
- ma prawo jazdy na samochód i motocykl (autor postaci nie ma, więc nie wie, jaka to kategoria ;P)
- dobrze rysuje i maluje
- umie rzeźbić
- zna się na wyrobie i naprawie biżuterii
- całkiem nieźle dzieli prochy
- umie tańczyć
- śpiewa, ma całkiem dużą skalę głosu, który sam ćwiczył
- gra na gitarze (dzięki temu czasem zarobił trochę grosza, przygrywając do kotleta)
- ma depresję od wielu lat, nie leczoną
- jest narkomanem
- nie umie sobie poradzić w życiu
- jest porywczy, bywa agresywny, nie umie panować nad emocjami
- możliwe, że ma ADHD, ale nie był w tym kierunku diagnozowany
- możliwe też, że ma chorobę dwubiegunową, ale tego też nie stwierdził nigdy żaden specjalista
- nawiedzają go senne koszmary dotyczące przeszłości, więc nieraz budzi się z krzykiem
- nie potrafi poradzić sobie sam ze sobą
Saul był średnim bratem: miał "nad sobą" kogoś starszego, ale miał też kogoś "pod sobą", kim teoretycznie powinien się zajmować, ale... nie bardzo potrafił. Czasami próbował chronić młodsze rodzeństwo, ale nie najlepiej mu to wychodziło; z kolei starszego rodzeństwa nie słuchał, bo uważał, że lepiej potrafi sobie poradzić sam, niż pod wątpliwą opieką starszych, nieraz zachowujących się podobnie do ich przeuroczych rodziców. Co prawda od rodzeństwa nie obrywał, ale presja psychiczna i "bądź facetem" było na porządku dziennym.
Przez nieciekawą sytuację w domu, brak pieniędzy, wieczne niedożywienie, awantury i nieszczególną dbałość rodziny o higienę, Saul był w szkole wytykany palcami i wyśmiewany przez inne dzieciaki. Uczył się więc koszmarnie, ledwie prześlizgując się z klasy do klasy (albo i nie - raz czy dwa zdarzyło mu się nie zdać). Nie był jednak idiotą, choć kilkoro nauczycieli miało go za niezbyt rozgarniętego - to nie było to; on po prostu nie był w stanie skupić się w szkole, ale chciał się uczyć rzeczy, które go interesowały. Często przesiadywał z książkami, rysował, tańczył (kiedy rodzice nie widzieli), śpiewał (gdy rodzice nie słyszeli), a kiedyś zaprzyjaźnił się z jubilerem, podpatrując jego pracę. Fascynowało go to, jak mężczyzna tworzył biżuterię od projektów do gotowych pierścieni, wisiorków, brosz i bransolet.
------------------------------
Początkowo facet patrzył mi na ręce przekonany, że go okradnę (obawy uzasadnione, ale nigdy nie okradłem nikogo, kto był mi bliski - nie musiało się to wiązać z więzami krwi). Jasne, zacząłem kraść jako nastolatek, żeby mieć na prochy czy żarcie, ale nie srałem do własnego gniazda. A to gniazdo bardzo lubiłem i to było chyba jedyne miejsce, w którym czułem się w tamtym czasie bezpiecznie. Gość nauczył mnie wszystkiego, co sam umiał, pokazał, jak topić złoto i srebro, w jakich proporcjach mieszać je z miedzią, żeby uzyskać pożądaną próbę, jak później to ciąć, walcować, jak szlifować kamienie... Leciałem do niego zaraz po szkole (albo i w czasie lekcji, jeśli udało mi się wyrwać) i przesiadywałem, póki ten nie powiedział, że ma już dość i idzie do domu. Ja wtedy szedłem po moje "lekarstwa" i... coraz rzadziej trafiałem z powrotem do domu.
Zapadałem się coraz głębiej w ciemność, w zapomnienie, w odurzenie, które pomagało mi przeżyć. Lata leciały mi przez palce, między kolejnymi działkami, a niedługo później też klientami - z czegoś musiałem mieć na te wyciszacze, bez których w krótkim czasie nie byłem już w stanie przeżyć. Rodzeństwo miało do mnie pretensje, że znikam najpierw na całe dnie, później tygodnie, a miesiące z czasem przerodziły się nawet w lata. Potrafiłem wyjść z domu "po mleko" i wrócić za dwa lata, jakbym wyszedł pięć minut temu. W tym czasie jeździłem po świecie, zabierając się stopem albo z którymś klientem: szukałem ucieczki od samego siebie i od tego, co działo się w domu. Od własnych wspomnień i traum. Nigdy jej tak naprawdę nie znalazłem, ale przynajmniej dawałem radę poukładać sobie wszystko we łbie na tyle, żeby móc znów zobaczyć rodzinę, z którą nie potrafiłem zerwać kontaktów tak do końca - nie chciałem tego. Zdaje się, że miękka ze mnie faja, bo mimo, że zawsze kiedy pojawiam się w domu, to obrywam; to ja i tak chcę być częścią rodziny, chcę mieć kontakt przynajmniej z rodzeństwem, chcę...
Kurwa, chciałbym być przez nich kochany.
Teraz trochę się zestarzałem. Jakimś cudem dożyłem trzydziestki, choć nigdy nie przypuszczałem, że mi się to uda - i może czas by było się choć trochę ogarnąć, uporządkować życie. Widzę, że zmierzam do samozagłady i do niedawna mi to jakoś nie przeszkadzało, ale teraz... widzę, jak żyją inni ludzie, że potrafią być szczęśliwi, mieć normalne życie i... ja też bym takie chciał. Trzy razy byłem na odwyku i zawsze wracałem do prochów, ale prawda jest taka, że wtedy niespecjalnie wierzyłem w powodzenie tego przedsięwzięcia, zawsze było coś, co mnie wyprowadziło z równowagi na tyle, żeby wrócić do ćpania.
Ale chciałbym wyjść na prostą. Nie wierzę, że mi się uda, ale chciałbym, naprawdę. Inni mogą, to dlaczego nie ja? Mam fach w rękach - nauczyłem się jubilerstwa i choć przez lata nic w tym kierunku nie robiłem, to nie znaczy, że nie mógłbym do tego wrócić. Pożyczyłem kasę od kumpla (i mojego niedawnego dealera) na rozkręcenie biznesu, kupiłem nieduży lokal, trochę złota i srebra, maszyny... I zobaczymy, jak mi pójdzie. Mam nadzieję, że klienci się pojawią.