I see it, I like it, I want it, I got it
: sob paź 10, 2026 4:25 pm
033
— Cudowna, wspaniała, zjawiskowa... — mruczała komplementy, obcałowując jej szyję. Jak na siebie i tak starała się zachowywać względnie obyczajnie. Chociaż czy na lotnisku cokolwiek wzbudzało sensację? To jednak trochę osobny wymiar. Nikt nie przejmował się tu niczym. Nawet River zdecydowała się dzisiaj na dresy i prosty crop top. No dobrze, na dresach może i miała wyszyte wielkie pentagramy, ale był to totalnie luźny strój, perfekcyjny na podróż. Któż zwracałby uwagę na jej ekscesy, skoro była aż tak nieodjebana?
Sam lot nie był wielkim problemem, to niecałe dwie godziny. Trzeba jednak trochę poczekać na samolot, a potem dostać się z bostońskiego lotniska bezpośrednio do Salem. Na szczęście to nadal nie sprawiało, że musiały uczestniczyć w jakiejś pokurwionej, dobowej podróży. Jeżeli dobrze policzyła i nic się po drodze nie wypierdoli, to powinny być na miejscu za jakieś sześć godzin, no może siedem. River miała zamiar spożytkować ten czas na rysowanie. W końcu był październik i nawet ktoś tak skrajnie stroniący od standardowych metod marketingu zdawał sobie sprawę, że nie należy pomijać Inktobera. Akurat dzisiejszym tematem była mistyczność, więc zdecydowała się na stworzenie swojej wersji Kapłanki z tali kart tarota. Kobieta była odziana w zdobione szaty z symbolami rozgwieżdżonego nieba, w dłoniach trzymała tajemniczą księgę. Oczywiście, że miała twarz Ruelle. Lot oczywiście nie mógł się skupiać wyłącznie na szkicowaniu. W pewnym momencie odłożyła ołówek i zainteresowała się rzeczywistą wersją swojej kobiety.
— Robiłaś to kiedyś 10 kilometrów nad ziemią? — wyszeptała tuż przy jej uchu. Nawet, jeśli robiła, to przecież nic nie szkodzi. Cross nie miała wątpliwości, że da się namówić tak czy siak. Szkoda tylko, że toalety w samolotach są tak małe. River jednak nigdy nie przeszkadzało, gdy było ciasno.
Kiedy tylko wylądowały w Stanach nie omieszkała przypomnieć, jak bardzo gardzi tym krajem i wieloma kwestiami, które sobą reprezentował. Nie chciała jednak skupiać się za bardzo na narzekaniu. To miały być ich (względnie) romantyczne wakacje. Fakt, że musiały dostać się z lotniska do Salem pociągiem pozwolił jej dokończyć rysunek i wrzucić go na Instagram. Zrobiła też kilka zdjęć, bo wypadało pochwalić się na relacji, gdzie trafiła. W wiadomości nie wchodziła.
Dotarły wreszcie do zarośniętej bluszczem rezydencji. Wiekowy dom nie sprawiał wrażenia takiego, który stara się być na siłę mroczny. Po prostu wyglądał tak od lat i nikt nie miał zamiaru niczego z tym robić. Cross uznała, że to lepszy wybór niż zwykły hotel. Na miejscu przywitał je jeden z właścicieli. Robert Hunt był uprzejmym, starszym mężczyzną, który wprowadził je do mniejszego domku dla gości, który stał na terenie ich posiadłości. Dobrze, że nie będą miały tych ludzi bezpośrednio za ścianą.
— Zapraszam później panienki na degustację naszych trunków. W Kanadzie tego nie ma, gwarantuje panienkom! Ostrzegam, że woltaż znacznie przekracza wiek panienek i to pewnie razem wziętych. W razie jakichkolwiek pytań znajdziecie nas z żoną w domu. Nie sposób go nie zauważyć, nieprawdaż? — zaśmiał się jeszcze na odchodne, bardzo dumny ze swojego dowcipu. Cross odprowadziła go wzrokiem, zanim ponownie skupiła się na swojej kobiecie. Była naprawdę podekscytowana na myśl, że na kilka dni ma ją całą tylko dla siebie.
— Panienka akceptuje wybór noclegu? — zapytała i objęła ją w pasie, przyciągając do siebie. Staromodny dom na uboczu nie oferował tylu luksusów co pięciogwiazdkowe hotele, ale miał swój klimat. Kto wie, może nawet okaże się nawiedziony?
Ruelle I. Prescott