I see shadows moving around
: sob paź 17, 2026 5:32 am
008.
Wspomniany w ostatnich wiadomościach do Eriki wadliwy system Lenny’ego nie był więc mrzonką, choć nie był również końcem. Nawet z pewnym jarzmem usterek, towarzyszącym mu przez całe życie, pozostawał operacyjny. A dziś…
… czuł nawet na sercu ciepło.
Pielesze minionego kontaktu otulały go spokojem, ale również pewnego rodzaju determinacją do czynienia dobrze, którą to myśl tego wieczoru łapał niespodziewanie w locie, przytulając ją wyjątkowo szczelnie do serca, mimo tego że wokół panowała grobowa niemal atmosfera.
Park przed cmentarzem był pusty, cichy;
skąpany w ciemnościach od czasu Blackoutu nie dawał się też ująć w żaden konkretny kształt. Cienie i przebłyski księżycowej łuny nie tylko nadawały temu miejscu melancholijnej aury, ale także rozpraszały krawędzie przedmiotów i naturalnego otoczenia. Jedynie potężny, stary dąb, odznaczał się grubą kreską pnia, prezentując swoją koronę na wejściu do parku.
To właśnie tutaj się umówili.
Stał więc pośrodku niczego, mając wrażenie, że wieczór zacierał się w ciemnościach, ale jednocześnie w oczekiwaniu na wszystko, czym miała go obdarzyć jego randka; na co prawdopodobnie nawet nie zasłużył.
Erika była przystępna, ciepła, pełna empatycznej aury, tak silnie kontrastującej z jej mrocznym, gotyckim wizerunkiem. I chyba to podobało mu się w niej najbardziej: ten rodzaj niejednoznaczności wydawało mu się, że rozumie i jest w stanie przygarnąć, mimo że serce, wzburzone przez własne poczucie oszustwa wobec niej, wybijało mocny, niedający się zignorować rytm.
Nie wiedziała kim jest. Nie tak do końca.
Natrętne cyklony myśli, przemierzające prędko jego głowę, nie dawały mu o tym zapomnieć. Rozbijały się o kanty różnych refleksji i ścigane przez winę — niczym rozpierzchnięte na niebie skrzydła, głośne i szeleszczące — koegzystowały dziś z nim. Przeklął cicho, poprawiając sweter, by rozgonić w ten sposób rozgardiasz własnych wątpliwości. Westchnął także ostatni raz przed dostrzeżeniem jej w cieniach uliczki, gdy ciało, drgające w naturalnej potrzebie poznania się, pochyliło się nieznacznie w kierunku dochodzącej do niego dziewczyny. Dopiero jednak, gdy była parę kroków od niego, wyciągnął w jej kierunku dłoń, choć nie do powitania, jak można było przypuszczać.
— Mam nadzieję, że pijesz kawę. Czarną. Kupiłem po drodze — rzucił na wstępie, pozwalając, by duży kubek z Tima Hortonsa zawiesił się bezpiecznie między nimi, jak bufor, dystansując ich ciała, gdy zamiast przytulenia, czy podania ręki, zdecydował się na przekazanie parującego pod wieczkiem napoju.
Jeśli jednak nie chcieli zasnąć pośród otaczającej ich ciemności, kofeina była dobrym rozwiązaniem. A przy tym dodawała temu spotkaniu odrobiny fizycznego ciepła, co akurat mogło mieć znaczenie w starciu z wieczornym chłodem.
Erika Lindberg