The expected and unexpected resposibilities
: ndz wrz 20, 2026 7:54 pm
Był zdania, że z dobrej pogody trzeba było korzystać. To, że nie zawsze miał ku temu okazję było już inną kwestią, ale kiedy mógł liczyć na słoneczny dzień starał się organizować czas z Jamie gdzieś w naturze. Oczywiście dla pięciolatka pogoda nie stawiała tak wielu ograniczeń, chłopczyk był zafascynowany tak samo deszczem, jak i wzorami jakie słońce tworzyło gdy przeplatało się przez korony drzew. Dla Bryce’a znaczyło to jednak, że będzie mógł pracować na otwartym terenie po tym gdy już wrócą ze spaceru i, że będzie mógł nadal mieć oko na syna bawiącego się we frontowym ogrodzie swoich dziadków.
Dzisiaj wybrali się do parku w okolicy bez większego planu, a jednocześnie z wieloma pomysłami, ot żeby pozbierać muszle i kamyczki, żeby młody mógł się wybiegać, przetestować miękkość piasku, żeby bawić się z ojcem w berka i zatrzymać się na drobny piknik. Mieli przygotowane po kanapce z masłem orzechowym i dżemem robionym przez babcię Irenee. Byli już wybiegani do stopnia, że to Bryce ogłosił, że zatrzymują się na małą przerwę. A mężczyzna wcale nie był w złej formie, acz między pracą, a dzieleniem odpowiedzialności nad opieką Jamie czasami brakowało mu czasu by regularnie pojawiać się na siłowni.
Otrzepał chłopcu nieco pomarańczową, deszczową kurtkę z piasku, po tym jak oboje wylądowali na plaży starając się wykonać aniołki. Gdy przysiedli już na ławce Bryce wyciągnął z kieszeni paczuszkę mokrych chusteczek i podał jedną synowi, a drugą użył sam, żeby pozbyć się całego piasku. Może nie był to najlepszy pomysł aby wszystkiego dotykać za nim będą brać jedzenie w dłonie. No ale cóż można zrobić, kiedy było tyle ciekawych rzeczy. Kieszenie Jamiego obciążone już były selekcją najciekawszych kamieni jakie udało mu się póki co znaleźć.
-Tato… – Chłopczyk zaczął, jeszcze nim wziął kęsa kanapki. -wiesz ja lubię spędzać z tobą czas.
Bryce uśmiechnął się. -Ja też lubię nas czas razem.
-Czy to źle, że wolę spędzać czas z tobą bardziej niż z mamą…? – Zapytał niepewnie.
Mężczyzna cofnął kanapkę od swoich ust i zastanowił się chwilę jak podejść do tego pytania. -A dlaczego wolisz spędzać czas ze mną? – Spytał z ciekawością, ale ostrożnie.
-Bo już się tak często z mamą nie bawię.
Bryce kiwał lekko głową słuchając go. -Od kiedy?
-Od kiedy nie mieszkamy wszyscy razem.
Livingston wziął głębszy wdech. Wiedział, że bez względu na to jak się starali, nie mogli syna kompletnie odizolować od zmian. Takich, które przychodziły przy rozstaniu, czy im się to podobało czy nie. Zmiana domu, noce spędzane u jednego lub drugiego rodzica na zmianę. To, że jedno z nich miało już gotowe mieszkanie, a to, że to drugiego musiało nowe miejsce przystosować. W tym sensie Bryce’owi było lżej, on już miał gotowy pokój dla syna, znajome cztery ściany, nie musiał poświęcać czasu na szukaniu i weryfikowaniu nowych mieszkań, na remontach.
To właśnie synowi wyjaśnił, że jego mama potrzebowała czasu, aby wszystko przygotować, przypomniał mu jaki mieli chaos w domu kiedy ostatnio zmieniali kafelki w kuchni, albo nawet ile czasu musieli czekać, kiedy blat suszył się po impregnacji. A kiedy takie sprawy dorosłych zajmowały czas mamie, ta nie miała go tak wiele by wychodzić na spacery, czy układać z nim klocków lego.
-Tak jest tylko na teraz, jak mama już wszystko zorganizuje to na pewno będziecie częściej się razem bawić. – Uśmiechnął się do niego pokrzepiająco. -Ale nie ma w tym nic złego, że lubisz jak spędzamy razem czas. – Dodał dla zapewnienia.
Chłopczyk uśmiechnął się i wgryzł się w kanapkę.
Bryce odetchnął cicho spoglądając przed siebie. Powoli przesuwał wzrokiem po poruszających się sylwetkach, gdy myśli mu zaczęły dryfować. Wziął kęsa kanapki doceniając, że kiedy jedli mógł złapać chwilę ciszy. Nie był nawet pewny kiedy zaczęło do niego docierać, że zbliżające się do nich postacie były znajome, a raczej jedna z nich była – Zaylee Miller. Obok niej szedł jeszcze chłopczyk, starszy od Jamiego, którego nie kojarzył.
Nie był pewny czy kobieta ich zauważyła, więc podniósł rękę. -Hej, Zaylee. – Nie wołał, bo nie byli, aż tak daleko, ale tym na pewno zdołał zwrócić jej uwagę. -Też korzystacie z ładnej pogody? – Zagadnął, gdy byli już bliżej, mimowolnie podnosząc się z ławki. Jamie nadal jeszcze dokańczał swoją kanapkę siedząc.
-Dzień dobry. – Młodszy Livingston uśmiechnął się do obojga, z ciekawością zawieszając spojrzenie na chłopcu. -Cześć. – Pomachał do niego. -Lubisz kamyki? – Spytał od razu sięgając po kilka ze swojej kieszeni i prezentując je na otwartej dłoni.
zaylee miller
Dzisiaj wybrali się do parku w okolicy bez większego planu, a jednocześnie z wieloma pomysłami, ot żeby pozbierać muszle i kamyczki, żeby młody mógł się wybiegać, przetestować miękkość piasku, żeby bawić się z ojcem w berka i zatrzymać się na drobny piknik. Mieli przygotowane po kanapce z masłem orzechowym i dżemem robionym przez babcię Irenee. Byli już wybiegani do stopnia, że to Bryce ogłosił, że zatrzymują się na małą przerwę. A mężczyzna wcale nie był w złej formie, acz między pracą, a dzieleniem odpowiedzialności nad opieką Jamie czasami brakowało mu czasu by regularnie pojawiać się na siłowni.
Otrzepał chłopcu nieco pomarańczową, deszczową kurtkę z piasku, po tym jak oboje wylądowali na plaży starając się wykonać aniołki. Gdy przysiedli już na ławce Bryce wyciągnął z kieszeni paczuszkę mokrych chusteczek i podał jedną synowi, a drugą użył sam, żeby pozbyć się całego piasku. Może nie był to najlepszy pomysł aby wszystkiego dotykać za nim będą brać jedzenie w dłonie. No ale cóż można zrobić, kiedy było tyle ciekawych rzeczy. Kieszenie Jamiego obciążone już były selekcją najciekawszych kamieni jakie udało mu się póki co znaleźć.
-Tato… – Chłopczyk zaczął, jeszcze nim wziął kęsa kanapki. -wiesz ja lubię spędzać z tobą czas.
Bryce uśmiechnął się. -Ja też lubię nas czas razem.
-Czy to źle, że wolę spędzać czas z tobą bardziej niż z mamą…? – Zapytał niepewnie.
Mężczyzna cofnął kanapkę od swoich ust i zastanowił się chwilę jak podejść do tego pytania. -A dlaczego wolisz spędzać czas ze mną? – Spytał z ciekawością, ale ostrożnie.
-Bo już się tak często z mamą nie bawię.
Bryce kiwał lekko głową słuchając go. -Od kiedy?
-Od kiedy nie mieszkamy wszyscy razem.
Livingston wziął głębszy wdech. Wiedział, że bez względu na to jak się starali, nie mogli syna kompletnie odizolować od zmian. Takich, które przychodziły przy rozstaniu, czy im się to podobało czy nie. Zmiana domu, noce spędzane u jednego lub drugiego rodzica na zmianę. To, że jedno z nich miało już gotowe mieszkanie, a to, że to drugiego musiało nowe miejsce przystosować. W tym sensie Bryce’owi było lżej, on już miał gotowy pokój dla syna, znajome cztery ściany, nie musiał poświęcać czasu na szukaniu i weryfikowaniu nowych mieszkań, na remontach.
To właśnie synowi wyjaśnił, że jego mama potrzebowała czasu, aby wszystko przygotować, przypomniał mu jaki mieli chaos w domu kiedy ostatnio zmieniali kafelki w kuchni, albo nawet ile czasu musieli czekać, kiedy blat suszył się po impregnacji. A kiedy takie sprawy dorosłych zajmowały czas mamie, ta nie miała go tak wiele by wychodzić na spacery, czy układać z nim klocków lego.
-Tak jest tylko na teraz, jak mama już wszystko zorganizuje to na pewno będziecie częściej się razem bawić. – Uśmiechnął się do niego pokrzepiająco. -Ale nie ma w tym nic złego, że lubisz jak spędzamy razem czas. – Dodał dla zapewnienia.
Chłopczyk uśmiechnął się i wgryzł się w kanapkę.
Bryce odetchnął cicho spoglądając przed siebie. Powoli przesuwał wzrokiem po poruszających się sylwetkach, gdy myśli mu zaczęły dryfować. Wziął kęsa kanapki doceniając, że kiedy jedli mógł złapać chwilę ciszy. Nie był nawet pewny kiedy zaczęło do niego docierać, że zbliżające się do nich postacie były znajome, a raczej jedna z nich była – Zaylee Miller. Obok niej szedł jeszcze chłopczyk, starszy od Jamiego, którego nie kojarzył.
Nie był pewny czy kobieta ich zauważyła, więc podniósł rękę. -Hej, Zaylee. – Nie wołał, bo nie byli, aż tak daleko, ale tym na pewno zdołał zwrócić jej uwagę. -Też korzystacie z ładnej pogody? – Zagadnął, gdy byli już bliżej, mimowolnie podnosząc się z ławki. Jamie nadal jeszcze dokańczał swoją kanapkę siedząc.
-Dzień dobry. – Młodszy Livingston uśmiechnął się do obojga, z ciekawością zawieszając spojrzenie na chłopcu. -Cześć. – Pomachał do niego. -Lubisz kamyki? – Spytał od razu sięgając po kilka ze swojej kieszeni i prezentując je na otwartej dłoni.
zaylee miller