Strona 1 z 1

Saul Devlin

: ndz sty 25, 2026 7:10 pm
autor: Saul Devlin
Saul Devlin
Tom Payne
homeprofilebiopermits
Obrazek
data i miejsce urodzenia
14.02.1995, Toronto, Kanada
zaimki
on/ono
zawód
ćpun/jubiler/prostytutka/grajek
miejsce pracy
ulica/zakład jubilerski
orientacja
nie ograniczajmy się
dzielnica mieszkalna
Malvern
pobyt w toronto
od zawsze
umiejętności
- całkiem nieźle gotuje
- ma prawo jazdy na samochód i motocykl (autor postaci nie ma, więc nie wie, jaka to kategoria ;P)
- dobrze rysuje i maluje
- umie rzeźbić
- zna się na wyrobie i naprawie biżuterii
- całkiem nieźle dzieli prochy
- umie tańczyć
- śpiewa, ma całkiem dużą skalę głosu, który sam ćwiczył
- gra na gitarze (dzięki temu czasem zarobił trochę grosza, przygrywając do kotleta)
- trochę mówi po francusku (jest w stanie się dogadać, choć elaboratów nie stworzy) z racji tego, że jest to drugi język urzędowy Kanady
słabości
- boi się praktycznie wszystkiego; najbardziej swojego ojca, ale również samego siebie: nie ufa sobie, nie ma absolutnie żadnej wiary w siebie i poczucia własnej wartości
- ma depresję od wielu lat, nie leczoną
- ma lęki
- ma nie leczone PTSD po tym, co przeszedł w domu i z klientami
- jest narkomanem
- nie umie sobie poradzić w życiu
- jest porywczy, bywa agresywny, nie umie panować nad emocjami
- możliwe, że ma ADHD, ale nie był w tym kierunku diagnozowany
- możliwe też, że ma chorobę dwubiegunową, ale tego też nie stwierdził nigdy żaden specjalista
- nawiedzają go senne koszmary dotyczące przeszłości, więc nieraz budzi się z krzykiem
- nie potrafi poradzić sobie sam ze sobą
Margines społeczny - tak często była określana jego rodzina. Opieka społeczna chyba bała się tam przychodzić, a ojciec nie miał niebieskiej karty tylko dlatego, że matka bała się go zgłosić - "bo wtedy będzie jeszcze gorzej".
Przez nieciekawą sytuację w domu, okazjonalny brak pieniędzy w domu, awantury i nieszczególną dbałość rodziny o higienę, Saul był w szkole wytykany palcami i wyśmiewany przez inne dzieciaki. Uczył się więc koszmarnie, ledwie prześlizgując się z klasy do klasy (albo i nie - raz czy dwa zdarzyło mu się nie zdać). Nie był jednak idiotą, choć kilkoro nauczycieli miało go za niezbyt rozgarniętego - to nie było to; on po prostu nie był w stanie skupić się w szkole, ale chciał się uczyć rzeczy, które go interesowały. Często przesiadywał z książkami, rysował, tańczył (kiedy rodzice nie widzieli), śpiewał (gdy rodzice nie słyszeli), a kiedyś zaprzyjaźnił się z jubilerem, podpatrując jego pracę. Fascynowało go to, jak mężczyzna tworzył biżuterię od projektów do gotowych pierścieni, wisiorków, brosz i bransolet.

------------------------------

Początkowo facet patrzył mi na ręce przekonany, że go okradnę (obawy uzasadnione, ale nigdy nie okradłem nikogo, kto był mi bliski - nie musiało się to wiązać z więzami krwi). Jasne, zacząłem kraść jako nastolatek, żeby mieć na prochy czy żarcie, ale nie srałem do własnego gniazda. A to gniazdo bardzo lubiłem i to było chyba jedyne miejsce, w którym czułem się w tamtym czasie bezpiecznie. Gość nauczył mnie wszystkiego, co sam umiał, pokazał, jak topić złoto i srebro, w jakich proporcjach mieszać je z miedzią, żeby uzyskać pożądaną próbę, jak później to ciąć, walcować, jak szlifować kamienie... Leciałem do niego zaraz po szkole (albo i w czasie lekcji, jeśli udało mi się wyrwać) i przesiadywałem, póki ten nie powiedział, że ma już dość i idzie do domu. Ja wtedy szedłem po moje "lekarstwa" i... coraz rzadziej trafiałem z powrotem do domu.
Zapadałem się coraz głębiej w ciemność, w zapomnienie, w odurzenie, które pomagało mi przeżyć. Lata leciały mi przez palce, między kolejnymi działkami, a niedługo później też klientami - z czegoś musiałem mieć na te wyciszacze, bez których w krótkim czasie nie byłem już w stanie przeżyć. Rodzeństwo miało do mnie pretensje, że znikam najpierw na całe dnie, później tygodnie, a miesiące z czasem przerodziły się nawet w lata. Potrafiłem wyjść z domu "po mleko" i wrócić za dwa lata, jakbym wyszedł pięć minut temu. W tym czasie jeździłem po świecie, zabierając się stopem albo z którymś klientem: szukałem ucieczki od samego siebie i od tego, co działo się w domu. Od własnych wspomnień i traum. Nigdy jej tak naprawdę nie znalazłem, ale przynajmniej dawałem radę poukładać sobie wszystko we łbie na tyle, żeby móc znów zobaczyć rodzinę, z którą nie potrafiłem zerwać kontaktów tak do końca - nie chciałem tego. Zdaje się, że miękka ze mnie faja, bo mimo, że zawsze kiedy pojawiam się w domu, to obrywam; to ja i tak chcę być częścią rodziny, chcę mieć kontakt przynajmniej z rodzeństwem, chcę...
Kurwa, chciałbym być przez nich kochany.
Ale nie wierzę w to, że faktycznie mógłbym być dla nich kimś ważnym... że oni są w ogóle zdolni do wyższych uczuć. A czy ja jestem...? Być może też nie; może to, co czułem do tego czy innego człowieka w swoim życiu, to tylko ułuda? Może tylko tak sądziłem, że to miłość? Te związki nigdy nie kończyły się dobrze - być może z mojej winy, być może z ich winy, a może nie było w tym żadnej winy poza tym, że po prostu nie nadaję się do życia w rodzinie. Może jestem za bardzo pokręcony. Może to, że byłem przez jednego chłopaka wykorzystywany na wiele różnych sposobów i bity, że powiedział mi ostatecznie, że nigdy mnie nie kochał - to było dlatego, że tak cholernie chciałem być czyjś i w związku z tym byłem zbyt naiwny. Może to, że inna dziewczyna mnie zostawiła, to dlatego, że za dużo ćpałem (zresztą nie dziwię się, że miała mnie wreszcie dość).

Mając niecałe siedemnaście lat uciekłem z domu i po raz pierwszy wybrałem się na wycieczkę po kontynencie (tak, miałem paszport, bo rok wcześniej wybraliśmy się na szkolną wycieczkę na Alaskę, żebyśmy na własne oczy zobaczyli pozostałości dziewiętnastowiecznej gorączki złota). W dniu siedemnastych urodzin dotarłem do Meksyku i - chcąc świętować - wkręciłem się na imprezę do jakichś szemranych typów. Nie przeszkadzało mi, że ewidentnie nie byli to ludzie ciepli, a ich towarzyskość zdecydowanie kierowana była faktem, że chcieli zdobyć kolejnego klienta. Ja w dodatku byłem Kanadyjczykiem, co stanowiło dla nich dodatkową zaletę, bo przecież mogłem zostać wciągnięty w struktury ich działalności i stać się na przykład kurierem. Pytanie, czy bym się nadawał...? Chyba nie bardzo, bo w tamtym momencie życia łaziłem wiecznie naćpany, więc za bardzo bym zwracał uwagę celników.
Ale na imprezie poznałem młodego Meksykanina, z którym szybko się dogadałem mimo, że on nie mówił po angielsku, a ja po hiszpańsku. Zadziwiające jednak, jak dobrze potrafią się dogadać ludzie, którzy po prostu dobrze się bawią...
Nie byłem wtedy pewien, czy on chciał faktycznie spędzać ze mną czas, czy po prostu opchnąć mi jak najwięcej prochów, ale przetańczyliśmy ze sobą pół nocy. Później utrzymywaliśmy ze sobą kontakt - ja go trochę uczyłem angielskiego, wymienialiśmy listy, z czasem również telefony; od czasu do czasu też jeździłem do niego w momentach znikania z horyzontu swojej rodziny. Ten facet chyba jest moją najdłuższą w życiu znajomością i... cholera, muszę przyznać, że bardzo mocno się z nim związałem emocjonalnie, stał się bardzo ważną w moim życiu osobą, ale boję się uwierzyć, że ja mógłbym być równie ważny dla niego.

Teraz trochę się zestarzałem. Jakimś cudem dożyłem trzydziestki, choć nigdy nie przypuszczałem, że mi się to uda - i może czas by było się choć trochę ogarnąć, uporządkować życie. Widzę, że zmierzam do samozagłady i do niedawna mi to jakoś nie przeszkadzało, ale teraz... widzę, jak żyją inni ludzie, że potrafią być szczęśliwi, mieć normalne życie i... ja też bym takie chciał. Trzy razy byłem na odwyku i zawsze wracałem do prochów, ale prawda jest taka, że wtedy niespecjalnie wierzyłem w powodzenie tego przedsięwzięcia, zawsze było coś, co mnie wyprowadziło z równowagi na tyle, żeby wrócić do ćpania.
Ale chciałbym wyjść na prostą. Nie wierzę, że mi się uda, ale chciałbym, naprawdę. Inni mogą, to dlaczego nie ja? Mam fach w rękach - nauczyłem się jubilerstwa i choć przez lata nic w tym kierunku nie robiłem, to nie znaczy, że nie mógłbym do tego wrócić. Pożyczyłem kasę od kumpla (i mojego niedawnego dealera) na rozkręcenie biznesu, kupiłem nieduży lokal, trochę złota i srebra, maszyny... I zobaczymy, jak mi pójdzie. Mam nadzieję, że klienci się pojawią.
zgoda na powielanie imienia
nie
zgoda na powielanie pseudonimu
-
Zgody MG
poziom ingerencji
wysoki
zgoda na śmierć postaci
nie
zgoda na trwałe okaleczenie
tak - ale proszę o wcześniejsze porozumienie ze mną
zgoda na nieuleczalną chorobę postaci
tak
zgoda na uleczalne urazy postaci
tak
zgoda na utratę majątku postaci
tak - ale proszę o wcześniejsze porozumienie ze mną
zgoda na utratę posady postaci
tak

Saul Devlin

: ndz lut 01, 2026 2:19 pm
autor: Saul Devlin
Maple Hearts chyba skończyłem