believe in guns, not gods
: śr wrz 02, 2026 9:45 am
∙ 005 ∙
Toronto City Hall za dwa tygodnie, Enne. Upewnij się, że b ę d z i e s z. Że będziesz. Te słowa i ich absolutnie apodyktyczny tembr dźwięczały jej w głowie jeszcze długo po tym, jak ojciec je wypowiedział. Najpierw myślała, że to żart — jakiś okrutny, nieśmieszny żart — albo odwet. Psikus, kawał, cokolwiek.
A potem przyszła refleksja — Christopher Adler nie był człowiekiem, który żartował. Nie w taki maluczki i żałosny sposób.
Nie miała pojęcia do czego mogłaby się ojcu przydać na kolejnym z tych charytatywnych bali organizowanych przez znane nazwiska dla innych znanych nazwisk. Nie miała pojęcia i szczerze mówiąc, wcale nie chciała go mieć. Odmowa była jej pierwszą reakcją. Najpierw grzeczna, później rzeczowa, na koniec stanowcza — z żadną Christopher Adler się nie zgodził, na żadną nie zezwolił.
Wtedy odmowa zmieniła się w celowe unikanie, a celowe unikanie — po całym spektrum innych rzeczy po drodze — przeobraziło się w siedzenie na tylnej kanapie limuzyny wraz z ojcem tego wskazanego dnia, w sukience wybranej przez niego, w makijażu i fryzurze przygotowanych przez opłaconą przezeń stylistkę. Vivienne dawno nie czuła się tak bardzo o b c o. Wyalienowana we własnym ciele; patrząc na odbicie w przyciemnianej szybie miała wrażenie, że ogląda film z pierwszej perspektywy i była to perspektywa całkowicie nieprzyjemna. Ohydna, tak po prawdzie.
Na szczęście bal był jak bal. Szlachetne pobudki zgarniające w swoje sidła samą śmietankę towarzyską, elity nad elity. Vivienne już lata temu nauczyła się, że w tym świecie — ich, nie jej, świecie — nie wszystko było takie, jakim się wydawało; jakim udawało, że było. Największe gry rozgrywały się pod powierzchnią, udekorowane pięknymi intencjami i utkane z równie pięknych słów, ale w rzeczywistości nigdy takie nie były. Nigdy szlachetne. Nigdy dobre.
Dlatego cieszyła się, że wieczór minął szybko i bez większych ekscesów. Prawie.
W którymś momencie w tłumie mignęła jej znajomą twarz — mężczyzny, którego znała. Kojarzyła. Znacznie bliższy był jej ojcu, ale przecież to nie był pierwszy raz, kiedy go widziała. Kiedyś, w swojej dziecinnej naiwności, podsyconej brakiem prawdziwych więzów z dalszą linią rodziny, nazywała go wujkiem, choć nigdy tak na dobre nie zamienili ze sobą więcej słów niż wymagały tego zwroty grzecznościowe i czysta kurtuazja. Teraz, gdy po latach opadła kurtyna ojca zawsze trzymającego ją na dystans od swoich znajomych, mężczyzna był po prostu P a n e m.
Panem, o którego istnieniu przypomniała sobie ponownie dwa dni temu. Wtedy, na balu, nie miała pojęcia, że nazwisko wypowiedziane przez ojca w geście powitania ze starym druhem, będzie dla niej tak istotne. Ale między balem a dzisiejszym dniem była istna przepaść zdarzeń. Tydzień temu Vivienne nie pomyślałaby, że będzie kręcić się w nocy z bezsenności, wspominając niemal belferskie wytykanie błędów odnośnie swojego, jakże amatorskiego, strzelania. Tydzień temu nie sądziła, że strzelanie będzie jej do czegoś w ogóle potrzebne. F a k t y c z n i e potrzebne.
Tydzień temu nie uwierzyłaby też sobie z dzisiaj, że będzie szukać kolegi ojca.
A jednak stała tutaj, w lobby hotelowym na Wellington Street w Downtown, patrząc na te wszystkie delikatne akcenty luksusu. Zdobione kafle na posadzce, fikuśny dywan prowadzący do recepcji błyszczącej złocistymi akcentami, fotele obite skórą i welurem, kanciastą geometrię zamykającą design w modernistycznym sznycie, ale udekorowanym złotem, ciemnymi barwami i drewnem, które prawdopodobnie miały oddawać hołd klasyce. Vivienne nie czuła tu klasyki połączonej z nowoczesnością. Czuła tylko delikatny zapach perfum do pomieszczenia i niepewność.
Chciałaby powiedzieć, że znalezienie Grimstada było łatwe.
Nie było. Może gdyby nie musiała po drodze urywać wszelkich poszlak i nie dać się złapać informatorom ojca byłoby łatwiej. Może gdyby nie to, że musiała wspinać się na wyżyny łapania pobocznych kontaktów, byleby tylko obejść jurysdykcję Adlera, byłoby łatwiej.
Ale ukrywanie kontaktu z Magnusem Grimstadem to nie była tylko kwestia karmienia buntu wobec ojcowskiej potrzeby kontroli. To była konieczność wynikająca z bardziej prozaicznych powodów — ojciec by po prostu nie zrozumiał tego czemu jego córka w ogóle pokusiła się na ten kontakt.
A może by zrozumiał.
Może sam by zainicjował to, co chciała osiągnąć Vivienne.
Może jednak, cholera, chodziło o wyjście spod ojcowskiego skrzydła i pokazanie mu środkowego palca, że da sobie radę sama; a więc o bunt.
Zabiła tłumiącą się w niej niepewność zanim ta buchnęła w niej na dobre. Opuściła ciemne okulary z twarzy i ruszyła ku recepcji, tym brzydkim dywanem wzdłuż holu i zatrzymała się przy blacie, gdzie z promiennym uśmiechem powitał ją pracownik o imieniu David — przynajmniej tak sugerowała plakietka na uniformie. Vivienne nie była najlepsza w improwizację, zwłaszcza w starciu z sztywną polityką przedsiębiorstw o długoletnich tradycjach, ale przez te ostatnie lata pracy i obserwowania swoich podopiecznych nauczyła się jednego — jak trzeba, kłam jak z nut. Dlatego kłamała. Z długim, jakże dramatycznym westchnieniem porzuciła na blacie przed sobą ciężki, skórzany biwuar.
— Cześć, David — zaczęła, zgarniając włosy z twarzy za ucho. — Błagam, powiedz mi, że Magnus Grimstad jest u siebie. Popłaczę się, jeśli jeszcze nie wrócił albo znowu gdzieś wyszedł.
Nie miała pojęcia czy gdzieś był czy nie, ale był środek tygodnia, godzina bliżej ósmej, jako biznesmen musiał pewnie załatwiać jakieś sprawy na mieście. Musiał, prawda? David zamrugał, sprawdził coś w komputerze, wrócił spojrzeniem do niej.
— Pan Grimstad jest u siebie. Jak mogę pomóc?
Vivienne za to odetchnęła głęboko, dociskając rękę do klatki piersiowej, tuż nad swoje serce.
— Bo wiesz, to mój wujek. Grali dzisiaj z moim ojcem w golfa, a potem poszli na lunch i nie wiem jak, nie pytaj mnie, to dla mnie zupełna abstrakcja, jakimś cudem zamienili się aktówkami przy wychodzeniu. Mój ojciec ma za godzinę samolot do Londynu, a w aktówce zostawił książeczkę zdrowia. Miał ostatnio operację kolana i ma wszczepione metalowe pręty, a wiesz jak to na lotniskach. Bramki będą piszczeć, ochrona będzie chciała go zatrzymać, on się będzie denerwował i stresował, a serce już nie takie, w książeczce jest wypis o operacji i informacja odnośnie tych prętów, właśnie na wypadek kontroli na lotnisku... No, w każdym razie, ja jestem tym nieszczęśliwcem, który przegrał w papier, kamień, nożyce i to ja muszę ogarnąć zamianę aktówek. Wskażesz mi jego pokój?
Ale pomimo absolutnie perfekcyjnie odegranej roli, David tylko uśmiechnął się przepraszająco i pokręcił głową. Powiedział, że jest mu przykro, ale polityka hotelu nie pozwala mu na podawanie takich danych ze względu na prywatność gości i kwestie bezpieczeństwa, co Adlerówna doskonale rozumiała, choć w tej konkretnej sytuacji było jej to kompletnie nie w smak. Szła w swoim cyrku w zaparte — gadając więcej, niż potrzeba, co skończyło się tym, że David zgodził się przekazać aktówkę rękami innego pracownika, prosto do pokoju Magnusa Gimstada. Kiedy ona kiwała głową w podziękowaniu i wielkich wyrazach wdzięczności, mężczyzna zadzwonił po kolegę, jednocześnie wypisując na karteczce numer.
Trzy cyfry. Błękitne oczy Vivienne śledziły ruch długopisu i w zasadzie więcej jej nie trzeba było. Ciąg kresek, kółek i zawijasów dał jej numer pokoju, ale tkwiła w swoim teatrze dalej, wyczekując przybycia pracownika. Gdy przyszedł, nie umknęło jej jego mruknięcie odnośnie tego, że wreszcie ktoś, kto prezentuje się przyzwoicie, bo nie miało to już dla niej żadnego znaczenia. Choć faktycznie, w komplecie garsonka+spódnica ołówkowa i biała elegancka bluzka wyglądała, jak przykładny pracownik biurowy dbający o dobre pierwsze wrażenie. Czyli ktoś, kim b y ł a.
Odczekała stosowną chwilę, jak tylko mężczyzna odszedł z biwuarem, posłała jeszcze trzy kolejne podziękowania Davidowi i... pognała w stronę wind zaraz za tamtym. Jedną krótką, niezręczną jazdę w górę później, szła korytarzem po miękkim dywanie, który tłumił stukot jej szpilek. Widziała, jak pracownik puka do drzwi. Czekała, aż się otworzą. A kiedy się otworzyły, ruszyła przodem niemal biegiem.
— Wujku, masz aktówkę ojca!
Pozostało się modlić, że Grimstad faktycznie ją rozpozna. Że przypomni sobie córkę Christophera Adlera i da się porwać w ten wir kłamstw, który najwyraźniej był konieczny, by się z nim skontaktować.