007.
: śr paź 07, 2026 12:44 am
007.


Tatiana
posiadłość Howardów, kilka dni wcześniej
– Pani Tatiano, obawiam się, że w tych kwestiach nie możemy wiele zrobić. Istnieją pewne przepisy, a sytuacja prawna majątku pana Howarda jest bardziej skomplikowana, niż mogłoby się wydawać. Musimy wziąć pod uwagę wcześniejsze zobowiązania, prawa pozostałych udziałowców oraz…
– Pieprzyć przepisy! – przerwała mu, zanim zdążył dokończyć. – Od tego są prawnicy, żeby je omijać, a nie recytować mi je nad głową, jakbym była na jakiejś cholernej lekcji!
Przy ostatnich słowach wyrzuciła ręce w górę, a długie, jasne loki zakołysały się wokół jej twarzy. Były to włosy blond tak intensywnego, że w odpowiednim świetle zdawały się niemal białe. Starannie wystylizowane, miękkie na końcach i ułożone w szerokie fale, miały dodawać jej elegancji, choć przy bliższym spojrzeniu trudno było nie zauważyć, że ich kolor nie miał wiele wspólnego z naturą. Przy nasadzie zaczynał już prześwitywać ciemniejszy odrost, który zdradzał, jak bardzo blondynka potrzebowała kolejnej wizyty u fryzjera. Tatiana nie należała jednak do kobiet, które godziły się na podobne niedociągnięcia. Przynajmniej nie wtedy, kiedy ktoś mógł je dostrzec.
Jej uroda miała w sobie coś uderzającego. Pełne usta, wyraźnie zarysowane kości policzkowe, jasnozielone oczy i twarz, która przy odrobinie odpowiedniego światła mogłaby bez trudu przyciągnąć uwagę fotografa. Tatiana doskonale wiedziała, jak korzystać z tego, czym obdarzyła ją natura, i jeszcze lepiej wiedziała, co można w niej poprawić. Starannie dobrany makijaż, podkreślone rzęsy, rozświetlona skóra i szminka w odcieniu wiśni, który wymagał od niej nieustannego pilnowania każdego kęsa i każdego łyku, stanowiły równie ważną część jej wyglądu, co biżuteria czy markowe ubrania. Nie musiała być najinteligentniejszą osobą w pomieszczeniu, jeśli potrafiła sprawić, że pozostali najpierw patrzyli na nią.
Przez chwilę mierzyła doradcę wzrokiem, jakby samym spojrzeniem mogła zmusić go do przyznania jej racji. W końcu zacisnęła usta, po czym ciężko opadła na oparcie fotela.
– Zostaw mnie. Zostawcie mnie wszyscy! Wszyscy! – rzuciła, przyciskając palce do skroni.
Mężczyzna przez moment wyglądał, jakby chciał jeszcze coś powiedzieć. Zamiast tego spojrzał na kobietę siedzącą obok Tatiany, ściskającą tablet na tyle mocno, że pobielały jej knykcie, a potem ponownie przeniósł wzrok na wdowę. Ściągnął brwi, zacisnął usta i skłonił głowę w wyćwiczonym geście pożegnania. Nie było sensu wdawać się w dalszą dyskusję. Przez lata współpracy z Mitchellem Howardem zdążył przywyknąć do trudnych negocjacji, kaprysów bogaczy i ich przekonania, że pieniądze pozwalają załatwić niemal wszystko. Nie przywykł jednak do obserwowania, jak człowiek, który potrafił zbudować ogromny majątek, pozostawia po sobie chaos, a jego następcy zamiast próbować go uporządkować, dokładają do niego własne problemy.
Sam Mitchell nie był najgorszy w zarządzaniu finansami. Miewał kosztowne zachcianki, zdarzało mu się podejmować decyzje pod wpływem urażonej dumy, ale potrafił liczyć i rozumiał, kiedy należy ustąpić. A przynajmniej tak wyglądało to w czasach, kiedy u jego boku stała Rosamund Fairfax. To ona umiała dostrzec słabości w umowach, wychwycić nieścisłości w dokumentach i rozpoznać moment, w którym rozmówca próbował sprzedać jej coś, czego nie chciałby kupić za własne pieniądze. Nie musiała podnosić głosu, by inni jej słuchali. Wystarczała obecność, odpowiednio zadane pytanie i cierpliwość, z jaką czekała na odpowiedź. Jej nazwisko otwierało drzwi, do których Mitchell przez lata próbował dobijać się własnymi osiągnięciami.
Widocznie jednak z czasem rozsądek zaczął mu ciążyć. W pewnym momencie mężczyzna uznał, że ułożone życie u boku kobiety, która dorównywała mu pozycją i potrafiła postawić go do pionu, przestało być dla niego wystarczająco ekscytujące. Rosamund zastąpiła więc Tatiana. Młodsza, ładna, dużo bardziej skłonna przytakiwać mu w towarzystwie i znacznie mniej zainteresowana tym, co działo się na wyciągach bankowych, dopóki na jej koncie pojawiały się odpowiednie kwoty. Doradca Mitchella nie miał zwyczaju komentować cudzych wyborów sercowych, a przynajmniej nie na głos. Miał jednak oczy i pamięć. Trudno było nie zauważyć różnicy między kobietą, która przez całe lata potrafiła utrzymać w ryzach zarówno dom, jak i interesy męża, a tą, która po jego śmierci nie potrafiła przeprowadzić jednej rozmowy bez grożenia, obrażania się lub domagania natychmiastowych rezultatów. Zwłaszcza że od kilkunastu tygodni Mitchell Howard był równie martwy jak nadzieje jego doradcy na spokojne zamknięcie spraw związanych z majątkiem. Wyszedł, pozostawiając za sobą woń drogich perfum i ledwie skrywaną irytację. Kobieta siedząca cały czas obok również podniosła się z miejsca, ale nie zdążyła nawet zrobić kroku.
– Ty nie. Oni – oznajmiła Tatiana, machając jej przed twarzą dłonią z pomalowanymi paznokciami. Kobieta zatrzymała się, skinęła głową i ponownie usiadła. Nie należało pytać, dlaczego. W tym domu pytania zwykle prowadziły do kolejnych poleceń, a sprzeciw oznaczał konieczność wysłuchiwania tyrady o niewdzięczności, braku kompetencji lub niezrozumiałych trudnościach, jakie wszyscy zdawali się stwarzać pani Howard. Rozsądniej było przeczekać napad złości i liczyć, że następnego dnia blondynka znajdzie sobie kogoś innego, na kim będzie mogła rozładować frustrację.
– Zwariuję z nimi – wycedziła przez zęby Tatiana, masując skroń. – Raporty, podatki, prawnicy, jakieś zobowiązania, których nikt wcześniej nie raczył mi wyjaśnić. Człowiek nawet nie może spokojnie usiąść we własnym domu. A wszystko przez tę Williams. Gdyby nie ona, nie musiałabym teraz tego wszystkiego znosić.
Kira, stylistka paznokci, pochyliła się nad jej dłonią i sprawdziła, czy lakier zdążył już odpowiednio stwardnieć. Mruknęła coś pod nosem, ale nie podjęła tematu. Jej angielski wciąż pozostawał na poziomie, który pozwalał jej bez większych problemów wykonywać pracę, zamawiać kawę i prowadzić najprostsze rozmowy. Długie monologi pani Howard stanowiły jednak zupełnie inną kategorię trudności. Tatiana mówiła szybko, piskliwie i bez przerwy, raz złościąc się na prawników, innym razem na ceny, pogodę, pracowników albo kobietę, której nie chciała znać, choć najwyraźniej myślała o niej częściej, niż była skłonna przyznać. Kira nauczyła się już, że nie musi rozumieć wszystkiego. Wystarczyło wychwycić moment, w którym należało przytaknąć, i ten, w którym najlepiej było milczeć.
Nie była zresztą pierwszą osobą w tym domu, która odkryła tę prostą zasadę. Jeszcze za życia Mitchella pracownicy zdążyli poznać humor jego oraz jego nowej żony. Tatiana zwracała się do nich tak, jakby każdy z nich stanowił kolejną rzecz w wyposażeniu posiadłości, a różnica polegała wyłącznie na tym, że meble przynajmniej nie odpowiadały. Nie zapamiętywała imion, jeśli nie musiała, i potrafiła w środku dnia zmienić kilka poleceń, po czym mieć pretensje, że ktokolwiek wykonał te pierwsze. Wymagała punktualności, lecz sama notorycznie spóźniała się na umówione zabiegi. Domagała się dyskrecji, ale nie widziała niczego niewłaściwego w omawianiu prywatnych spraw pracowników przy gościach. Gdy coś jej odpowiadało, uznawała to za oczywisty standard. Kiedy coś szło nie po jej myśli, winny zawsze znajdował się po drugiej stronie.
Anna, gosposia, miała w tej kwestii własne zdanie. Przez lata służyła w posiadłości i pamiętała Rosamund, zanim jeszcze nazwisko Howard zaczęło pojawiać się w rozmowach prowadzonych na salonach. Pierwsza pani Howard potrafiła być wymagająca. Nie tolerowała niedbalstwa, pamiętała o terminach i oczekiwała, że każdy będzie wykonywał swoją pracę najlepiej, jak potrafi. Nigdy jednak nie traktowała ludzi jak przedmiotów, które można przestawić z miejsca na miejsce, gdy przestaną pasować do nowej aranżacji. Znała imiona pracowników, pytała o ich rodziny, a kiedy wydawała polecenie, nie robiła tego tonem, który miał przypominać, że wystarczy jeden telefon, by pozbawić kogoś środków do życia. Potrafiła podziękować. Potrafiła również odmówić bez upokarzania drugiej osoby. Jej uprzejmość nie wynikała z potrzeby przypodobania się komukolwiek, a już na pewno nie z przekonania, że powinna być lubiana przez podwładnych. Była po prostu świadoma własnej pozycji i nie musiała nikomu udowadniać, że ją posiada.
Rosamund nosiła się z naturalną powściągliwością kobiet, które wychowały się wśród pieniędzy, zanim jeszcze same zaczęły nimi zarządzać. Nie potrzebowała szafy pełnej krzykliwych metek, by odróżniać się od reszty towarzystwa. Jej ubrania były doskonale skrojone, biżuteria dyskretna, a maniery zdradzały wychowanie, którego nie dało się kupić razem z sukienką od projektanta. Znała ludzi, których nazwiska regularnie pojawiały się w gazetach, lecz rzadko opowiadała o nich tak, jakby samo wymienienie nazwiska miało podnieść jej wartość w oczach rozmówcy. Nawet kiedy wygrywała, nie potrzebowała, by cały pokój wiedział, kto przegrał.
Tatiana była jej przeciwieństwem niemal pod każdym względem. O ile Rosamund potrafiła zdominować pomieszczenie, nie zmieniając tonu głosu, o tyle młodsza kobieta potrzebowała nieustannie przypominać wszystkim o swojej obecności. Dźwiękiem obcasów na marmurowej posadzce, głosem niosącym się przez pół piętra, połyskiem biżuterii albo kolejną uwagą o tym, że ktoś nie wykonał polecenia wystarczająco szybko. Zamożność traktowała nie tyle jako przywilej, ile jako widowisko. Każdy zakup musiał coś komunikować, każda zmiana w wyglądzie zwracać uwagę, a każda posiadana rzecz potwierdzać, że wreszcie znalazła się tam, gdzie od dawna uważała, że jej miejsce.
Po kilkudziesięciu minutach, kiedy Kira była już na etapie nakładania utwardzacza na paznokcie, drzwi pomieszczenia otworzyły się ponownie. W progu stanęła Anna. Miała na sobie służbowy uniform, włosy upięte starannie z tyłu głowy i minę kogoś, kto przychodzi przekazać wiadomość, której nie ma najmniejszej ochoty przekazywać.
– Pani Tatiano, przyszedł do pani detektyw. Chce porozmawiać o panu Howardzie.
Tatiana uniosła głowę, jakby gosposia właśnie poinformowała ją o awarii prądu w środku najważniejszej części wieczoru.
– Teraz? – przeciągnęła z niedowierzaniem. – Anno, przecież zaraz robimy pedicure.
– Nalega.
Anna spojrzała na nią przez chwilę, zastanawiając się, czy powinna przypomnieć jej, że w ostatnich tygodniach większość tych obowiązków sprowadzała się do podpisywania dokumentów, których treści Tatiana nie rozumiała, i wydawania pieniędzy, których pochodzenia nie potrafiła wyjaśnić. Powstrzymała się jednak. Nie należała do ludzi, którzy lubili niepotrzebnie komplikować sobie życie.
– Przekazałam mu, że pani jest zajęta. Powiedział, że zaczeka, ale chciałby porozmawiać jak najszybciej. – Zrobiła krótką pauzę. – Nie jestem jednak od planowania pani spotkań.
Ton jej głosu pozostał uprzejmy, choć w myślach Anna pozwoliła sobie na znacznie mniej eleganckie podsumowanie sytuacji. Praca w tej posiadłości od dawna przypominała zajęcie na tonącym statku. Dawniej istniały zasady, rytm i konkretne obowiązki, a nawet jeśli Mitchell bywał kapryśny, zwykle wiedział, czego chce. Rosamund trzymała wszystko w ryzach z taką łatwością, że człowiek mógł zapomnieć, ile pracy kosztuje utrzymanie podobnego domu w porządku. Potem pojawiła się Tatiana, a świat wywrócił się do góry nogami. Śmierć pana Howarda tylko przyspieszyła to, co i tak zaczynało się sypać.
Anna od kilku tygodni usiłowała skontaktować się z panią Fairfax, licząc, że może znajdzie się dla niej miejsce w jednym z domów należących do rodziny. Nie pogardziłaby nawet posadą w letniej posiadłości w Szkocji. Była gotowa porzucić Amerykę, przyzwyczajenia i większą część swojego dotychczasowego życia, byle uwolnić się od kobiety, która potrafiła zamienić zwyczajny poranek w kilkugodzinne pasmo pretensji. Nie była przy tym jedyną osobą, która rozglądała się za wyjściem. Ogrodnik coraz częściej mówił o emeryturze, kucharka wspominała o powrocie do siostry, a kierowca, który przez lata woził Mitchella na spotkania, od początku miesiąca miał dziwnie dużo spraw do załatwienia w innych częściach stanu.
Posiadłość pozostawała imponująca, ale jej dawna świetność coraz wyraźniej przypominała dekorację, za którą nie kryło się już nic poza bałaganem. Rozległy dom z jasnego kamienia, wysokimi oknami i klasyczną fasadą został pomyślany jako miejsce, w którym pieniądze nie musiały krzyczeć, by było wiadomo, że są obecne. W czasach Rosamund salon wypełniały antyczne meble, stonowane tkaniny, obrazy oprawione w dyskretne ramy i przedmioty, które nie trafiały tam wyłącznie dlatego, że były drogie. Nawet ogromne pomieszczenia wydawały się wtedy przytulne. Miały swój porządek, zapach świeżych kwiatów i tę szczególną harmonię, dzięki której człowiek przestawał zwracać uwagę na koszt wyposażenia, skupiając się na samym wnętrzu.
Tatiana postanowiła nadać domowi własny charakter. W jej rozumieniu oznaczało to przede wszystkim więcej złota, połysku i rzeczy, których nie dało się przeoczyć. W salonie pojawiły się lustrzane konsole, błyszczące wazony, grube zasłony w odcieniu szampana i poduszki wyszywane metaliczną nicią. Nad kominkiem zawisło lustro w masywnej, złoconej ramie, które nie tyle odbijało pomieszczenie, ile zdawało się walczyć o uwagę z kryształowym żyrandolem. Na stolikach ustawiono dekoracje w kształcie złotych koni, a obok nich świece w szklanych naczyniach z logo ekskluzywnych marek. W jadalni zmieniono obicia krzeseł, w sypialni pojawiła się toaletka o lustrzanym blacie, a łazienkę ozdobiono taką ilością marmurowych dodatków, że trudno było odróżnić funkcjonalne wyposażenie od dekoracji.
Dom nie stał się przez to nowoczesny ani bardziej luksusowy. Przypominał raczej miejsce, w którym ktoś usiłował urządzić pałac na podstawie zdjęć z katalogu, nie rozumiejąc, że sam zakup odpowiednich przedmiotów nie tworzy jeszcze dobrego wnętrza. Wszystko było za duże, zbyt błyszczące i nazbyt ostentacyjne. Co gorsza, kolejne zmiany wprowadzano bez ładu, często pod wpływem chwilowej zachcianki, a poprzednie dekoracje trafiały do pomieszczeń, w których zupełnie do siebie nie pasowały. Odkąd Mitchell zmarł, nikt już nie potrafił tego chaosu kontrolować. Pracownicy mieli coraz więcej obowiązków, a coraz mniej powodów, by starać się ponad miarę. Na biurku w gabinecie zalegały nierozpakowane przesyłki, na komodzie w korytarzu leżały dokumenty pozostawione przez kolejnych doradców, a świeże kwiaty, które wcześniej wymieniano regularnie, coraz częściej więdły w wazonach, zanim ktokolwiek zdążył je zabrać.
W tym domu nawet cisza stała się inna. Kiedyś oznaczała, że domownicy zajęli się własnymi sprawami, a pracownicy mogli przez chwilę wykonywać swoje obowiązki bez czyjejś obecności. Teraz była ciężka i nieprzyjemna, przerywana odgłosami telefonów, kłótniami o dokumenty i kolejnymi rozmowami, podczas których nazwisko Mitchella pojawiało się częściej niż za jego życia. Zmarły Howard zostawił po sobie nie tylko majątek, lecz także ludzi, których interesy należało pogodzić, zobowiązania, których nie dało się odsunąć na później, i historię, która wciąż nie chciała zamknąć się w kilku urzędowych dokumentach.
Tatiana potarła skroń, wypuściła powietrze i w końcu machnęła ręką.
– Dobrze. Niech wejdzie.
Anna skinęła głową i zniknęła za drzwiami. Tatiana tymczasem poleciła Kirze dokończyć manicure, a za stracony czas obiecała dopłacić coś ekstra. Był to jeden z tych gestów, które w jej przekonaniu dowodziły hojności, choć pracownicy wiedzieli, że dodatkowe pieniądze potrafiła później wypomnieć z dokładnością godną księgowego.
Kiedy wreszcie podniosła się z fotela, poprawiła sukienkę i ruszyła w stronę korytarza. Przed lustrem przystanęła odruchowo. Uniosła podbródek, zrobiła niewielki dziubek, sprawdzając, czy pomadka nie rozmazała się w kącikach ust, a potem małym palcem starła jej nadmiar. Obejrzała swoje odbicie z uwagą kogoś, kto potrafił dostrzec najmniejszą niedoskonałość na własnej twarzy, a jednocześnie nie zauważał bałaganu rozciągającego się za jego plecami. Blond włosy wymagały odświeżenia, to było oczywiste. Odrosty należało zamaskować, końcówki podciąć, a fryzurę ponownie ułożyć tak, by wyglądała na swobodną, choć każdy kosmyk znajdował się dokładnie tam, gdzie powinien. Poprawiła kolczyk, wygładziła materiał w talii i zerknęła na dekolt, sprawdzając, czy sukienka właściwie układa się na biuście. Implanty, które Mitchell podarował jej na początku ich związku, miały przecież służyć nie tylko jej własnej satysfakcji. Były jednym z tych prezentów, które przypominały jej, że potrafiła zdobyć coś, o czym niegdyś mogła jedynie marzyć.
Na myśl o mężu jej twarz stężała na ułamek sekundy. Nie było w tym jednak żałoby, która wymagałaby od niej dłuższego zatrzymania się przy wspomnieniu. Zamiast tego pojawiła się irytacja, szybko przykryta wyćwiczonym uśmiechem. Mitchell nie żył, a ona wciąż musiała wysłuchiwać, co zrobił źle, komu coś obiecał i dlaczego nie mogła po prostu przejąć tego, co uważała za swoje. Nawet śmierć nie zwolniła go z obowiązku komplikowania jej życia.
W końcu ruszyła korytarzem. Jej obcasy odbijały się od kamiennej posadzki, a sukienka przesuwała po udach przy każdym kroku. Kiedy weszła do salonu, gdzie czekał już detektyw, rozłożyła ramiona w powitalnym geście, jakby przyjmowała ważnego gościa na przyjęciu, a nie człowieka, który zjawił się w sprawie jej zmarłego męża.
– Witam, panie detektywie. Tatiana Howard. Pani tego domu – przedstawiła się z naciskiem, uśmiechając się tak szeroko, że na policzkach pojawiły się płytkie wgłębienia. Wskazała dłonią fotel naprzeciwko. – Proszę, proszę usiąść. Anno, przynieś naszemu gościowi coś do picia.
Sama zajęła miejsce, poprawiając materiał sukienki na kolanach. Przez moment odprowadziła gosposię wzrokiem, upewniając się, że polecenie zostało wykonane, a następnie odrzuciła włosy za ramię. Jej uśmiech nabrał jeszcze odrobiny sztucznej serdeczności.
– Odkąd nie ma Mitcha, ciężko jest mi wydawać polecenia. Wszystko spada na moje barki, a człowiek przecież nie może być w kilku miejscach naraz – zaśmiała się perliście, jakby właśnie powiedziała coś wyjątkowo zabawnego. – Ale cóż, siła wyższa, jak to mawiają. Jak mogę panu pomóc, detektywie?
Celeste
George Restaurant, aktualnie
Przy jednym z większych stolików, osłoniętym od reszty sali wysokim parawanem z ciemnego drewna, trwała rozmowa, która zdążyła już przejść od uprzejmych wstępów do konkretnych liczb. Celeste siedziała wyprostowana, z jedną dłonią opartą obok kieliszka wody, drugą zaś spoczywającą na krawędzi stołu. Jej blond włosy zostały ciasno zaczesane do tyłu i związane w niski kok, tak gładki, że ani jeden kosmyk nie wymknął się spod kontroli. Elegancka, bezrękawnikowa sukienka o prostym kroju kończyła się tuż przy kolanach, odsłaniając smukłe łydki, a wysoki dekolt nadawał całości surowości, którą łagodził jedynie dobrze dopasowany materiał. Białe szpilki dodawały sylwetce lekkości, choć ona sama nie sprawiała wrażenia kobiety, która ubiera się po to, by ktokolwiek zwracał uwagę na jej nogi. Każdy element stroju zdawał się podporządkowany tej samej zasadzie: nic nie powinno przeszkadzać w rozmowie ani odwracać uwagi od tego, co rzeczywiście miało znaczenie.
Naprzeciwko niej siedziało dwoje przedstawicieli francusko-kanadyjskiej spółki inwestycyjnej, z którymi od dłuższego czasu omawiała możliwy kierunek rozwoju jednego z ich portfeli. Rozmawiali, płynnie przechodząc od ogólnych założeń do szczegółów finansowych. Dla Celeste język był w tej sytuacji kolejnym narzędziem, a nie pokazem umiejętności. Nie musiała szukać właściwych słów ani spowalniać wypowiedzi, żeby upewnić się, że rozmówcy nadążają za jej tokiem myślenia.
Mężczyzna siedzący po jej prawej stronie, siwiejący już przy skroniach i ubrany w nienagannie skrojony granatowy garnitur, właśnie nabierał na widelec kawałek wołowiny. Mięso, podane z ciemną, lśniącą redukcją i niewielką porcją pieczonych warzyw, wyglądało tak, jakby kuchnia poświęciła więcej czasu na jego przygotowanie, niż większość ludzi przeznaczała na cały obiad. Na talerzu nie było niczego zbędnego, każdy element miał swoje miejsce, a zapach sosu mieszał się z aromatem rozmarynu i świeżo mielonego pieprzu. Mężczyzna zatrzymał widelec w połowie drogi do ust, marszcząc czoło.
– Alors, pensez-vous que nous devrions davantage investir dans les énergies renouvelables? – zapytał, odkładając sztućce.
Celeste delikatnie odłożyła kieliszek na stół. Przed nią znajdowała się porcja pieczonej ryby podanej z jasnym sosem maślanym, z dodatkiem warzyw ułożonych z niemal chirurgiczną precyzją. Danie było jeszcze ciepłe, lecz od kilku minut jadła powoli, bardziej skupiona na rozmowie niż na zawartości talerza.
– Pas tout le secteur. Vous devriez chercher une niche – odpowiedziała spokojnie.
Kobieta siedząca po drugiej stronie stołu odsunęła nieco talerz. Miała przed sobą risotto z grzybami, którego kremowa konsystencja połyskiwała w świetle świecy, i kieliszek białego wina. Przez cały wieczór notowała krótkie uwagi na tablecie, ale teraz położyła rysik obok urządzenia i skupiła się na Celeste.
– Lequel, précisément?
– Stockage d'énergie, solutions pour les réseaux de transport et technologies de réduction des pertes industrielles – wyjaśniła.
Mężczyzna przechylił głowę, przyglądając jej się z większym zainteresowaniem. Na jego talerzu pozostał już tylko niewielki kawałek wołowiny, obok którego sos zdążył zastygnąć w ciemną, błyszczącą smugę. Sięgnął po kieliszek, upił łyk wina i odstawił go na podstawkę.
– Cependant, cela comporte des risques.
– Par conséquent, il est essentiel de choisir des entreprises qui génèrent des revenus réels plutôt que de se contenter de faire des promesses – odparła Celeste bez cienia zniecierpliwienia.
Kącik ust jej rozmówczyni uniósł się nieznacznie. Nie był to jeszcze uśmiech, raczej oznaka, że wreszcie usłyszała odpowiedź, której szukała. Celeste tymczasem sięgnęła po sztućce i odcięła niewielki kawałek ryby. Jej ruchy pozostawały oszczędne, pozbawione pośpiechu, a jednocześnie na tyle precyzyjne, że trudno było uznać je za przypadkowe. Nawet podczas kolacji biznesowej nie sprawiała wrażenia osoby, która pozwala sobie całkowicie wyłączyć czujność. Słuchała, obserwowała i ważyła każde słowo, gotowa wychwycić nie tylko to, co rozmówcy mówili, lecz także to, czego woleli nie poruszać.
– Nous demandons une liste d'entreprises potentielles ainsi que trois scénarios d'investissement – odezwała się kobieta.
– Nous les préparerons avant la prochaine réunion – zapewniła Celeste.
Mężczyzna skinął głową, tym razem bez zastrzeżeń. W jego spojrzeniu pojawiła się ostrożna aprobata, a rozmowa na moment zeszła na przewidywane terminy, strukturę finansowania oraz możliwość dalszego spotkania z analitykami. Wino w kieliszkach powoli ubywało, kelnerzy zabrali puste talerze, a na stole pojawiły się niewielkie filiżanki espresso. Wokół nich restauracja żyła własnym rytmem. Przy jednym ze stolików ktoś cicho się zaśmiał, w głębi sali rozległ się delikatny brzęk szkła, a obsługa dyskretnie wymieniła sztućce przy sąsiednim nakryciu. Nic nie wskazywało na to, by ten wieczór miał odbiegać od planu.
Aż do chwili, w której przy stole pojawił się menadżer restauracji. Celeste zauważyła go kątem oka, zanim zdążył się odezwać. Mężczyzna odczekał, aż rozmówcy zrobią krótką przerwę, po czym pochylił się w jej stronę. Zachował przy tym uprzejmy wyraz twarzy, choć sposób, w jaki złożył dłonie przed sobą, zdradzał, że nie przyszedł tylko upewnić się, czy gościom niczego nie brakuje.
– Pani Williams… – zaczął cicho, pochylając się na tyle, by jego słowa nie dotarły do pozostałych. – Przepraszam, że przeszkadzam. Przy wejściu czeka nijaki detektyw Bellarose. Twierdzi, że chce porozmawiać z panią osobiście.
Na moment znieruchomiała z kieliszkiem w dłoni. Nie było to nic więcej niż krótkie zawieszenie ruchu, ledwie ułamek sekundy, który dla przypadkowego obserwatora mógł pozostać niezauważony. Jej palce zacisnęły się jednak nieco mocniej na szkle, a spojrzenie, dotąd skupione na rozmówcy, przesunęło się na menadżera. Wewnętrzne rozdrażnienie pojawiło się natychmiast, ostre i nieproszone. Nie miała w zwyczaju pozwalać, by ktokolwiek wkraczał w środek zaplanowanego spotkania tylko dlatego, że uznał własną sprawę za pilną. Tym bardziej kiedy w grę wchodziły interesy, których nie zamierzała omawiać w pośpiechu ani odkładać na później z powodu czyjejś niecierpliwości.
Odstawiła kieliszek, a potem sięgnęła po serwetkę, delikatnie przykładając ją do ust. Na białym materiale pozostał ledwie widoczny czerwony ślad szminki. Celeste złożyła serwetkę i odsunęła ją na bok, po czym uniosła wzrok na oboje inwestorów.
– Excusez-moi un instant, je reviens tout de suite – powiedziała po francusku, zachowując ten sam spokojny ton, którym przed momentem omawiała warunki finansowania.
Kobieta naprzeciwko niej skinęła głową, a jej towarzysz odsunął się nieznacznie, robiąc miejsce, choć nie wyglądał na szczególnie zachwyconego przerwaniem rozmowy. Celeste nie poświęciła temu większej uwagi. Wygładziła materiał sukienki na biodrach, po czym wstała z krzesła. Białe szpilki miękko zetknęły się z podłogą, kiedy ruszyła za menadżerem w stronę wejścia. Szła pewnym krokiem, z podniesioną głową, nie dając po sobie poznać, że nieobecność detektywa w tym miejscu byłaby dla niej znacznie bardziej pożądana.
Bellarose znała już z widzenia. Spotkali się wcześniej, dlatego jego obecność nie była dla niej zaskoczeniem sama w sobie. Nie oznaczało to jednak, że musiała być z niej zadowolona. Miała pełny wieczór spotkań, dokumenty do przejrzenia i ludzi, którzy oczekiwali od niej konkretnych decyzji. Wolała też nie prowadzić rozmów dotyczących spraw Mitchella Howarda w restauracji, gdzie przypadkowy gość mógł zapamiętać nazwisko, fragment zdania albo choćby fakt, że detektyw szukał jej właśnie tutaj.
Kiedy go dostrzegła, jej twarz na powrót przybrała wyćwiczoną neutralność. Tylko delikatne ściągnięcie brwi zdradzało, że wolałaby teraz znaleźć się przy swoim stole, a nie stać w przejściu między salą a wejściem, pośród cichych rozmów i subtelnego światła.
– Detektywie Bellarose – odezwała się, zatrzymując przed nim. – Jak mogę pomóc?