Strona 1 z 1

Etna Ripley

: pt paź 16, 2026 1:30 am
autor: Etna Ripley
Etna "ET" Ripley
Amelia Eve
homeprofilebiopermits
Obrazek
data i miejsce urodzenia
14/11/1992 I Toronto, Kanada
zaimki
żeńskie
zawód
młodszy teutolog (badacz głowonogów), dawniej sejsmolog, wulkanolog
miejsce pracy
Ripley's Aquarium of Canada
orientacja
heteroseksualna...?
dzielnica mieszkalna
Malvern
pobyt w toronto
od urodzenia z przerwami na ekspedycje
umiejętności
Analityczne myślenie; spostrzegawczość; skrupulatność; cierpliwość; dociekliwość; szybkie przyswajanie wiedzy; zdolność adaptacji; opanowanie w sytuacjach kryzysowych; praktyczne podejście do problemów; umiejętność słuchania; wrażliwość na szczegóły; poczucie humoru, szczególnie suche i ironiczne; otwartość na nowe doświadczenia; umiejętność obserwowania zachowań zwierząt; wiedza z zakresu wulkanologii i sejsmologii; rozwijająca się wiedza z zakresu badań nad głowonogami
słabości
Nadmierne analizowanie; skłonność do zamartwiania się; nieufność; trudności z otwieraniem się przed innymi; niechęć do proszenia o pomoc; nadmierna samodzielność; potrzeba kontroli; trudności z akceptowaniem niepewności; wycofywanie się w obliczu silnych emocji i Intelektualizowanie uczuć; unikanie konfrontacji z własnym żalem; lęk przed utratą bliskich; nadmierna ostrożność w relacjach; skłonność do przedwczesnego odrzucania potencjalnych partnerów; trudności z akceptowaniem własnych ograniczeń fizycznych; dyskomfort związany z widocznością blizn; niechęć do bycia obiektem współczucia; niecierpliwość wobec samej siebie; poczucie winy w chwilach szczęścia; trudności z odpuszczaniem przeszłości

I. Imię
Jej ojciec był wulkanologiem. Kochał swoją pracę z rodzajem oddania, który dla ludzi z zewnątrz mógł wydawać się przesadny. Potrafił godzinami opowiadać o procesach zachodzących głęboko pod powierzchnią ziemi, o ciśnieniu, ruchu magmy i pozornym bezruchu krajobrazu, który w każdej chwili mógł się zmienić. W jego opowieściach wulkany nigdy nie były martwymi górami. Były dowodem na to, że Ziemia wciąż żyje, nawet kiedy człowiek nie potrafi dostrzec tego gołym okiem.
Kiedy na świecie pojawiła się jego córka, chciał nadać jej imię, które przypominałoby mu o tym, co kochał najbardziej.
— Etna — powiedział.
Jej matka podobno przez chwilę milczała, próbując ustalić, czy mąż mówi poważnie.
— Nazwiesz córkę od wulkanu?
— Od jednego z najpiękniejszych.
— To dobrze. Miałam nadzieję, że przynajmniej nie wybierzesz Wezuwiusza.
Ojciec śmiał się z tego wspomnienia jeszcze długo po narodzinach córki. Etna dorastała więc ze świadomością, że jej imię nie było przypadkowe. Nie dostała go po babci ani po ulubionej bohaterce matki z serii o Obcym. Było małym wyznaniem miłości człowieka, który wierzył, że w nauce można odnaleźć piękno, a w zrozumieniu świata — coś przypominającego pokorę.
Matka kochała go za tę pasję, choć nie zawsze podzielała jego entuzjazm. Miała bardziej przyziemne podejście do życia. Kiedy on opowiadał o pomiarach, ona pytała, czy spakował wystarczająco ciepłe ubrania. Kiedy wyjeżdżał w teren, przypominała mu o jedzeniu, dokumentach i telefonowaniu do domu. Nie próbowała odbierać mu fascynacji, ale dobrze wiedziała, że świat składa się również z rzeczy, o których nie da się napisać w raporcie.
Etna wychowała się między tymi dwoma sposobami patrzenia na rzeczywistość. Od ojca przejęła ciekawość i skłonność do zadawania pytań. Od matki — potrzebę sprawdzania, czy poza teorią istnieje jeszcze coś, co można zrobić tu i teraz.
Nie od początku wiedziała, że pójdzie w ślady ojca. Z czasem jednak wulkanologia stała się naturalnym wyborem. Znała jej język, rozumiała fascynację, która popychała ludzi do badania miejsc, gdzie ziemia potrafiła przypomnieć człowiekowi o własnej kruchości. Była to dziedzina wymagająca cierpliwości, precyzji i umiejętności odróżniania danych od przypuszczeń. Etna dobrze odnajdywała się w takim porządku.
Przez długi czas nie zastanawiała się, czy jest to również jej własna droga, czy raczej ścieżka, którą znała na tyle dobrze, że nie przyszło jej do głowy szukać innej.
Ojciec nie zdążył się o tym przekonać.
Zginął podczas pracy w terenie, wykonując pomiary przed niespodziewaną erupcją. Nie było w tym nic z opowieści o człowieku, który świadomie wybiera bohaterską śmierć. Była praca, wiedza, procedury i przekonanie, że sytuację da się ocenić na podstawie dostępnych informacji. A potem wydarzyło się coś, czego nie udało się przewidzieć na czas.
Etna straciła ojca, zanim zdążyła w pełni zrozumieć, jak wiele z własnego życia zbudowała wokół jego nieobecności. Nie przestała kochać wulkanów. Nie uznała, że jego praca była błędem. Przez lata wierzyła raczej, że najlepszym sposobem na poradzenie sobie ze stratą jest nauczyć się więcej: lepiej rozumieć dane, dokładniej analizować zagrożenia, zadawać właściwe pytania. Jeśli świat bywał niebezpieczny, wiedza przynajmniej pozwalała dostrzec niebezpieczeństwo, zanim stanie się za późno.
Nie wiedziała jeszcze, że czasami można wiedzieć bardzo dużo i mimo to nie zdążyć.

II. J. Mercer
Juliana poznała dzięki ojcu.
Był młodym, ambitnym wulkanologiem, pracującym pod jego kierunkiem. Miał wystarczająco dużo wiedzy, by nie musieć udawać, że zna odpowiedzi na wszystkie pytania, i wystarczająco dużo pewności siebie, by nie bać się zadawać kolejnych. Etna początkowo traktowała go jak kogoś, kto pojawił się w jej życiu zbyt blisko świata należącego do ojca. Później zaczęła dostrzegać w nim osobnego człowieka.
Łączyło ich zainteresowanie nauką, ale nie tylko. Potrafili rozmawiać o pracy godzinami, po czym kłócić się o coś zupełnie błahego. Julian miał skłonność do drobnych żartów, szczególnie wtedy, kiedy Etna zbyt poważnie traktowała własne argumenty. Ona z kolei potrafiła rozebrać jego entuzjastyczne teorie na części, zanim zdążył skończyć pierwsze zdanie.
Nie zawsze się ze sobą zgadzali. Być może właśnie dlatego tak dobrze im się rozmawiało.
Julian → Etna
Zastanawiam się, czy zaproszenie cię na kawę nie będzie konfliktem interesów.

Etna → Julian
To zależy. Zamierzasz przedstawić mi wyniki badań czy wreszcie powiedzieć coś interesującego?

Julian → Etna
Czyli kawa odpada?

Etna → Julia
Nie powiedziałam tego.

Julian → Etna
Dobrze. W takim razie potraktuję to jako zgodę.

Etna → Julian
To bardzo optymistyczna interpretacja.

Julian → Etna
Jestem wulkanologiem. Optymizm jest mi potrzebny do pracy.
Etna nie pamiętała później wszystkich ich pierwszych randek ani dokładnego momentu, w którym przestała postrzegać go jako część zawodowego świata ojca. Pamiętała za to szczegóły: sposób, w jaki Julian marszczył brwi, kiedy próbował rozwiązać problem; jego cierpliwość wobec pytań, które inni uznaliby za oczywiste; to, że potrafił słuchać bez natychmiastowego proponowania rozwiązania. Zakochiwała się w nim stopniowo, choć po czasie oboje opowiadali o tym tak, jakby od początku było to nieuniknione.
Mara, siostra Juliana, dowiedziała się o ich związku od niego. Nie była zaskoczona samym faktem, że brat się zakochał. Zaskoczyło ją raczej to, jak bardzo przestał umieć ukrywać, że mu zależy.
— Nie patrz tak na telefon — powiedziała mu kiedyś przez telefon. — Ona nie odpisze szybciej tylko dlatego, że się w niego wpatrujesz.
— Nie patrzę.
— Julian.
— Sprawdzam godzinę.
— Jasne. A ja jestem królową Anglii.
Nie potrzebowała od niego długiego wyznania. Wystarczało jej, że mówił o Etnie inaczej niż o pozostałych ludziach. Że pamiętał drobiazgi, które opowiadała mu mimochodem. Że zastanawiał się, co mogłoby ją rozbawić, i potrafił przerwać własny dzień, żeby jej o tym napisać.
Mara lubiła Etnę. Widziała, że przy niej brat nie staje się kimś innym, ale kimś bardziej sobą. Kiedy Julian zdecydował się poprosić Etnę o rękę, zadzwonił do siostry wcześniej, niż planował. Potrzebował komuś powiedzieć, zanim odwaga zdąży go opuścić.
— Kupiłem pierścionek.
— O Boże.
— Nie mów tego takim tonem.
— Jakim?
— Jakbym właśnie poinformował cię, że zamierzam adoptować krokodyla.
— Nie, krokodyl byłby znacznie mniej stresujący. Czy ona wie?
— Nie.
— Czy ty wiesz, co robisz?
— Mam nadzieję.
Mara roześmiała się, a potem na moment spoważniała.
— Będzie szczęśliwa.
Julian wybrał prosty pierścionek, bez zbędnych ozdób, taki, który nie przeszkadzałby Etnie podczas pracy. Znał ją wystarczająco dobrze, by wiedzieć, że nie chciałaby biżuterii, którą trzeba zdejmować za każdym razem, gdy zamierzała zająć się czymś praktycznym.
Etna powiedziała „tak”.
Nie dlatego, że miała pewność, jak będzie wyglądało ich życie. Oboje wiedzieli, że ich praca wiąże się z wyjazdami, nieprzewidywalnością i ryzykiem. Mieli jednak własne wyobrażenie przyszłości: wspólny dom, codzienność, która nie wymagała ciągłego podejmowania wielkich decyzji, być może psa, którego Julian chciał bardziej niż ona. Rozmawiali o ślubie, planach zawodowych i o tym, jak chcieliby urządzić mieszkanie.
Nie planowali życia bez trudności. Planowali życie razem.
Mara była szczęśliwa, kiedy się zaręczyli. Trochę dokuczała bratu, trochę dopytywała o szczegóły, ale nie miała wątpliwości, że Etna stała się dla niego kimś, z kim naprawdę chce dzielić przyszłość. Żadne z nich nie wiedziało, jak niewiele czasu im zostało.

III. Whakaari
Dziewiątego grudnia 2019 roku Julian zabrał Etnę na Whakaari, znaną również jako White Island, w Nowej Zelandii.
Nie była to wyprawa, która miała stać się ostatnim wspólnym wspomnieniem. Nie jechali tam po to, żeby przeżyć coś wyjątkowego, czego później nie dałoby się powtórzyć. Byli naukowcami, a wyspa stanowiła część świata, który oboje chcieli poznawać. Nie musieli nawet mówić sobie, że to ważny dzień. W ich życiu było już wiele takich dni — zwyczajnych, wypełnionych pracą i rozmowami, które nie wydawały się ostatnimi.
Erupcja przyszła nagle.
Później Etna wielokrotnie próbowała wrócić myślami do tamtych chwil, jakby dokładne odtworzenie kolejności wydarzeń mogło przynieść jej odpowiedź. Pamięć nie układała się jednak w przejrzysty raport. Niektóre fragmenty pozostawały ostre, inne rozpadały się na obrazy, dźwięki i odczucia, których nie potrafiła połączyć w jedną historię.
Wiedziała, że Julian próbował ją osłonić.
Wiedziała, że przeżyła, a on nie.
Zginął w następstwie ciężkich obrażeń odniesionych podczas erupcji — działania gorących gazów, pary i materiału wulkanicznego, które odebrały mu szansę na powrót. Etna doznała poważnych oparzeń, przede wszystkim prawego przedramienia i dłoni. Kiedy nadeszła pomoc, jej życie zmieniło się w ciąg czynności wykonywanych przez innych ludzi: transport, badania, leczenie, opatrunki, kolejne decyzje podejmowane po to, żeby utrzymać ją przy życiu. Nie było w tym miejscu na pożegnanie, które znała z filmów. Nie było spokojnej rozmowy, w której można powiedzieć wszystko, co powinno zostać powiedziane. Piroklastyczne piekło.

Julian po prostu przestał być kimś, komu mogła napisać wiadomość.
Mara początkowo nie wiedziała, co się stało. Pisała do brata, a potem do Etny, próbując znaleźć kogoś, kto mógłby potwierdzić, że oboje są bezpieczni.
Mara → Julian
Daj znać, jak tylko będziesz mógł.

Mara → Julian
Julian, proszę.

Mara → Etna
Nie wiem, czy to przeczytasz. Jeśli możesz, odezwij się. Cokolwiek.
Nie dostała odpowiedzi.
Wiadomości przychodziły i znikały na ekranie telefonu. Kolejne godziny nie przynosiły informacji, które pozwoliłyby jej przestać wyobrażać sobie najgorsze. Później pojawiły się nazwiska, listy rannych, potwierdzenia, których nikt nie chciał usłyszeć.
Mara straciła brata. Etna straciła narzeczonego. A matka Etny otrzymała wiadomość, że jej córka żyje, ale będzie potrzebowała długiego leczenia. To powinno wystarczyć za dobrą wiadomość. W pewnym sensie nią było. Nie oznaczało jednak, że wszystko skończyło się dobrze.

IV. Oparzeniówka
Pierwsze dni leczenia nie układały się w całość. Etna była zbyt wyczerpana, żeby śledzić upływ czasu, a leki, ból i kolejne procedury rozdzielały go na krótkie, nie zawsze wyraźne odcinki.
Świat skurczył się do łóżka, głosów personelu, zmiany opatrunków i pytań, na które czasem nie miała siły odpowiedzieć. Niektóre czynności wykonywano przy niej, inne wymagały współpracy, której nie zawsze potrafiła udzielić. Nawet kiedy była przytomna, nie oznaczało to, że czuła się gotowa na rozmowę.
Matka starała się przekazywać Marze informacje, które mogła przemycić bez naruszania prywatności córki. Nie chciała obiecywać niczego, czego nie mogła zagwarantować.
Pani Ripley → Mara
Jest pod opieką lekarzy. Jej stan jest stabilny, ale jest bardzo osłabiona. Nie zawsze może rozmawiać.

Mara → Pani Ripley
Proszę jej powiedzieć, że jestem. Nie musi odpisywać. Chcę tylko, żeby wiedziała.
Etna nie potrzebowała, żeby ktoś nieustannie przypominał jej, że jest dzielna. Potrzebowała, żeby pozwolono jej być zmęczoną, przerażoną i wściekłą bez próby wyciągania z tych uczuć jakiegoś pozytywnego wniosku. Potrzebowała potwierdzenia cierpienia. I straty.
Oparzenia wymagały leczenia, a potem długiej pielęgnacji. Zależnie od głębokości uszkodzeń potrzebne były kolejne zabiegi, przeszczepy, staranne opracowywanie ran i opatrunki. Nie wszystko goiło się tak samo. Nie każda część dłoni reagowała na leczenie w identyczny sposób. Lekarze wyjaśniali jej, czego można się spodziewać, ale żadne wyjaśnienie nie dawało jej pewności, jak będzie wyglądała ręka za miesiąc, rok czy kilka lat.
W pierwszych godzinach leczenia pojawił się również problem z pierścionkiem zaręczynowym.
Obrzęk narastał, biżuteria zaczęła uciskać palec. Trzeba było ją usunąć, zanim stała się dodatkowym zagrożeniem dla tkanek. Personel tłumaczył Etnie, że nie jest to kwestia wyboru, ale konieczność medyczna, która mogła ją uchronić od kalectwa. Pierścionek należało przeciąć.
— Nie — powiedziała.
Pielęgniarka zatrzymała się na moment.
— Wiem, że to trudne, ale musimy go zdjąć. Obrzęk może się zwiększyć. Nie możemy ryzykować uszkodzenia palca.
— Nie rozumie pani.
— Ma pani rację. Nie wiem, co ten pierścionek dla pani znaczy. Wiem tylko, że musimy zadbać o pani dłoń.
Etna nie odpowiedziała.
Pierścionek został przecięty i zdjęty. Nie było w tym niczego symbolicznego z punktu widzenia medycyny, ale dla Etny był jednak ostatnią rzeczą, którą Julian założył jej na palec oraz jedną z niewielu materialnych pozostałości przyszłości, w którą zdążyli oboje uwierzyć.
Finalnie został odłożony, uszkodzony, nieprzydatny do noszenia.
Etna nie potrafiła jeszcze zdecydować, co z nim zrobić. Później przechowywała go w szufladzie. Nie dlatego, że przestał być ważny, lecz dlatego, że przez długi czas nie umiała patrzeć na niego bez poczucia, że ktoś odebrał jej coś więcej niż biżuterię. Coś odebrało jej więcej, bo przecież... nie zawinił człowiek.
Na palcu pozostało wgłębienie, ślad po obrączce, który z czasem nie zniknął całkowicie. Został razem z bliznami, choć w inny sposób.
W szpitalu Etna rzadko mówiła o Julianie. Nie dlatego, że o nim nie myślała. Myślała o nim tak intensywnie, że czasami nie miała siły wypowiadać jego imienia. Kiedy wreszcie była w stanie sięgnąć po telefon, napisała do Mary kilka słów.
Etna → Mara
Nie wiem, co mam robić.

Mara → Etna
Na razie nic. Nie musisz teraz wiedzieć.

Etna → Mara
Nie znoszę tego.

Mara → Etna
Wiem. Chcesz, żebym opowiedziała ci coś głupiego?

Etna → Mara
Tak.
Mara opowiedziała jej więc o ojcu, który próbował naprawić ekspres do kawy i sprawił, że urządzenie zaczęło wydawać dźwięki przypominające uruchamianie starego traktora. Etna przeczytała wiadomość, a potem zamknęła oczy. Nie poczuła się lepiej w sposób, który można byłoby zmierzyć. Nie przestała cierpieć. Ale przez krótką chwilę mogła myśleć o czymś innym niż własne ciało i brak człowieka, do którego chciała się odezwać. To wystarczyło.

V. Dłoń
Leczenie nie zakończyło się wraz z zamknięciem ran.
Etna musiała nauczyć się funkcjonować z ciałem, które nie odpowiadało już tak, jak wcześniej. Głębsze oparzenia i proces gojenia pozostawiły blizny, a skóra w obrębie dłoni i przedramienia stała się mniej elastyczne. Zdarzało się, że ciągnęła przy prostowaniu palców, swędziała bez wyraźnego powodu albo stawała się tak wrażliwa, że zwykły dotyk przeszkadzał bardziej, niż powinna sugerować siła nacisku. Jeżeli ktoś dotykał ją znienacka, potrafiła krzyczeć. Wniosek był prosty — uszkodzenie zakończeni nerwowych. Czucie nie wróciło równomiernie. Etna czasami nie potrafiła ocenić, jak mocno zaciska palce, dopóki nie spojrzała na własną dłoń.
Rehabilitacja była żmudna i bólowa. Ćwiczenia obejmowały mechanikę palców, nadgarstka i dłoni, pracę nad zakresem ruchu oraz stopniowe przyzwyczajanie tkanek do dotyku. W miarę gojenia dochodziła pielęgnacja blizn, masaż, nawilżanie, a także inne metody zalecone przez specjalistów. Niektóre dni przynosiły niewielki postęp. Inne sprawiały wrażenie, jakby cały wysiłek nie miał znaczenia. Najgorsza jednak bywała konieczność skupiania się na czymś, co wcześniej robiła bez zastanowienia.
Terapeutka prosiła ją, żeby zgięła palce. Etna próbowała. Czasami ruch przychodził z opóźnieniem, czasami kończył się szybciej, niż chciała. Innym razem napięcie blizny zatrzymywało dłoń w połowie gestu a jej frustrację wyrzucało na orbitę.
Nie chciała, żeby ktoś mówił jej, że powinna być cierpliwa. Wiedziała, że powinna. Nie oznaczało to, że potrafiła. W notatkach z tamtego okresu zapisała:
Najdziwniejsze jest to, że muszę myśleć o rzeczach, które kiedyś robiłam, nie myśląc o nich wcale. Nie chodzi o to, że nie umiem poruszyć dłonią. Chodzi o to, że nie mogę już zakładać, że zrobi to, czego od niej oczekuję.
W miarę postępów wracała zdolność wykonywania prostych czynności. Mogła używać ręki, ale nie zawsze w takim tempie i w taki sposób, jak wcześniej. Mocny chwyt sprawiał trudności, drobne, precyzyjne ruchy bywały męczące, a dłuższa praca prowadziła do bólu lub napięcia. Niektóre rzeczy wymagały zmiany sposobu wykonania. Inne — zaakceptowania, że danego dnia nie będzie w stanie zrobić ich samodzielnie.
Etna nie lubiła prosić o pomoc. Nie dlatego, że uważała ją za oznakę słabości, ale dlatego, że każda prośba przypominała jej, jak wiele zwyczajnych decyzji przestało należeć wyłącznie do niej: słoik, którego nie mogła otworzyć; zapięcie, z którym musiała walczyć dłużej, niż miała cierpliwość; telefon komórkowy, który wyślizgnął się z palców, choć była przekonana, że trzyma go wystarczająco mocno.
Etna → Mara
Nie mogę otworzyć słoika.

Mara → Etna
Czy słoik ma jakieś nazwisko? Mogę go znienawidzić osobiście.

Etna → Mara
Ogórki. Zwykłe ogórki.

Mara → Etna
Najgorsi przeciwnicy. Nie mają honoru.

Etna → Mara
Zastanawiam się, czy mogłabym pozwać producenta za to, że zakłada, iż wszyscy mają dwie sprawne ręce.

Mara → Etna
Popieram. Mogę być świadkiem. Powiem, że słoik był agresywny.
Etna parsknęła śmiechem. Potem odłożyła telefon i poprosiła kogoś o pomoc. Nie było to zwycięstwo nad własnymi ograniczeniami. To tylko jedna z małych sytuacji, w których musiała nauczyć się, że nie każda trudność musi przerodzić się w walkę o niezależność. Najtrudniejsza jednak pozostawała nie sama niesprawność, ale nieprzewidywalność. Etna nie zawsze wiedziała, jak jej dłoń zareaguje. Czasami potrafiła wykonać czynność, która dzień wcześniej sprawiała problem, a innym razem proste zadanie nagle stawało się męczące.
Musiała zaakceptować, że rehabilitacja nie prowadzi po prostej drodze od urazu do dawnego życia. Niektóre ograniczenia można było zmniejszyć. Inne miały zostać z nią na dłużej. Nie wszystkie dało się pokonać samym uporem.


VI. Ciało-mapa
Pierwszy raz, kiedy przyjrzała się swoim bliznom bez opatrunków i medycznego klekotu nad uchem, nie zobaczyła niczego, co mogłaby nazwać własnym ciałem. Skórę zmieniła kolor i fakturę. Miejsca nierówne, napięte, bardziej błyszczące niż reszta. Ślady nie znikały, kiedy odwracała wzrok. Widziała rękę, która nadal do niej należała, ale wyglądała tak, jakby ktoś doszył ją w wyjątkowo ponurym żarcie.
Nie zawsze patrzyła na blizny z odrazą. Czasami czuła zwykłą obojętność, czasami irytację. Bywały dni, kiedy dotykała ich podczas pielęgnacji i potrafiła myśleć o nich jak o kolejnej części codzienności. Innym razem wystarczyło odbicie w lustrze, żeby przypomniała sobie wszystko, czego nie chciała pamiętać. Jednak problemem wydawali się inni, nie ona.
Ludzie nie zawsze wiedzieli, jak zachować się wobec jej wyglądu. Jedni szybko odwracali wzrok, chcąc oszczędzić jej dyskomfortu. Inni patrzyli za długo, a potem zadawali pytania, których nie potrafili ubrać w odpowiednią formę. Zdarzało się, że ktoś próbował ją pocieszyć, zanim zdążyła w ogóle poczuć się smutna. Bywali też tacy, którzy widzieli w bliznach dowód niezwykłej siły, jakby przetrwanie tragedii automatycznie nadawało cierpieniu jakiś szlachetny sens.
Etna nie chciała być dla nikogo inspiracją. Nie chciała też za każdym razem udowadniać, że potrafi znieść własne odbicie, więc zaczęła wybierać ubrania tak, żeby mieć większą kontrolę nad tym, co pokazywała. Dłuższe rękawy, odpowiednie fasony, rękawiczki, kiedy były praktyczne. Nie zawsze się ukrywała, ale chciała sama decydować, kiedy pokazać blizny. Czasami wychodziła z pomieszczenia, jeśli czyjeś zainteresowanie robiło się nie do zniesienia. Czasami szukała pustego korytarza albo łazienki, żeby przez kilka minut nie musieć nikomu niczego wyjaśniać.
Najbardziej męczyło ją poczucie, że wraz z bliznami utraciła prawo do zwyczajności. Do szarej codzienności. Że każda nowa znajomość mogła w pewnym momencie zamienić się w rozmowę o tym, co się stało. Że zanim ktoś pozna ją jako Etnę, kobietę, która potrafi być uparta, dowcipna i niecierpliwa, może najpierw zobaczyć osobę, która przeżyła erupcję.
Nie chciała zaprzeczać temu, co się wydarzyło. Nie chciała też, żeby był to jedyny fakt, jaki inni uznawali za istotny. Jej ciało miało teraz własną historię. Nie oznaczało to, że musiała udostępniać ją każdemu, kto zapytał.

VII. Powrót
Powrót do Kanady nie oznaczał powrotu do dawnego życia.
Matka starała się stworzyć Etnie warunki, w których mogłaby odpoczywać, nie czując się jednocześnie całkowicie zależna od innych. Przygotowywała jedzenie, przypominała o wizytach, proponowała pomoc przy czynnościach, które sprawiały córce trudność. Czasami robiła to zbyt szybko, zanim Etna zdążyła spróbować sama.
W pewnym momencie obie musiały nauczyć się nowych granic.
— Zrobiłam zupę — oznajmiła Pani Ripley przez telefon.
— Nie jestem głodna.
— To dobrze. Będziesz miała na później.
— Mamo.
— Etna.
— Nie musisz gotować za każdym razem, kiedy przychodzę.
— Wiem.
— Nie wygląda, jakbyś wiedziała.
— A ty nie musisz udawać, że nie potrzebujesz niczego, żeby udowodnić, że sobie radzisz.
Etna odkładała telefon i czuła, jak narasta w niej irytacja. Matka miała rację w sposób, który był wyjątkowo trudny do zniesienia. Później, kiedy emocje opadały, wracała do rozmowy.
Etna → Matka
Nie chcę, żebyś czuła, że musisz się mną zajmować.

Matka → Etna
Nie jesteś obowiązkiem, Etna. Jesteś moją córką.
Etna przeczytała wiadomość kilka razy. Nie odpowiedziała od razu. Nie dlatego, że nie wiedziała, co napisać, ale dlatego, że każde słowo wydawało się zbyt małe wobec tego, co próbowała jej powiedzieć matka.
Z czasem zaczęła przyjmować pomoc bez traktowania jej jak długu. Nie zawsze jej się to udawało. Nadal irytowała się, kiedy ktoś wyręczał ją bez pytania. Nadal zdarzało jej się odmawiać, nawet jeśli oznaczało to, że wykonanie zadania zajmie jej znacznie więcej czasu. Ale powoli rozumiała, że samodzielność nie musi oznaczać robienia wszystkiego w pojedynkę.
Mara pozostawała jedną z niewielu osób, z którymi Etna potrafiła rozmawiać o Julianie bez poczucia, że musi odpowiednio ułożyć własną żałobę. Rodzina Mercerów również cierpiała. Etna wiedziała o tym i nie miała do nikogo pretensji za smutek, pytania czy potrzebę powracania do wspomnień. Problem polegał na tym, że każde spotkanie z jego rodzicami przypominało jej, iż była jedną z ostatnich osób, które widziały go żywego. Była świadkiem, który wrócił, narzeczoną, która przeżyła, i częścią historii, do której jego bliscy próbowali znaleźć zakończenie.
Czasami pytali o szczegóły erupcji. Być może szukali w nich odpowiedzi, jakiegoś punktu, w którym wszystko mogło potoczyć się inaczej. Czasami mówili, że Julian chciałby, żeby była szczęśliwa. Etna nie potrafiła tego słuchać, lecz nie dlatego, że uważała te słowa za nieprawdziwe. Być może Julian rzeczywiście chciałby, żeby była szczęśliwa. Ale słysząc to od jego rodziców, czuła, że znów otrzymuje zadanie do wykonania. Jakby musiała udowodnić, że jego śmierć nie odebrała jej wszystkiego. Jakby jej przyszłość miała stać się kolejnym sposobem na uczczenie jego pamięci.
Zaczęła unikać rodzinnych spotkań. Mara nie próbowała jej zmuszać do powrotu.

Mara → Etna
Nie musisz przychodzić w niedzielę. Porozmawiam z nimi.

Etna → Mara
Nie chcę, żeby myśleli, że ich unikam.

Mara → Etna
Ale ich unikasz.

Etna → Mara
Dziękuję. Bardzo pomocne.

Mara → Etna
Nie musimy udawać, że to coś innego. To nie znaczy, że ich nie kochasz. Po prostu nie możesz być dla wszystkich osobą, która ma odpowiedzi.
Etna długo nie odpisywała. Mara była jedną z niewielu osób, które potrafiły mówić o Julianie bez stawiania go na piedestale. Pamiętała jego irytujące przyzwyczajenia, jego kiepskie żarty, skłonność do odkładania rzeczy w miejsca, w których nikt później nie potrafił ich znaleźć. Potrafiła tęsknić za nim i jednocześnie śmiać się z czegoś, co zrobił. Nie oczekiwała, że Etna będzie pielęgnowała pamięć o nim w jeden właściwy sposób. Dzięki temu Ripley mogła przy niej na chwilę przestać być jedyną osobą, która wróciła z Whakaari.
Mogła po prostu być kimś, kto również stracił człowieka, którego kochała całym sercem i duszą.

VIII. Zawód
Przez pewien czas Etna próbowała wyobrazić sobie powrót do dawnej pracy.
Znała procedury. Rozumiała dane. Wiedziała, jak analizować pomiary i na co zwracać uwagę. Oparzenia ograniczały niektóre czynności, ale nie odbierały jej wiedzy ani zdolności myślenia. Gdyby chodziło wyłącznie o to, czy potrafi nadal wykonywać zawód, odpowiedź mogłaby brzmieć: "tak, choć być może w nieco inny sposób!". Problem był głębszy.
Każdy raport dotyczący zagrożenia przypominał jej, że wiedza nie jest gwarancją bezpieczeństwa. Każda dyskusja o ryzyku przywoływała wspomnienie ojca, który zginął podczas pomiarów, a potem Juliana, który nie wrócił z Whakaari. Nie potrafiła już patrzeć na wulkanologię wyłącznie jak na dziedzinę nauki. Stała się również przestrzenią, w której jej życie dwukrotnie rozpadło się na to, co było wcześniej, i to, co zostało później. Nie oznaczało to, że obwiniała naukę albo uważała, że powinna była wybrać inną drogę. Nie przestała szanować ludzi, którzy nadal pracowali w terenie. Nie twierdziła, że ryzyko można wyeliminować, jeśli tylko człowiek będzie wystarczająco ostrożny. Po prostu nie chciała już żyć tak, jakby każdą stratę można było zrozumieć dzięki jeszcze dokładniejszej analizie.
Kiedy w końcu powiedziała dawnemu współpracownikowi, że zamierza odejść, nie miała przygotowanego wzruszającego wyjaśnienia.
— Nie sądzę, żebym mogła wrócić do tego, co robiłam wcześniej.
— Ze względu na rękę?
— Nie tylko.
— Możemy dostosować zakres obowiązków.
— Wiem.
— Więc o co chodzi?
Etna przez chwilę szukała właściwych słów.
— Nadal kocham naukę. Nadal uważam, że to ważna praca. Ale nie chcę już spędzać całego życia, próbując zrozumieć, dlaczego coś się wydarzyło, i udawać, że kiedy już to zrozumiem, będę mogła przestać o tym myśleć.
Nie wiedziała jeszcze, co dokładnie zrobi zamiast tego. Wiedziała tylko, że nie chce wybierać kolejnego kroku wyłącznie dlatego, że to jedyny sposób, w jaki potrafiła sobie wyobrazić siebie sprzed tragedii.

IX. Obcy, Zew Cthulhu
Zainteresowanie głowonogami zaczęło się od ciekawości. Nie było wielkim olśnieniem ani decyzją, którą Etna podjęła pewnego ranka, budząc się z gotowym planem na przyszłość.
Zafascynowała ją ich inteligencja, zdolność rozwiązywania problemów i sposób, w jaki badały otoczenie. Ośmiornice nie przypominały jej zwierząt, których zachowanie można łatwo sprowadzić do kilku prostych reguł. Były ciekawskie, uparte, czasem nieprzewidywalne. Potrafiły badać przedmiot z kilku stron, zignorować go na długi czas, a następnie wrócić do niego z nowym zainteresowaniem. Ich macki wydawały się prowadzić własne dochodzenia. Jedna przytrzymywała obiekt, druga badała jego powierzchnię, kolejna sprawdzała, czy da się go przesunąć. W zachowaniu głowonogów było coś, co Etnę jednocześnie rozbawiało i intrygowało.
Wkrótce zaczęła rozważać zmianę specjalizacji. Chciała zająć się badaniem głowonogów, ich zachowania i zdolności poznawczych. Zamiast mierzyć aktywność wulkaniczną, miała obserwować istoty, których inteligencja ujawniała się w małych, codziennych decyzjach.
Nie był to wybór łatwiejszy ani mniej wymagający. Wymagał zdobycia nowej wiedzy, nauczenia się innego języka naukowego i przyjęcia, że znów będzie początkująca w dziedzinie, w której nie wszystko rozumiała.
Etna nie przeszkadzała sobie w tym, że nie wiedziała jeszcze wszystkiego. To była jedna z pierwszych rzeczy, które spodobały jej się w nowym kierunku.
Przy pracy z głowonogami liczyła się uważność. Nie wystarczało spojrzeć na zwierzę i założyć, że rozumie się jego zachowanie. Trzeba było obserwować, porównywać, czekać i nie przypisywać mu zbyt szybko ludzkich motywacji. Etna znała tę zasadę z nauki, ale tutaj zaczęła rozumieć ją również w bardziej osobisty sposób. Nie wszystko, co robiło zwierzę, było komunikatem skierowanym do niej. Nie każde zbliżenie oznaczało sympatię. Nie każde wycofanie było odrzuceniem. Czasami ośmiornica po prostu zainteresowała się czymś innym. Etna uznała, że jest to całkiem rozsądny sposób na życie.

X. Woda
Dopiero po pewnym czasie zauważyła, że kontakt z wodą i głowonogami wpływa na nią również w sposób, którego nie potrafiła sprowadzić do zawodowej satysfakcji.
Po oparzeniach czucie w obrębie prawej dłoni i przedramienia pozostało zaburzone. Niektóre miejsca nadal reagowały nadmiernie, inne słabiej. Dotyk nie zawsze docierał do niej w sposób, którego się spodziewała. Czasami musiała patrzeć na własną rękę, żeby ocenić, jak mocno zacisnęła palce, a czasami zwykłe muśnięcie wywoływało nieprzyjemne pieczenie.
Wtedy odkryła coś specyficznego — woda w basenie głowonogów nie naprawiała uszkodzonych nerwów i nie usuwała blizn. Jednak kiedy mogła pracować spokojnie, bez pośpiechu, kontakt z żywiołem dawał jej inne bodźce: opór, zmianę temperatury, ruch i nacisk. Bywało, że pomagało jej to skupić się na doznaniach, które rzeczywiście docierały do jej dłoni, zamiast nieustannie sprawdzać, czego nie czuje.
Nie każdy dzień wyglądał tak samo. Zdarzały się chwile, kiedy blizny swędziały, napinały się albo stawały się nadwrażliwe. Ale czasami woda przynosiła jej ulgę, a praca przy zbiorniku pozwalała zapomnieć o dłoni na tyle, by przestała być jedyną rzeczą, na której skupiała uwagę.
Najbardziej zaskoczył ją kontakt z przyssawkami.
Pewnego razu ośmiornica zainteresowała się jej ręką. Etna nie poruszyła się, kiedy jedna z macek ostrożnie dotknęła jej palców. Przyssawki przesuwały się po skórze, badając jej powierzchnię. Niektóre dotknięcia czuła wyraźnie, inne bardziej jako zmianę nacisku. Macka wróciła, przesunęła się wzdłuż grzbietu dłoni, na chwilę przywarła do nierównej faktury blizny.
Etna obserwowała zwierzę i jednocześnie własne reakcje. Nie wiedziała, czy ośmiornica zwróciła uwagę na blizny, czy po prostu zainteresowała ją faktura skóry. Nie przypisywała jej szczególnego zrozumienia. To byłoby zbyt łatwe, a ona nie chciała zamieniać naukowej ciekawości w pocieszającą bajkę. Nie potrzebowała jednak znać powodu, żeby pozwolić sobie na tę chwilę.
Kontakt był nieprzewidywalny, ale nie niósł ze sobą tego rodzaju napięcia, którego doświadczała w obecności ludzi. Ośmiornica nie pytała, czy ją boli. Nie patrzyła na jej rękę z litością ani z zachwytem. Nie próbowała odnaleźć w bliznach pięknej historii o przetrwaniu. Badała powierzchnię, która znalazła się w jej zasięgu. Dla Etny było to zaskakująco uwalniające.
Ludzie często patrzyli na jej blizny tak, jakby musieli coś z nimi zrobić. Zignorować je, skomentować, pochwalić jej odwagę albo znaleźć odpowiednie słowa. Nawet życzliwość mogła stać się ciężarem, jeśli wiązała się z oczekiwaniem, że Etna zareaguje we właściwy sposób. Głowonogi nie wymagały od niej żadnej odpowiedzi na własny wygląd. Mogła siedzieć przy zbiorniku z odsłoniętym przedramieniem. Mogła pozwolić, by zwierzę zbadało blizny, a potem odpłynęło, zainteresowane czymś zupełnie innym. Nie musiała się tłumaczyć, dziękować za delikatność ani udawać, że nie zauważyła spojrzenia.
Głowonogi nie akceptowały jej blizn. Po prostu nie wymagały, żeby najpierw coś z nimi zrobiła. To właśnie odróżniało ich ciekawość od ludzkiej. Nie była mniej intensywna ani zawsze delikatna. Bywała wręcz bezceremonialna. Ośmiornica mogła pociągnąć za rękaw, zbadać palec albo nagle stracić zainteresowanie. Etna musiała uczyć się odczytywać jej zachowanie, respektować granice zwierzęcia i pilnować własnych, ale nie musiała zastanawiać się, czy jej blizny zmieniły sposób, w jaki jest postrzegana.
Przy zbiorniku mogła być po prostu Etną — badaczką, która przyszła do pracy, chciała dowiedzieć się czegoś nowego i czasem zostawała kilka minut dłużej, bo ośmiornica postanowiła zbadać jej dłoń. Nie nazywała tego uzdrowieniem. Nie lubiła słów, które obiecywały zbyt wiele. Raczej niewielkim porozumieniem, do którego nie potrzebowała wspólnego języka.
Ironicznie, zrozumiała, że jej ulubiony film dla dzieci o kosmitach — E.T. — oraz przezwisko nadane przez jej kuzynkę (lubującą się w rzeczach fantastycznych, gadach i Obcym) mają nagle więcej sensu, niż przed laty, gdy Etna poznawała się z nowymi dziećmi w szkole poprzez dotknięcie palca.

XI. Bismarck IV
W nowej pracy Etna zaczęła zbierać historie, które nie miały nic wspólnego z katastrofą. Były drobne, czasami absurdalne, ale należały do świata, w którym mogła znów interesować się czymś dla samej przyjemności poznawania. Jedną z nich była historia Bismarcka IV, ośmiornicy, której zachowanie stało się przedmiotem jej ulubionej anegdoty.
Bismarck IV nie był szczególnie skłonny do współpracy, kiedy coś nie układało się po jego myśli. Pewnego razu dostał mniejszego kraba niż jego młodszy towarzysz. W odpowiedzi oblał opiekuna wodą.
Etna opowiadała tę historię z powagą osoby prezentującej wyniki ważnej obserwacji.
— Nie mogę stwierdzić, że to była zemsta — wyjawiła. — Mogę natomiast powiedzieć, że różnica w wielkości krabów została zauważona.
— I co zrobił Bismarck? — spytała Mara.
— Wyraził niezadowolenie.
— W jaki sposób?
— Bardzo mokry.
Mara uwielbiała te opowieści. Nie dlatego, że próbowała w nich znaleźć metaforę życia Etny, ale dlatego, że pozwalały jej usłyszeć w głosie przyjaciółki coś, czego dawno nie słyszała: autentyczne rozbawienie, niezwiązane z próbą pocieszenia kogokolwiek.
Mara → Etna
Czyli rzuciłaś wszystko, żeby pracować z ośmiornicami, które obrażają się o kraby.

Etna → Mara
Nie rzuciłam wszystkiego.

Mara → Etna
Jasne. Po prostu zmieniłaś karierę, żeby móc prowadzić dokumentację morskiego dramatu rodzinnego.

Etna → Mara
Bismarck IV ma więcej charakteru niż większość ludzi, których znam.

Mara → Etna
Nie wątpię. I prawdopodobnie lepiej wyraża swoje potrzeby.
Etna uśmiechnęła się do telefonu. Nie potrzebowała, żeby Mara pytała ją za każdym razem, czy radzi sobie z żałobą. Nie potrzebowała, żeby każda rozmowa kończyła się zapewnieniem, że Julian byłby z niej dumny. Potrzebowała czasem opowiedzieć komuś o ośmiornicy, która oblała wodą opiekuna, i usłyszeć w odpowiedzi coś równie głupiego. To również było częścią powrotu do życia.

XII. Pytanie
Etna zaczęła chodzić na terapię, kiedy zrozumiała, że nie da się zbudować przyszłości wyłącznie z rzeczy, których nie chce już robić.
Przez długi czas potrafiła określić swoje decyzje w odniesieniu do straty. Wiedziała, czego unikać, co wywołuje wspomnienia, które rozmowy są zbyt trudne, a które miejsca sprawiają, że przestaje czuć się bezpiecznie. Potrafiła wskazać rzeczy, których nie chce powtarzać. Znacznie trudniej było odpowiedzieć na pytanie, czego właściwie chce.
Terapeutka nie próbowała przekonywać jej, że powinna zapomnieć o Julianie. Nie oczekiwała, że przestanie tęsknić, że zaakceptuje blizny w określonym terminie albo że pewnego dnia obudzi się jako zupełnie nowa osoba. Zamiast tego pytała o rzeczy, na które Etna nie potrafiła odpowiedzieć od razu.
Co zrobiłaby, gdyby nie musiała podejmować każdej decyzji w odniesieniu do Juliana?
Co wybrałaby, gdyby nikt nie oczekiwał, że pozostanie taka sama jak przed erupcją?
Na początku pytania ją irytowały. Brzmiały tak, jakby można było po prostu odłożyć przeszłość na półkę i wybrać sobie nową wersję siebie. Etna wiedziała, że tak nie działa pamięć, ciało ani żałoba, lecz dopiero po pewnym czasie zaczęła rozumieć, że nie chodziło o odrzucenie Juliana. Chodziło o to, by nie musiała każdej kolejnej decyzji traktować jak deklaracji dotyczącej jego śmierci.
Mogła go kochać i nadal zmieniać zawód.
Mogła tęsknić i nie wracać do domu jego rodziców na każde zaproszenie.
Mogła trzymać pierścionek w szufladzie, a nie nosić na palcu.
Mogła też kiedyś zainteresować się kimś nowym, nie oznaczałoby to, że Julian stał się mniej ważny.
Ta ostatnia możliwość wydawała jej się najbardziej odległa. Nie była pewna, czy kiedykolwiek będzie gotowa na nowy związek. Nie wiedziała nawet, jak miałaby zacząć. Przez lata jej wyobrażenie przyszłości było związane z jednym człowiekiem. Nie musiała zastanawiać się, jak poznaje się kogoś od początku, jak opowiada się o własnym życiu ani kiedy należy powiedzieć o czymś tak trudnym jak Whakaari.
Wiedziała za to, czego się boi.
Nie chciała znowu kochać kogoś, czyj powrót do domu będzie każdego dnia źródłem lęku. Nie chciała czekać na wiadomość z terenu, na telefon, na potwierdzenie, że wszystko jest w porządku. Nie chciała uczyć się kolejnego zestawu procedur tylko po to, by wiedzieć, jak wygląda sytuacja, w której ktoś może nie wrócić. Nie zamierzała oceniać ludzi ze względu na ich zawód. Nie uważała, że praca w trudnych warunkach czyni kogoś nierozsądnym. Ale nie potrafiła wyobrazić sobie związku z alpinistą, strażakiem, policjantem, żołnierzem czy ratownikiem medycznym bez powracającego lęku, którego nie chciała już wnosić do własnego życia. Chciała czegoś zwyczajnego. Nie idealnego ani pozbawionego problemów. Czegoś, w czym nie musiałaby codziennie przygotowywać się na najgorsze.
Mara słuchała jej bez prób przekonywania, że powinna dać sobie szansę na miłość. Pewnego wieczoru Etna napisała do niej:
Etna → Mara
Myślisz, że można zacząć coś nowego, nie wiedząc, czy jest się gotowym?

Mara → Etna
Myślę, że można pójść na kawę.

Etna → Mara
To nie jest odpowiedź.

Mara → Etna
To jest odpowiedź na pytanie, które naprawdę zadajesz.

Etna → Mara
Nienawidzę, kiedy to robisz.

Mara → Etna
Wiem. Możesz iść na kawę. Możesz też wrócić po dwudziestu minutach i powiedzieć, że było okropnie. Nie musisz niczego obiecywać.

Etna → Mara
A jeśli nie będę umiała?

Mara → Etna
To nie egzamin, Etna.
Etna długo patrzyła na ostatnią wiadomość. Jak zawsze, gdy Mara miała absolutną rację.
Nie musiała wiedzieć, czy jest gotowa na miłość. Nie musiała też udowadniać, że potrafi już żyć bez Juliana. Mogła spróbować zrobić coś, czego nie robiła od dawna, i zobaczyć, co się wydarzy. Mara nie oczekiwała od niej wielkiej deklaracji. Wystarczyło jej, że Etna zaczęła mówić o przyszłości w czasie przyszłym.


zgoda na powielanie imienia
nie
zgoda na powielanie pseudonimu
nie
Zgody MG
poziom ingerencji
niski
zgoda na śmierć postaci
nie
zgoda na trwałe okaleczenie
nie
zgoda na nieuleczalną chorobę postaci
nie
zgoda na uleczalne urazy postaci
nie
zgoda na utratę majątku postaci
nie
zgoda na utratę posady postaci
nie

Etna Ripley

: pn paź 19, 2026 1:54 pm
autor: Maple Hearts
Witamy na forum Etna Ripley
Dobra wiadomość – Twoja karta postaci została zaakceptowana i możemy powitać Cię po tej stronie kanadyjskiej granicy! Przypominamy, że na rozpoczęcie rozgrywki masz 7 dni! W temacie kto zagra? możesz znaleźć użytkowników, którzy chętnie Ci w tym pomogą. Jednocześnie zachęcamy do założenia skarbonki, kalendarza i informatora. Powodzenia w Toronto!