golden brown lays me down
: pn wrz 07, 2026 4:51 pm
Niejedna melina znajdowała się na Rexdale, właściwie ilość podobnych spelun na metr kwadratowy była tutaj wyjątkowo duża. A jeśli nawet niektóre mieszkania zaliczały się do tych normalnych, to w sąsiedztwie pewnie stary lał swoją żonę, albo ona jego. Gdzieś zza ściany słychać krzyki, jakaś ostra kłótnia, pewnie gdyby się lepiej przysłuchać, to możnaby usłyszeć o co, ale tutaj nikogo to nie interesuje. Na ten moment jest nas czworo - ja, jakaś obca laska, która siedzi obok mnie na kanapie, scrolluje Instagrama i co jakiś czas rzuca tylko pod nosem coś w stylu pieprzeni Amerykanie albo jebane czarnuchy, moja kumpela Granda i jej nowy chłopak Sid. On siedzi po drugiej stronie stołu, na wielkim, skórzanym fotelu, wyjebany jak król, z głową wspartą na oparciu, gapi się w sufit i nie wiem czego tam szuka, może liczy muchy, które zdążyły już zdechnąć złapane na lep, wygląda to obrzydliwie, w sensie ten lep, jak zwisa z żyrandola. Granda z kolei chodzi w kółko i jara szluga - Kurwa, no gdzie oni są? Już powinni tu być - dosłownie ją nosi, jak tak dalej pójdzie to zaraz nam wszystkim wydrapie oczy. Od jednego papierosa odpala kolejnego, a kiepa wrzuca do pustej szklanki na stole - To była moja szklanka - rzuca Sid, z wolna opuszczając spojrzenie na swoją dziewczynę, a ona marszczy brwi - Co? Chuj mnie to obchodzi, weź sobie inną - macha na niego ręką i podbija do okna, żeby wyjrzeć na podwórze - Nie ma innych czystych - mruczy chłopak - To sobie, kurwa, umyj, ja pierdole, Sid - Granda wywraca oczami, odwracając się na chwilę w naszą stronę. Ja swoje piwo piję prosto z butelki, bo brzydzą mnie te ich naczynia. W ogóle całe to mieszkanie, ale właściwie mam dwie opcje - przyzwyczaić się lub wypierdalać. Więc zaczynam się przyzwyczajać. Pochylam się nieznacznie w kierunku tej nieznajomej laski, żeby zagadać, ale mierzy mnie takim spojrzeniem, że mi się odechciewa i dalej sunie paluchem po ekranie telefonu. Najwidoczniej internet jest ciekawszy niż my. No fakt, towarzystwo specyficzne, ale da się ich polubić. O ile Granda nie ma skręta, tak jak teraz. Znowu tupie nogą, po czym przechadza się po pokoju, a my z Sidem podążamy za nią spojrzeniem. Upijam łyk browara, a później mówię - Zagram wam coś, chcecie? - pytam, na co wszyscy troje kiwają głowami, no kto by się spodziewał takiej zgodności. Łapię za starą, ośrupaną gitarę i naciągam struny, żeby ją dostroić, zajmuje mi to chwilę, a potem zaczynam grać Golden Brown. Granda przysiada na parapecie, wracając do obserwowania podwórza, Sid dołącza do mnie, uderzając dłońmi o stół i nawet tamta dupa na moment odrywa mordę od telefonu, kiedy zaczynam śpiewać. Chyba się podoba chociaż jak kończę to kumpela patrzy na mnie i mocno się krzywi - Bardzo, kurwa, śmieszne, Bill - wywraca ślepiami, na co wzruszam tylko ramionami - No co? Dobra piosenka przecież, mogę coś jeszcze zagrać - proponuję, ale mówi mi, żebym lepiej skręcił blanta. No to ok, odkładam gitarę i biorę się za kulanie skręta, ale zanim zdążę to zrobić to Granda znowu drze japę - O! Idą! - zrywa się z okna i biegnie do drzwi, po drodze wyrzucając na wpół spalonego szluga do szklanki, która jeszcze niedawno należała do Sida. Otwiera wrota na oścież, gdzieś z klatki dochodzą nas dźwięki kroków - Kurwa, co tak długo? Już myślałam, że nas olaliście, albo że was przymknęli - mówi, wpuszczając do środka kolejne dwie osoby. Tych też nie znam, więc patrzę z zaciekawieniem, unosząc do ust jointa, przesuwam językiem po krawędzi bletki, żeby ją skleić i witam przybyłych krótkim cześć.
Joyce Smythe