Strona 1 z 1

golden brown lays me down

: pn wrz 07, 2026 4:51 pm
autor: William N. Patel
˖ ہ♬⋆.˚𝄞 soundtrack ˚𝄞⋆♬ہ ˖


Niejedna melina znajdowała się na Rexdale, właściwie ilość podobnych spelun na metr kwadratowy była tutaj wyjątkowo duża. A jeśli nawet niektóre mieszkania zaliczały się do tych normalnych, to w sąsiedztwie pewnie stary lał swoją żonę, albo ona jego. Gdzieś zza ściany słychać krzyki, jakaś ostra kłótnia, pewnie gdyby się lepiej przysłuchać, to możnaby usłyszeć o co, ale tutaj nikogo to nie interesuje. Na ten moment jest nas czworo - ja, jakaś obca laska, która siedzi obok mnie na kanapie, scrolluje Instagrama i co jakiś czas rzuca tylko pod nosem coś w stylu pieprzeni Amerykanie albo jebane czarnuchy, moja kumpela Granda i jej nowy chłopak Sid. On siedzi po drugiej stronie stołu, na wielkim, skórzanym fotelu, wyjebany jak król, z głową wspartą na oparciu, gapi się w sufit i nie wiem czego tam szuka, może liczy muchy, które zdążyły już zdechnąć złapane na lep, wygląda to obrzydliwie, w sensie ten lep, jak zwisa z żyrandola. Granda z kolei chodzi w kółko i jara szluga - Kurwa, no gdzie oni są? Już powinni tu być - dosłownie ją nosi, jak tak dalej pójdzie to zaraz nam wszystkim wydrapie oczy. Od jednego papierosa odpala kolejnego, a kiepa wrzuca do pustej szklanki na stole - To była moja szklanka - rzuca Sid, z wolna opuszczając spojrzenie na swoją dziewczynę, a ona marszczy brwi - Co? Chuj mnie to obchodzi, weź sobie inną - macha na niego ręką i podbija do okna, żeby wyjrzeć na podwórze - Nie ma innych czystych - mruczy chłopak - To sobie, kurwa, umyj, ja pierdole, Sid - Granda wywraca oczami, odwracając się na chwilę w naszą stronę. Ja swoje piwo piję prosto z butelki, bo brzydzą mnie te ich naczynia. W ogóle całe to mieszkanie, ale właściwie mam dwie opcje - przyzwyczaić się lub wypierdalać. Więc zaczynam się przyzwyczajać. Pochylam się nieznacznie w kierunku tej nieznajomej laski, żeby zagadać, ale mierzy mnie takim spojrzeniem, że mi się odechciewa i dalej sunie paluchem po ekranie telefonu. Najwidoczniej internet jest ciekawszy niż my. No fakt, towarzystwo specyficzne, ale da się ich polubić. O ile Granda nie ma skręta, tak jak teraz. Znowu tupie nogą, po czym przechadza się po pokoju, a my z Sidem podążamy za nią spojrzeniem. Upijam łyk browara, a później mówię - Zagram wam coś, chcecie? - pytam, na co wszyscy troje kiwają głowami, no kto by się spodziewał takiej zgodności. Łapię za starą, ośrupaną gitarę i naciągam struny, żeby ją dostroić, zajmuje mi to chwilę, a potem zaczynam grać Golden Brown. Granda przysiada na parapecie, wracając do obserwowania podwórza, Sid dołącza do mnie, uderzając dłońmi o stół i nawet tamta dupa na moment odrywa mordę od telefonu, kiedy zaczynam śpiewać. Chyba się podoba chociaż jak kończę to kumpela patrzy na mnie i mocno się krzywi - Bardzo, kurwa, śmieszne, Bill - wywraca ślepiami, na co wzruszam tylko ramionami - No co? Dobra piosenka przecież, mogę coś jeszcze zagrać - proponuję, ale mówi mi, żebym lepiej skręcił blanta. No to ok, odkładam gitarę i biorę się za kulanie skręta, ale zanim zdążę to zrobić to Granda znowu drze japę - O! Idą! - zrywa się z okna i biegnie do drzwi, po drodze wyrzucając na wpół spalonego szluga do szklanki, która jeszcze niedawno należała do Sida. Otwiera wrota na oścież, gdzieś z klatki dochodzą nas dźwięki kroków - Kurwa, co tak długo? Już myślałam, że nas olaliście, albo że was przymknęli - mówi, wpuszczając do środka kolejne dwie osoby. Tych też nie znam, więc patrzę z zaciekawieniem, unosząc do ust jointa, przesuwam językiem po krawędzi bletki, żeby ją skleić i witam przybyłych krótkim cześć.

Joyce Smythe

golden brown lays me down

: śr wrz 09, 2026 3:48 pm
autor: Joyce Smythe
Nie było w tym właściwie nic szczególnie niezwykłego, przynajmniej jak na ostatnie dni, kiedy plany potrafiły pojawiać się i znikać szybciej niż pieniądze, których i tak nie miała. Mikey znalazł ją późnym popołudniem w miejscu, w którym zatrzymała się na dłużej tylko dlatego, że ławka była wolna, a widok na ulicę całkiem przyjemny. Znała go już wcześniej, na tyle, żeby jego obecność nie budziła w niej żadnej szczególnej ostrożności, a kiedy wspomniał, że jedzie na Rexdale załatwić interes i zapytał, czy chce się zabrać, potraktowała propozycję niemal jak zaproszenie na przejażdżkę. Nie musiała wiedzieć, do kogo jedzie ani jak długo zamierza tam zostać, wystarczyło jej, że będzie miała przez jakiś czas zajęcie, a przy okazji znajdzie się bliżej rzeczy, których potrzebowała znacznie bardziej niż kolejnego wieczoru spędzonego na włóczeniu się po mieście. Samochód Mikeya pachniał papierosami, kawą i czymś, czego Joy nie potrafiła rozpoznać, więc przez pierwsze kilka minut siedziała z nosem przy szybie, obserwując kolejne ulice, ludzi wracających z pracy i autobus, który przez trzy przystanki jechał równolegle do nich, co uznała za trochę podejrzane, choć po chwili straciła nim zainteresowanie. Podczas jazdy nie zawracała Mikeyowi głowy, przynajmniej przez większość czasu; raz pokazała mu psa siedzącego na tylnym siedzeniu samochodu stojącego obok, drugi raz zapytała, czy Rexdale zawsze wygląda tak samo, a później zajęła się przeglądaniem kieszeni swojej kurtki, znajdując w jednej paragon sprzed kilku tygodni i mały, zużyty ołówek, który oczywiście musiała zachować, bo nigdy nie wiadomo, kiedy człowiek będzie potrzebował ołówka. Kiedy w końcu wysiedli przed jednym z bloków, Mikey ruszył w stronę wejścia z tą pewnością kogoś, kto doskonale wie, dokąd zmierza, więc Joy bez większego namysłu poszła za nim, poprawiając plecak na ramieniu. Klatka schodowa była obskurna, na jednym z pięter pachniało smażonym mięsem, na innym czymś znacznie mniej przyjemnym, a na ścianie ktoś wydrapał napis, którego nie zdążyła przeczytać, ponieważ jej uwagę przyciągnęła mała, plastikowa figurka dinozaura leżąca pod kaloryferem. Schyliła się, podniosła ją i przez chwilę obracała w palcach, zastanawiając się, czy ktoś ją zgubił, czy zostawił celowo. Ostatecznie odstawiła ją z powrotem, trochę bardziej na bok, żeby nikt przypadkiem jej nie zdeptał, po czym dogoniła Mikeya. Dopiero pod drzwiami zorientowała się, że w środku jest więcej osób, bo zza nich dobiegały głosy, śmiech i jakieś poruszenie, którego nie potrafiła przypisać do konkretnej rozmowy. Zamiast jednak pytać, po prostu poczekała, aż drzwi się otworzą, a kiedy Mikey wszedł do środka, ruszyła za nim, zostając przez moment przy wejściu, jakby chciała najpierw obejrzeć sobie całe pomieszczenie, zanim zdecyduje, gdzie najlepiej postawić nogę. Pierwsze wrażenie nie było złe. Nie było też dobre. Było po prostu jakieś. Na stole stały butelki, gdzieś obok walały się rzeczy, których Joy nie potrafiła od razu nazwać, ktoś siedział w fotelu, ktoś inny na kanapie, a przy jednym z mebli opierała się gitara, która wyglądała tak, jakby przeżyła znacznie więcej niż większość znajdujących się tutaj osób. Właśnie na niej zatrzymał się jej wzrok, zanim przeniósł się na chłopaka trzymającego skręta. Nie znała go, więc przez chwilę tylko mu się przyglądała, próbując przypomnieć sobie, czy jego twarz przewinęła się kiedyś gdzieś wcześniej. Nie przypomniała sobie. W odpowiedzi na krótkie powitanie odruchowo skinęła głową, po czym zrobiła jeszcze kilka kroków do środka, pozostawiając Mikeya przy właściwej części interesu.
W międzyczasie zdążyła obejrzeć sobie resztę pomieszczenia, korzystając z tego, że nikt nie zwracał na nią większej uwagi. Fotel. Stół. Kilka butelek porozstawianych w różnych miejscach. Szklanka pełna petów, na którą spojrzała z wyraźnym zainteresowaniem, przekrzywiając lekko głowę, jakby próbowała ustalić, czy właśnie znalazła popielniczkę, czy też ktoś po prostu w pewnym momencie uznał, że zwykła szklanka będzie wystarczająco dobrą popielniczką, skoro najwyraźniej znajdowała się dokładnie tam, gdzie była potrzebna. Przez chwilę przyglądała się jej w milczeniu, po czym doszła do wniosku, że niezależnie od historii tego naczynia rozwiązanie było całkiem praktyczne. W końcu ktoś tutaj musiał mieć jakiś plan, nawet jeśli z zewnątrz wyglądało to tak, jakby plan polegał głównie na wrzucaniu rzeczy do przypadkowych naczyń. Znów spojrzała na Williama, tym razem już bez większego zastanowienia wypowiadając pierwszą myśl, która przyszła jej do głowy.
Ta szklanka była wcześniej szklanką czy od początku była popielniczką? — pytanie zabrzmiało całkowicie poważnie, jakby odpowiedź rzeczywiście mogła w jakiś sposób wpłynąć na dalszy przebieg jej wieczoru. Nie zdążyła jednak długo czekać, bo coś poruszyło się za oknem. Głowa obróciła się niemal natychmiast w stronę szyby, a spojrzenie zatrzymało się na przemieszczającym się po parapecie gołębiu. Nos zmarszczył się lekko, oczy zwęziły, a Joy przez kilka sekund obserwowała ptaka z taką podejrzliwością, jakby właśnie przyłapała go na czymś wyjątkowo niepokojącym. Zrobiła nawet niewielki krok w bok, odsuwając się od okna.
Ten tutaj też wygląda podejrzanie. — wskazała brodą w stronę szyby — Pewnie obserwuje mieszkanie. — wzruszenie ramion miało zakończyć temat, jakby właśnie przekazała wszystkim znajdującym się w pomieszczeniu niezwykle praktyczną informację dotyczącą bezpieczeństwa budynku, po czym uwaga ponownie wróciła do Mikeya. Tym razem już wyraźnie czekała, aż skończy, stojąc trochę z boku i usiłując wyglądać tak, jakby wcale nie zerkała co kilka sekund na torbę, którą ze sobą przyniósł. Wyszło jej to średnio.

William N. Patel

golden brown lays me down

: ndz wrz 13, 2026 2:36 pm
autor: William N. Patel
Zbieram wszystkie okruszki z zioła z blatu, który jest poprzecierany w miejscach, gdzie ludzie zwykle kręcą blanty lub szurają kartą, i wsypuję je do rozszerzonej końcówki, a potem kilka razy uderzam ustnikiem o stół, żeby wszystko się ładnie ubiło. Nowy ziomeczek gada przez chwilę z Grandą, opowiadając jej jaki ciężki miał dzień i dlaczego tyle im zeszło, a blondyna wbija we mnie spojrzenie i coś pierdoli o szklankach. Więc też się na nią gapię - To była szklanka Sida, ale Granda w pewnym momencie uznała, że robi mu dzisiaj na obiad zupę z petów i już zaczęła, co nie Sid? - odpowiadam przenosząc spojrzenie na chłopaka, on parska śmiechem, telefoniara też i tylko Granda puszcza mi wzrok, który mógłby zabijać, gdyby dało się zabić samym spojrzeniem. Skręcam końcówkę jointa, po czym umieszczam go sobie w ustach i wyjmuję z kieszeni swoją ciężką, benzynową zapalniczkę z lwem wygrawerowanym na froncie, otwieram ją z głośnym klikiem, przesuwam palcem po krzesiwie i wreszcie odpalam blanta, mocno zaciągając się znajomym dymem. Pachnie bardzo aromatycznie, ciężko, jakby trochę ziemisto, Madox mówił, że ma świetny temat i fakt, już pierwszy buch sprawił, że moje powieki stały się jakieś takie ciężkie, zaś usta same przybrały kształt uśmiechu. Zamykam zapalniczkę z równie głośnym klikiem i od razu chowam ją do kieszeni, żeby mi ktoś przypadkiem nie zakosił, wszyscy wiemy jak to bywa z zapalniczkami. Podaję skręta dalej, do tej typiary z telefonem, a kiedy blondi znowu się odzywa to chyba wszyscy, a przynajmniej ja, Sid oraz dupa z kanapy, najpierw spoglądamy za okno a potem znowu na dziewczynę - Kto? Gołąb? - wpierw się dziwię, ale już za moment pochylam się lekko w przód, wspierając łokcie na kolanach - Słyszałem, że to kamery rządowe - rzucam cicho, tak pół żartem, pół serio. Gapię się na blondi, ale widzę kątem oka, że Sid przewraca oczami, Granda natomiast parska głośno - Tak, kurwa, a ziemia jest płaska, koniec tego pierdolenia, wzielibyście się za robotę - te słowa kieruje głównie do Sida, bo to przed nim ląduje worek z towarem - brązowym, dużym kamieniem, który kruszy się nieznacznie pod wpływem uderzenia - Znajdę sprzęt - dziewczyna kiwa głową i przechodzi do otwartej kuchni, a jej facet z wolna sięga po samarkę. Tymczasem diler zwraca się do swojej towarzyszki - Zostaniemy trochę dłużej, ok, Joy? A właśnie, to jest Joy, a tamta to Granda, to Sid, Bao, a to - przedstawia jej wszystkich po kolei, zawieszając się dopiero na mnie - Jego nie znam, ja jestem Mikey - kiwa głową, zajmując jedno z wolnych krzeseł - Bill - rzucam, a potem wbijam spojrzenie w Joy i przesuwam się na kanapie bliżej, jak się okazało, Bao. Patrzy na mnie ze skrzywioną miną, wzdycha ciężko wywracając oczami, ale przesuwa się kawałek, żebyśmy zrobili więcej miejsca dla tamtej małej blondyneczki - Chcesz tu usiąść? - pytam się jej, bo chyba nie będzie tak stać jak ten kołek, skoro zapowiadało się, że wizyta potrwa trochę dłużej - Dobra, to kto chce? Ile robić? - pyta Sid, przesuwa spojrzeniem po zgromadzeniu. On i Granda to wiadomo, Mikey kiwa głową, Bao też, a wzrok Sida zatrzymuje się w końcu na mnie oraz Joy. Po tej kłótni z Gabą czułem się tak, jakby wraz z nią odeszła też cząstka mnie odpowiedzialna za doświadczanie szczęścia. Pomimo tego, że wciąż umiałem żartować, śmiać się i raczyć innych niewybredną gadką, to w środku odczuwałem po prostu pustkę, zupełnie jakby wyrwała mi serce i wzięła je ze sobą, może pożarła jak jakaś zła królowa z dawnych baśni. W końcu od lat należało tylko do niej. I może właśnie chęć wypełnienia tej pustki czymkolwiek sprawiła, że kiedy Sid zapytał komu strzała, to pomyślałem a chuj, ja chcę. Opiaty nigdy mnie nie kręciły, te wszystkie opiowraki leżące na ulicach przyprawiały mnie o mdłości, nie rozumiałem co ludzie widzą w takim obrzydliwym upodleniu się. Co innego koks, MDMA, psychodeliki, po nich przynajmniej czułeś, że żyjesz, że możesz wszystko. A to? Raz w szpitalu pielęgniarka podała mi tramal i potem przez pół nocy miałem omamy. Ale ból zniknął momentalnie i może po części liczyłem na to, że teraz też zniknie, chociaż tamten fizyczny był dosłownie niczym w porównaniu do tego, jak bardzo cierpiałem w tym momencie z żalu i tęsknoty - Ja też chcę - informuję w końcu, a Granda z hukiem zamyka jedną z kuchennych szafek i patrzy na mnie mocno zdziwiona - Ty? A ty przypadkiem nie mówiłeś, że gardzisz opiowrakami? - śmieje się, na co marszczę nos i od razu sięgam po argumenty nie do obalenia, wyciągam z kieszeni stówę - Dorzucę się - oczy Grandy rozszerzają się, wychyla się w moją stronę, zaciskając szczupłe palce na banknocie, wyrywa mi go z ręki, po czym chowa sobie do stanika - Dobra, to rób dla wszystkich, a ty, Bill, nie boisz się zastrzyku? - tym razem mruży ślepia i posyła mi jakiś taki łobuzerski uśmiech - Myślałem, że będę mógł to wciągnąć albo zapalić? - bo niektóre ćpuny i tak robiły, ale Granda już parska krótkim śmiechem, w międzyczasie odbierając od tamtej z telefonem skręta. Umieszcza go sobie między wargami, ściągając porządnego bucha zanim znowu się odezwie - Nie, bo wtedy marnujesz towar, albo ładujesz w kanał albo zostajesz przy blantach - opada na podłokietnik wielkiego, skórzanego fotela Sida. Wiem, że mnie prowokuje, że może jeszcze liczy na to, że zrezygnuję - No to myślałem, że będziesz dobrą koleżanką i mi pomożesz - mówię, ale Granda kręci głową - Nie ma chuja, ja się boję igieł, mną zajmuje się Sid - cmoka go krótko w skroń. Odwracam się do Bao, ale ona od razu posyła mi spojrzenie w stylu na mnie nie licz, więc nawet nie pytam - To mną też zajmie się Sid, co? - wgapiam się w niego, a on wymienia krótkie, porozumiewawcze spojrzenie z Mikeyem i również kręci łepetyną - Sory stary, lubię cię, ale nie ma szans. Z tym jest trochę jak z masażem stóp, niby nic, ale nie zrobiłbyś drugiemu facetowi - noooo, powiedzmy, że jestem w stanie to zrozumieć. Czyli na drugiego też nie ma co liczyć, a skoro prawie wszyscy już zdążyli odmówić to zostaje mi - To może ty, Joy? Wspomożesz nowicjusza? - pytam, a wszystkie oczy zwracają się w stronę blondynki, nawet tego gołębia z parapetu.

Joyce Smythe

golden brown lays me down

: pn wrz 14, 2026 11:34 am
autor: Joyce Smythe
Gołębią uwagę Billa wyłapała od razu, bo nie tylko nie brzmiała dla niej jak żart, ale wręcz pasowała do tego, co sama próbowała wszystkim od jakiegoś czasu wytłumaczyć. Spojrzenie uciekło więc ponownie w stronę parapetu, gdzie ptak siedział sobie spokojnie, zupełnie jakby nie miał pojęcia, że właśnie został oskarżony o pracę dla rządu. Joy zmrużyła oczy, przyglądając mu się przez kilka sekund z miną człowieka, który właśnie dostał brakujący element układanki. —Wiedziałam. — rzuciła po chwili, a na jej twarzy pojawił się wyraz niemalże satysfakcji — Nikt wcześniej mi nie wierzył... — palec uniósł się w stronę gołębia, który natychmiast stał się głównym podejrzanym w jej małym, prywatnym śledztwie — Patrz na niego. Za spokojny. Normalny gołąb by już jadł coś z podłogi. Ten siedzi i obserwuje. — nie zamierzała jednak prowadzić przesłuchania ptaka, bo przedstawianie kolejnych osób okazało się chwilowo ważniejsze. Imiona, twarze i głosy układały się jej w głowie dość szybko, szczególnie kiedy mogła przypisać do każdej osoby jakiś drobiazg: Granda kojarzyła jej się z kobietą, która właśnie trzymała pieniądze w staniku, Sid — z facetem od fotela, Bao — z dziewczyną z telefonem, a Bill był Billem, bo właśnie tak się przedstawił, i tego już nie zamierzała komplikować. Propozycję miejsca na kanapie przyjęła bez większych ceregieli, przesuwając się bliżej i podciągając nogę pod siebie, a potem przez chwilę obserwowała rozmowę pozostałych, jakby oglądała dziwnie zorganizowane zebranie, którego nikt nie prowadził, a mimo to wszyscy doskonale wiedzieli, po co się tutaj znaleźli. Pytanie Sida o to, kto chce, nawet nie zdążyło porządnie wybrzmieć, kiedy odpowiedź wyrwała się z niej praktycznie natychmiast. — Ja też chcę. — padło bez zawahania. Dopiero po sekundzie Joy zorientowała się, że chyba znowu powiedziała coś szybciej niż reszta, więc wzruszyła ramionami i poprawiła rękaw bluzy. Dla niej sprawa była prosta: chciała, więc powiedziała, że chce. Całe to czekanie, aż ktoś pierwszy się odezwie, wydawało jej się zwyczajnie bez sensu. Dalej wszystko skupiło się na Billu, jego pieniądzach i tym, że najwyraźniej nie bardzo wiedział, co właściwie powinien zrobić, skoro nikt nie miał zamiaru mu pomóc. Joy słuchała, przyglądając mu się coraz uważniej, aż w końcu sama została wytypowana. Spojrzenia kilku osób naraz skierowały się w jej stronę, co sprawiło, że przez chwilę wyglądała tak, jakby właśnie poproszono ją o rozwiązanie zadania z matematyki, którego nie było w podręczniku.
Co? — zapytała, chociaż doskonale wiedziała, o co chodzi. Chwilę później zerknęła na Billa, potem na to, co znajdowało się przed nimi, i z powrotem na niego — Mogę. — odpowiedziała w końcu, jakby decyzja wcale nie była szczególnie trudna — Tylko nie rób żadnych gwałtownych ruchów. — drobny uśmiech pojawił się na jej twarzy, kiedy dodała już całkiem serio — I jak coś pójdzie dziwnie, to nie mów, że cię nie ostrzegałam. — nie wyglądała przy tym na kogoś, kto próbuje udawać profesjonalistkę. Wręcz przeciwnie, było w niej coś z człowieka, który ma wystarczająco dużo doświadczenia, żeby nie panikować, ale zdecydowanie za mało rozsądku, żeby uznać, iż to dobry moment na przejmowanie odpowiedzialności za cudze decyzje — Robiłeś to kiedyś? — spytała jeszcze, przechylając głowę — Bo jeśli nie, to trochę dziwne, że akurat mnie wybrałeś. — zastanowiła się sekundę — Chociaż dobra. Rozumiem. Też bym wybrałabym mnie. — własna logika najwyraźniej w zupełności jej wystarczała. Kiedy przygotowania ruszyły, ktoś podał jej niewielkie opakowanie z podstawowym osprzętem, a Joy obejrzała je pobieżnie, sprawdzając wzrokiem, czy wszystko jest na swoim miejscu, po czym przejęła je bez komentarza. W powietrzu nadal wisiał ten charakterystyczny, trochę nerwowy rodzaj oczekiwania, aż w końcu z boku padło hasło, które wywołało u niej krótkie spojrzenie w stronę Billa — Prawiczek pierwszy. — Joy parsknęła cicho pod nosem, bo brzmiało to niemal jak rozpoczęcie jakiegoś idiotycznego konkursu, którego nikt nie powinien był organizować. Spojrzała na mężczyznęi wskazała mu ręką miejsce obok.
Dobra, Bill. Ręka. — kiedy ją wyciągnął, Joy skupiła się już bardziej, odruchowo marszcząc brwi. Zawiązanie paska potraktowała jak coś oczywistego, choć przez chwilę poprawiała jego ułożenie, wyraźnie chcąc mieć pewność, że nic jej nie przeszkadza.
Tak. Poczekaj. — mruknęła, skupiając wzrok na tym, co miała przed sobą. Cała jej wcześniejsza gadatliwość na moment przycichła, a palce zacisnęły się mocniej na opakowaniu. — Nie patrz na mnie tak, bo zacznę się stresować. — zerknęła na niego spod zmarszczonych brwi, po czym dodała zupełnie poważnie — Chociaż właściwie możesz patrzeć. Tylko się nie ruszaj.

William N. Patel