Kida Halstead
: pn paź 19, 2026 1:05 am
Kida Halstead

data i miejsce urodzenia
14/09/1992 I Riverton, USAzaimki
żeńskiezawód
detektyw na drodze gniewu/dorabia w tartaku Mattawamiejsce pracy
prywata/udaje drwalaorientacja
dajcie mi wszyscy spokój...dzielnica mieszkalna
Rexdalepobyt w toronto
od czerwca 2026umiejętności
prowadzenie dochodzeń i poszukiwanie zaginionych; obserwacja otoczenia i dostrzeganie niepasujących szczegółów; złodziejstwo, otwieranie zamków wytrychami mniej lub bardziej zaawansowanymi; prowadzenie rozmów, zadawanie pytań i wywieranie presji; improwizowanie w sytuacjach kryzysowych; prowadzenie samochodu; funkcjonowanie w trudnych warunkach i przy ograniczonych zasobach; upór, samodzielność i zdolność do działania pomimo strachu.słabości
problemy ze snem i skutki zdrowotone używania amfetaminy oraz alkoholu; poczucie winy związane ze śmiercią brata; nawracające halucynacje i natrętne wspomnienia; nadmierne poczucie odpowiedzialności za innych; skłonność do podejmowania decyzji za osoby, które chce chronić; nieufność wobec instytucji i trudność z proszeniem o pomoc; unikanie konfrontacji emocjonalnych; impulsywność i tendencja do ignorowania konsekwencji własnych działańKartki z podróży
Greetings from DENVER, COLORADO — The Centennial State
Kasyno Colorado Vice miało za dużo luster.
Kida zauważyła to już przy pierwszym rekonesansie, kiedy jeszcze udawała klientkę, która przyszła przegrać trochę pieniędzy i nie ma nic ciekawszego do roboty. Lustra wisiały nad barami, przy wejściach do toalet, wzdłuż korytarzy prowadzących do prywatnych sal. Odbijały światła automatów, twarze krupierów i sylwetki ochroniarzy, mnożąc je tak skutecznie, że człowiek zaczynał wątpić, ilu ludzi naprawdę znajduje się w pomieszczeniu. Nie lubiła miejsc, w których trudno było policzyć przeciwników.
Nie lubiła też planów, które wymagały od innych ludzi zaufania jej bez zadawania pytań. Ten wymagał go od Pierce.
Papiery należały do Andrew Pierce’a — tyle Kida wiedziała na pewno. Pisareczka chciała je odzyskać i miała wystarczająco dużo powodów, żeby czekać, aż ktoś łaskawie pozwoli jej to zrobić. Kida z kolei znała się na szukaniu rzeczy, które inni woleli uznać za zaginione. Znała się też na ludziach, którzy potrafili ukrywać coś na widoku, a potem przekonywać wszystkich wokół, że nigdy tego nie widzieli.
Nie znała się na napadach tak dobrze, jak lubiła udawać.
— Jeśli coś pójdzie nie tak, nie próbuj być bohaterką — powiedziała jeszcze przed wejściem. Brzmiało to rozsądnie. Prawie profesjonalnie, bowiem Kida miała talent do wypowiadania rzeczy, których sama nie potrafiła później przestrzegać. Z kolei Pierce nie musiała jej niczego obiecywać. Znały się wystarczająco długo, by wiedzieć, jak niewiele warte są obietnice składane w takich okolicznościach.
Czarny Rycerz czekał na zewnątrz. To on miał pomóc Pierce dotrzeć do Kansas, gdyby sprawy wymknęły się spod kontroli. Był jej „partnerem” z bożej łaski — przynajmniej wtedy — i człowiekiem, którego Kida nie darzyła szczególnym zaufaniem. Nie potrzebowała jednak go lubić. Potrzebowała, żeby był na miejscu, kiedy nadejdzie odpowiedni moment a z nieba spadnie święty gniew.
Wszystko miało potrwać kilka minut. Nie więcej. Przez pierwsze trzy wyglądało nawet na to, że może się udać. Nagle ktoś zadał pytanie, na które nikt nie powinien znać odpowiedzi, i przestrzeń przepełnił ruch. Krzyki rozdarły muzykę. Krzesła przecinały powietrze. Stoły nakryły się do góry nogami, wznosząc karty, żetony i kości do lotu.
Przy jednym z wyjść pojawili się mężczyźni, których wcześniej nie było widać, a Kida zrozumiała, że nie mają już do czynienia z ochroną próbującą opanować zwyczajny incydent. Ktoś wiedział, po co przyszły. Albo miały pierdolonego pecha…
Później pamiętała zaskakująco mało z samej ucieczki. Zapamiętała dłoń Pierce, zaciskającą się na jej rękawie, i srebrny pierścionek zsuwający się z palca, kiedy próbowała utrzymać równowagę. Zapamiętała, że pomyślała o tym pierścionku w chwili, w której powinna była myśleć wyłącznie o ucieczce za wszelką cenę. Nie miało to żadnego znaczenia — tak sobie przynajmniej powiedziała.
Okno znajdowało się na końcu korytarza. Za nim, pięć metrów niżej, czekał Rycerz, gotowy odebrać Pierce, gdyby udało jej się wydostać. Kida zobaczyła go przez szybę, a potem spojrzała za siebie. Odległość między nimi, a ludźmi nadciągającymi od strony sali, topniała z każdą sekundą.
Strzał!
Pif-paf!
Pyk-pyk!
Nie było czasu na dyskusję. Chwyciła Corę i wypchnęła ją przez okno.
Przez ulotną chwilę widziała jej twarz — zaskoczoną, może wściekłą. Potem zniknęła za krawędzią, przejęta przez Bohatera. Kida mogła mówić sobie, że to był jedyny sposób. Że on czekał. Że okno stanowiło jedyną drogę ucieczki, a ludzie za ich plecami nie zamierzali dać im drugiej szansy… I to wszystko było najprawdziwszą, do stu sukinkotów, prawdą. Nie wyjaśniało jednak, dlaczego nie zapytała zaaferowanej Pierce, czy chce skoczyć.
Dlaczego była tak pewna, że musi wydostać ją pierwszą, nawet jeśli oznaczało to pozostanie po drugiej stronie szyby? Odpowiedź nie przyszła. Nie było na nią czasu. Kida odwróciła się od okna i pobiegła w przeciwnym kierunku. Złapali ją, zanim dotarła do wyjścia technicznego.
Jeden uderzył ją w bok, drugi przycisnął do ściany. Poczuła ból, zanim zrozumiała, że została postrzelona. Nie był to dramatyczny, rozrywający ciało ból, jakiego można by oczekiwać. Raczej gorące, tępe uderzenie, po którym mięśnie nagle odmówiły współpracy. Co zabawne… wcale nie wiedziała, kiedy to nastąpiło. Przez chwilę nie mogła nabrać powietrza. Potem kazano jej uklęknąć. Nie chciała. Pomógł przyjacielski kopniak.
Nie pamiętała wszystkich pytań. Ton, jakim je zadawano, i irytację, która rosła w niej z każdym kolejnym — owszem. Chcieli wiedzieć, kto ich przysłał, co zabrały, gdzie jest wspólniczka i dlaczego ktoś uznał, że może bezkarnie okraść kasyno. Odpowiedziała na niewiele z tych pytań. Nie dlatego, że była szczególnie odważna. W tamtej chwili po prostu nie miała niczego, co mogłaby im dać, nie oddając przy okazji czegoś jeszcze. Bilans strat i zysków kompletnie do niej nie przemawiał.
Kiedy jeden z nich — Garbaty Stephen Adelstein— wspomniał o Pierce, Kida podniosła głowę.
— Jeśli chcesz ją dogonić, najpierw będziesz musiał dogonić jakieś sto czterdzieści koni mechanicznych na dwóch kołach — powiedziała. — Ale jak tak na ciebie patrzę… to chyba nawet dziecięcego roweru byś nie dogonił.
To było głupie. Niepotrzebne. Prawdopodobnie najgorsza odpowiedź, jaką mogła wybrać. Dostała w twarz czymś ciężkim, a później zostawili ją na chwilę samą — a może tylko tak jej się wydawało. Gorączka zaczynała zacierać granice między tym, co działo się naprawdę, a tym, co jej umysł podsuwał w przerwach między kolejnymi falami bólu.
Usłyszała za drzwiami śmiech.
— Zawsze miałaś talent do wybierania najgorszego momentu, żeby komuś zaimponować — odezwał się Tobias.
Kida otworzyła oczy.
Jej brat siedział na metalowym krześle pod ścianą. Miał na sobie tę samą roboczą szerpę, którą nosił zimą, gdy wracał z gorzelni. Włosy wyglądały, jakby od kilku dni nie widziały grzebienia. Na twarzy miał ten znajomy, krzywy uśmiech, który potrafił oznaczać zarówno rozbawienie, jak i początek srogiej awantury.
Zamknęła oczy ponownie.
— Nie teraz.
— A kiedy? Jak już zdechniesz?
— Zamknij się.
— To akurat zawsze przychodziło ci łatwo. Gorzej z myśleniem.
Kiedy otworzyła oczy po raz drugi, krzesło było puste. Nie zastanawiała się nad tym. Nie mogła sobie na to pozwolić. Musiała uciekać. Tylko jak? Na skórze miała krew, na ubraniu pył, a w kolanie drobne odłamki szkła, których pochodzenia nie potrafiła odnotować.
Nie pamiętała, jak tego dokonała. Prawdopodobnie wszystko zawdzięczała uporowi, przypadkowi i kilku decyzjom, których rozsądny człowiek nie podjąłby nawet po pijaku, ale Kida miała tę przewagę, że nigdy nie uważała się za szczególnie rozsądną.
Greetings from NORTH PLATTE, NEBRASKA — Buffalo Bill's Home Town
Pierwszą noc po ucieczce spędziła w aucie zaparkowanym za zamkniętym sklepem z częściami samochodowymi. Ford był biały, choć dawno przestał wyglądać na egzemplarz z fabryki. Ruda szmata pożerała łapczywie dolne krawędzie drzwi, tylną szybę zdobiło pęknięcie biegnące od jednego narożnika do połowy okna, a silnik wydawał odgłosy, które Kida nauczyła się ignorować. Samochód należał kiedyś do Tobiasa. Nie był dobry. Nie był szybki. Nie był nawet szczególnie niezawodny. Ale był, kurwa, jej — przynajmniej tak to sobie tłumaczyła.
Na siedzeniu pasażera leżała szerpa, którą zabrała z domu przed laty. W schowku trzymała kilka paragonów, starą mapę i paczkę papierosów, których nie zamierzała palić. W kieszeni drzwi znalazła drobne monety, dwie zapalniczki i gumę do żucia przyklejoną do materiału. Rzeczy, które człowiek gromadzi, kiedy przez długi czas udaje, że gdzieś mieszka.
Przycisnęła do boku zwiniętą koszulkę. Rana nie wyglądała dobrze. Pocisk musiał jedynie ją drasnąć, ale materiał ubrania przykleił się do skóry, a okolica rany zaczynała puchnąć. Kolano bolało przy każdym ruchu. Próbowała usunąć szkło pęsetą znalezioną w biedackiej apteczce, lecz po kilku minutach musiała przestać. Ręce jej drżały.
Nie zamierzała iść do szpitala. Nie miała pewności, czy ludzie z kasyna znali jej nazwisko. Nie wiedziała, czy ktoś zgłosił strzelaninę, ani czy policja uzna ją za ofiarę, podejrzaną, czy wygodny sposób na zamknięcie sprawy. Z doświadczenia wiedziała natomiast, że wystarczy jeden nieodpowiedni człowiek na odpowiednim stanowisku, żeby informacje zaczęły krążyć szybciej niż powinny. Poza tym — miała powody, by nie ufać instytucjom, które przypominały sobie o istnieniu rdzennych mieszkańców dopiero wtedy, gdy należało kogoś przesłuchać.
Przez lata pracowała jako prywatny detektyw spod znaku Czarnego Psa w Wind River i Cottonwood Falls. Szukała zaginionych kobiet i dzieci, często zanim ktokolwiek uznał, że ich zaginięcie zasługuje na coś więcej niż wzruszenie ramion. Czasem znajdowała ludzi żywych. Czasem znajdowała ciała. Zdarzało się, że pozostawały jedynie ślady urywające się w połowie drogi, jakby ziemia po prostu przestała pamiętać, że ktoś po niej chodził, lub łapczywie pochłonęła kolejne imię, nie wydawszy nawet dźwięku. Najgorsze bowiem były sprawy, które nie miały zakończenia.
Kida potrafiła miesiącami wracać do tych samych notatek, sprawdzać nazwiska, pytać tych samych ludzi i wmawiać sobie, że jeszcze jeden telefon coś zmieni. Nie lubiła zostawiać nikogo bez odpowiedzi, nawet jeśli jedyną uczciwą odpowiedzią było to, że nie wie. Teraz sama była człowiekiem, którego nikt nie powinien znaleźć.
Wyciągnęła z kieszeni telefon. Ekran pęknięty, bateria prawie rozładowana. Żadnych wiadomości od Pierce czy Rycerza. Żadnego nieodebranego połączenia. Nie powinna była tego sprawdzać. Schowała urządzenie i oparła głowę o szybę.
— Daleko zajedziesz na tym swoim wielkim planie? — zapytał Tobias z tylnego siedzenia.
Kida nie odwróciła się.
— Dalej niż ty.
— To akurat nie jest szczególnie wysoko postawiona poprzeczka.
— Nie żyjesz.
— Świetny zmysł obserwacji! Zawsze byłaś bystra!
Zacisnęła zęby. Gdy spojrzała w lusterko, zobaczyła wyłącznie puste siedzenie i własną twarz, bladą w świetle ulicznej latarni. Nie wiedziała, czy bardziej przeszkadzał jej jego głos, czy fakt, że nawet teraz potrafiła bez trudu wyobrazić sobie, co powiedziałby dalej.
Odpaliła silnik. North Platte zostało za nią przed świtem.
Greetings from DES MOINES, Capitol of the Corn State IOWA
Do Des Moines dotarła z bólem tak uporczywym, że zaczął przypominać osobny organ. Jadła niewiele. Piła za mało. Zatrzymywała się tylko wtedy, gdy obraz na drodze zaczynał się rozmywać albo mięśnie rannej nogi odmawiały posłuszeństwa. Na stacjach benzynowych kupowała wodę, słone przekąski i tanie środki przeciwbólowe. W jednej z aptek próbowała uzyskać antybiotyki, tłumacząc, że rana jest stara, a lekarz, który ją opatrywał, nie dał jej wystarczającej ilości leków. Farmaceutka zadała kilka pytań. Kida odpowiedziała na nie wystarczająco nieprzekonująco, żeby kobieta odmówiła. Wyszła bez leków.
Na parkingu Walmartu zrozumiała, jak bardzo się trzęsie. Nie wiedziała z czego mocniej — zimna, gorączki czy z wyczerpania. Wiedziała jedynie, że nie może sobie pozwolić na sen, bo oznaczał zatrzymanie, a zatrzymanie oznaczało czas, w którym ktoś mógł ją znaleźć i zabić.
Uśmiechnęła się do innej grupy wsparcia.
Amfetamina nie była nowym rozwiązaniem. Kida znała ją na tyle dobrze, by wiedzieć, czego się po niej spodziewać, i na tyle źle, by nadal czasem udawać, że potrafi nad nią panować. Niewielka dawka nie leczyła rany ani nie usuwała gorączki. Pozwalała za to świetnie zagłuszyć zmęczenie, dopóki ciało nie zaczynało domagać się zapłaty z nawiązką. Wzięła ją, zanim zdążyła zmienić zdanie.
Przez kilka godzin wszystko stało się prostsze. Droga wydłużyła się w równą, szarą wstęgę. Myśli przestały rozłazić się na boki. Nawet ból dało się umieścić gdzieś na obrzeżach świadomości, w miejscu, do którego nie trzeba zaglądać bez wyraźnej przyczyny lub ochoty. Potem wrócił Tobias.
Siedział obok niej, z łokciem opartym o okno.
— Wiesz, co jest w tobie najgorsze? — zapytał.
— Lista jest długa.
— Wciąż myślisz, że jeśli wystarczająco długo będziesz cierpieć, to rachunek się wyrówna.
Plastik kierownicy trzasnął pod palcami Kidy.
— Nie zaczynaj…
— Z czym? Z prawdą? To zabawne. Zawsze lubiłaś ją wyciągać z ludzi, ale kiedy przychodzi kolej na ciebie, nagle robi się niegrzecznie.
— Nie jesteś prawdą. Jesteś wspomnieniem. Majakiem.
Tobias uśmiechnął się krzywo.
— To dlaczego wciąż ze mną rozmawiasz?
Nie odpowiedziała.
Pomyślała o niej, chociaż nie miała ku temu żadnego powodu. O jej dłoniach, kiedy nerwowo strzepywała popiół z papierosa. O sposobie, w jaki potrafiła patrzeć na człowieka tak, jakby już dawno podjęła decyzję, a teraz czekała jedynie, aż reszta świata nadrobi zaległości bez jej pomocy.
Kida próbowała odtworzyć ostatnie sekundy przed oknem. Nie sam skok. Twarz Pierce. To, czy zdążyła coś powiedzieć. Czy wyciągnęła rękę, zanim Kida ją popchnęła. Pamięć podsuwała jej różne wersje i żadnej nie mogła ufać. Nie miała zielonego pojęcia, czy próbowała ją uratować, czy po prostu nie potrafiła znieść myśli, że zostanie tam z nią. Być może chodziło o obie rzeczy. Być może o coś zupełnie innego, czego nie umiała nazwać bez robienia z tego czegoś większego, niż trzeba.
— Powinnaś była pozwolić jej zdecydować — powiedział Tobias.
Kida gwałtownie odwróciła głowę. Na siedzeniu pasażera leżała tylko jej kurtka.
— Zamknij się, do cholery!
Samochód zjechał na pobocze. Przez chwilę siedziała bez ruchu, słuchając przejeżdżających tirów. Potem roześmiała się krótko, bez wesołości, i zakryła twarz dłońmi. Nie mogła sobie pozwolić na kolejną pomyłkę, a mimo to nie potrafiła przestać wracać do tej samej chwili.
Greetings from Chicago, ILLINOIS, The Windy City
Chicago było zbyt duże, żeby ktokolwiek zwrócił uwagę na jedną kobietę w starym fordzie.
Przez miasto przejeżdżała wczesnym popołudniem, wśród ciężarówek, taksówek i samochodów, których kierowcy wyglądali, jakby każdy z nich miał własny powód, żeby znaleźć się gdzie indziej, byle nie tu. Słońce odbijało się od szyb budynków, a powietrze wisiało ciężkie od spalin i wilgoci. Kida czuła pot spływający po plecach. Klimatyzacja w samochodzie dawno przestała działać.
Na światłach zobaczyła kobietę stojącą na chodniku. Nie miała w sobie nic szczególnego. Ciemna kurtka, włosy spięte z tyłu, telefon przy uchu. Słuchała kogoś z wyrazem twarzy, który Kida znała aż za dobrze: cierpliwość na granicy irytacji, jakby rozmówca od kilku minut opowiadał coś, co można było wyjaśnić w dwóch zdaniach. Kobieta uniosła dłoń i kciukiem majstrowała przy odpalonym papierosie, nie bacząc na śmiecenie.
Kida poczuła, jak coś ściska ją za mostkiem. Światło zmieniło się na zielone. Samochody ruszyły, a ktoś za nią zatrąbił. Nacisnęła gaz do dechy i wyrwała, wpatrując się w drogę. Dopiero na następnym skrzyżowaniu zerknęła w lusterko. Kobieta została daleko z tyłu.
Oczywiście, że została. Nie znała jej. Nie miała powodu, żeby zatrzymywać się na chodniku w Chicago i czekać, aż Kida przejedzie obok. To tylko przypadkowa osoba, której gest przypominał jej kogoś innego. Powtarzała sobie to przez kilka następnych mil, aż słowa straciły znaczenie.
Pierce i Rycerz mogli już być w Kansas. Mogli siedzieć w jakimś pokoju, rozmawiać z rudą Suzy, próbować uporządkować to, co wydarzyło się w Kolorado. Ona mogła być wściekła. Mogła uznać Kidę za idiotkę. Mogła też nie mieć pojęcia, czy ta w ogóle przeżyła. Nie miała jak tego sprawdzić, a nawet gdyby miała, nie wiedziała, czy powinna.
Wyciągnęła telefon na kolejnym postoju. Przewinęła listę kontaktów, choć numer znała na pamięć. Zatrzymała kciuk nad jej imieniem. Nie zadzwoniła. Nie dlatego, że nie chciała usłyszeć jej głosu. Nie dlatego też, że chciała. Oba wyjaśnienia były równie wygodne i równie nieprzydatne. Mogła zadzwonić, żeby upewnić się, że dotarła bezpiecznie. Mogła chcieć wiedzieć, czy papiery są w jej rękach, czy Bohater dotrzymał słowa albo czy ktoś jeszcze ich szuka. Mogła po prostu potrzebować informacji. Jakichkolwiek. Byle jakich, ale takich, co pozwoliłyby jej przestać układać w głowie kolejne wersje wydarzeń.
Miała mnóstwo rozsądnych powodów. Żaden nie sprawił, że nacisnęła zieloną słuchawkę. W końcu wygasiła ekran i schowała telefon do kieszeni. Na drogę wróciła, zanim zdążyła wymyślić następny powód.
Huron Avenue Looking South, PORT HURON, MICH. Greetings!
Do Port Huron dotarła w stanie, w którym trudno było już odróżnić zmęczenie od choroby.
Zatrzymała się w tanim motelu Zielone Jabłuszko niedaleko drogi prowadzącej w stronę granicy z Kanadą. Pokój pachniał stęchłą wykładziną, ostrym detergentem i czymś słodkim, co mogło być odświeżaczem powietrza albo pozostałością po poprzednim lokatorze — interpretacja dowolna. Klimatyzator pod oknem terkotał bez przerwy przez całą noc. Zasłony nie domykały się na środku, przez co światło parkingowych lamp przecinało podłogę długimi, żółtymi pasami.
Kida zamknęła drzwi na zamek i zasunęła łańcuch. Podstawiła krzesło pod klamkę. Osunęła się na łóżko, nie zdejmując kowbojek. Miała zostać jedną noc. Minęły cztery dni.
Pierwszy niemal w całości przespała. Drugi spędziła na przemian w łazience i na łóżku, z potem zbierającym się na karku i dłońmi drżącymi tak mocno, że nie potrafiła utrzymać kubka z gatoradem. Nie wiedziała, ile z tego wynikało z odstawienia amfetaminy, ile z gorączki, a ile z tego, że jej ciało w końcu przestało przyjmować kolejne rozkazy.
Trzeciego dnia udało jej się wstać i spojrzeć w lustro. Wyglądała jak ktoś, kogo znaleziono po tygodniu w lesie bez zapasów i sprzętu. Włosy miała sklejone potem, skórę szarą i w siniakach, oczy zaczerwienione. Rana na boku była rozpalona i bolesna. Kolano spuchło, a okolica wokół drobnych skaleczeń przybrała niepokojący kolor.
— Wyglądasz fatalnie — stwierdził Tobias zza jej pleców.
Kida oparła dłonie o umywalkę a czoło o lustro. Przyjemne zimno rozlało się tuż nad brwiami, rzucając wyzwanie gorączce.
— Przynajmniej ktoś w tej rodzinie ma dobry wzrok — mruknęła.
— Zawsze byłaś zabawna, kiedy ledwo stałaś na nogach.
— A ty zawsze byłeś nieznośny.
— Rodzinne podobieństwo.
Odwróciła się, gotowa rzucić w niego czymś ciężkim, ale w łazience nie było nikogo. Tylko lustro, brudny ręcznik i jej własna twarz, która przez chwilę wydawała się obca. Usiadła na brzegu obdrapanej wanny. Przez długi czas nie robiła nic.
Nie myślała ani o kasynie, ani o ludziach, którzy mogli jej szukać. Nie myślała nawet o tym, co zrobi dalej. Pozwoliła sobie na luksus niepodejmowania żadnej decyzji, aż w końcu cisza w pokoju stała się trudniejsza do zniesienia niż ból. Napuściła lodowatej wody do wanny i otarła się o chęć utopienia w środku.
Czwartego dnia poszła do supermarketu. Poruszała się ostrożnie, z ciężarem przeniesionym na zdrową nogę. Przy wejściu wzięła koszyk, chociaż potrzebowała tylko kilku rzeczy. Przechodziła między półkami z twarzą człowieka, który robi zwyczajne zakupy i nie ma żadnego powodu, żeby się spieszyć. Leki przeciwbólowe. Bandaże. Środki do dezynfekcji. To, co mogła kupić bez wzbudzania podejrzeń. Antybiotyki nadal pozostawały osobną sprawą. Nie zamierzała po raz drugi słuchać, że nie dostanie tego, czego potrzebuje, bo nie ma odpowiednich dokumentów, recepty albo wystarczająco przekonującej historii. Kida nie była dumna z tego, co zrobiła. Nie miała jednak dość sił, żeby pozwolić dumie stanąć jej na drodze — poświeciła prawie dyskretnie starym gnatem małolacie w kolorowych włosach za ladą i wydębiła przypadkową zbieraninę anybiotyków bez recepty. Zostawiła pieniądze.
Kiedy wyszła na zewnątrz, serce waliło jej tak mocno, że musiała zatrzymać się przy samochodzie i oprzeć czoło o dach.
— Świetnie — wysapała. — Naprawdę świetnie. — Starsza kobieta przechodząca obok spojrzała na nią z niepokojem. Kida wyprostowała się i wymusiła uśmiech.— Wszystko w porządku.
Nieznajoma nie wyglądała na przekonaną, ale poszła dalej.
Tego wieczoru Kida zadzwoniła do człowieka, którego numer dostała kilka miesięcy wcześniej od kogoś, kto nie zadawał zbędnych pytań. Nie powiedziała, skąd dzwoni. Nie podała nazwiska. Wystarczyło, że wspomniała o potrzebie znalezienia miejsca w Kanadzie, gdzie mogłaby zatrzymać się na kilka dni. Po drugiej stronie zapadła cisza.
— Mississauga — odpowiedział w końcu mężczyzna. — Jest tam miejsce. Nazywają je Motel Ho-Oh.
Kida zamknęła oczy.
— To naprawdę motel?
— Coś w tym rodzaju.
— A co to właściwie znaczy?
— Że jeśli dotrzesz, będziesz miała gdzie spać. Reszta nie powinna cię interesować.
Brzmiało podejrzanie. To akurat nie było niczym nowym.
Zapisała adres na odwrocie paragonu. Usiadła na łóżku i przez dłuższą chwilę patrzyła na telefon. Numer Pierce wciąż znajdował się na liście ostatnich połączeń, choć nie było tam żadnego połączenia, które mogłoby cokolwiek wyjaśnić. Kida mogła napisać choćby jedno zdanie. Mogła zapytać, czy wszystko w porządku. Mogła powiedzieć, że żyje, ale tego nie zrobiła. Nie wiedziała, czy oszczędza jej kłopotów, czy sobie samej odpowiedzi, której nie chciała usłyszeć. W końcu wyłączyła telefon.
Następnego ranka ruszyła w stronę granicy.
On the shores of Lake Huron, SARNIA, CANADA. Photos by Marriott.
Przejazd przez Blue Water Bridge wydawał jej się nierealny.
Po dniach spędzonych na uciekaniu przed ludźmi, których twarzy nie potrafiła już dokładnie odtworzyć, po bezsennych nocach i godzinach spędzonych w ciasnym wnętrzu forda, sama myśl o przekroczeniu granicy miała w sobie coś absurdalnie zwyczajnego. Kolejka samochodów. Znaki drogowe. Procedury. Ludzie podający dokumenty i odbierający je z powrotem.
Kida trzymała dłonie na kierownicy. Nie była pewna, czy bardziej bała się kontroli, czy tego, że przejdzie przez nią bez żadnych problemów. Jeśli nikt jej nie zatrzyma, musi jechać dalej. Nie będzie mogła już tłumaczyć sobie, że wszystko jest tymczasowe, że wróci, kiedy sprawy się uspokoją i że wystarczy kilka dni, żeby wymyślić lepszy plan. Nie miała lepszego planu. Miała stary samochód, ranę, która nie chciała się goić, i adres zapisany na paragonie.
Kiedy w końcu znalazła się po kanadyjskiej stronie, zatrzymała się na parkingu przy punkcie widokowym w Sarnii. Zgasiła silnik, ale przez długie minuty nie wysiadała. Patrzyła na swoje dłonie, na brud za paznokciami, na drobne skaleczenie przecinające kciuk. Pomyślała o Tobiasie. Nie o jego śmierci, a przynajmniej nie od razu.
Najpierw przypomniała sobie, jak naprawiał coś pod maską samochodu, przeklinając za każdym razem, gdy klucz wyślizgiwał mu się z dłoni. Pamiętała zapach smaru, papierosy gaszone o metalowy błotnik i jego szyderczy śmiech, kiedy Kida przyniosła mu nie ten element, o który prosił. Bywały chwile, w których potrafił być niemal zwyczajnym bratem. To właśnie czyniło resztę trudniejszą do zniesienia.
Tobias pił. Wracał do domu wściekły albo pijany. Czasem jedno i drugie. Nauczyła się rozpoznawać dźwięk jego kroków, sposób, w jaki zamykał drzwi, i ciszę, która zapadała w domu, gdy pozostali domownicy — poza ojcem — próbowali zgadnąć, jaki będzie miał humor. Wiedziała, co potrafił zrobić jej. Wiedziała też, co zaczął robić swojej żonie.
Kobieta nie pochodziła z rezerwatu. Kiedy się pojawiła, Kida nie próbowała traktować jej jak kogoś, kto może wnieść do ich życia odrobinę normalności. Potem pojawiło się dziecko, a wraz z nim nikła nadzieja, że Tobias wreszcie znajdzie powód, żeby przestać. Ta, jak wiele innych nieśmiałych podrygów, okazała się płonna.
Kida zgłosiła brata starszyźnie plemiennej. Nie przyszło to lekko. Przez długi czas przekonywała samą siebie, że jeśli ktoś przemówi mu do rozsądku, jeśli ktoś go przestraszy, zaś on wreszcie poczuje, że nie może robić wszystkiego bez konsekwencji, może jeszcze uda się go powstrzymać. Nie przewidziała, że starszyzna mogła mieć własne powody, żeby się go pozbyć.
Więc… Tobias zginął.
Kida nigdy nie dowiedziała się czy jej zgłoszenie doprowadziło do jego śmierci, czy jedynie dostarczyło innym wygodnego pretekstu. Czasem próbowała rozdzielić te dwie możliwości, jakby od tego zależało, ile winy powinna wziąć na siebie. Nigdy nie potrafiła zrobić tego do końca. Mogła pamiętać jego przemoc i jednocześnie tęsknić za człowiekiem, który nauczył ją prowadzić samochód. Mogła nienawidzić tego, co zrobił, i wciąż czuć się tak, jakby zdradziła własnego brata. Mogła wiedzieć, że jego żona i dziecko potrzebowali ochrony, a mimo to wracać myślami do dnia, w którym podjęła decyzję. Żadne z tych uczuć nie unieważniało pozostałych.
Na parkingu przy kanadyjskim wybrzeżu Huron otworzyła schowek i wyjęła pistolet H&K, który należał kiedyś do Tobiasa. Trzymała go na dłoni, obracając w palcach. Metal był chłodny. Broń miała swoje miejsce w jej życiu przez lata, podobnie jak samochód i wszystkie rzeczy, które przechowywała, chociaż nie umiała wyjaśnić, dlaczego wciąż ich potrzebuje. Mogła ją zatrzymać. Mogła schować na dnie torby i zabrać ze sobą do Mississaugi. Mogła wmówić sobie, że to rozsądne. Zamiast tego pozbyła się jej, zanim ruszyła dalej. Nie poczuła ulgi.
Przez resztę drogi nie odwróciła się ani razu.
Market Square and Business Section, WOODSTOCK, ONTARIO. —12.
Samochód zaczął szwankować niedługo przed miastem. Najpierw zapaliła się kontrolka, której Kida nie widziała od miesięcy. Potem silnik zakaszlał, jakby próbował zwrócić coś, co połknął. Przyspieszenie przestało reagować tak, jak powinno. W końcu ford zaczął tracić moc, aż Kida zjechała na pobocze i zatrzymała się z metalicznym jękiem spod maski.
Przez chwilę siedziała nieruchomo.
— Nie rób mi tego… — poprosiła.
Nie była pewna, czy zwracała się do samochodu, do Tobiasa, czy do samej siebie. Przekręciła kluczyk. Silnik zakręcił, zakaszlał i zamilkł. Spróbowała ponownie. Tym razem nie odpowiedział nawet kaszlnięciem.
— Kurwa mać.
Kida oparła czoło o kierownicę.
Nie miała narzędzi, które mogłyby jej pomóc. Nie miała pieniędzy na naprawę, a nawet gdyby — nie mogła sobie pozwolić na czekanie. Każda kolejna godzina spędzona w jednym miejscu zwiększała ryzyko, że ktoś ją zauważy, zapamięta albo zada pytanie, na które nie powinna odpowiadać.
Wysiadła i otworzyła maskę. Silnik wyglądał tak samo jak zawsze: plątanina przewodów, metalu oraz brudu. Nie znała się na nim wystarczająco dobrze, żeby naprawić go na poboczu, ale znała się na bezradności. Wiedziała, że można stać nad problemem przez całe godziny, aż człowiek zaczyna wierzyć, że samym patrzeniem zmusi go do ustąpienia, więc zamknęła klapę.
W oddali przejechał dostawczak. Powietrze pachniało rozgrzanym asfaltem i trawą. Gdzieś za nią, po drugiej stronie drogi, zaszczekał pies.
Kida z żalem spojrzała na forda. Przez lata był czymś więcej niż środkiem transportu. Nie był ani wygodny, ani bezpieczny, a czasami doprowadzał ją do szału. Mimo to, kiedy wsiadała za kierownicę, miała wrażenie, że wciąż istnieje jakaś droga powrotna — do rezerwatu, do domu, do miejsca, które znała na tyle dobrze, by nawet jego najgorsze strony wydawały się przewidywalne i, o ironio, bezpieczne. Samochód należał do Tobiasa. Po jego śmierci został jedną z niewielu rzeczy, które mogła zatrzymać bez konieczności odpowiadania na pytania. Nie był jego najlepszą pamiątką. Nie był nawet dobrą, ale pozostawał namacalny. Mogła dotknąć kierownicy, usiąść w przepastnej kanapie na przedzie, poczuć zapach starej tapicerki i przez kilka sekund udawać, że pewne rzeczy nie znikają całkowicie.
— No dalej — odezwał się Tobias. — Przecież zawsze chciałaś się mnie pozbyć.
Kida nie spojrzała w stronę pasażera.
— Nie zaczynaj.
— Co? Teraz nagle będziesz udawać, że cię to obchodzi?
— To tylko samochód.
— Jasne. — Brzmiał na rozbawionego. Tak, jakby wiedział coś, czego Kida nie chciała usłyszeć.
Mała ochotę kopnąć błotnik. Krzyknąć. Zasztyletować opony i rozbić szybę, zniszczyć coś, co już i tak nie miało jej dokąd zawieźć. Zamiast tego zamknęła oczy i policzyła do dziesięciu. Kiedy je otworzyła, pobocze było puste.
Zabrała torbę, dokumenty i kilka przydatnych rzeczy. Resztę pozostawiła w środku. Nie stać jej było na sentymenty — taka wersja wydarzeń przemawiała do niej najbardziej, choć bardziej z konieczności i przymusu, niż dobrowlonego wyboru.
Zostawiła samochód na poboczu, zamknęła drzwi i ruszyła w stronę drogi. Kluczyki cisnęła w gąszcz chaszczy porastających tabliczkę ostrzegającą o terenach łowieckich niedźwiedzi.
Nie obejrzała się od razu. Dopiero kiedy udało jej się złapać podwózkę na pace samochodu dostawczego niewiele lepszego od forda, spojrzała do tyłu na drogę. Brudna biel połyskiwała w słońcu i stawała się coraz mniejsza, aż zniknęła za zakrętem.
Nie miała już broni Tobiasa. Nie miała jego samochodu. Nie miała niczego, co mogłaby zabrać ze sobą poza pamięcią, a tej nie potrafiła wyrzucić na pobocze. Przez resztę drogi trzymała materiałową torbę na kolanach i nie odezwała się ani słowem.
Visit MISSISSAUGA Large Canadian City
Neighbouring TORONTO on Lake Ontario
Neighbouring TORONTO on Lake Ontario
Motel Ho-Oh wyglądał tak, jakby ktoś próbował odtworzyć Chiny, Japonię i Koreę Południową na podstawie kilku pocztówek, katalogu z wyposażeniem wnętrz i własnych, bardzo stanowczych przekonań na temat koloru czerwonego.
Kida zobaczyła budynek dopiero wtedy, gdy samochód skręcił z głównej drogi. Na fasadzie wisiał neonowy szyld z wizerunkiem ptaka o płonących skrzydłach. W oknach paliły się ciepłe światła. Przy wejściu stały brudne kamienne latarnie, a pomiędzy nimi wyrastały krzewy przycięte tak niestarannie, jakby ktoś chciał za ich pomocą ukryć fakt, że cały budynek był nieco krzywy.
Nie wiedziała, czego się spodziewała. Na pewno nie tego. Kierowca zatrzymał samochód przed wejściem. Próbowała podziękować, ale słowa nie chciały przejść przez gardło. Kiedy otworzyła drzwi, nogi odmówiły posłuszeństwa. Wypadła na zewnątrz, uderzając kolanem o ziemię, a potem podparła się dłonią o chodnik.
Ktoś zawołał z wnętrza budynku dziwnie falistym głosem. Spróbowała wstać. Nie udało się. Ostatnią rzeczą, jaką zapamiętała, był widok czerwonego szyldu, rozmazanego na tle nocnego nieba i wkrótce zapadła ciemność.
Obudziła się tydzień później.
Przez pierwsze kilka sekund nie wiedziała, gdzie jest. Widziała jedynie sufit ozdobiony drewnianymi listwami, papierową lampę i fragment ściany pokrytej tapetą w kwitnące gałęzie. W powietrzu unosił się zapach środka dezynfekującego, whisky i czegoś słodkiego.
Spróbowała poruszyć nogą. Zabolało. Zacisnęła zęby, odczekała chwilę i podniosła się na łokciu. Bok miała owinięty świeżym opatrunkiem a kolano — oczyszczone; skóra wokół niego nosiła ślady starannego zabiegu. Na stoliku stała szklanka wody, obok niej kilka opakowań leków z pismem mandaryńskim i kartka z krótką instrukcją, której nie chciała jeszcze przeczytać.
Pokój był absurdalny. Czerwone poduszki, złote wzory, ceramiczny kot przy drzwiach, mały obraz przedstawiający żurawie nad jeziorem a kawałek dalej — pluszowy tygrys rozpostarty na podłodze. Różowy, neonowy tygrys. Jak pierdolony, kiczowaty dywanik.
Wszystko wyglądało, jakby ktoś próbował przekonać ją, że znalazła się w miejscu bezpiecznym, ale całkowicie oderwanym od reszty świata.
Kida rozejrzała się za torbą. Leżała pod krzesłem. Ktoś postawił ją starannie przy ścianie. Telefon znajdował się na stoliku. Ekran pozostawał czarny. Kiedy spróbowała go włączyć, nie wydarzyło się nic. Nie było wiadomości. Nie było połączeń. Nie było żadnego śladu, że ktokolwiek próbował się z nią skontaktować.
Patrzyła na urządzenie przez dłuższą chwilę. Wystarczyło naładować baterię. Mogła to zrobić. Mogła też włożyć kartę SIM, sprawdzić wiadomości, zobaczyć, czy ktoś próbował się z nią skontaktować. Mogła dowiedzieć się, czy Bohater dotrzymał słowa, czy dokumenty znalazły się w odpowiednich rękach i czy ktokolwiek z ludzi, których zostawiła za sobą, wciąż jej szukał.
Mogła również niczego nie sprawdzać. Ta możliwość miała w sobie coś kuszącego. Nie dlatego, że nie obchodziło jej, co stało się z innymi. Raczej dlatego, że nie potrafiła już rozstrzygnąć, ile z tego, co robiła, wynikało z troski, a ile z przekonania, że musi naprawiać wszystko, czego nie umiała zostawić w spokoju.
A Pierce była częścią tego pierdolonego bałaganu.
Kida wiedziała, że mogłaby zadzwonić. Numer wciąż miała w głowie. Znała go tak dobrze, że tygodnia śpiączka nie zdołała go wymazać. Mogłaby wystukać go na dowolnej klawiaturze, o dowolnej porze, nawet w środku nocy. Nie zrobiła tego.
Próbowała ustalić, czego właściwie się boi. Że odbierze i będzie zła? Że zacznie zadawać pytania, na które Kida nie ma odpowiedzi? Że usłyszy w jej głosie ulgę, pretensję albo zwyczajną obojętność? Nie wiedziała. Nie była też pewna, czy brak odpowiedzi byłby łatwiejszy do zniesienia niż jakakolwiek z tych możliwości, dlatego odłożyła telefon.
Przez wąskie okno wpadało blade światło poranka. Za ścianą ktoś przesunął mebel, a potem rozległ się krótki, męski śmiech. Kida znieruchomiała. Śmiech był niski, ochrypły i znajomy w sposób, którego nie potrafiła od razu wyjaśnić. Tobias śmiał się właśnie tak, kiedy chciał dać jej do zrozumienia, że wie coś, czego ona jeszcze nie zrozumiała.
Uparcie wpatrywała się w ścianę.
— Nie — wyszeptała.
Za ścianą zapadła cisza. Słyszała tylko własny oddech. Coś zaszurało w korytarzu, powoli, jak podeszwa przesuwana po podłodze. Spojrzała w stronę drzwi. Nie miała siły wstać, a nawet gdyby ją miała, nie była pewna, czy chciałaby sprawdzić, kto stoi po drugiej stronie. Stukot kroków oddalał się wzdłuż korytarza, aż w końcu zniknął w szumie wentylacji.
Odczekała jeszcze kilka minut. Dopiero wtedy sięgnęła po telefon, żeby ponownie spróbować go uruchomić. Nic. Bateria była całkowicie rozładowana, a przewód ładowarki leżał zwinięty na stoliku.
Podłączyła urządzenie i odłożyła je ekranem do dołu.
Nie chciała jeszcze wracać do świata, który czekał po drugiej stronie.
Zamiast tego wstała powoli, przytrzymując się mebli, i podeszła do drzwi. Zamek zamknięty. Ktoś zostawił jej buty równo ustawione przy ścianie. Kida spojrzała na nie i poczuła nagły, absurdalny gniew. Wszystko było na swoim miejscu. Torba. Leki. Buty. Telefon. Nawet jej ubrania zostały złożone na krześle. Ktoś zadbał o to, żeby mogła wrócić do siebie, jakby wystarczyło uporządkować kilka przedmiotów, by człowiek odzyskał kontrolę nad własnym życiem.
Otworzyła drzwi. Korytarz był pusty. Na wykładzinie, tuż przed progiem, widniał mokry ślad buta. Kida spojrzała na niego, potem na okno na końcu korytarza. Szyba była zamknięta. Na zewnątrz panowała sucha, słoneczna pogoda, a według kartki z prognozą zostawionej na stoliku nie padało od trzech dni. Ślad był wyraźny. Duży. Prowadził w stronę schodów. Nie było drugiego.
Stała w progu, aż ból w boku zmusił ją do cofnięcia się do pokoju. Zamknęła drzwi i przekręciła zamek. Potem zapięła łańcuch, choć nie potrafiła sobie przypomnieć, czy wcześniej zrobiła to sama.
Wróciła do łóżka. Nie zamierzała pytać nikogo o ślad. Nie zamierzała też opowiadać o głosie, który usłyszała za ścianą. W ostatnich dniach zbyt wiele rzeczy mogło wyjaśnić się na kilka sposobów, a Kida nie miała już siły wybierać między nimi. Wiedziała tylko, że nie może zostać tu na zawsze.
Potrzebowała nowego telefonu. Nowego numeru. Nowego nazwiska, jeśli uda się je zdobyć. Musiała zniknąć z miejsc, w których ktokolwiek mógłby jej szukać, i przestać zostawiać za sobą ślady prowadzące do ludzi, których nie potrafiła ochronić.
To nie ucieczka — powtarzała w duchu. — To jedyna słuszna decyzja.
Mogła zacząć od najprostszych rzeczy. Od telefonu. Od pieniędzy. Od ustalenia, jak długo będzie mogła zostać w Motel Ho-Oh, zanim ktoś zacznie zadawać pytania. Wcale nie musiała wracać do Wind River. Nie musiała szukać Tobiasa w każdym cieniu ani odtwarzać w pamięci ostatnich sekund spędzonych z Pierce. Nie musiała rozstrzygać, czy wypchnięcie jej przez okno było jedyną słuszną decyzją, czy kolejnym przypadkiem, w którym Kida uznała, że lepiej wie, czego potrzebuje ktoś inny. Mogła po prostu przestać.
Zamknęła oczy. Po drugiej stronie ściany ktoś znów się roześmiał.
zgoda na powielanie imienia
niezgoda na powielanie pseudonimu
nieZgody MG
poziom ingerencji
niskizgoda na śmierć postaci
niezgoda na trwałe okaleczenie
niezgoda na nieuleczalną chorobę postaci
niezgoda na uleczalne urazy postaci
niezgoda na utratę majątku postaci
niezgoda na utratę posady postaci
nie