Przez jedną krótką — i jak cholernie irytującą — chwilę Vivienne poczuła, że to może jednak był błąd. Że zwrócenie się do dawnego przyjaciela ojca, choć najbardziej bezpieczne w swojej zawiłości i najbardziej skomplikowane w swojej racjonalności, jest jednocześnie najgłupsze, najbezsensowniejsze, naj-absurdalne. Przez jeszcze krótszą sekundę rozważała po prostu wstanie, przeproszenie za kłopot i wycofanie się. Wcale nie dlatego, że nie udało się załatwić sprawy w pięć minut. Nie. Adlerowie uwielbiali wyzwania. Nienawidzili, kiedy wszystko przychodziło łatwo — choć miało to niewątpliwie swój urok.
“Życie tego fotografa może być już równie dobrze skończone.
Te słowa Grimstada jeszcze chwilę zostały w jej głowie. Mieliła je, nie mając złudzeń co do tego, że skoro wychodziły od niego — od człowieka, którego kiedyś widywała w posiadłości, a więc niewątpliwie jej ojcu bliskiego — to nie było w nich cienia kłamstwa. Nie miała pojęcia, że Grimstad coś ukrywał. Coś brzydszego. Nie wiedziała, że jego słowa były jak bajka stworzona dla dzieci, które były już za małe na opowiastki o dobrych życzliwych wróżkach, ale jeszcze za małe na poznanie prawdziwych potworów. Nie wiedziała, że ona była teraz tym d z i e c k i e m.
”Równie dobrze skończone.”
Patrzyła na niego, wciąż ściskając pustą szklankę, a chłodny, nieprzyjemny dreszcz przebiegł po jej karku i musiała się zmusić, żeby nie drgnąć; napiąć, żeby nie dać po sobie znać, jak bardzo ją to dotknęło. Zgrabnie wykorzystała ten moment, żeby wreszcie zmienić położenie i zsunęła się z podłokietnika na miękkie obicie kanapy, próbując — i przegrywając tę walkę — wymazać sobie z pamięci to, co stało za tymi słowami. Że jej ojciec mógł zlecić czyjeś zamordowanie tak po prostu, bo robiło się niewygodnie. Wyrzucić, jak uwierający kamień z buta. Fakt, że Grimstad powiedział to zdanie z tak beznamiętnym spokojnem, tak bez żadnych wątpliwości czy moralnego ciężaru sprawił jedynie, że wcześniejszy dreszcz wrócił i spełzł niżej, po plecach. To było trudniej ukryć i Vivienne odruchowo chciała się napić, ale dopiero z krawędzią szklanki przy ustach zorientowała się, że ta jest pusta.
Kurwa.
Odchrząknęła, uśmiechnęła się głupio, wzruszyła ramionami na własną niedbałość i odstawiła te przeklęte naczynie na blat stolika przed nią. Wybrała kłamstwo na rzecz spokojnego sumienia i możliwości oddychania.
Że
skończony oznaczał prawnika, nakaz, zakaz zbliżania się, konfiskatę sprzętu, może jakąś ugodę, po której fotograf wyląduje na drugim końcu kraju, może karę finansową tak dotkliwą, że odechce mu się fotografować młode kobiety do końca życia i wysyłać ich zdjęcia do ojców.
—
Rozumiem — odpowiedziała cicho, wcale nie rozumiejąc, ale chcąc zamknąć temat. Nie chciała już o tym rozmawiać. Nie chciała o tym nawet m y ś l e ć. Słodka naiwność i gorzka ignorancja były w tym momencie jej całkowitym wyborem. Kontrola. Vivienne lubiła kontrolę. Na szczęście z ratunkiem przybył temat — niestety — Wrighta i Adlerówna założyła nogę na nogę, bo skoro odłożyła szklankę, to ręce miała puste, a te ręce ewidentnie potrzebowały czymś się zająć. Więc zajęły się jej spódniczką, wygładzając materiał na udzie. —
Jest dobry. Ale nie łazi za mną wszędzie.
Na całe szczęście.
Uwaga o randkach sprawiła tylko, że Vivienne zmarszczyła nos i prychnęła cicho.
—
Nie wiem czemu mielibyśmy być zobaczeni razem. Nie planowałam brać Cię pod ramię i paradować po hotelowym lobby, mogłabym wejść do pokoju, w którym już byś czekał, i wyszłabym też pierwsza, zabierając oczy i uszy mojego ojca z powrotem ze sobą, zanim... — mruknęła, ale coś jej podpowiadało, może ten sam nieprzyjemny dreszcz, że ta wymówka, choć logiczna w jej prostym świecie pozorów, dla kogoś takiego jak on, jej ojciec i jej pies obronny to jedynie dziurawe sitko, przez które prawda mogła przeciec zbyt łatwo i zbyt szybko. Ryzyko. To było ryzyko. A przecież ostatnie, czego Vivienne potrzebowała, to dać się z ł a p a ć. —
Nieważne.
Z braku laku zerknęła na aktówkę, którą zostawiła przy wejściu. Z braku laku też wstała i podeszła do niej, sięgnęła po nią, wróciła z nią na kanapę, po drodze otwierając ją i wyciągając z wewnętrznej kieszeni telefon.
—
Wiem, że konie nie lubią wystrzałów, ale to ogromny teren daleko poza miastem. Hektary nieużytków, las, stary kamieniołom... dobre pięć mil od najbliższych wybiegów i boksów. Na miejscu są quady. Oficjalnie dla pracowników, nieoficjalnie, za drobną opłatą u stajennego, można sobie uciąć małą przejażdżkę i popodziwiać widoki. Na północ są stare nasypy i nikt tam nie zagląda. Syn właściciela to mój stary znajomy ze studiów, więc nawet jakby coś się stało, coś się wydało, to będziemy kryci — odpowiedziała w kwestii jazdy konnej, starając się odsunąć od siebie uczucie, jakie wywołał w niej komentarz mężczyzny. Nie była przecież aż taką i d i o t k ą. Telefon był ewidentnie starej daty, prosty model, jakich używało się dawno, dawno temu, bez dotykowego ekranu, za to z klapką. Vivienne odłożyła go na stół i pchnęła, a ten pojechał po blacie w kierunku Grimstada. Drugi, dokładnie taki sam model, wyciągnęła z wewnętrznej kieszeni garsonki i pomachała nim, trzymając w ręce. —
Są w nich tylko jedne numery, do siebie nawzajem.
Wyglądało na to, że Vivienne Adler miała plan na lekcje względnie przemyślany. Może nie do końca ogarnięty, ale przemyślany.
—
To... Przyszła środa?
Magnus Grimstad