Matteo Carissoni
: śr wrz 02, 2026 12:45 pm
Matteo Carissoni

data i miejsce urodzenia
8/03/2000, Toronto, Kanadazaimki
Szczęść Boże/Bóg zapłaćzawód
Ksiądzmiejsce pracy
St. Michael's Cathedral Basilicaorientacja
Hetero-homo-aseksualny? Celibat!dzielnica mieszkalna
Plebaniapobyt w toronto
Od urodzenia, przerwa na studia w Rzymieumiejętności
gra na gitarze elektrycznej, podstawowa mechanika samochodowa, prowadzenie samochodu, prowadzenie podcastu, przeprowadzanie wywiadów, komunikacja z ludźmi, mediacja i łagodzenie konfliktów, znajomość języka włoskiego, znajomość teologii i filozofii, prowadzenie nabożeństw i liturgii, praca z dziećmi i młodzieżą, dobra orientacja w popkulturze, gra w piłkę nożnąsłabości
zbyt duża ufność, naiwność, problem z odmawianiem, unikanie konfliktów, łatwe przywiązywanie się, impulsywność w sprawach uczuciowych, uleganie silnym osobowościom, trudność w stawianiu granic, branie na siebie zbyt wielu obowiązków, nadmierna potrzeba pomagania innym, sentymentalność, podatność na poczucie winy, brak doświadczenia życiowego, czasami lekkomyślność, słabość do pewnych siebie i dominujących kobiet Zanim Matteo Carissoni został księdzem, zdążył zrobić kilka rzeczy, których raczej nie wpisuje się do oficjalnego życiorysu przyszłego duchownego. Zakochał się jako nastolatek, w Rzymie zaliczył kilka sytuacji, o których zdecydowanie wolałby, żeby jego przełożeni nie wiedzieli, później zakochał się po raz drugi, tym razem dużo poważniej, a przez pewien czas naprawdę zastanawiał się, czy całe to kapłaństwo jest w ogóle dla niego. Ostatecznie jednak został księdzem. Najzabawniejsze, nadal jest dokładnie tym samym Matteo, tylko z koloratką zamiast zwykłej koszulki z ulubionym zespołem.
Urodził się w Toronto jako pierwszy syn włoskich emigrantów z Mediolanu. Rodzina Carissoni nigdy specjalnie nie próbowała udawać, że Kanada całkowicie wyparła z nich Włochy. W domu było dużo jedzenia, gestykulowania, głośnych rozmów i przekonania, że jeśli ktoś mówi spokojnie, to prawdopodobnie coś ukrywa. Matteo dorastał więc w dość typowej włosko-kanadyjskiej rodzinie, w której rodzice byli dumni ze swoich korzeni, ale jednocześnie chcieli, żeby ich dzieci miały normalne życie w Toronto. Jako dziecko Matteo był po prostu dobrym chłopakiem. Nie świętym, nie chodzącym ideałem i na pewno nie kimś, kto już w wieku ośmiu lat przemawiał rodzicom o sensie życia. Raczej tym spokojnym chłopakiem, którego wszyscy lubili. Dobrze dogadywał się z rówieśnikami, starszymi ludźmi, dzieciakami i zwierzętami. Nie szukał problemów, nie wdawał się w bójki, nie miał potrzeby udowadniania czegokolwiek pięścią. Jeśli już coś odwalał, to raczej w sposób, po którym można było się tylko złapać za głowę i zapytać, dlaczego on właściwie uznał ten pomysł za dobry. Przykład? Razem z rodzeństwem i kolegami zrobili sobie bramkę z policyjnego busa i obili mu cały bok.
W okresie nastoletnim niewiele się pod tym względem zmieniło. Matteo nadal był raczej spokojny, ale zdecydowanie nie był nudny. Miał swoje głupie pomysły, potrafił zrobić coś spontanicznego tylko dlatego, że wydawało mu się to zabawne, a później przez pół dnia zastanawiać się, jak wytłumaczyć rodzicom, że przecież wszystko było pod kontrolą. Zwykle nie było. Był też mocno związany ze swoim młodszym bratem Filippo. Siedem lat różnicy wieku nie przeszkodziło im w stworzeniu normalnej, braterskiej relacji. Matteo często pełnił rolę starszego brata, który niby marudzi, ale kiedy naprawdę trzeba, pierwszy pomaga. Nawet załatwił mu gitarę, dzięki czemu jego „fratello” mógł się nauczyć czegoś nowego. Sam Matteo również pasjonował się muzyką, ale bardziej cięższym brzmieniem. Uwielbiał rock, metal i wszystko co związane z elektryczną gitarą. Sam nauczył się na niej grać, chociaż nie było to łatwe.
Wracają do liceum. Właśnie wtedy pojawiła się pierwsza miłość. Nastoletnia, trochę niewinna i trochę żenująca w sposób, w jaki żenujące bywają pierwsze związki. Dziewczyna nazywała się Jolene Smith. Była jego pierwszym prawdziwym zauroczeniem, pierwszymi długimi rozmowami do późna i pierwszą osobą, przy której Matteo zaczął rozumieć, że można się stresować zwykłym spotkaniem bardziej niż egzaminem. Ich relacja nie przetrwała dorastania, szkoły i całego tego chaosu, który pojawia się, kiedy człowiek dopiero zaczyna rozumieć, czego właściwie chce od życia. Zostało jednak wspomnienie czegoś dobrego i ważnego. Matteo nie wspominał tego związku z zażenowaniem. Raczej z lekkim uśmiechem. Ale dzięki niej obudził w sobie nowe zainteresowanie, którym stała się motoryzacja. Ojciec panny Smith był mechanikiem. Młodzieniec by zaimponować jej staruszkowi, sam wkręcił się w samochody i motory.
Wiara również pojawiła się w jego życiu bez wielkiego objawienia. Nie było jednej chwili, w której nagle spojrzał w niebo i pomyślał, że zostanie księdzem. Wiara była obecna w domu, w rodzinie, w niedzielach, świętach i zwykłym życiu. W końcu był ministrantem od najmłodszych lat. Z czasem zaczęła być dla niego czymś bardziej osobistym. W pewnym momencie pojawiła się też myśl o kapłaństwie. Początkowo traktował ją jako możliwość. Potem zaczął traktować ją poważnie. W wieku dziewiętnastu lat wyjechał do Rzymu. To właśnie tam zaczęła się ta część jego życia, której oficjalna biografia prawdopodobnie nigdy nie oddałaby odpowiednio.
Włochy. Rzym. Miejsce to miało być ścieżką, którą postanowił podążać. Nauka, przygotowanie do kapłaństwa i Watykan, gdzie mógł z bliska obejrzeć Ojca Świętego. Oczywiście Rzym taki też był! Matteo studiował filozofię i teologię, przechodził formację seminaryjną, uczył się liturgii, duszpasterstwa i wszystkiego, co przyszłemu księdzu może się przydać. Tyle tylko, że pozostawał przy tym dwudziestolatkiem. Hormony robiły swoje, a chęć sprawdzenia się we Włoszech była próbą, którą młody Carissoni musiał przejść.
Zdarzało mu się więc trochę odwalać. Raz przez pół dnia próbował przekonać kolegę, że znaleziony gdzieś gadżet (metalowe, unikalne dildo) jest „absolutnie niezbędnym elementem formacji”. Innym razem razem z kilkoma znajomymi wpakował się w sytuację, która zaczęła się niewinnie, a skończyła koniecznością bardzo szybkiego tłumaczenia się z tego, dlaczego przyszli księża zachowują się jak grupa studentów na pierwszym roku. Matteo nie był jednak buntownikiem. Nie robił tego przeciwko kościołowi czy seminarium. Po prostu czasami zapominał, że jego życie ma być poważne, a on sam nadal jest młodym facetem, który lubi się pośmiać. Jednak to był dopiero początek...
Właśnie w Rzymie poznał Francescę Andolini. Była od niego starsza o około dziesięć lat, miała ciemne, długie włosy, wyraziste rysy, pełne usta i ten rodzaj włoskiej urody, przez który Matteo przez pierwszych kilka spotkań miał problem z utrzymaniem myśli na jednym temacie. Był gotowy zrobić dla niej wszystko. Przypominała trochę młodszą Monicę Bellucci, ale nie była żadną femme fatale. Była po prostu Francescą. Inteligentną, pewną siebie kobietą, z którą dobrze się rozmawiało. Owinęła sobie Carissoniego wokół palca. Najpierw były rozmowy. Potem kawa. Później kolejne spotkania. Z czasem między nimi pojawiło się coś, czego Matteo zdecydowanie nie planował. Uzależnienie. Szkoda tylko, że w jedną stronę. On jej na pewno potrzebował. Jej głosu, jej bliskości, jej zapachu i tego jak potrafiła nim zarządzać. Sekret, potrzeba, niewielki układ czy nawet forma romansu. Trochę absurdalna forma romansu przyszłego księdza z kobietą, która absolutnie nie powinna pojawić się w jego seminaryjnym życiu. Matteo długo nikomu o niej nie mówił. Ani kolegom, ani rodzinie. Francesca była jego prywatnym wyznacznikiem. Była jego boginią. Nie chodziło przy tym o seks. Ich relacja była przede wszystkim bliskością. Rozmowami, spacerami po Rzymie, wspólną kawą, jedzeniem, śmiechem i tym dziwnym uczuciem, że przy jednej osobie można na chwilę przestać być „klerykiem Matteo Carissoni”, a po prostu być Matteo. Raz znaleźli się bardzo blisko przekroczenia granicy, której Matteo od początku nie chciał łamać. Doszło do zakazanej bliskości, ale nie takiej opisanej w Piśmie Świętym, a takiej którą można oglądać na innych (niebieskich) platformach w internecie. Ostatecznie się zatrzymał. Do stosunku nie doszło. Matteo pozostał prawiczkiem, a tamto wydarzenie nie stało się początkiem seksualnego życia, tylko kolejnym momentem, w którym musiał sobie odpowiedzieć na pytanie, czego tak naprawdę chce. Bo Francesca zrobiła coś znacznie poważniejszego niż samo zawrócenie mu w głowie. Pokazała mu możliwość innego życia. Z nią Matteo zaczął sobie wyobrażać zwyczajność. Mieszkanie. Pracę. Wspólne śniadania. Dzieci. Rodzinę. Życie bez seminarium, bez sutanny, bez zastanawiania się, czy za kilka lat będzie proboszczem, wikarym czy kimś zupełnie innym. Po raz pierwszy naprawdę zadał sobie pytanie, czy kapłaństwo jest jego powołaniem, czy może po prostu wybrał drogę, którą uznał za właściwą.
To był jego pierwszy poważny kryzys wiary. Nie polegał na tym, że przestał wierzyć w Boga. Matteo nadal wierzył. Problem polegał na tym, że zaczął wątpić w siebie. W swoje powołanie. W to, czy naprawdę chce być księdzem. A później Francesca poznała kogoś innego. Mężczyznę starszego, pewnego siebie, dobrze ustawionego i zdecydowanie bardziej poukładanego finansowo. Miał pieniądze, pozycję i możliwości, których Matteo jako młody kleryk zwyczajnie nie miał. Francesca wybrała jego. Matteo został z niczym. A właściwie z czymś gorszym niż nic. Został z utraconą kobietą i utraconym wyobrażeniem życia, które przez kilka miesięcy zdążył sobie zbudować w głowie. Bolało. Przez pewien czas naprawdę nie wiedział, co dalej. Mógł nawet mieć depresję. Ostatecznie jednak wrócił do formacji. Nie dlatego, że Francesca go odrzuciła i „zostało mu tylko kapłaństwo”. To byłoby zbyt proste. Matteo wrócił, ponieważ po raz pierwszy świadomie zdecydował, że chce zostać księdzem. Wiedział już, jak wygląda alternatywa. Wiedział, że mógłby wybrać normalne życie. Mimo wszystko wybrał kapłaństwo. Wybrał Boga.
W wieku dwudziestu pięciu lat został wyświęcony. Rok później wrócił do Toronto już nie jako seminarzysta, ale jako młody ksiądz. Trafił do parafii, w której szybko stało się jasne, że jest trochę inny niż większość duchownych, których ludzie spodziewaliby się spotkać. Matteo nie jest radykałem. Nie jest też księdzem, który wszystko widzi w kategoriach „wolno–nie wolno”. Jest raczej człowiekiem, który najpierw patrzy na człowieka, a dopiero później na regulamin. Jeśli ktoś potrzebuje pomocy, Matteo woli znaleźć sposób, żeby mu pomóc, niż tłumaczyć, dlaczego procedura mówi coś innego. Potrafi nagiąć zasadę, zrobić wyjątek albo załatwić coś po swojemu, jeśli uważa, że sytuacja tego wymaga. Oczywiście proboszcz nie zawsze jest zachwycony. Matteo ma bowiem jedną szczególnie irytującą dla przełożonych cechę: jest za dobry. Za bardzo chce pomagać. Za często uważa, że przepisy istnieją po to, żeby służyć ludziom, a nie odwrotnie. Nie robi tego ze złej woli. Wprost przeciwnie. Czasami po prostu uważa, że jeśli regulamin stoi pomiędzy człowiekiem a realną pomocą, to regulamin może chwilę poczekać.
Poza kościołem Matteo nadal pozostaje zwykłym facetem. Uwielbia muzykę. I nie, nie chodzi wyłącznie o spokojne pieśni religijne. Matteo słucha rocka, metalu i punka. Gra też na elektryku. Potrafi równie dobrze przesłuchać ciężki metalowy album, jak odpalić starego rockowego klasyka podczas jazdy samochodem. Tak, ma włoskie i kanadyjskie prawa jazdy. Muzyka była dla niego ważna jeszcze przed seminarium i nigdy nie zniknęła z jego życia.
Drugą jego słabością są samochody. Motoryzacja zwyczajnie go kręci. Lubi auta, silniki, prowadzenie, wygląd samochodów i wszystko, co związane z motoryzacją. Nie jest mechanikiem i pewnie nigdy nie będzie, ale jeśli miałby naprawić jakiegoś Fiata 500 to pewnie metodą prób i błędów dałby radę. Ma do tego smykałkę.
Do tego dochodzi piłka nożna. Matteo śledzi futbol, ogląda mecze i lubi Toronto FC. Sport jest dla niego kolejną rzeczą, która pozwala mu oderwać się od parafii i całego księżowskiego życia. Czasami sam też amatorsko rozgrywa mecze na boisku z dzieciakami by zapewnić im jakiś komfort poza lekcjami.
Jest też podcast. Matteo prowadzi internetowy podcast, w którym nie zaprasza celebrytów, wielkich teologów czy ludzi znanych z telewizji. Właściwie robi dokładnie odwrotnie. Zaprasza zwykłych ludzi. Kierowców pociągów, budowlańców, piekarzy, mechaników, strażaków, nauczycieli, weterynarzy, emerytów czy ludzi wykonujących zawody, o których przeciętny człowiek wie niewiele. Rozmawia z nimi o pracy, pieniądzach, codzienności, dziwnych sytuacjach, marzeniach i tym, czego nauczyło ich życie. Pod koniec prawie zawsze pojawia się pytanie o wiarę i Boga. I tutaj znowu wychodzi jego nietypowe podejście do kapłaństwa. Jeśli rozmawia z ateistą, nie próbuje go nawracać. Jeśli siedzi naprzeciwko niego muzułmanin, pyta, dlaczego wierzy. Jeśli rozmawia z Żydem, interesuje go jego perspektywa. Jeśli trafia na katolika, również nie urządza mu wykładu. Dla Matteo człowiek siedzący naprzeciwko niego jest ważniejszy niż wygranie dyskusji. Podcast nie zrobił z niego internetowej gwiazdy. Ma średnią grupę ale wierną grupę słuchaczy. Czasami jakiś fragment rozmowy niespodziewanie pójdzie szerzej w internet, czasami ktoś rozpozna go na ulicy i zapyta o kolejny odcinek. Matteo jednak nie robi tego dla sławy. Lubi ludzi. Lubi słuchać ich historii. I chyba właśnie dlatego ten podcast tak dobrze pasuje do niego.
Matteo Carissoni jest dość nietypowym księdzem. Ma za sobą seminarialne wygłupy, pierwszą nastoletnią miłość, tajny romans w Rzymie, kryzys powołania, złamane serce i świadomy wybór kapłaństwa. Słucha metalu, interesuje się samochodami, ogląda piłkę, prowadzi podcast i czasami doprowadza proboszcza do szału tym, że zamiast zasłaniać się regulaminem, próbuje po prostu pomóc człowiekowi. A mimo tego wszystkiego nie uważa się za kogoś wyjątkowego. Ma dwadzieścia sześć lat i dopiero od roku jest księdzem. Nadal się uczy. Nadal popełnia błędy. Nadal czasami nie wie, czy dobrze zrobił. Nadal zdarza mu się po prostu usiąść po ciężkim dniu, włączyć muzykę i przez chwilę nie myśleć o niczym. I nadal ma młodszego brata, Filippo. To akurat się nie zmieniło. Matteo pomógł mu kiedyś zdobyć pierwszą gitarę, bo młody oczywiście obiecał, że kiedyś mu odda pieniądze. Minęło trochę czasu. Filippo nadal nie oddał. Matteo cierpliwie czeka.
W końcu nawet ksiądz ma swoje granice.
• Nie znosi łamania spaghetti przed gotowaniem i uważa to za kulinarną zbrodnię.
• Ma irracjonalne wrażenie, że kaczki go obserwują i zdecydowanie nie ufa ich intencjom.
• Uwielbia rock, metal i punk, a gitarę elektryczną traktuje jak sposób na odreagowanie.
• Nadal przypomina Filippo, że ten jest mu winien pieniądze za pierwszą gitarę.
• Potrafi godzinami rozmawiać o samochodach i motoryzacji.
• Jest fatalnym kłamcą — kiedy próbuje coś ukryć, zaczyna mówić zdecydowanie za dużo i zbiera mu się na wymioty.
• Ma mocną słabość do włoskiego jedzenia, szczególnie pizzy i carbonary.
• Nie jest dobrym tancerzem, ale absolutnie nie zamierza tego przyznać.
• Ma dobrą pamięć do twarzy, ale potrafi zapomnieć czyjegoś imienia chwilę po poznaniu.
• Wciąż trzyma kilka pamiątek z czasów pobytu w Rzymie. W tym zdjęcie z Francescą.
• Wierzy w Boga całym sobą i uważa Go za najważniejszego w swoim życiu.
• Lubi swoje kapłaństwo, ale zdecydowanie mniej lubi kościelną biurokrację i hierarchię.
• Czasami uważa, że przepisy Kościoła bardziej przeszkadzają mu pomagać ludziom, niż mu w tym pomagają.
• Nadal jest tylko 26-letnim facetem i nie zawsze potrafi udawać, że hormony nie istnieją.
• Ma słabość do pewnych siebie i dominujących kobiet, choć sam raczej nie przyznałby tego przy pierwszym spotkaniu.
• Ma rower, uwielbia na nim jeździć! Prawie wszędzie porusza się tylko na jednośladzie.
Urodził się w Toronto jako pierwszy syn włoskich emigrantów z Mediolanu. Rodzina Carissoni nigdy specjalnie nie próbowała udawać, że Kanada całkowicie wyparła z nich Włochy. W domu było dużo jedzenia, gestykulowania, głośnych rozmów i przekonania, że jeśli ktoś mówi spokojnie, to prawdopodobnie coś ukrywa. Matteo dorastał więc w dość typowej włosko-kanadyjskiej rodzinie, w której rodzice byli dumni ze swoich korzeni, ale jednocześnie chcieli, żeby ich dzieci miały normalne życie w Toronto. Jako dziecko Matteo był po prostu dobrym chłopakiem. Nie świętym, nie chodzącym ideałem i na pewno nie kimś, kto już w wieku ośmiu lat przemawiał rodzicom o sensie życia. Raczej tym spokojnym chłopakiem, którego wszyscy lubili. Dobrze dogadywał się z rówieśnikami, starszymi ludźmi, dzieciakami i zwierzętami. Nie szukał problemów, nie wdawał się w bójki, nie miał potrzeby udowadniania czegokolwiek pięścią. Jeśli już coś odwalał, to raczej w sposób, po którym można było się tylko złapać za głowę i zapytać, dlaczego on właściwie uznał ten pomysł za dobry. Przykład? Razem z rodzeństwem i kolegami zrobili sobie bramkę z policyjnego busa i obili mu cały bok.
W okresie nastoletnim niewiele się pod tym względem zmieniło. Matteo nadal był raczej spokojny, ale zdecydowanie nie był nudny. Miał swoje głupie pomysły, potrafił zrobić coś spontanicznego tylko dlatego, że wydawało mu się to zabawne, a później przez pół dnia zastanawiać się, jak wytłumaczyć rodzicom, że przecież wszystko było pod kontrolą. Zwykle nie było. Był też mocno związany ze swoim młodszym bratem Filippo. Siedem lat różnicy wieku nie przeszkodziło im w stworzeniu normalnej, braterskiej relacji. Matteo często pełnił rolę starszego brata, który niby marudzi, ale kiedy naprawdę trzeba, pierwszy pomaga. Nawet załatwił mu gitarę, dzięki czemu jego „fratello” mógł się nauczyć czegoś nowego. Sam Matteo również pasjonował się muzyką, ale bardziej cięższym brzmieniem. Uwielbiał rock, metal i wszystko co związane z elektryczną gitarą. Sam nauczył się na niej grać, chociaż nie było to łatwe.
Wracają do liceum. Właśnie wtedy pojawiła się pierwsza miłość. Nastoletnia, trochę niewinna i trochę żenująca w sposób, w jaki żenujące bywają pierwsze związki. Dziewczyna nazywała się Jolene Smith. Była jego pierwszym prawdziwym zauroczeniem, pierwszymi długimi rozmowami do późna i pierwszą osobą, przy której Matteo zaczął rozumieć, że można się stresować zwykłym spotkaniem bardziej niż egzaminem. Ich relacja nie przetrwała dorastania, szkoły i całego tego chaosu, który pojawia się, kiedy człowiek dopiero zaczyna rozumieć, czego właściwie chce od życia. Zostało jednak wspomnienie czegoś dobrego i ważnego. Matteo nie wspominał tego związku z zażenowaniem. Raczej z lekkim uśmiechem. Ale dzięki niej obudził w sobie nowe zainteresowanie, którym stała się motoryzacja. Ojciec panny Smith był mechanikiem. Młodzieniec by zaimponować jej staruszkowi, sam wkręcił się w samochody i motory.
Wiara również pojawiła się w jego życiu bez wielkiego objawienia. Nie było jednej chwili, w której nagle spojrzał w niebo i pomyślał, że zostanie księdzem. Wiara była obecna w domu, w rodzinie, w niedzielach, świętach i zwykłym życiu. W końcu był ministrantem od najmłodszych lat. Z czasem zaczęła być dla niego czymś bardziej osobistym. W pewnym momencie pojawiła się też myśl o kapłaństwie. Początkowo traktował ją jako możliwość. Potem zaczął traktować ją poważnie. W wieku dziewiętnastu lat wyjechał do Rzymu. To właśnie tam zaczęła się ta część jego życia, której oficjalna biografia prawdopodobnie nigdy nie oddałaby odpowiednio.
Włochy. Rzym. Miejsce to miało być ścieżką, którą postanowił podążać. Nauka, przygotowanie do kapłaństwa i Watykan, gdzie mógł z bliska obejrzeć Ojca Świętego. Oczywiście Rzym taki też był! Matteo studiował filozofię i teologię, przechodził formację seminaryjną, uczył się liturgii, duszpasterstwa i wszystkiego, co przyszłemu księdzu może się przydać. Tyle tylko, że pozostawał przy tym dwudziestolatkiem. Hormony robiły swoje, a chęć sprawdzenia się we Włoszech była próbą, którą młody Carissoni musiał przejść.
Zdarzało mu się więc trochę odwalać. Raz przez pół dnia próbował przekonać kolegę, że znaleziony gdzieś gadżet (metalowe, unikalne dildo) jest „absolutnie niezbędnym elementem formacji”. Innym razem razem z kilkoma znajomymi wpakował się w sytuację, która zaczęła się niewinnie, a skończyła koniecznością bardzo szybkiego tłumaczenia się z tego, dlaczego przyszli księża zachowują się jak grupa studentów na pierwszym roku. Matteo nie był jednak buntownikiem. Nie robił tego przeciwko kościołowi czy seminarium. Po prostu czasami zapominał, że jego życie ma być poważne, a on sam nadal jest młodym facetem, który lubi się pośmiać. Jednak to był dopiero początek...
Właśnie w Rzymie poznał Francescę Andolini. Była od niego starsza o około dziesięć lat, miała ciemne, długie włosy, wyraziste rysy, pełne usta i ten rodzaj włoskiej urody, przez który Matteo przez pierwszych kilka spotkań miał problem z utrzymaniem myśli na jednym temacie. Był gotowy zrobić dla niej wszystko. Przypominała trochę młodszą Monicę Bellucci, ale nie była żadną femme fatale. Była po prostu Francescą. Inteligentną, pewną siebie kobietą, z którą dobrze się rozmawiało. Owinęła sobie Carissoniego wokół palca. Najpierw były rozmowy. Potem kawa. Później kolejne spotkania. Z czasem między nimi pojawiło się coś, czego Matteo zdecydowanie nie planował. Uzależnienie. Szkoda tylko, że w jedną stronę. On jej na pewno potrzebował. Jej głosu, jej bliskości, jej zapachu i tego jak potrafiła nim zarządzać. Sekret, potrzeba, niewielki układ czy nawet forma romansu. Trochę absurdalna forma romansu przyszłego księdza z kobietą, która absolutnie nie powinna pojawić się w jego seminaryjnym życiu. Matteo długo nikomu o niej nie mówił. Ani kolegom, ani rodzinie. Francesca była jego prywatnym wyznacznikiem. Była jego boginią. Nie chodziło przy tym o seks. Ich relacja była przede wszystkim bliskością. Rozmowami, spacerami po Rzymie, wspólną kawą, jedzeniem, śmiechem i tym dziwnym uczuciem, że przy jednej osobie można na chwilę przestać być „klerykiem Matteo Carissoni”, a po prostu być Matteo. Raz znaleźli się bardzo blisko przekroczenia granicy, której Matteo od początku nie chciał łamać. Doszło do zakazanej bliskości, ale nie takiej opisanej w Piśmie Świętym, a takiej którą można oglądać na innych (niebieskich) platformach w internecie. Ostatecznie się zatrzymał. Do stosunku nie doszło. Matteo pozostał prawiczkiem, a tamto wydarzenie nie stało się początkiem seksualnego życia, tylko kolejnym momentem, w którym musiał sobie odpowiedzieć na pytanie, czego tak naprawdę chce. Bo Francesca zrobiła coś znacznie poważniejszego niż samo zawrócenie mu w głowie. Pokazała mu możliwość innego życia. Z nią Matteo zaczął sobie wyobrażać zwyczajność. Mieszkanie. Pracę. Wspólne śniadania. Dzieci. Rodzinę. Życie bez seminarium, bez sutanny, bez zastanawiania się, czy za kilka lat będzie proboszczem, wikarym czy kimś zupełnie innym. Po raz pierwszy naprawdę zadał sobie pytanie, czy kapłaństwo jest jego powołaniem, czy może po prostu wybrał drogę, którą uznał za właściwą.
To był jego pierwszy poważny kryzys wiary. Nie polegał na tym, że przestał wierzyć w Boga. Matteo nadal wierzył. Problem polegał na tym, że zaczął wątpić w siebie. W swoje powołanie. W to, czy naprawdę chce być księdzem. A później Francesca poznała kogoś innego. Mężczyznę starszego, pewnego siebie, dobrze ustawionego i zdecydowanie bardziej poukładanego finansowo. Miał pieniądze, pozycję i możliwości, których Matteo jako młody kleryk zwyczajnie nie miał. Francesca wybrała jego. Matteo został z niczym. A właściwie z czymś gorszym niż nic. Został z utraconą kobietą i utraconym wyobrażeniem życia, które przez kilka miesięcy zdążył sobie zbudować w głowie. Bolało. Przez pewien czas naprawdę nie wiedział, co dalej. Mógł nawet mieć depresję. Ostatecznie jednak wrócił do formacji. Nie dlatego, że Francesca go odrzuciła i „zostało mu tylko kapłaństwo”. To byłoby zbyt proste. Matteo wrócił, ponieważ po raz pierwszy świadomie zdecydował, że chce zostać księdzem. Wiedział już, jak wygląda alternatywa. Wiedział, że mógłby wybrać normalne życie. Mimo wszystko wybrał kapłaństwo. Wybrał Boga.
W wieku dwudziestu pięciu lat został wyświęcony. Rok później wrócił do Toronto już nie jako seminarzysta, ale jako młody ksiądz. Trafił do parafii, w której szybko stało się jasne, że jest trochę inny niż większość duchownych, których ludzie spodziewaliby się spotkać. Matteo nie jest radykałem. Nie jest też księdzem, który wszystko widzi w kategoriach „wolno–nie wolno”. Jest raczej człowiekiem, który najpierw patrzy na człowieka, a dopiero później na regulamin. Jeśli ktoś potrzebuje pomocy, Matteo woli znaleźć sposób, żeby mu pomóc, niż tłumaczyć, dlaczego procedura mówi coś innego. Potrafi nagiąć zasadę, zrobić wyjątek albo załatwić coś po swojemu, jeśli uważa, że sytuacja tego wymaga. Oczywiście proboszcz nie zawsze jest zachwycony. Matteo ma bowiem jedną szczególnie irytującą dla przełożonych cechę: jest za dobry. Za bardzo chce pomagać. Za często uważa, że przepisy istnieją po to, żeby służyć ludziom, a nie odwrotnie. Nie robi tego ze złej woli. Wprost przeciwnie. Czasami po prostu uważa, że jeśli regulamin stoi pomiędzy człowiekiem a realną pomocą, to regulamin może chwilę poczekać.
Poza kościołem Matteo nadal pozostaje zwykłym facetem. Uwielbia muzykę. I nie, nie chodzi wyłącznie o spokojne pieśni religijne. Matteo słucha rocka, metalu i punka. Gra też na elektryku. Potrafi równie dobrze przesłuchać ciężki metalowy album, jak odpalić starego rockowego klasyka podczas jazdy samochodem. Tak, ma włoskie i kanadyjskie prawa jazdy. Muzyka była dla niego ważna jeszcze przed seminarium i nigdy nie zniknęła z jego życia.
Drugą jego słabością są samochody. Motoryzacja zwyczajnie go kręci. Lubi auta, silniki, prowadzenie, wygląd samochodów i wszystko, co związane z motoryzacją. Nie jest mechanikiem i pewnie nigdy nie będzie, ale jeśli miałby naprawić jakiegoś Fiata 500 to pewnie metodą prób i błędów dałby radę. Ma do tego smykałkę.
Do tego dochodzi piłka nożna. Matteo śledzi futbol, ogląda mecze i lubi Toronto FC. Sport jest dla niego kolejną rzeczą, która pozwala mu oderwać się od parafii i całego księżowskiego życia. Czasami sam też amatorsko rozgrywa mecze na boisku z dzieciakami by zapewnić im jakiś komfort poza lekcjami.
Jest też podcast. Matteo prowadzi internetowy podcast, w którym nie zaprasza celebrytów, wielkich teologów czy ludzi znanych z telewizji. Właściwie robi dokładnie odwrotnie. Zaprasza zwykłych ludzi. Kierowców pociągów, budowlańców, piekarzy, mechaników, strażaków, nauczycieli, weterynarzy, emerytów czy ludzi wykonujących zawody, o których przeciętny człowiek wie niewiele. Rozmawia z nimi o pracy, pieniądzach, codzienności, dziwnych sytuacjach, marzeniach i tym, czego nauczyło ich życie. Pod koniec prawie zawsze pojawia się pytanie o wiarę i Boga. I tutaj znowu wychodzi jego nietypowe podejście do kapłaństwa. Jeśli rozmawia z ateistą, nie próbuje go nawracać. Jeśli siedzi naprzeciwko niego muzułmanin, pyta, dlaczego wierzy. Jeśli rozmawia z Żydem, interesuje go jego perspektywa. Jeśli trafia na katolika, również nie urządza mu wykładu. Dla Matteo człowiek siedzący naprzeciwko niego jest ważniejszy niż wygranie dyskusji. Podcast nie zrobił z niego internetowej gwiazdy. Ma średnią grupę ale wierną grupę słuchaczy. Czasami jakiś fragment rozmowy niespodziewanie pójdzie szerzej w internet, czasami ktoś rozpozna go na ulicy i zapyta o kolejny odcinek. Matteo jednak nie robi tego dla sławy. Lubi ludzi. Lubi słuchać ich historii. I chyba właśnie dlatego ten podcast tak dobrze pasuje do niego.
Matteo Carissoni jest dość nietypowym księdzem. Ma za sobą seminarialne wygłupy, pierwszą nastoletnią miłość, tajny romans w Rzymie, kryzys powołania, złamane serce i świadomy wybór kapłaństwa. Słucha metalu, interesuje się samochodami, ogląda piłkę, prowadzi podcast i czasami doprowadza proboszcza do szału tym, że zamiast zasłaniać się regulaminem, próbuje po prostu pomóc człowiekowi. A mimo tego wszystkiego nie uważa się za kogoś wyjątkowego. Ma dwadzieścia sześć lat i dopiero od roku jest księdzem. Nadal się uczy. Nadal popełnia błędy. Nadal czasami nie wie, czy dobrze zrobił. Nadal zdarza mu się po prostu usiąść po ciężkim dniu, włączyć muzykę i przez chwilę nie myśleć o niczym. I nadal ma młodszego brata, Filippo. To akurat się nie zmieniło. Matteo pomógł mu kiedyś zdobyć pierwszą gitarę, bo młody oczywiście obiecał, że kiedyś mu odda pieniądze. Minęło trochę czasu. Filippo nadal nie oddał. Matteo cierpliwie czeka.
W końcu nawet ksiądz ma swoje granice.
Ciekawostki
• Potrafi mówić w języku angielskim, włoskim i trochę w... łacinie.• Nie znosi łamania spaghetti przed gotowaniem i uważa to za kulinarną zbrodnię.
• Ma irracjonalne wrażenie, że kaczki go obserwują i zdecydowanie nie ufa ich intencjom.
• Uwielbia rock, metal i punk, a gitarę elektryczną traktuje jak sposób na odreagowanie.
• Nadal przypomina Filippo, że ten jest mu winien pieniądze za pierwszą gitarę.
• Potrafi godzinami rozmawiać o samochodach i motoryzacji.
• Jest fatalnym kłamcą — kiedy próbuje coś ukryć, zaczyna mówić zdecydowanie za dużo i zbiera mu się na wymioty.
• Ma mocną słabość do włoskiego jedzenia, szczególnie pizzy i carbonary.
• Nie jest dobrym tancerzem, ale absolutnie nie zamierza tego przyznać.
• Ma dobrą pamięć do twarzy, ale potrafi zapomnieć czyjegoś imienia chwilę po poznaniu.
• Wciąż trzyma kilka pamiątek z czasów pobytu w Rzymie. W tym zdjęcie z Francescą.
• Wierzy w Boga całym sobą i uważa Go za najważniejszego w swoim życiu.
• Lubi swoje kapłaństwo, ale zdecydowanie mniej lubi kościelną biurokrację i hierarchię.
• Czasami uważa, że przepisy Kościoła bardziej przeszkadzają mu pomagać ludziom, niż mu w tym pomagają.
• Nadal jest tylko 26-letnim facetem i nie zawsze potrafi udawać, że hormony nie istnieją.
• Ma słabość do pewnych siebie i dominujących kobiet, choć sam raczej nie przyznałby tego przy pierwszym spotkaniu.
• Ma rower, uwielbia na nim jeździć! Prawie wszędzie porusza się tylko na jednośladzie.
zgoda na powielanie imienia
niezgoda na powielanie pseudonimu
takZgody MG
poziom ingerencji
wysokizgoda na śmierć postaci
niezgoda na trwałe okaleczenie
niezgoda na nieuleczalną chorobę postaci
takzgoda na uleczalne urazy postaci
takzgoda na utratę majątku postaci
takzgoda na utratę posady postaci
tak