Przez dłuższą chwilę nie potrafiła zdecydować, czy William rzeczywiście coś do niej mówił, czy może jego słowa były tylko kolejnym elementem tego rozlazłego szumu, który wypełniał mieszkanie, odkąd wszystko zaczęło robić się takie przyjemnie nieważne. Głosy pozostałych ludzi zlewały się ze sobą, gdzieś nad ich głowami krążyła mucha, a Joy miała niejasne wrażenie, że powinna się nią zainteresować, bo przecież owady też miały swoje sprawy, obowiązki i prawdopodobnie rodziny, które czekały na nie w jakichś małych, niewidocznych mieszkaniach pod parapetem. Myśl wydała jej się tak absurdalna, że kąciki ust same powędrowały w górę, chociaż kiedy próbowała przypomnieć sobie, co dokładnie ją rozbawiło, w głowie została jej tylko jakaś rozmyta plama. Wzrok wrócił do Billa dopiero wtedy, gdy poczuła jego palce na swojej dłoni. Przez moment przyglądała się temu dotykowi z nieoczekiwaną powagą, jakby obserwowała doświadczenie naukowe, którego wynik mógł zmienić bieg historii, po czym leniwie poruszyła palcami, sprawdzając, czy wszystkie nadal działają. Ten wcześniej uznany za za krótki znów przyciągnął jej uwagę, więc obróciła dłoń wnętrzem do góry i przyłożyła ją do jego ręki, porównując ich rozmiary. Zmarszczyła nos, kiedy różnica stała się dla niej oczywista, i pokiwała głową z zadowoleniem, jakby właśnie potwierdziła własną teorię.
—
Masz większe. — oznajmiła, po czym przesunęła kciukiem po jego palcach, najwyraźniej sprawdzając jeszcze jeden szczegół —
I cieplejsze. Chociaż może moje są zimne. Nie wiem, czy to działa w obie strony. — urwała, bo odpowiedź na to pytanie nagle przestała być aż tak istotna. Zresztą trudno było utrzymać zainteresowanie czymkolwiek na dłużej, kiedy ciało robiło się coraz cięższe, a myśli płynęły z takim opóźnieniem, jakby musiały przedzierać się przez gęstą watę. Zamiast wrócić do wcześniejszego tematu, Joy uniosła wzrok na jego twarz i przyjrzała mu się z bliska, mrużąc oczy w skupieniu. Dopiero teraz dotarło do niej, że William naprawdę ją obserwował, i zamiast uznać to za niepokojące, najwyraźniej doszła do wniosku, że jest to całkiem interesujące zajęcie. Sama też mogła przecież popatrzeć. Nie było w tym nic złego, prawda?
—
Ty mnie oglądasz. — zauważyła, a na jej twarzy rozlał się powolny, rozbawiony uśmiech. —
Jakbym była w zoo. — porównanie rozbawiło ją bardziej, niż powinno. Przez chwilę próbowała powstrzymać śmiech, ale ostatecznie wypuściła z siebie kilka cichych parsknięć, zasłaniając usta wolną dłonią.
—
Mogę zacząć robić sztuczki, jak chcesz. Umiem rysować gołębie. Bardzo podejrzane gołębie. — nie było to może najbardziej imponujące osiągnięcie, ale Joy mówiła o nim z dumą kogoś, kto właśnie zaproponował publiczności wyjątkowo rzadki pokaz tresury tygrysów. Zaraz jednak jej uwaga odpłynęła, a na twarzy pojawiło się lekkie zamyślenie. Właściwie sama nie była pewna, czy wciąż rozmawiała z Billem, czy już z własnymi myślami, które od czasu do czasu przybierały postać głosów, potrafiących odezwać się w najmniej odpowiednim momencie. Tym razem coś zaszeleściło w głębi jej głowy, kilka słów przemknęło przez świadomość, zbyt znajomych, by mogła je całkiem zignorować. Joy skrzywiła się nieznacznie i zerknęła w stronę pustego fragmentu ściany.
—
Nie teraz. — mruknęła pod nosem, po czym dodała nieco głośniej, jakby prowadziła rozmowę z kimś wyjątkowo upartym —
Rozmawiam. Możecie poczekać. — dopiero po chwili przypomniała sobie, że nie jest sama, więc spojrzała na Williama z miną kogoś przyłapanego na podjadaniu przed obiadem. —
Przepraszam. Oni czasami nie umieją czekać na swoją kolej. — nie wyjaśniła, kim byli „oni”, ani nie wyglądała na szczególnie zainteresowaną tym, czy Bill uzna to za dziwne. Przecież przed chwilą sam powiedział, że jest dziwna, a ona zdążyła już uznać, że to raczej zaleta. Poza tym, gdyby miała przejmować się wszystkim, co inni ludzie uważają za normalne, prawdopodobnie nie miałaby czasu na nic innego. Przesunęła się na kanapie, próbując znaleźć wygodniejszą pozycję, lecz zamiast oprzeć głowę o poduszkę, przysunęła się do Billa i oparła skroń o jego ramię. Zrobiła to bez namysłu, z rozbrajającą swobodą kogoś, kto nigdy nie dostał instrukcji dotyczącej właściwego dystansu między ludźmi, a potem jeszcze poprawiła się, żeby było jej wygodniej.
—
Nie ruszaj się. — poprosiła cicho. Po krótkiej chwili dodała, już znacznie łagodniej —
Dobrze mi tak. — przymknęła oczy i przez kilka sekund po prostu siedziała, wsłuchując się w odgłosy mieszkania. Z tej pozycji nie widziała już muchy ani lepa, ale mogła za to obserwować własne kolana, na których leżał zmięty rękaw bluzy. Przypomniała sobie nagle, że wcześniej chciała, żeby to Bill usiadł właśnie przy niej, a nie u Bao, i przez jej zamgloną głowę przemknęło spóźnione, trochę dziecinne rozczarowanie. Nie zamierzała jednak robić z tego problemu. Był przecież tutaj teraz, a to wydawało się wystarczająco dobrym rozwiązaniem —
Wiesz, myślałam, że będziesz leżał na moich kolanach. — powiedziała, nie odrywając policzka od jego ramienia —
Ale Bao była pierwsza. Nie będę się bić o człowieka. To niegrzeczne. — ostatnie słowa wypowiedziała z taką powagą, jakby właśnie wyjaśniała zasady obowiązujące w cywilizowanym społeczeństwie. Zaraz potem uniosła głowę, żeby spojrzeć na niego ponownie, a jej wzrok na moment zatrzymał się na złamanym papierosie, który wcześniej odłożył na blat. Wyciągnęła rękę w jego stronę, ale zabrakło jej niewiele, żeby dosięgnąć krawędzi, więc zamiast próbować dalej, opuściła ją z westchnieniem —
Twój papieros umarł. — oznajmiła —
Trzeba mu zrobić pogrzeb. Mogę narysować trumnę, ale nie obiecuję, że będzie prosta. — przez moment wyglądała, jakby rzeczywiście zamierzała zorganizować ceremonię, po czym rozproszyła się na widok własnego buta, który wystawał spod kanapy pod dziwnym kątem. Próbowała go poprawić stopą, raz, drugi, trzeci, aż w końcu odpuściła i uznała, że but może sobie tam zostać. Nie wszystko na świecie musiało być przecież na swoim miejscu. Kiedy znów spojrzała na Billa, jej twarz złagodniała, a uśmiech stał się mniej rozbawiony, bardziej senny. Wciąż trzymała jego dłoń, teraz już luźno, z palcami wsuniętymi między jego palce, i zdawała się zupełnie nie zauważać, jak łatwo przekracza granicę, na którą większość ludzi potrzebowałaby znacznie więcej czasu.
—
A ty naprawdę jesteś dziwny. — przypomniała mu, tym razem z wyraźną aprobatą —
Ale chyba cię lubię. — powiedziała to tak zwyczajnie, jakby informowała go, że na dworze pada deszcz, a potem jej spojrzenie nagle uciekło ku oknu. Za szybą coś przemknęło między zaparkowanymi samochodami, niewielki cień, który mógł być kotem, ptakiem albo po prostu poruszoną gałęzią. Joy zmrużyła oczy i odrobinę się wyprostowała, choć nadal opierała się o Billa. —
O nie. — w jej głosie pojawiło się nagłe zaniepokojenie. —
Chyba nas znalazł. — przez kilka sekund wpatrywała się w okno, po czym odwróciła głowę w stronę Williama, jakby właśnie przyszło jej do głowy, że może on również powinien zostać poinformowany o niebezpieczeństwie. —
Gołąb. Ten sam typ co wcześniej. — nachyliła się ku niemu odrobinę i ściszyła głos do konspiracyjnego szeptu —
Jak zacznie stukać w szybę, nie patrz mu prosto w oczy. — zaraz jednak zachichotała, najwyraźniej rozbawiona własnym ostrzeżeniem, i ponownie osunęła się na jego ramię —
Żartuję. Chyba. — wygodniej ułożyła głowę, przymknęła oczy, a jej palce lekko zacisnęły się na dłoni Billa, jakby chciała upewnić się, że nadal tam jest. Tym razem jednak nie odpłynęła całkiem. Zostawiła między nimi dość ciszy, by mógł odpowiedzieć, zaprotestować albo podjąć temat gołębia, który według Joy być może właśnie planował przejęcie całego Rexdale.
William N. Patel