Strona 1 z 1

believe in guns, not gods

: śr wrz 02, 2026 9:45 am
autor: Vivienne Adler
∙ 005 ∙

Toronto City Hall za dwa tygodnie, Enne. Upewnij się, że b ę d z i e s z. Że będziesz. Te słowa i ich absolutnie apodyktyczny tembr dźwięczały jej w głowie jeszcze długo po tym, jak ojciec je wypowiedział. Najpierw myślała, że to żart — jakiś okrutny, nieśmieszny żart — albo odwet. Psikus, kawał, cokolwiek.
A potem przyszła refleksja — Christopher Adler nie był człowiekiem, który żartował. Nie w taki maluczki i żałosny sposób. Metody na odwet też miał bardziej wysublimowane. I wraz z refleksją przyszły pytania: jeśli nie żart, to co? Jakaś durna strategia? Nowy wymiar trzymania jej w dybach na poluźnionej smyczy, dając jedynie ułudę wolności, i szarpiąc za łańcuch w chwili, gdy jest mu potrzebna?
Nie miała pojęcia do czego mogłaby się ojcu przydać na kolejnym z tych charytatywnych bali organizowanych przez znane nazwiska dla innych znanych nazwisk. Nie miała pojęcia i szczerze mówiąc, wcale nie chciała go mieć. Odmowa była jej pierwszą reakcją. Najpierw grzeczna, później rzeczowa, na koniec stanowcza — z żadną Christopher Adler się nie zgodził, na żadną nie zezwolił.
Wtedy odmowa zmieniła się w celowe unikanie, a celowe unikanie — po całym spektrum innych rzeczy po drodze — przeobraziło się w siedzenie na tylnej kanapie limuzyny wraz z ojcem tego wskazanego dnia, w sukience wybranej przez niego, w makijażu i fryzurze przygotowanych przez opłaconą przezeń stylistkę. Vivienne dawno nie czuła się tak bardzo o b c o. Wyalienowana we własnym ciele; patrząc na odbicie w przyciemnianej szybie miała wrażenie, że ogląda film z pierwszej perspektywy i była to perspektywa całkowicie nieprzyjemna. Ohydna, tak po prawdzie.
Na szczęście bal był jak bal. Szlachetne pobudki zgarniające w swoje sidła samą śmietankę towarzyską, elity nad elity. Vivienne już lata temu nauczyła się, że w tym świecie — ich, nie jej, świecie — nie wszystko było takie, jakim się wydawało; jakim udawało, że było. Największe gry rozgrywały się pod powierzchnią, udekorowane pięknymi intencjami i utkane z równie pięknych słów, ale w rzeczywistości nigdy takie nie były. Nigdy szlachetne. Nigdy dobre.
Dlatego cieszyła się, że wieczór minął szybko i bez większych ekscesów. Prawie.
W którymś momencie w tłumie mignęła jej znajomą twarz — mężczyzny, którego znała. Kojarzyła. Znacznie bliższy był jej ojcu, ale przecież to nie był pierwszy raz, kiedy go widziała. Kiedyś, w swojej dziecinnej naiwności, podsyconej brakiem prawdziwych więzów z dalszą linią rodziny, nazywała go wujkiem, choć nigdy tak na dobre nie zamienili ze sobą więcej słów niż wymagały tego zwroty grzecznościowe i czysta kurtuazja. Teraz, gdy po latach opadła kurtyna ojca zawsze trzymającego ją na dystans od swoich znajomych, mężczyzna był po prostu P a n e m.

Panem, o którego istnieniu przypomniała sobie ponownie dwa dni temu. Wtedy, na balu, nie miała pojęcia, że nazwisko wypowiedziane przez ojca w geście powitania ze starym druhem, będzie dla niej tak istotne. Ale między balem a dzisiejszym dniem była istna przepaść zdarzeń. Tydzień temu Vivienne nie pomyślałaby, że będzie kręcić się w nocy z bezsenności, wspominając niemal belferskie wytykanie błędów odnośnie swojego, jakże amatorskiego, strzelania. Tydzień temu nie sądziła, że strzelanie będzie jej do czegoś w ogóle potrzebne. F a k t y c z n i e potrzebne.
Tydzień temu nie uwierzyłaby też sobie z dzisiaj, że będzie szukać kolegi ojca.
A jednak stała tutaj, w lobby hotelowym na Wellington Street w Downtown, patrząc na te wszystkie delikatne akcenty luksusu. Zdobione kafle na posadzce, fikuśny dywan prowadzący do recepcji błyszczącej złocistymi akcentami, fotele obite skórą i welurem, kanciastą geometrię zamykającą design w modernistycznym sznycie, ale udekorowanym złotem, ciemnymi barwami i drewnem, które prawdopodobnie miały oddawać hołd klasyce. Vivienne nie czuła tu klasyki połączonej z nowoczesnością. Czuła tylko delikatny zapach perfum do pomieszczenia i niepewność.
Chciałaby powiedzieć, że znalezienie Grimstada było łatwe.
Nie było. Może gdyby nie musiała po drodze urywać wszelkich poszlak i nie dać się złapać informatorom ojca byłoby łatwiej. Może gdyby nie to, że musiała wspinać się na wyżyny łapania pobocznych kontaktów, byleby tylko obejść jurysdykcję Adlera, byłoby łatwiej.
Ale ukrywanie kontaktu z Magnusem Grimstadem to nie była tylko kwestia karmienia buntu wobec ojcowskiej potrzeby kontroli. To była konieczność wynikająca z bardziej prozaicznych powodów — ojciec by po prostu nie zrozumiał tego czemu jego córka w ogóle pokusiła się na ten kontakt.
A może by zrozumiał.
Może sam by zainicjował to, co chciała osiągnąć Vivienne.
Może jednak, cholera, chodziło o wyjście spod ojcowskiego skrzydła i pokazanie mu środkowego palca, że da sobie radę sama; a więc o bunt.

Zabiła tłumiącą się w niej niepewność zanim ta buchnęła w niej na dobre. Opuściła ciemne okulary z twarzy i ruszyła ku recepcji, tym brzydkim dywanem wzdłuż holu i zatrzymała się przy blacie, gdzie z promiennym uśmiechem powitał ją pracownik o imieniu David — przynajmniej tak sugerowała plakietka na uniformie. Vivienne nie była najlepsza w improwizację, zwłaszcza w starciu z sztywną polityką przedsiębiorstw o długoletnich tradycjach, ale przez te ostatnie lata pracy i obserwowania swoich podopiecznych nauczyła się jednego — jak trzeba, kłam jak z nut. Dlatego kłamała. Z długim, jakże dramatycznym westchnieniem porzuciła na blacie przed sobą ciężki, skórzany biwuar.
Cześć, David — zaczęła, zgarniając włosy z twarzy za ucho. — Błagam, powiedz mi, że Magnus Grimstad jest u siebie. Popłaczę się, jeśli jeszcze nie wrócił albo znowu gdzieś wyszedł.
Nie miała pojęcia czy gdzieś był czy nie, ale był środek tygodnia, godzina bliżej ósmej, jako biznesmen musiał pewnie załatwiać jakieś sprawy na mieście. Musiał, prawda? David zamrugał, sprawdził coś w komputerze, wrócił spojrzeniem do niej.
Pan Grimstad jest u siebie. Jak mogę pomóc?
Vivienne za to odetchnęła głęboko, dociskając rękę do klatki piersiowej, tuż nad swoje serce.
Bo wiesz, to mój wujek. Grali dzisiaj z moim ojcem w golfa, a potem poszli na lunch i nie wiem jak, nie pytaj mnie, to dla mnie zupełna abstrakcja, jakimś cudem zamienili się aktówkami przy wychodzeniu. Mój ojciec ma za godzinę samolot do Londynu, a w aktówce zostawił książeczkę zdrowia. Miał ostatnio operację kolana i ma wszczepione metalowe pręty, a wiesz jak to na lotniskach. Bramki będą piszczeć, ochrona będzie chciała go zatrzymać, on się będzie denerwował i stresował, a serce już nie takie, w książeczce jest wypis o operacji i informacja odnośnie tych prętów, właśnie na wypadek kontroli na lotnisku... No, w każdym razie, ja jestem tym nieszczęśliwcem, który przegrał w papier, kamień, nożyce i to ja muszę ogarnąć zamianę aktówek. Wskażesz mi jego pokój?
Ale pomimo absolutnie perfekcyjnie odegranej roli, David tylko uśmiechnął się przepraszająco i pokręcił głową. Powiedział, że jest mu przykro, ale polityka hotelu nie pozwala mu na podawanie takich danych ze względu na prywatność gości i kwestie bezpieczeństwa, co Adlerówna doskonale rozumiała, choć w tej konkretnej sytuacji było jej to kompletnie nie w smak. Szła w swoim cyrku w zaparte — gadając więcej, niż potrzeba, co skończyło się tym, że David zgodził się przekazać aktówkę rękami innego pracownika, prosto do pokoju Magnusa Gimstada. Kiedy ona kiwała głową w podziękowaniu i wielkich wyrazach wdzięczności, mężczyzna zadzwonił po kolegę, jednocześnie wypisując na karteczce numer.
Trzy cyfry. Błękitne oczy Vivienne śledziły ruch długopisu i w zasadzie więcej jej nie trzeba było. Ciąg kresek, kółek i zawijasów dał jej numer pokoju, ale tkwiła w swoim teatrze dalej, wyczekując przybycia pracownika. Gdy przyszedł, nie umknęło jej jego mruknięcie odnośnie tego, że wreszcie ktoś, kto prezentuje się przyzwoicie, bo nie miało to już dla niej żadnego znaczenia. Choć faktycznie, w komplecie garsonka+spódnica ołówkowa i biała elegancka bluzka wyglądała, jak przykładny pracownik biurowy dbający o dobre pierwsze wrażenie. Czyli ktoś, kim b y ł a.
Odczekała stosowną chwilę, jak tylko mężczyzna odszedł z biwuarem, posłała jeszcze trzy kolejne podziękowania Davidowi i... pognała w stronę wind zaraz za tamtym. Jedną krótką, niezręczną jazdę w górę później, szła korytarzem po miękkim dywanie, który tłumił stukot jej szpilek. Widziała, jak pracownik puka do drzwi. Czekała, aż się otworzą. A kiedy się otworzyły, ruszyła przodem niemal biegiem.
Wujku, masz aktówkę ojca!
Pozostało się modlić, że Grimstad faktycznie ją rozpozna. Że przypomni sobie córkę Christophera Adlera i da się porwać w ten wir kłamstw, który najwyraźniej był konieczny, by się z nim skontaktować.

Magnus Grimstad

believe in guns, not gods

: śr wrz 02, 2026 8:15 pm
autor: Magnus Grimstad
Nie spodziewał się dzisiaj żadnych gości, dlatego był zdziwiony słysząc, że na rejestracji jest ktoś, kto podobno miał coś, co należało do niego. Z tego, co wiedział w ostatnim czasie niczego nie zgubił. Niczego mu też nie brakowało. Starał się nie afiszować z tym, że jest już w mieście od jakiegoś czasu. Każdy, kto z nim w jakikolwiek sposób współpracował również wiedział by wcześniej zadzwonić zanim postanowi go odwiedzić. Niestety nie mógł mieć kontroli nad wszystkim. Chciałby sądzić, że obsługa w tak szanowanym i drogim hotelu będzie szkoliła swoich pracowników w zakresie bezpieczeństwa swoich gości. Tak się najwidoczniej nie stało, skoro nie zapytali go nawet o zdanie od razu kierując kogoś do jego pokoju z nieznaną zawartością jakiegoś nesesera.
To byłby całkiem dobry sposób żeby go wyeliminować. Bardzo niebezpośredni i przemyślany. Tak, jak niektórzy zabójcy robili. Tak pomyślałby i tego by się spodziewał gdyby był o kilka dekad młodszy oraz nadal pracował w tamtym świecie. Dzisiaj, kiedy jest już na emeryturze szanse na to, że ktoś chciał w końcu wyrównać z nim rachunki były dość małe. Co nie znaczyło, że przestał być ostrożny. Na wszelki wypadek nie czekał od razu w progu swojego apartamentu. Pozwolił obsłudze otworzyć drzwi. Stał w, chociaż częściowo, bezpiecznej odległości w swoim salonie częściowo zasłonięty przez ścianę konstrukcyjną. Już miał zatrzymać mężczyznę i kazać mu zajrzeć do środka, kiedy w drzwiach pojawiła się jakaś młoda dziewczyna.
Do tego krzyczała coś o wujku. Magnus nie próbował nawet ukrywać swojego zdziwienia. Jego brwi powędrowały do góry i przez zdecydowanie zbyt długą chwilę niczego nie zrobił. Jego instynkty zupełnie zawiodły. Nie miał nawet przy sobie broni. W końcu był na emeryturze. Próbował skojarzyć skąd mogła go znać.
Wujku?
Jego brat, dla którego właściwie tutaj przyjechał nie miał żadnych dzieci. Jego siostra nie miała chyba córek, chyba, że o czymś nie wiedział... Nie kojarzył zbyt wielu osób z którymi miał tak bliski kontakt by ich dzieci nazywały go wujkiem. Aż go olśniło. Zajęło to znacznie dłużej niż by chciał, ale przypomniał sobie, że już ją gdzieś widział i to pewnie całkiem niedawno. Co prawda wtedy miała o wiele mocniejszy makijaż i pewnie jakąś sukienkę, na którą niekoniecznie zwrócił uwagę bo była dla niego po prostu za młoda plus była córką dawnego znajomego.
Odetchnął z ulgą w końcu lekko rozluźniając ciało, które spięło się mocniej niż się tego spodziewał. Najwyraźniej nie dało się całkiem przejść na emeryturę. Dla niego to chyba lepiej.
- Aktówkę Twojego ojca? - spojrzał na nią unosząc wymownie brew bo oboje wiedzieli, że nic takiego nie miał - Zostaw nas, zajmę się tym. - skinął jedynie dłonią na boya, który już chciał siłą wyciągać drobną blondynkę z jego apartamentu.
Grimstad nie musiał się powtarzać. Wystarczyło jedno spojrzenie by jedynie się ukłonił, odłożył aktówkę na ziemię i zamknął za sobą drzwi. Był zbyt ważnym gościem by zadawali niepotrzebne pytania. Kiedy już zostali sami westchnął, przysiadł na podłokietniku jednego z foteli i spojrzał w jej stronę badawczo.
- Vivienne? Dobrze pamiętam? - zapytał po chwili nieświadomie poprawiając mankiety swojej koszuli - Może wyjaśnisz mi co robisz w moim apartamencie? Bez zapowiedzi. Bez pytania. - jego ton nabrał nieco poważniejszego, a przede wszystkim surowszego zabarwienia.
Nie powinna mieć powodu żeby się z nim kontaktować, a już na pewno nie tak bezpośrednio. Jej ojciec pewnie nie byłby zadowolony gdyby wiedział, że jego córka zadaje się z jego znajomymi bez jego wiedzy. On był już niegroźny, ale gdyby zaczęła odwiedzać innych? Mogła nie wrócić z tego bez szwanku. Miał tylko nadzieję, że nie jest to ten buntowniczy moment w jej życiu, kiedy próbuje coś udowodnić swojemu ojcu. Jeśli zacznie z nim flirtować zrobi się bardzo niezręcznie, bardzo szybko.

Vivienne Adler

believe in guns, not gods

: czw wrz 03, 2026 11:33 am
autor: Vivienne Adler
Nie była wysoka. Nawet w szpilkach, które teraz na sobie miała, sięgała hotelowemu boyowi może do linii szczęki, ale i tak wepchnęła się przed niego, zagradzając mu drogę, w napływie głupiej brawury szczerze wierząc, że będzie w stanie z nim wygrać, gdyby ten chciał ją odciągnąć siłą. Ale najważniejsze to nie była przepychanka siłowa z pracownikiem — najważniejsze było to, żeby Grimstad ją dostrzegł i to na tyle, żeby ją rozpoznał. Nie mogła więc stanąć grzecznie przy pracowniku ani tym bardziej gdzieś za nim, musiała stanąć przed nim i to w całej swojej okazałości. Dlatego wylądowała przed nim. Nie zasłaniając go sobą i nie odgradzając od Grimstada, bo na to, niestety, była za drobna.
Co Ty mi tu, halo, proszę pani?! — zaczął się awanturować boy, niemniej Vivienne stała uparcie. I wpatrywała się w Magnusa, wzrokiem wręcz błagającym, w głowie modląc się do wszystkich bóstw tego świata, żeby trybiki w głowie mu zadziałały, żeby pamięć połączyła kropki, a umysł zrozumiał.
Widziała, jak brwi Grimstada podjeżdżają do góry i nie dało się zaprzeczyć, że jego bezruch tylko sprowokował boya do ruchu. Uniósł dłonie ku górze, może w geście chęci odepchnięcia jej, a może żeby po prostu minąć ją i zamienić ich rolami, żeby to ona stała za nim. Cokolwiek planował, wszystko spełzło na panewce, kiedy Grimstad spojrzał na niego wymownie, wcześniej kiwając dłonią.
Oczywiście. Przepraszam za kłopot, Panie Grimstad. Miłego wieczoru — rzucił jeszcze na odchodne i tyle go było.
Vivienne odetchnęła z ulgą dokładnie w tym samym momencie, w którym Magnus westchnął. Stała jeszcze chwilę przy drzwiach, niczym słup soli, przetwarzając wszystko to, co się wydarzyło. Ten teatrzyk na recepcji, tę adrenalinę kłamstwa, to, że się udało. Serce waliło jej w klatce piersiowej, jak oszalałe i przez chwilę słyszała tępy szum krwi w uszach. Refleksja spłynęła na nią ciężko i druzgocąco, zalewając nie tylko przyspieszonym tętnem, ale i oddechem.
Jezu Chryste — mruknęła do siebie, wciąż nie dowierzając, że w kostkach padło na sukces. Dopiero głos mężczyzny sprowadził ją z powrotem na ziemię i uniosła głowę, spoglądając na niego. Powiodła wzrokiem po ruchu, gdy poprawiał mankiety koszuli, po tym, jak siedział na podłokietniku fotela i nabrała głęboko powietrza, próbując uspokoić szalejące serce i wciąż za szybki oddech, który nie ułatwiał odpowiadania.
T-tak, dobrze. Vivienne Adler, od... od Christophera — wymamrotała, nie kryjąc zaskoczenia — jak on nie krył wcześniej swojego — bo odruchowo spodziewała się, że nie będzie pamiętał jej imienia. Że będzie kolejnym z tej długiej, nudnej listy mężczyzn, który patrzyli na nią jak na ozdobnik przy ramieniu jej ojca i nawet nie kwapili się, żeby zapamiętać jej imię. Bo była dla nich jak bibelot — ładny, starannie zapakowany, pozbawiony jednak wartości innej niż dekoracyjna; który nie zasługiwał, żeby ją zapamiętali. Tymczasem Grimstad nie tylko kojarzył jej imię. On go nie przekręcił. Nie zrobił z niej Vivian. Nie zrobił Vivianne. Vivienne. Zapamiętał. To sprawiło, że Adlerówna powoli opuściła dłoń tkwiącą na klatce piersiowej wzdłuż własnego ciała i ruszyła do przodu, bardziej w jego kierunku. — Przepraszam za to. Za tę akcję z aktówką, ale to była ostateczność, a nie jakaś fanaberia, przysięgam. I za to, że się nie skontaktowałam wcześniej, tylko od razu, no, wie Pan.
Wbiłam tu, jak do siebie, okłamując dwóch bardzo ważnych pracowników, którzy, jak to wyjdzie na jaw, będą mieli przesrane.
Zatrzymała się niedaleko niego. Nie za blisko, żeby nie pomylił tego z czymkolwiek wykraczającym poza grzeczność i idącym w kierunku choćby ziarenka flirtu, ale też nie za daleko, żeby nie pomyślał, że się go bała czy jakkolwiek się wahała. Wzięła oddech, kolejny wydech, i tak jeszcze parę razy. Musiała najpierw uspokoić serce i wyrównać oddech, ale przy okazji zorientowała się, że stoi pośrodku jego salonu jak ten nieproszony gość — którym, oczywiście, była — i nie wie, od czego zacząć.
W głowie przeprowadziła wiele wersji tej rozmowy. Zbyt wiele. Mniej i bardziej detalicznych. Zbyt wiele scenariuszy, w których mówiła jakże odpowiednie rzeczy we właściwej kolejności i wszystko było cacy. Teraz, kiedy stała naprzeciwko niego, wszystkie te wersje nagle okazały się nieadekwatne.
Znowu przełknęła ślinę.
Dobra. To... to może przejdę od razu do rzeczy — zaczęła z wolna, rozglądając się dookoła naprędce. Głupio jej było przed nim stać, więc znalazła sofę i podeszła do niej, przysiadając na jej podłokietniku. Trochę kopiując jego. W końcu jak miała brać przykład, to tylko z tych, którzy byli górą. Którzy mieli p r z e w a g ę. W przewagę Grimstada nie wątpiła. — Chciałabym nauczyć się strzelać. I wiem, że Pan umie, bo widziałam to parę razy i wiem też, że to wydaje się absurdalnym pomysłem, bo ojciec mógłby mi ustawić milion nauczycieli i jeszcze więcej strzelnic, ale...
Zerknęła na aktówkę na podłodze, na tę swoją małą rekwizytornię kłamstw, a potem z powrotem na niego.
Ale właśnie o to chodzi. Nie chcę przez ojca. Nie chcę dzięki niemu. Chcę sama. Bez jego wiedzy, bez jego jurysdykcji, bez jego oddechu na karku i świadomości, że znowu wszystko kontroluje. — Zatrzymała się na moment. Może za dużo gadała. Na pewno za dużo gadała, biorąc pod uwagę, że był znajomym jej ojca. Zamrugała, jakby właśnie to do niej dotarło. Ty kretynko.Błagam, niech to zostanie między nami.
Spojrzała mu w oczy i nie widziała tam Magnusa Grimstada. Nie tak dosłownie. Nie znajomego jej ojca, nie kogoś, kogo czasami widywała w posiadłości, jak strzelał i nigdy nie pudłował. Widziała coś gorszego — przypomnienie o tym, czego jej brakowało. Czego brakowało jej w samej sobie, bo chociaż jej nowy piesek Wright z całą pewnością tego nie chciał, to nauczył jej jednej rzeczy. Że strach był luksusem, na który Vivienne Adler nie mogła sobie pozwolić.
Dlatego Grimstad. Dlatego tu była.
Zapłacę ile będzie trzeba.Za naukę. Za pomoc. Za bycie cicho.Proszę.


Magnus Grimstad

believe in guns, not gods

: sob wrz 12, 2026 7:08 pm
autor: Magnus Grimstad
Magnus nie był przyzwyczajony do niezapowiedzianych wizyt. Te w jego dawnym fachu zawsze zwiastowały kłopoty. Czy to dlatego, że ktoś się akurat na niego zaczaił, czy ktoś przychodził z ofertą współpracy. Ofertą, która też nigdy nie kończyła się dla niego dobrze. Nawet jeśli przeszedł już na emeryturę lata temu, a właściwie dekady, tak pewnych przyzwyczajeń nie dało się tak po prostu oduczyć. Stąd jego bardzo zachowawcze zachowanie przy drzwiach. Nie zamierzał wpuścić do swojego apartamentu nikogo, kto nie został wcześniej sprawdzony.
Dlatego doceniał to, że pracownik hotelu był już praktycznie gotów wyciągnąć stąd dziewczynę bez jej zgody, ale to nie okazało się konieczne. Nie rozpoznał jej od razu. Potrzebował chwili by jego szare komórki w końcu zaczęły kojarzyć niektóre fakty, a pamięć zrobiła swoje. Ze wszystkich nieprawdopodobnych rzeczy, które mogły mu się przytrafić w tym mieście - bycie odszukanym przez córkę jednego ze swoich, cóż, powiedźmy przyjaciół, jeśli takich można było mieć w ich fachu, było gdzieś daleko na jego liście. Gdyby nie ich ostatnie, przypadkowe, spotkanie na gali pewnie w ogóle by jej nie poznał. Zazwyczaj gdzieś się mijali, a on prawdę mówiąc nie zwracał na nią tak wielkiej uwagi. Im dalej trzymała się od niego oraz interesów swojego ojca tym lepiej. Tak dla wszystkich było po prostu lepiej.
Swoje pierwotne zaskoczenie szybko zamaskował. Ostatnie, czego chciał to to by połapała się w tym, że rzeczywiście udało jej się sprawić, że dawne instynkty wzięły górę. Serce zabiło trochę szybciej, a szczątkowe ilości adrenaliny wypłynęły do krwiobiegu zaostrzając nieco zmysły na wypadek najgorszego. Wyrosła, tyle na pewno mógł o niej powiedzieć. Nie była już nawet chyba nastolatką.
- Tak, pamiętam Twojego ojca. - zapewnił ją zakładając dłonie na piersi - Ostateczność..? Nie znam jeszcze celu, ale na razie brzmi jak fanaberia. Gdyby to była ostateczność dostałbym telefon od Christophera. - lekko ją skarcił nie spuszczając z niej swojego czujnego wzroku.
Nie dlatego, że jeszcze ją o coś podejrzewał. Może powinien. Kiedyś by to zrobił, lecz szansa, że córka kogoś, z kogo strony nie spodziewa się żadnego ataku jest jakimś podstępem była cholernie niska. Trybyki po prostu zaczynały działać. Zaczynał analizować, co mogło ją tutaj przywieźć, dlaczego nie był to jej ojciec? Na razie nie miało to najmniejszego sensu, więc liczył na to, że się wytłumaczy.
- Tak byłoby najlepiej. - przytaknął jej delikatnie głową, gdy stwierdziła, że przejdzie do konkretów.
Zwracał uwagę na jej mowę ciała. Prawie słyszał z tej odległości jej bijące serce. Była zdenerwowana, słusznie. Sama, w apartamencie dość potężnego mężczyzny, który w dodatku jest zamieszany w interesy jej ojca? To było niebezpieczne. Dość głupie nawet. Tym razem trafiła dobrze, ale gdyby wybrała kogoś innego... Nie każdy był rzeczywiście przyjacielem jej ojca. Powinna być ostrożniejsza.
Znów udało jej się lekko unieść jego brew. Nieznacznie, ale jednak. Lekcje strzelania? Szczerze nie był pewien czy rzeczywiście strzelał w ich posiadłości. Może kiedyś, dekady temu. Jej ojciec zawsze lubił się zakładać i wchodzić mu nieco na ambicję. A gdy był młodszy, czasami mu na to pozwalał. Więc była szansa, że rzeczywiście to widziała. Niemniej ta prośba była bardzo nietypowa. Powinien też pewnie powiedzieć o niej jej ojcu. On chciałby żeby jemu powiedziano. Stawiała go w dość ciężkiej sytuacji. Powinien być lojalny względem swojego przyjaciela. Grzecznie odmówić i odwieźć ją do domu, ale miał przeczucie, że jeśli się nie zgodzi, będzie próbowała szukać kogoś innego i następnym razem może nie mieć tyle szczęścia, co z nim. Ludzie w jej wieku naprawdę potrafili być trudni.
- Stawiasz mnie w naprawdę niekomfortowej sytuacji... - mruknął rozmasowując kreskę, która wymalowała się na jego czole tuż nad nosem, kiedy marszczył brwi cały czas jej się przyglądając - Po czym wnioskujesz, że potrzebowałbym pieniędzy? - pokręcił głową cicho wzdychając - Plus rada na przyszłość... Jeśli komuś zapłacisz, twój ojciec zdecydowanie się dowie. - pamiętał jak bardzo lubił monitorować swoje finanse, więc przypuszczał, że to samo robił ze swoją córką.
- Po co chcesz się nauczyć strzelać? - zapytał wstając z oparcia by podejść do barku i nalać sobie drinka.
Przeczuwał, że będzie go potrzebować zanim zakończą tę konwersację.

Vivienne Adler