back when we were kids, swore we would never die
: ndz paź 25, 2026 9:04 pm
4.
(outfit)
Posiadanie dużej rodziny, która pomimo różnych przeciwności szalenie się kochała, chyba wytworzyło w Care takie przeświadczenie, że ona też kiedyś założy własną. Macierzyństwo było wpisane w jej DNA i było kwestią czasu. Tak zawsze myślała. To było takie przekonanie graniczące z pewnością. Jej małżeństwo, choć trochę niepoważne pod względem uczuciowym było poważne pod względem pozostałych kwestii - i, że cię nie opuszczę do śmierci, będziemy razem w zdrowiu i w chorobie, będziemy mieli dzieci. Wszystko miało być tak, jak wszędzie, po prostu miłość nie była taka, jaką można zauważyć w przypadku męża i żony. Była przyjacielska, ale nie romantyczna. Care doskonale znała swojego męża, był odpowiedzialnym, porządnym facetem, świetnie się dogadywali. To było, jednak za mało. Whitener długo nosiła się z zamiarem rozwodu. Od lat zakochana w swoim najlepszym przyjacielu, przekonana, że ta miłość nie ma racji bytu, całkowicie podporządkowała pod to swoje życie. Ale pewnego dnia obudziła się i zrozumiała, że tak dłużej żyć nie może. Coś musiało na nią jeszcze czekać. Nie mogło być przecież tak, że ta miłość odbierze jej wszystko, a małżeństwo będzie w nieskończoność niepełne. Dlatego pożegnała wszystko, co było dla niej bezpieczne. Pożegnała również nadzieję na to, że zostanie mamą. Przynajmniej na razie. Skupiła się na swojej nowej pracy, na nowym mieszkaniu, na nowym życiu bez mężczyzn, których znała. Stawiała na randki i choć te nie przynosiły teraz żadnych rezultatów, to czuła, że pewnego dnia coś się zmieni. Musiało się zmienić.
Na szczęście przyjaciół nadal miała starych. Bruno był jednym z nich. Nie pamiętała, ile czasu się znali, ale naprawdę długo. Mieli przerwę w okresie, kiedy Tremblay mieszkał poza Toronto, ale od trzech lat znów mogli się spotykać. Dzięki niemu zaspokajała również swoją tęsknotę za macierzyństwem, bo przywiózł ze sobą maleńkie cudo, które teraz było rezolutną prawie czterolatką. Mia była jej ulubionym małym człowiekiem, dlatego z ogromną radością spędzała z nią czas. Między innymi dzisiaj. Bruno miał sprawy do załatwienia, Care miała wolne, więc urządziły sobie maraton naleśników, herbatek z misiami, zabaw lalkami, spacerów. W międzyczasie urządziły sobie drzemkę, dlatego teraz urzędowały radośnie w kuchni. Mia na odwróconym krześle, a Care próbowała zrobić im kolację, kontrolując swoją małą przyjaciółkę. Kiedy usłyszały dzwonek do drzwi, Mia wskoczyła jej na plecy i w rytmie konika pobiegły otworzyć. - Cześć - zawołała. - Dobrze, że jesteś, zrobiłyśmy dwie sałatki. Jedna z ciastoliny, a druga z warzyw, ale powiem ci w tajemnicy, że ta z warzyw jest ohydna - zażartowała, przekazując córkę przyjacielowi.
Bruno Tremblay
(outfit)
Posiadanie dużej rodziny, która pomimo różnych przeciwności szalenie się kochała, chyba wytworzyło w Care takie przeświadczenie, że ona też kiedyś założy własną. Macierzyństwo było wpisane w jej DNA i było kwestią czasu. Tak zawsze myślała. To było takie przekonanie graniczące z pewnością. Jej małżeństwo, choć trochę niepoważne pod względem uczuciowym było poważne pod względem pozostałych kwestii - i, że cię nie opuszczę do śmierci, będziemy razem w zdrowiu i w chorobie, będziemy mieli dzieci. Wszystko miało być tak, jak wszędzie, po prostu miłość nie była taka, jaką można zauważyć w przypadku męża i żony. Była przyjacielska, ale nie romantyczna. Care doskonale znała swojego męża, był odpowiedzialnym, porządnym facetem, świetnie się dogadywali. To było, jednak za mało. Whitener długo nosiła się z zamiarem rozwodu. Od lat zakochana w swoim najlepszym przyjacielu, przekonana, że ta miłość nie ma racji bytu, całkowicie podporządkowała pod to swoje życie. Ale pewnego dnia obudziła się i zrozumiała, że tak dłużej żyć nie może. Coś musiało na nią jeszcze czekać. Nie mogło być przecież tak, że ta miłość odbierze jej wszystko, a małżeństwo będzie w nieskończoność niepełne. Dlatego pożegnała wszystko, co było dla niej bezpieczne. Pożegnała również nadzieję na to, że zostanie mamą. Przynajmniej na razie. Skupiła się na swojej nowej pracy, na nowym mieszkaniu, na nowym życiu bez mężczyzn, których znała. Stawiała na randki i choć te nie przynosiły teraz żadnych rezultatów, to czuła, że pewnego dnia coś się zmieni. Musiało się zmienić.
Na szczęście przyjaciół nadal miała starych. Bruno był jednym z nich. Nie pamiętała, ile czasu się znali, ale naprawdę długo. Mieli przerwę w okresie, kiedy Tremblay mieszkał poza Toronto, ale od trzech lat znów mogli się spotykać. Dzięki niemu zaspokajała również swoją tęsknotę za macierzyństwem, bo przywiózł ze sobą maleńkie cudo, które teraz było rezolutną prawie czterolatką. Mia była jej ulubionym małym człowiekiem, dlatego z ogromną radością spędzała z nią czas. Między innymi dzisiaj. Bruno miał sprawy do załatwienia, Care miała wolne, więc urządziły sobie maraton naleśników, herbatek z misiami, zabaw lalkami, spacerów. W międzyczasie urządziły sobie drzemkę, dlatego teraz urzędowały radośnie w kuchni. Mia na odwróconym krześle, a Care próbowała zrobić im kolację, kontrolując swoją małą przyjaciółkę. Kiedy usłyszały dzwonek do drzwi, Mia wskoczyła jej na plecy i w rytmie konika pobiegły otworzyć. - Cześć - zawołała. - Dobrze, że jesteś, zrobiłyśmy dwie sałatki. Jedna z ciastoliny, a druga z warzyw, ale powiem ci w tajemnicy, że ta z warzyw jest ohydna - zażartowała, przekazując córkę przyjacielowi.
Bruno Tremblay