#12
What a wicked game to play, to make me feel this way.
Cree x Tatiana, kilka dni wcześniej
Przez ostatnie dni Cree odtwarzał rozmowę z Celeste zdanie po zdaniu, jakby w którymś z nich krył się klucz, który przeoczył. Powinien być zły i był, choć jego gorycz miała w sobie coś upartego, niemal maratońskiego. Wyszedł z jej domu z pustymi rękami i niemiłym przekonaniem, że przegrał rundę, której zasad nie zdążył poznać. A jednak jedno nie dawało mu spokoju. Wystarczyło, że wspomniał o upadku tego mężczyzny, a Williams ucięła rozmowę z szybkością, której nie da się wyćwiczyć przed lustrem. Żadnego zawahania. Po prostu
zamknęła drzwi przed jego twarzą. Taka reakcja mówiła mu więcej, niż wtedy potrzebował. Niewinni zwykle chcieli rozmawiać. Ci, którzy mieli coś do ukrycia, woleli milczeć albo się wycofać.
Wiedział, że bez czegoś solidnego nie ma po co do niej wracać. Czy mu się to podobało, czy nie, to ona miała przewagę: pieniądze, prawników na jedno skinienie i opanowanie kobiety, której nikt jeszcze nie zmusił do powiedzenia choćby słowa za dużo. On musiał się pilnować. Przestrzegać prawa, które w tej grze krępowało go, a nie ją. Mógł, jak poprzednio, uciec się do podstępu, zrzucić formalności jak zbędny płaszcz i udawać, że oficjalnie skończył już na ten dzień. Nie mógł natomiast wymyślać faktów ani oskarżać kogokolwiek bez namacalnych dowodów. Gdyby spróbował, ucierpiałby na tym wraz ze sprawą, którą prowadził.
Została Tatiana. Niewiele mógł o niej powiedzieć: kolejna żona, następczyni Rosamund Fairfax, wdowa po mężczyźnie, który zostawił po sobie więcej komplikacji niż prosty testament. Była za to jego najlepszym źródłem informacji, a prawdopodobnie jedynym. Poprzedni detektyw rozmawiał z nią wielokrotnie i właśnie w jego notatkach – a raczej w tym, co z nich zostało – Bellerose szukał jakiegokolwiek śladu zainteresowania Williams. Nie znalazł nic. Przez miejsce, w którym odnaleziono ciało, Celeste nigdy nie była podejrzana, a o kogoś, kto nie jest podejrzany, nikt za wiele nie pyta.
Spodziewał się też, z kim będzie miał do czynienia. Raz jeszcze z typem osobowości, z którym współpracuje się szczególnie ciężko: z kimś przekonanym, że stoi ponad innymi i że pieniądze załatwią wszystko, łącznie z zamknięciem komuś ust.
Podjazd był dłuższy, niż wymagałby tego jakikolwiek rozsądek. Wił się łagodnym łukiem między dwoma rzędami strzyżonych drzew, a trawnik po obu jego stronach był tak równy, że przypominał raczej sukno bilardowe niż ogród. Brama stała otwarta, co po latach w policji wzbudziło w nim raczej nieufność niż ulgę. Takie miejsca rzadko zapraszały gości z własnej woli.
Posiadłość Howardów wyłoniła się zza ostatniego zakrętu jak dobrze zaprojektowana reklama nowobogackiej rodziny: rozległy dom z jasnego kamienia, wysokie okna i klasyczna fasada, która wyglądała, jakby nigdy nie widziała deszczu. Zwolnił i mimowolnie policzył okna na piętrze, w nadziei, że któreś zdradzi, kto właśnie odsuwa zasłonę.
Zaparkował. Przez moment siedział jeszcze za kierownicą i układał w głowie kolejność pytań. Wysiadł z auta, poprawił rękawy i nacisnął dzwonek. Drzwi otworzyła kobieta w służbowym uniformie, z włosami ciasno upiętymi z tyłu głowy i miną kogoś, kto z góry wie, że odpowiedź, której zamierza udzielić, nie spodoba się gościowi.
–
Dzień dobry. Detektyw Bellerose. Chciałbym zamienić kilka słów z właścicielką domu. To nie zajmie dużo czasu.
–
Pani Howard nikogo dzisiaj nie przyjmuje – odparła uprzejmie, lecz stanowczo. –
Jeśli zostawi pan numer, ktoś się z panem skontaktuje.
–
Przepraszam, ale to pilne. Wolałbym zaczekać – odpowiedział spokojnie, bez cienia nacisku w głosie, za to z uporem, który wyczuwało się w każdej sylabie. –
Nie zabiorę jej więcej czasu, niż to konieczne.
–
Pani Howard ma bardzo napięty plan dnia – spróbowała jeszcze raz, tym razem nerwowo unosząc brodę.
–
Rozumiem. Dlatego poczekam. Ile trzeba.
Kobieta nie wyglądała na przekonaną, ale nie próbowała go zatrzymać. Przekroczył próg. Nie czekał na zaproszenie. Usiadł na krześle stojącym pod ścianą: pięknym, prawdopodobnie kosztownym, o cienkich, wygiętych nogach i oparciu wyściełanym jasną tkaniną. Przypominało raczej eksponat niż obiekt użytkowy, na którym można było usiąść. Anna westchnęła niemal bezgłośnie i zniknęła w głębi domu.
Detektyw rozejrzał się dokładniej. Posadzka z kamienia, miejscami przechodząca w marmur, odbijała światło z wysokich okien. Na komodzie pod ścianą piętrzyły się broszury zostawione przez doradców, nietknięte od dawna. Wciąż liczyli na kontakt. Nad meblem wisiało lustro w pięknej ramie, a w wazonach stały bukiety kwiatów, które przytłaczały różnorodnością i kolorami. Panująca tu atmosfera nie była spokojna, lecz męcząca. Miała w sobie coś ze szpitalnej poczekalni: nikt nie wiedział, na jaką wiadomość czeka. Gdzieś w głębi dzwonił telefon, na piętrze niósł się czyjś podniesiony głos, a potem trzasnęły drzwi. Dom przypominał teatr po ostatnim przedstawieniu, w którym nikt jeszcze nie zgasił świateł, ale wszyscy już spieszyli się do wyjścia.
Czubek jego buta zaczął miarowo stukać o posadzkę. Zauważył to dopiero po kilku sekundach, ale nie przestał. Podrapał się po karku, przeczesał palcami włosy, które mimo starań ułożyły się w dokładnie ten sam nieład. W lustrze naprzeciwko mignął mu mężczyzna, który wyglądał na wyczerpanego. Wszyscy w tym domu tak się prezentowali. Właścicielka ich nie oszczędzała.
Gdy Anna wróciła, wstał, zanim zdążyła otworzyć usta.
–
Pani Howard poświęci panu kilka minut – oznajmiła, a jej ton wyraźnie mówił, że nie jest to jej decyzja. Ten czas był wypożyczony.
–
Dziękuję.
Poprawił płaszcz, który nieco się pogniótł od siedzenia na krześle, najwyraźniej zaprojektowanym do podziwiania, nie do używania w tak naganny sposób.
–
Proszę go zostawić tutaj. Odwieszę go dla pana – dodała Anna, gdy dostrzegła nierówną walkę detektywa z wierzchnią warstwą garderoby.
Zsunął go z ramion bez protestu. Teraz był gościem, więc nie musiał już czekać w pełnym rynsztunku, aż ktoś go wyprosi. Widocznie pani domu – która początkowo nie chciała go wpuścić – postanowiła jednak zmienić zdanie. Lepiej dla niego.
W ciszy podążył za kobietą jasnym korytarzem, znowu obserwując wszystko dookoła: lustro, w którym mignęło jego odbicie, kwiaty, ciężkie ramy obrazów, ślady niedbałości ukryte pod warstwą luksusu. Anna stąpała bezszelestnie. Jego buty tego nie potrafiły.
Anna zatrzymała się przed podwójnymi drzwiami z matowego szkła, zapukała raz, krótko, i otworzyła je, nie czekając na odpowiedź. Za nimi rozciągał się salon, który zdecydowanie nie powstał po to, by w nim mieszkać. Wysokie okna wychodziły na ogród, gdzie żywopłoty przycięte co do centymetra układały się w geometryczne wzory, a w oddali połyskiwała fontanna, z której ktoś dawno spuścił wodę. Ciężkie zasłony w kolorze wina były rozsunięte tylko do połowy, a półmrok, który w ten sposób powstał, pasował do tego miejsca lepiej niż jakiekolwiek światło. Na kominku stało kilkanaście oprawionych zdjęć, ustawionych według wysokości ramek, a nie według ważności osób, które się na nich znalazły. Bellerose przesunął wzrokiem po uśmiechniętych twarzach, galowych strojach i kieliszkach szampana uniesionych do obiektywu. Mężczyzna na większości zdjęć miał uśmiech kogoś, kto nigdy nie usłyszał odmowy. Tę twarz znał z akt sprawy, choć tam nie uśmiechała się już do nikogo. Podrapał się po wierzchu dłoni, zanim zdążył sobie to uświadomić, i szybko schował rękę do kieszeni. Dopiero wtedy dostrzegł panią domu.
Zadbana kobieta, która całą swoją postacią krzyczała, że ma pieniądze – od jasnych, starannie ułożonych loków, przez wiśniową szminkę, po sukienkę, która pewnie kosztowała więcej niż jego samochód – przywitała go w nieco bardziej otwarty sposób, niż się spodziewał. Z grzeczności odwzajemnił gest. Poczekał, aż zajmie swoje miejsce, i dopiero wtedy usiadł naprzeciwko niej.
–
Rozumiem, że to trudny czas, a obowiązków ma pani na pewno wiele. Tym bardziej dziękuję za poświęconą chwilę. Postaram się wykorzystać ją jak najlepiej.
Zachował swoją typową fasadę: uprzejmego, przyjemnego dla oka młodszego mężczyzny, którego uśmiech był ciepły, ale nie sięgał daleko. Pod spodem pozostawał powściągliwy i służbowy.
–
Detektyw Cree Bellerose, wydział zabójstw w Toronto Police Service. Przyjechałem po kilka odpowiedzi. Wiem, że mój poprzednik był dosyć skrupulatny w zadawaniu pytań, więc z góry przepraszam, jeśli któreś z nich się powtórzy.
Wyciągnął telefon i rysik. Nie przepadał za nagrywaniem rozmów, zwłaszcza gdy nie musiał, a siedząca przed nim wdowa nie była podejrzaną. Mimo to notowanie od czasu do czasu wciąż mu się zdarzało, bo lepiej zapamiętywał to, o czym rozmawiali. Nie należał za to do tych staromodnych policjantów, którzy wszędzie chodzili z notesem i długopisem w kieszeni. Zresztą jego charakter pisma był paskudny.
–
Wyjątkowo nie będę zadawał zbyt wielu pytań o zmarłego męża. Znacznie bardziej interesuje mnie pani Celeste Williams.
Czubek rysika zawisł nad ekranem, gdy ponownie spojrzał na Tatianę. Bywały tematy, które przesądzały o przebiegu całej rozmowy. To był jeden z nich.
Rozmowa z panią Howard okazała się owocniejsza, niż śmiał liczyć. Nie spodziewał się wiele po kobiecie, która w aktach jawiła się jako zbyt zajęta własnymi sprawami, by przejmować się cudzymi, a jednak wdowa okazała się wyjątkowo przydatna. Kilka usłyszanych faktów wciąż układało się w jego głowie w nowy, niepokojący wzór. Nie zamierzał teraz rozdrabniać się nad nimi. Ta partia miała jeszcze kilka wymagających rund przed sobą, ale na razie wystarczyło, że dała mu powód, by nie zwlekać z kolejnym ruchem.
Dobrze wiedział, co robi. Przyjście do restauracji, w której Williams miała spotkanie, nie było przypadkowym gestem, lecz skrupulatnie wykalkulowanym ryzykiem, które działało na jego korzyść. Ona będzie próbowała uniknąć urządzania sceny w eleganckim lokalu. Co do tego nie miał wątpliwości. A już na pewno przy ludziach, z którymi dzisiaj siedziała, prawdopodobnie w sprawie ważnego biznesu. Mogliby przecież zacząć plotkować na jej temat, zanim uda im się cokolwiek podpisać. Pogłoska potrafiła zaszkodzić interesom bardziej niż niejeden proces.
Zdawał sobie sprawę z tego, że był to cios poniżej pasa. Z Williams nie mógł postępować inaczej. Musiał grać w jej własną grę i chociaż jako policjant nie mógł oszukiwać, wciąż mógł używać podstępu. Nie mógł jej zabrać na komisariat. Nie mógł jej wypytywać bez adwokata, jeśli nie wyraziła na to zgody. Nie istniał jednak żaden przepis, który zabraniałby mu odwiedzić ją w miejscu publicznym i poprosić o rozmowę. Jej status i stan konta nie miały tu znaczenia, bo prawa musiała przestrzegać tak samo, jak każdy inny. To był jego as w rękawie.
Restauracja mieściła się w jednej z tych ulic Financial District, które po godzinie siedemnastej przestawały należeć do ludzi i oddawały się wyłącznie szkłu i stali. Samochód zostawił kilka przecznic dalej, bo parkowanie pod samym wejściem graniczyło z cudem, a poza tym lubił przejść się przed rozmową, którą musiał za wszelką cenę wygrać. Wieżowce wznosiły się po obu stronach niczym góry. Odbijały ostatnie smugi zachodzącego światła, a w ich oknach paliły się lampy tych, którzy nie chcieli albo nie mogli jeszcze wracać do domu. Mijali go ludzie w drogich płaszczach, z telefonami przy uchu i jedną myślą wypisaną na twarzy: ubić interes na kolejnym spotkaniu. Nikt nie zwracał na niego uwagi. Wtapiał się w tłum tak dobrze, że jedynym, co go od niego odróżniało, była odznaka w wewnętrznej kieszeni. Kilka kroków od wejścia zatrzymał się przy ciemnej witrynie sąsiedniego sklepu i przez ułamek sekundy zerknął na swoje odbicie.
Przybył ubrany niezwykle dobrze jak na gliniarza. Garnitur w kolorze ciemnego grafitu leżał na jego ramionach jak uszyty na miarę – wąski w talii, z kamizelką w tym samym odcieniu i śnieżnobiałą koszulą, której kołnierz przylegał do karku bez jednej fałdy. Do tego krawat w stonowanym burgundzie i buty wypolerowane do połysku, które zaprzeczały jego pensji. Na wierzch narzucił długi, wełniany płaszcz z lekko podniesionym kołnierzem. W takim wydaniu przypominał naprawdę przystojnego detektywa z filmów kryminalnych z czasów amerykańskiej prohibicji, takiego, który wchodzi do
speakeasy z odznaką w kieszeni i spojrzeniem mówiącym, że o gościach wie więcej, niż się tego po nim spodziewają. Brakowało mu tylko fikuśnego kapelusza. Nie wyglądałby w nim zbyt dobrze.
Poprawił kołnierz i powoli wypuścił powietrze, aż napięcie w ramionach zelżało. Nie lubił czuć niepokoju, ale jeszcze mniej udawać, że nie istnieje.
Takich miejsc nie darzył sympatią. Nie dlatego, że jedzenie było złe, bo było naprawdę dobre. Nie znosił natomiast płacenia za coś, co mógł dostać w równie dobrej jakości za znacznie niższą cenę. Poza tym ludzie przychodzący do takich przybytków irytowali go na tyle, że za każdym razem, gdy postawił tu nogę, czuł, jak coś nieprzyjemnie porusza mu się pod skórą. Nie należał do tych, których łatwo było onieśmielić ani, jak wielu to określało, do tych, którzy
powinni znać swoje miejsce. Potrafił zachować spokój i pozostać uciążliwie pogodnym nawet wtedy, gdy druga strona wychodziła z siebie i stawała obok.
Przed drzwiami poprawił mankiet, jak zawsze przed czymś ważnym, i wszedł do środka. Powitało go ciepłe, przyćmione światło kinkietów i punktowych reflektorów, zapach rozmarynu i świeżo mielonego pieprzu oraz ściszone rozmowy, w których nikt nie podnosił głosu, bo nie musiał. Ledwo przekroczył próg, a już podszedł do niego kierownik sali, z dłońmi splecionymi przed sobą i wystudiowaną miną. Ktoś przy najbliższym stoliku podniósł wzrok znad kieliszka, zainteresowany nietypowym gościem.
–
Dobry wieczór. Czy ma pan rezerwację?
–
Nie posiadam takowej – odparł ze spokojem, po czym sięgnął do wewnętrznej kieszeni i pokazał odznakę. –
Proszę przekazać pani Celeste Williams, że detektyw Cree Bellerose chciałby zamienić z nią kilka słów. To bardzo ważne.
Kierownik nie dyskutował. Restauracja nie chciała stać się obiektem niepotrzebnej sensacji. Poprosił jedynie o odrobinę cierpliwości i zniknął gdzieś w głębi sali, pomiędzy stolikami rozstawionymi w takich odstępach, by nikt nie usłyszał cudzych tajemnic. Bellerose policzył w myślach do dziesięciu. Potem raz jeszcze. Cierpliwość była jednym z niewielu luksusów, na jakie stać było policjanta.
Obserwował kelnerów, którzy poruszali się niemal jak dobrze naoliwione maszyny, a także wnętrze, w którym surowość spotykała się z elegancją: ściany z odsłoniętej, bielonej cegły, ciemne rury wentylacji biegnące pod sufitem i reflektory, które wydobywały z półmroku tylko to, co chciały pokazać. Przy ścianach stały obite pluszem kanapy w kolorze zakurzonego srebra, a nad nimi wisiała wielka czarno-biała fotografia: mężczyzna w marynarce i jasnym kapeluszu, idący samotnie przez pusty plac przed arkadami weneckiego pałacu. Zapach pieczonego mięsa mieszał się z wonią wina i płonących świec. W głębi sali ciągnął się długi stół, nakryty śnieżnobiałym obrusem, zastawiony szklanymi lampionami, w których drżały płomienie, oraz wazonami z białymi tulipanami i ciemnozielonymi liśćmi monstery. Przy nim, na miękkich fotelach w kolorze mokrego piasku, dostrzegł kilka sylwetek odwróconych do niego plecami i srebrny zegarek błyszczący nad kieliszkiem.
Wreszcie ją zobaczył. Blond włosy miała zaczesane gładko do tyłu, w perfekcyjny kok, jakby najdrobniejszy detal jej fryzury został dopieszczony przez najlepszych fryzjerów. Elegancka sukienka o prostym kroju, z wysokim dekoltem, kończyła się tuż nad kolanem, a białe szpilki stukały miękko o jasne deski podłogi. Szła równym krokiem, z uniesioną głową. Jej twarz nie wyrażała żadnych negatywnych emocji. Mimo to był święcie przekonany, że jest głęboko niezadowolona z jego najścia. On tymczasem uśmiechał się szeroko. Może nawet za bardzo, jak na sytuację, w której się znaleźli.
Gdy zatrzymała się przed nim i go przywitała, odpowiedział równie szybko i równie uprzejmie.
–
Miło znowu cię zobaczyć, Williams. Chciałbym zająć ci chwilę. Po owocnej rozmowie z Tatianą Howard mam kilka pytań, które nie mogą zaczekać, a jesteś, jak widać, kobietą wiecznie zapracowaną.
–
Która uwielbia przekierowywać moje połączenia na automatyczną sekretarkę – dodał półgłosem.
Mówił szorstko i z odrobiną cynizmu, ale wszystko to dobrze skrywał za przystojnymi kośćmi policzkowymi i wyjątkowo sympatycznym wyrazem twarzy.
Przy sąsiednim stoliku kobieta w sznurze pereł urwała zdanie w pół słowa i dyskretnie odsunęła kieliszek, jakby sama obecność detektywa mogła zachwiać porządkiem tej sali. Kelner z tacą skręcił w bok, nie zwalniając kroku. Wszyscy byli tu zbyt dobrze wychowani, by się gapić, więc tylko uważnie słuchali.
–
Mam nadzieję, że nie przerwałem niczego niecierpiącego zwłoki – ciągnął w równie podszyty jadem sposób. –
I że moja prośba, by ktoś z obsługi zaznaczył, że przy wejściu czeka detektyw, nie była dla ciebie zbyt kłopotliwa.
Był to oczywiście bezpośredni atak, ale Bellerose przez ostatnie dni wyrobił się w rozmawianiu z osobami jej pokroju. Jeśli miała to być wojna na docinki, nie miał zamiaru jej przegrać.