt charakterna, w związku z czym relacja z nią może okazać się (co zostało sprawdzone w praktyce przez Hattie) koszmarem. Może nuda jest czymś znacznie łatwiejszym do zaaceptowania na dłużej. Z drugiej jednak strony James wydaje się koszmarem na kompletnie inny sposób, ale Hattie wydaje się tego w ten sposób nie widzieć. A przynajmniej nijak tego po sobie nie pokazuje. Sloane chciałaby przypatrzeć im się bardziej, spędzić z nimi (ale tylko z n i m i, nie z nim) więcej czasu, zobaczyć, jak zachowują się w bardziej naturalnym dla nich środowisku, jak wygląda ich zwykłe, nudne życie w Toronto. Być może będzie miała okazję. W końcu właśnie oficjalnie została p r z y j a c i ó ł k ą Hattie. Czy piękną, młoda żona z przedmieść znajdzie odpowiednie wytłumaczenie, jeśli nigdy później nie zaprosi do nich Sloane lub odmówi jej zaproszenia, gdy to James je zasugeruje?
– Przeciętność mnie drażni – stwierdza, wzruszając ramionami. Być przeciętnym to jak być nikim. Pustą niezapisaną kartką, jedzeniem bez smaku, waniliowym seksem… Szkoda jej życia na ludzi, którzy przez tyle lat życia, doświadczeń, rozmów nie byli w stanie wyhodować w sobie choćby cząstki charakteru. Hattie też się przy nim marnuje. Przy nim wydaje się znacznie mniej ciekawsza, niż wtedy, gdy była z nią blisko. – Sloane – poprawia ją, zanim odpowie. – Uwielbiam siebie, nie wiem, jakiej odpowiedzi oczekujesz – dodaje, wzruszając ramionami, jakby było to całkiem oczywiste. Czy jest na pewno? Może lepiej się nad tą kwestią nie rozwodzić.
– To urocze, że tak się interesujesz moją karierą. Pamiętasz nagłówki, bo zbierasz wycinki z gazet do albumu? – odwraca kota ogonem. Lepiej skupić się na prowokowaniu Hattie niż na kwestii jej kariery. Ma rację. Jej kariera wisi na włosku. Przemysł rozrywkowy wybacza przemocowym mężczyznom, nawet takim z neonazistowskimi poglądami, ale nie kobietom z reputacją trudnej. Sprawa nie jest jednak przesądzona i nawet jeśli obecnie nawet nikt jej nie reprezentuje, to choćby miała sprzedać duszę diabłu, wróci na szczyt.
Zjawiskowo. Wyglądała z j a w i s k o w o. Sloane wie, że jej komentarz nie jest szczery i musiał zostać wymuszony w jakiś sposób, ale i tak uśmiecha się z zadowoleniem w jej kierunku.
– Negroni – rzuca w stronę barmana, pobieżnie przemykając po nim wzrokiem. Odwraca się znów do Hattie i pochyla się nad nią, zatrzymując się z ustami tuż przy jej uchu, tak by jej słowa trafiły wyłącznie do niej. – Ty też dobrze wyglądasz, Hattie, ale myślę, że lepiej by ci było bez tej mdłej sukienki na sobie – szepcze i odsuwa się od niej. Patrzy na nią intensywnie, czekając na jej reakcję, choć trudno oczekiwać, by była z tych słów choćby odrobinę zadowolona. Chciałaby jednak dostrzec w niej coś, co pozwoliłoby jej stwierdzić, że choć odrobinę szybciej zabiło jej właśnie serce, że jej słowa wywołały w niej cokolwiek.

hattie ackworth
jusia
posty napisane przez AI, czytanie postaci w myślach, wątki o niczym
28 y/o
For good luck!
169 cm
prawie trophy wife aka kura domowa
Awatar użytkownika
there is nothing that i wouldn't do for you 'cause you got inside my head; oh, but when you're gone, oh baby, all the lights go out
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

Irytacja Hattie dociera do zwrotnicy. Klika z metalowym szczękiem i ciężko skręca w innym kierunku – prostszym i mniej zamglonym. Zza emocji wychylają się kontury faktów.
Pierwszy – Sloane jest dobrą aktorką. Przewidywalną (niektórzy miłośnicy kina uważają wręcz, że już się przejadła, o czym Hattie wie tylko ze słyszenia, bo oczywiście Levinson nie interesuje ją na tyle, aby czytać o niej wszystkie artykuły i skrupulatnie śledzić jej karierę, wcale), ale dobrą. Gdyby tak nie było, nie stałaby się rozpoznawalna. Ładna twarz ratuje brak talentu tylko wtedy, kiedy w grę wchodzą poważne kontakty; Sloane, z tego co wie Hattie, takich nie ma, więc musi przyjąć tę obiektywną prawdę.
Drugi – jest perfidna. Wym momencie, bez żadnego projektu, prawdopodobnie również znudzona. Oznacza to mniej więcej tyle, że skoro się tutaj znajduje i rozmawia z kimś takim jak Hattie – kimś, kto znaczy mało i nie może pomóc jej w ponownym zbudowaniu kariery – robi to tylko w poszukiwaniu jakiejś niezrozumiałej stymulacji umysłowej. Jest to wniosek, na który Ackworth powinna wpaść już wcześniej, a jednak wpuszcza go do swojej głowy dopiero teraz, gdy Sloane po raz kolejny zaczepia o temat Jamesa i prowokuje do reakcji.
Trzeci – jeśli Hattie wpadnie w jej pułapkę i zrobi scenę tutaj, przy wszystkich tych ważnych ludziach, Levinson odejdzie usatysfakcjonowana. Dzięki tej myśli Henrietta potrzebuje tylko sekundy, aby podjąć decyzję na temat dalszego przebiegu ich rozmowy.
Nieświadomie robi też coś, co zdusiła w sobie wraz z wejściem w związek z Jamesem – staje się aktorką.
Nie przesadzaj. – Uśmiecha się pobłażliwie. Z tą miną, starannie upiętymi włosami i wiszącymi kolczykami, które kończą się mlecznobiałymi, owalnymi perłami, nagle wygląda jak ktoś, kto zasługuje na miano żony Jamesa Norwooda. – Nie byłyśmy ze sobą aż tak blisko.
To nawet nie tak, że umniejszając ich relacji chce zadać jej ból (ba, wątpi, że Sloane jest zdolna do jego odczuwania). Po prostu stwierdza fakt. Ich relacja ograniczała się do rywalizacji i seksu. To, że Henrietta raz czy dwa powiedziała Sloane o parę osobistych słów za dużo, nie zmieniało jej w nic poważniejszego.
Przeciętność mnie drażni.
Hattie przekrzywia głowę. To właściwie wiele wyjaśnia. Czy Sloane boi się przeciętności? Czy zanim poszła do szkoły aktorskiej była dla całego świata przezroczysta?
Nie poprawia się, gdy Levinson powtarza jej swoje nowe imię. Lindsey pasuje do niej dużo bardziej, chociaż Hattie widzi dlaczego porzuciła je na rzecz Sloane. W tłumie aktorek noszącym jej prawdziwe imię – Lohan, Wagner, Price, Shaw, pewnie jest ich więcej, ale Hattie nie potrafi przypomnieć sobie nazwisk – Lindsey Hutton zginęłaby już na samym początku.
Oczywiście – tyle tylko mówi wobec jej rzekomego uwielbienia siebie. Co do tego Hattie nie ma żadnych wątpliwości. Nikt o zdrowym ego nie zachowywałby się tak, jak Sloane.
Serce Hattie zaczyna bić mocniej. Prawda jest taka, że przez wszystkie te lata ani na chwilę nie przestała interesować się karierą Levinson. Starała się nie oglądać jej filmów, rzekomo dbając o swoje zdrowie psychiczne, ale co to zmieniało, skoro czytała o jej skandalach na portalach plotkarskich, od czasu do czasu słuchała jej wywiadów i przeglądała zdjęcia z czerwonych dywanów? Zainteresowanie tym, jak jej idzie nie zmalało nawet wtedy, kiedy poznała swojego obecnego narzeczonego.
James dużo o tobie mówi – kłamie gładko. – Czasami przy kolacji wspomina o twoich nowych wybrykach albo… – Macha ręką, jakby inne przejawy zainteresowania życiem Sloane przez jej narzeczonego wcale nie był takie ważne. – Cóż, dla niego właściwie nie są to wybryki. Twierdzi, że kiedy był młodszy, też popełnił dużo błędów. Że… – Nachyla się do Sloane. – ... w tym akurat jesteście do siebie podobni. – Unosi brwi i uśmiecha się lekko. Trochę kpiąco. – Nie wyobrażasz sobie jakie to irytujące.
Wymyślanie niestworzonych historii przychodzi jej z niebywałą łatwością. Hattie jest jeszcze nierozgrzana, ale czuje, że mogłaby tak dalej, gdyby tylko poruszyła zardzewiałymi od starości machinami.
No i może gdyby nie ciepły oddech Sloane muskający jej ucho.
Hattie znosi go z zadziwiającym spokojem. Stara się nie myśleć o tym, że słowa, które słyszy mogą być prawdziwe. Na celowniku wciąż ma trzy wyłonione przed chwilą fakty na temat Sloane. Zwłaszcza drugi.
Perfidna i znudzona.
Dziękuję. – Udaje jej się nie spuścić spojrzenia z Levinson. – Obawiam się, że kiedy ją z siebie ściągnę, będzie przy mnie ktoś inny – jej wnętrzności palą z irytacji i wstydu, a mimo to nie pozwala swojemu głosowi na drżenie. Gdy barman podaje im zamówione drinki, dziękuje mu, a później kieruje się w stronę wyjścia na ogród. Zanim się oddala, rzuca do Sloane jeszcze jedno pytanie, którym ma nadzieję przekonać ją do podążenia jej krokami. – W show-biznesie brakuje ci zainteresowanych kobiet?
Tego jednego jest naprawdę, szczerze ciekawa.

sloane levinson
dino
nie lubię AI, kierowania moją postacią i czytania jej w myślach; poza tym męczę się gdy drugi gracz nie pcha razem ze mną akcji do przodu i gdy jedna gra ciągnie się przez pół roku
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Dzielnica Mieszkalna”