ODPOWIEDZ
36 y/o
For good luck!
176 cm
stolarz na zlecenie
Awatar użytkownika
Don't let the mold break you
Let the feeling come take you
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Był zdania, że z dobrej pogody trzeba było korzystać. To, że nie zawsze miał ku temu okazję było już inną kwestią, ale kiedy mógł liczyć na słoneczny dzień starał się organizować czas z Jamie gdzieś w naturze. Oczywiście dla pięciolatka pogoda nie stawiała tak wielu ograniczeń, chłopczyk był zafascynowany tak samo deszczem, jak i wzorami jakie słońce tworzyło gdy przeplatało się przez korony drzew. Dla Bryce’a znaczyło to jednak, że będzie mógł pracować na otwartym terenie po tym gdy już wrócą ze spaceru i, że będzie mógł nadal mieć oko na syna bawiącego się we frontowym ogrodzie swoich dziadków.
Dzisiaj wybrali się do parku w okolicy bez większego planu, a jednocześnie z wieloma pomysłami, ot żeby pozbierać muszle i kamyczki, żeby młody mógł się wybiegać, przetestować miękkość piasku, żeby bawić się z ojcem w berka i zatrzymać się na drobny piknik. Mieli przygotowane po kanapce z masłem orzechowym i dżemem robionym przez babcię Irenee. Byli już wybiegani do stopnia, że to Bryce ogłosił, że zatrzymują się na małą przerwę. A mężczyzna wcale nie był w złej formie, acz między pracą, a dzieleniem odpowiedzialności nad opieką Jamie czasami brakowało mu czasu by regularnie pojawiać się na siłowni.
Otrzepał chłopcu nieco pomarańczową, deszczową kurtkę z piasku, po tym jak oboje wylądowali na plaży starając się wykonać aniołki. Gdy przysiedli już na ławce Bryce wyciągnął z kieszeni paczuszkę mokrych chusteczek i podał jedną synowi, a drugą użył sam, żeby pozbyć się całego piasku. Może nie był to najlepszy pomysł aby wszystkiego dotykać za nim będą brać jedzenie w dłonie. No ale cóż można zrobić, kiedy było tyle ciekawych rzeczy. Kieszenie Jamiego obciążone już były selekcją najciekawszych kamieni jakie udało mu się póki co znaleźć.
-Tato… – Chłopczyk zaczął, jeszcze nim wziął kęsa kanapki. -wiesz ja lubię spędzać z tobą czas.
Bryce uśmiechnął się. -Ja też lubię nas czas razem.
-Czy to źle, że wolę spędzać czas z tobą bardziej niż z mamą…? – Zapytał niepewnie.
Mężczyzna cofnął kanapkę od swoich ust i zastanowił się chwilę jak podejść do tego pytania. -A dlaczego wolisz spędzać czas ze mną? – Spytał z ciekawością, ale ostrożnie.
-Bo już się tak często z mamą nie bawię.
Bryce kiwał lekko głową słuchając go. -Od kiedy?
-Od kiedy nie mieszkamy wszyscy razem.
Livingston wziął głębszy wdech. Wiedział, że bez względu na to jak się starali, nie mogli syna kompletnie odizolować od zmian. Takich, które przychodziły przy rozstaniu, czy im się to podobało czy nie. Zmiana domu, noce spędzane u jednego lub drugiego rodzica na zmianę. To, że jedno z nich miało już gotowe mieszkanie, a to, że to drugiego musiało nowe miejsce przystosować. W tym sensie Bryce’owi było lżej, on już miał gotowy pokój dla syna, znajome cztery ściany, nie musiał poświęcać czasu na szukaniu i weryfikowaniu nowych mieszkań, na remontach.
To właśnie synowi wyjaśnił, że jego mama potrzebowała czasu, aby wszystko przygotować, przypomniał mu jaki mieli chaos w domu kiedy ostatnio zmieniali kafelki w kuchni, albo nawet ile czasu musieli czekać, kiedy blat suszył się po impregnacji. A kiedy takie sprawy dorosłych zajmowały czas mamie, ta nie miała go tak wiele by wychodzić na spacery, czy układać z nim klocków lego.
-Tak jest tylko na teraz, jak mama już wszystko zorganizuje to na pewno będziecie częściej się razem bawić. – Uśmiechnął się do niego pokrzepiająco. -Ale nie ma w tym nic złego, że lubisz jak spędzamy razem czas. – Dodał dla zapewnienia.
Chłopczyk uśmiechnął się i wgryzł się w kanapkę.
Bryce odetchnął cicho spoglądając przed siebie. Powoli przesuwał wzrokiem po poruszających się sylwetkach, gdy myśli mu zaczęły dryfować. Wziął kęsa kanapki doceniając, że kiedy jedli mógł złapać chwilę ciszy. Nie był nawet pewny kiedy zaczęło do niego docierać, że zbliżające się do nich postacie były znajome, a raczej jedna z nich była – Zaylee Miller. Obok niej szedł jeszcze chłopczyk, starszy od Jamiego, którego nie kojarzył.
Nie był pewny czy kobieta ich zauważyła, więc podniósł rękę. -Hej, Zaylee. – Nie wołał, bo nie byli, aż tak daleko, ale tym na pewno zdołał zwrócić jej uwagę. -Też korzystacie z ładnej pogody? – Zagadnął, gdy byli już bliżej, mimowolnie podnosząc się z ławki. Jamie nadal jeszcze dokańczał swoją kanapkę siedząc.
-Dzień dobry. – Młodszy Livingston uśmiechnął się do obojga, z ciekawością zawieszając spojrzenie na chłopcu. -Cześć. – Pomachał do niego. -Lubisz kamyki? – Spytał od razu sięgając po kilka ze swojej kieszeni i prezentując je na otwartej dłoni.

zaylee miller
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
zeszyt
34 y/o
DR MILLER
171 cm
koronerka w toronto police service
Awatar użytkownika
bozia dała piękną gębę - nie moja wina
lubią mnie też te zajęte - twoja dziewczyna
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

077.
Nieczęsto zdarzało się, że wolne od pracy. Co prawda w każdej chwili mogła zostać wezwana na komisariat albo na miejsce zbrodni, ale gdyby siedziała jak na szpilkach i czekała na telefon, w życiu nie wyszłaby nigdzie z domu. Niestety jej małżonka nie miała tyle szczęścia, więc tego dnia nie mogła towarzyszyć jej i Samuelowi w aktywnym odpoczynku. Młody uparł się, żeby gdzieś pójść, więc Zaylee postanowiła zabrać do do parku niedaleko klifów. Jesień w tym roku była wyjątkowo ciepła, ale pogoda była zdradliwa, dlatego przypilnowała, żeby syn ubrał się na cebulkę. Bluzę zawsze można było zdjąć, gdyby słońce za mocno przygrzało, a od wody zawsze bardziej wieje. Dziesięciolatek wciąż oficjalnie nie był ich dzieckiem, ale wszystkie formalności były już na finiszu. To była naprawdę kwestia kilku miesięcy, żeby Sammy zamieszkał z nimi na stałe.
Odkąd chłopiec zaczął uczestniczyć do szkółki piłkarskiej właściwie nie rozstawał się z piłką i wszędzie ją ze sobą nosił. Nawet dzisiaj dzierżył ją pod pachą, co jakiś przystając, żeby zrobić kilka kapek. Nadal brakowało mu koordynacji i umiejętności, ale ciągle się uczył. Miller nie znała się na piłce nożnej, a jednak nawet ona zauważała postępy. Jako wspierająca matka, starała się pojawiać na każdym meczu syna. Nie zawsze było to możliwe ze względy na napięty grafik, jednak wraz z Eviną starały się, żeby przynajmniej jedna z nich kibicowała dziesięciolatkowi z trybun.
— Pokopiesz ze mną? — zagadnął, kiedy przemierzali piaszczystą ścieżką. Zaylee spojrzała na niego trochę pobłażliwie.
— Sam, przecież wiesz, że nie umiem. No i nie mam odpowiednich butów — zerknęła wymownie na swoje obcasy.
— Ale to nic trudnego! Ja cię nauczę! — wypiął dumnie pierś, kiedy mijali piknikowiczów. Przystanął dopiero, kiedy usłyszał, że ktoś nawołuję jego matkę. — A kto to? — zainteresował się natychmiast.
Miller popatrzyła w tamtą stronę. Mężczyzna właśnie uniósł rękę w geście powitania, ale przez pierwszą chwilę zupełnie nie potrafiła przypisać jego twarzy do żadnego konkretnego wspomnienia. Wyglądał znajomo, to na pewno, tylko mózg najwyraźniej potrzebował chwili, żeby połączyć wszystkie kropki. Dopiero po dłuższym momencie dotarło do niej, że to Bryce Livingston. Spotykała się z nim jeszcze na studiach, co nagle wydało jej się czymś absurdalnie odległym. Minęło przecież tyle czasu, że zdążyła nawet zapomnieć, jak dokładnie wyglądał. Jakiś czas temu miała okazję minąć go na osiedlu, na którym mieszkali jego rodzice, ale wtedy również nie zatrzymała się na dłużej przy tej myśli. Teraz bardziej zaskoczył ją chłopiec, który mu towarzyszył. Właściwie nie wiedziała nawet, dlaczego aż tak ją to zdziwiło. Przecież to było zupełnie normalne. Bryce miał swoje życie, ona miała swoje. Minęły lata, ludzie się zmieniali, wchodzili w związki, zakładali rodziny. Najwyraźniej on też zdążył się ustatkować.
— Kogo moje piękne oczy widzą? — uśmiechnęła się do niego, kiedy znaleźli się bliżej ławki. — To mój dawny znajomy — oznajmiła Samowi, który ciągnął ją za rękaw płaszcza, koniecznie chcąc się do wiedzieć, z kim mieli właśnie do czynienia. — Łapiemy trochę witaminy D, zanim zacznie lać — wyjaśniła i zerknęła na kamienie, które młodszych chłopiec trzymał w rękach. — Wow, ale świetne znaleziska — pochwaliła go. Sammy natomiast rzucił nieśmiałe dzień dobry i również spojrzał na kamyki.
— Ja nie zbieram — pokręcił głową. — Ale możemy pokopać piłkę. Chcesz? — zapytał z nadzieją, że znalazł jakiegoś towarzysza do grania. Nie przeszkadzało mu, że chłopczyk był mniejszy, przecież to nie miało żadnego znaczenia. Każdy umiał kopać piłkę. Z wyjątkiem Zaylee.

Bryce Livingston
bubek
nie lubię postów o niczym i jak stoimy bezsensownie w miejscu. i chcę grać z tobą, a nie z czatem gpt!
36 y/o
For good luck!
176 cm
stolarz na zlecenie
Awatar użytkownika
Don't let the mold break you
Let the feeling come take you
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Mężczyzna uśmiechnął się szeroko w odpowiedzi. Czasami wpadało się na różnych starych i aktualnych znajomych mając neutralny stosunek do tego, że akurat ich drogi się przecięły. Z jakiegoś powodu wpadnięcie dzisiaj na Zaylee przyprawiło go o szczery uśmiech. Wiedział, a raczej domyślał się, że życie się jej układało, mimo tego, że zaledwie zauważył ją kilka razy na osiedlu. Życie szło dalej, a ona wydawała się ustatkować.
-Muszę przyznać, brzmi jak świetny plan. My jesteśmy przygotowani na obie ewentualności, jak widać. – Gestem dłoni wskazał do ich deszczowych kurtek. Bryce odmawiał używania parasolek, nie były warte całego zachodu jakie z nimi przychodziły tylko po to by spełnić funkcję bardzo podobną do deszczowej kurtki.
Jamie wyszczerzył się cały z siebie dumny na pochwałę jego kolekcji. Kiedy usłyszał o tym, że drugi chłopiec nie zbiera kamyków, trochę mu mina posmutniała, ale nie trwało to nawet kilku sekund, bo od razu był chętny do pokopania piłki. Nie była to jedna z tych aktywności z którą spędzał dużo czasu, ale lubił być na zewnątrz i kopanie piłką spełniało jego kryteria zabawy. Wsunął kamyki z powrotem do swojej kieszonki. -Tak! – Już był gotowy żeby ruszyć, ale spojrzał do swojego taty, który skinął do niego głową. Jamie zrobił mały zadowolony podskok w miejscu i zaraz odbiegł trochę od ławki.
-Okej! Jestem gotowy! – Oznajmił do chłopca.
-Lubią nosić ze sobą swoje ulubione rzeczy, co? – Skomentował, spoglądając na Zaylee. -Nawet jeśli jest to czasami niepraktyczne. – Nie mówił tego nawet z nutą dezaprobaty. Ot, nazywał zaledwie zachowania jakie zaobserwował, zawłaszcza,że gdy niepraktyczny ulubieniec syna w końcu stawał mu na drodze eksploracji innych rzeczy trafiał w dłonie Bryce’a czy do torebki Melissy.
-Więc co u ciebie, tak w ogóle? - – Spytał, znowu wracając do niej wzrokiem od chłopców kopiących piłkę. Jamie nie trafiał szczególnie dobrze, nie miał wytrenowanej jeszcze koordynacji, ale bardzo się starał. -Jesteś… rodzicem…? – Nie przemyślał, jak to sformułować i wyszło tak, jak wyszło. -W sensie… nie chcę zakładać… – Jeśli na przykład była na spacerze z młodszym pokoleniem kogoś z rodziny. Nie zdążył jeszcze usłyszeć wystarczająco z ich interakcji by mógł zakładać cokolwiek. Właściwie to może w ogóle nie powinien zaczynać takiego tematu. Nigdy do końca nie wiedział, które tematy można było poruszać z ludźmi, którzy kiedyś wiedzieli o tobie prawie wszystko. A teraz byli zaledwie starymi znajomymi, zaledwie o krok od bycia obcymi dla siebie ludźmi, chociaż wcale tak kobiety nie postrzegał. -Po prostu… ja jestem na spacerze z synem, pomyślałem, że ty też..-

zaylee miller
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
zeszyt
34 y/o
DR MILLER
171 cm
koronerka w toronto police service
Awatar użytkownika
bozia dała piękną gębę - nie moja wina
lubią mnie też te zajęte - twoja dziewczyna
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Miała z Brycem same ciepłe wspomnienia. Dobrze jej się kojarzył i chyba właśnie dlatego nigdy nie potrafiła patrzeć na ich przeszłość wyłącznie przez pryzmat tego, że ostatecznie im nie wyszło. Nie zbudowali związku na lata, ale przecież przez jakiś czas byli ze sobą naprawdę szczęśliwi. Nie rozstali się w wielkim gniewie, nie było zdrady, wzajemnego obrzucania się pretensjami ani potrzeby wymazania drugiej osoby z pamięci. Na studiach oboje byli młodzi i jeszcze nie do końca wiedzieli, czego właściwie chcą od życia, a tym bardziej od siebie nawzajem. Ich drogi po prostu z czasem się rozeszły. I tyle. Zaylee nie miała więc wobec Livingstona żadnej urazy.
— Na razie nie zapowiada się na deszcz — stwierdziła, zadzierając głowę, żeby spojrzeć w niebo. Po błękicie przesuwały się pojedyncze chmury, ale nic nie wskazywało na to, że lada moment zaskoczy ich ulewa. Chociaż z pogodą nigdy nic nie wiadomo.
Sammy najwyraźniej uważał już, że jest za duży na zbieranie kamieni. Miał dziesięć lat, więc interesowały go trochę inne rzeczy. Na przykład piłka nożna i uniwersum Gwiezdnych Wojen. No i oczywiście uwielbiał LEGO, ale tego akurat Zaylee nie wyobrażała sobie, żeby miało mu przejść z wiekiem. Każdy kochał LEGO. Nawet ona bawiła się świetnie, kiedy razem składali Gwiazdę Śmierci, chociaż umordowała się przy tym niemiłosiernie.
— To chodź! — Sam zwrócił się do młodszego chłopca i obaj już pędzili w stronę miejsca, gdzie trawa była nieco niższa, a teren bardziej płaski. Ostrożnie kopnął do niego piłkę, mając na uwadze, że nie każdy radzi sobie z nią tak dobrze jak on.
Miller odprowadziła ich wzrokiem, a potem przeniosła spojrzenie na Bryce'a.
— Odkąd zapisałyśmy go do szkółki piłkarskiej, właściwie nie rozstaje się z piłką — wyjaśniła z uśmiechem. Młody był ostatnio kompletnie zafiksowany na punkcie sportu, ale akurat to Zaylee uważała za coś dobrego. W jego wieku ruch był jak najbardziej wskazany, a pomimo niskiego wzrostu na boisku nadrabiał zwinnością i szybkością. Zresztą wystarczyło zobaczyć, jak biegał, żeby zrozumieć, że najwyraźniej nie zamierzał pozwolić, żeby kilka centymetrów mniej miało mu w czymkolwiek przeszkodzić.
Skinęła głową, potwierdzając słowa Livingstona.
— Jestem rodzicem — odparła z dumą. Nigdy nie podejrzewała, że kiedykolwiek będzie mogła powiedzieć o sobie coś takiego. Przez większość życia nawet nie chciała mieć dzieci, a teraz wypowiadanie tego słowa przychodziło jej zaskakująco łatwo. — Jeszcze nie tak oficjalnie, ale jesteśmy z żoną na finiszu dopełniania formalności — wyjaśniła. Samuel nie był ich biologicznym synem, ale dla Zaylee nie miało to najmniejszego znaczenia. Bycie rodzicem nie zaczynało się przecież od wspólnego DNA. — Sammy namawiał mnie, żebyśmy tutaj przyszli, kiedy Evina jest w pracy. Ile lat ma twój? — dopytała, ruchem głowy wskazując na mniejszego z chłopców, który właśnie próbował odebrać piłkę temu starszemu. Szło mu trochę pokracznie, ale Młody dawał mu fory.

Bryce Livingston
bubek
nie lubię postów o niczym i jak stoimy bezsensownie w miejscu. i chcę grać z tobą, a nie z czatem gpt!
36 y/o
For good luck!
176 cm
stolarz na zlecenie
Awatar użytkownika
Don't let the mold break you
Let the feeling come take you
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Mieli w sobie wiele pasji i wiele przekonań od których nie chcieli odstąpić i w niektórych z nich mieli nawet rację. Ich drogi naprawdę się rozchodziły bez znaczenia jak bolesne było to usłyszeć i zdać sobie z tego sprawę te lata temu. Z perspektywy czasu bardzo doceniał, że ich więź pozwoliła im o tym porozmawiać, nawet jeśli nie mieli najlepszych słów w swoim repertuarze. Mogli dzięki temu podjąć decyzję wspólnie, zamiast zostać przez jednego zaskoczonym. Wiedział jak podłe było to uczucie…
-Według prognozy tak ma zostać przez resztę dnia – Podniósł skrzyżowane palce, w znaku, że nie tylko polegał na prognozie, ale miał też taką nadzieję. -Dzisiaj mi się mocno przyda jak wrócimy ze spaceru.
-O tak, to wszystko wyjaśnia. – Uśmiechnął się w rozbawieniu. Jego własna obsesja na punkcie karate nie potrwała szczególnie długo, ale praktycznie nie rozstawał się wtedy ze swoją białą karategą. Rodzice wielokrotnie próbowali go przekonać, żeby nie chodził w tym stroju na plac zabaw, zapewne dlatego, że nie nadążali z praniem i suszeniem. -I jak mu idzie? Długo już chodzi? – Zagadnął, kontrolnie zerkając w kierunku chłopców. Nie znał się zbyt dobrze na tym jak jego grupa wiekowa powinna się sprawdzać w grze, a jedyne co na tym etapie potrafił stwierdzić, to który z dwóch chłopców radził sobie lepiej. Wiedział też w którym momencie wspomóc swojego młodszego towarzysza, aby go nie zniechęcić, co było cenną umiejętnością.
Dostrzegł ten dumny ton i jak oczy lekko jej się zaświeciły na te słowa. Znał to uczucie bardzo dobrze, to była piękna sprawa. -Hej, to gratulacje. – Powiedział z uśmiechem, aż w kącikach oczu pojawiły się kurze łapki. Zabawne wydawało mu się, że kiedy byli młodzi nie potrafił sobie wyobrazić, aby którekolwiek z nich miało czas na wychowywanie dziecka, a teraz wystarczyło na nich spojrzeć. -Pięć lat, właśnie zaczął szkołę. Sam się stresowałem tym więcej niż on. – Przyznał kręcąc do siebie głową. -W sumie nie wiem co sobie wyobrażałem, ale wiesz… dzieci są różne, niektóre płaczą , niektóre są w ogóle przeciwko bycia gdziekolwiek bez rodziców, ale Jamie nie miał problemu, tylko tak poważnie się na mnie spojrzał i spytał czy na pewno go odbiorę. – Uśmiechnął się na wspomnienie, możliwe, że z nutką wstydu, bo zdarzyło mu się prawie wyjść z budynku nim przypomniał sobie, że syn był jeszcze w bawialni. Do tej pory nie wiedział jak to się stało, że kompletnie stracił poczucie gdzie był i z kim przyszedł. Za to Jamie musiał to zapamiętać, żeby ojca upomnieć. Bryce potarł mimowolnie kark. -A później opowiadał mi jak było super, także trafiło mi się dziecko, które póki co lubi szkołę. – Podsumował. Wcale nie bez powodu podkreślając wyrażenie ‘póki co’. - A twój ile ma lat? I jak długo już go znacie? – Nie miał najmniejszego pojęcia jak długo mógł trwać proces adopcji. Wiedział jedynie, że te mogły być długie, ale czy długie były dwa miesiące czy dwa lata…
Gdzieś między próbowaniem odebrania piłki i odkopnięcia jej dalej Jamie zahaczył się o nogi Sammyego, który znacznie stabilniej trzymał się swojej pozycji i upadł na trawę. Bryce drgnął instynktownie, gotowy od razu do niego podpiec, ale się powstrzymał, przyglądając się co mały teraz zrobi. Nie było łez, co nieco mężczyznę rozluźniło. -Wszystko okej! – Podniósł wysoko ramiona kiedy przekręcił się na tyłek. Przyjął pomocną dłoń od Sammyego, żeby się podnieść, a później wręcz teatralnie (acz kompletnie nieumyślnie) otarł dłonie o swoje spodnie z resztek trawy.
-Dajesz dalej, świetnie sobie radzisz! – Bryce zawołał do niego i pokazał mu kciuka w górę, a Jamie odpowiedział mu tym samym.
-To jest naprawdę fajny wiek. – Skomentował, jeszcze przez chwilę przyglądając się chłopcom nim wrócił do Zaylee. -Jest ciekawski i nie zna jeszcze tych wszystkich naszych ludzkich rytuałów i co czasami wypada, co nie. Jak byliśmy ostatnio w supermarkecie, to dość głośno zapytał się dlaczego pani przed nami miała wąsik. – Musiał się naprawdę postarać, żeby się z tego nie śmiać, przepraszając jednocześnie kobietę, której komentarz się nie spodobał. -I jak coś obserwują to mówią to co widzą. – I bywa to mieszanka rzeczy oczywistych o których się zapomina, jak i kompletnie nowe perspektywy na codzienne sprawy. To jak doświadczać świata po raz kolejny.
-Co was skłoniło do adopcji? – Spojrzał na Zaylee uważniej, ale nadal z pewną lekkością zwyczajnej pogadanki dwójki starych znajomych.

zaylee miller
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
zeszyt
ODPOWIEDZ

Wróć do „Scarborough Bluffs”