Strona 1 z 1
Lizzie Bell
: pn maja 04, 2026 7:49 pm
autor: Lizzie Bell
#1 — is blood thicker than water?
Kto:
Helena & Lizzie
Gdzie:
Parkdale #21
Opis:
„Miała wrażenie, że spała zaledwie godzinę, zanim obudził ją dźwięk dzwonka do drzwi. Kawalerka była tak mała, a dzwonek tak głośny, że ożywiłby nawet trupa. Zerwała się, przykryta pościelą po czubek nosa. Roztrzepane włosy, każdy w inną stronę; pozostałości niedomytego tuszu do rzęs pod oczami; t-shirt, który sięgał kolan – nie wiadomo czyj, ale z pewnością nie jej; mina świadcząca o tym, że jeszcze nie do końca się obudziła. Wstała z łóżka i lekko chwiejnym krokiem ruszyła w stronę drzwi.
— Jezu… — jęknęła, starając się iść prosto. Musiała rozchodzić ból mięśni.
Dopadła zamka, a później klamki i ledwo myśląc co właściwie robi, pociągnęła za nią. Oto miała przed sobą… jakąś dziewczynę. Gdyby nie była tak zaspana (a raczej niewyspana), pomyślałaby dwa razy zanim otworzyłaby drzwi. Po pierwsze, starała się być czujna, zwykle zerkała przez wizjer i oceniała sytuację. Po drugie, znała zbyt wielu podejrzanych ludzi, żeby tego nie robić. Oparła się o te drzwi, przytrzymując ramieniem o klamkę i zlustrowała nieznajomą zdezorientowanym wzrokiem spod przymrużonych powiek, od twarzy po samą siatkę z zakupami.
— No… to ja.
Najwyraźniej wciąż nie myślała. Mogła powiedzieć, że to pomyłka. Odchrząknęła, bo miała zachrypnięty głos. Im dłużej na nią patrzyła, tym bardziej nie wiedziała, kim była.
— Nowa sąsiadka? — Wtedy przypomniała sobie słowa jednego gościa, któremu wisiała trochę hajsu. — Czekaj, wiem, jesteś od Charliego — wtrąciła, pstrykając palcami. — To już nieaktualne, wszystko mu oddałam, także spoko — wyrzuciła z siebie na jednym tchu, słodko się przy tym uśmiechając. Aż za słodko. Gadała bzdury, bo niczego mu jeszcze nie oddała, ale trzeba było się jakoś ratować, więc… powoli zaczęła zamykać drzwi”.
Status:
trwa
Lizzie Bell
: pn maja 04, 2026 7:57 pm
autor: Lizzie Bell
#2 — how hard can it be?
Kto:
Dante & Lizzie
Gdzie:
Parkdale #21 (retrospekcja)
Opis:
„Usłyszała dudniącą muzykę zanim jeszcze podeszła do drzwi mieszkania. Przewróciła oczami i zapukała głośno, bo przebicie się przez ten hałas mogło graniczyć z cudem. A jednak się udało, i to nawet w miarę szybko. Obrzuciła chłopaka oceniającym spojrzeniem, gdy otworzył. On z kolei patrzył na nią tak, że ślepy zauważyłby, jak bardzo nie cieszył się z tej wizyty.
„No chyba sobie żartujesz”.
Uśmiechnęła się uroczo, przechylając głowę na bok. Nie, ani trochę sobie nie żartowała, wręcz przeciwnie. Gdyby potrafiła, byłaby w tamtym momencie zajebiście poważna. Ale Bell należała do osób, które z powagą miały tyle wspólnego, co nic.
„Nawet nie mogłaś tego słyszeć u siebie…”.
I nie słyszała, tfu-tfu! Mogła się spodziewać, że pomyśli o muzyce, bo niby w jakim celu miałaby do niego przyłazić? Jakoś specjalnie za nim nie przepadała, on za nią widocznie też nie. Zresztą, najlepiej było dla nich obojga, jeżeli trzymali się od siebie z daleka.
— Ja nie dlatego. — Machnęła dłonią, drugą odblokowując komórkę. Włączyła nagrane wideo i podsunęła mu je pod nos. — Kran mi się zepsuł, widzisz? Ciągle kapie, nieważne co zrobię leci ta jebana woda, więc, no… trzeba to naprawić, ale ja sama nie dam rady. — Zabrała urządzenie i wepchnęła sobie do kieszeni dresów. — Dlatego tu jestem. Musisz mi pomóc.
To „musisz” wybrzmiało tak, jakby naprawdę była przekonana, że musiał się zgodzić. Jeżeli nie będzie chciał, zamierzała użyć karty przetargowej pod tytułem „już zapomniałeś, że zajęłam się twoim psem?”. Kogoś musiała wybrać, padło na niego, bo w pojmowaniu Lizzie był jej coś winien. Idealnie się składało”.
Status:
trwa
Lizzie Bell
: śr maja 06, 2026 9:36 pm
autor: Lizzie Bell
#3 — Calm down, baby girl, it's a wild world
Kto:
Madox & Lizzie
Gdzie:
klub Emptiness
Opis:
„Początek zawsze wyglądał tak samo. Zanim ściągnęłaby z siebie skąpą bieliznę, zostawiając na skórze wyłącznie błyskotki, musiała najpierw trochę pokokietować. Ale Liz tamtej nocy w ogóle się nie starała. Nie uśmiechała się, nie wdzięczyła – przypominała raczej mechaniczną lalkę, która z miną naburmuszonego kociaka po prostu robiła swoje.
Na czarnej, skórzanej kanapie otaczającej podest siedziało trzech mężczyzn. Dwóch całkiem zwyczajnych jak na to miejsce, niewyróżniających się z tłumu. I trzeci, który między nimi wyglądał jak ten, który miał najwięcej do powiedzenia. Mimo ramion luźno rozpostartych na oparciu sofy, jego mina nie wyrażała rozluźnienia. Ściągnięte, gęste brwi jeżyły się coraz bardziej, a oczy wlepione w Lizzie iskrzyły gniewnie, gdy raz po raz wykonywała obrót.
Kręciło jej się w głowie. Wciągnięta kilka godzin temu kokaina dawno przestała działać. Teraz czuła już tylko męczący zjazd.
— Dosyć. — Rozległo się donośnym, ostrym głosem, przebijającym dudniącą muzykę.
Przestała owijać się wokół rury dopiero w momencie, gdy kątem oka zauważyła podniesioną dłoń mężczyzny.
— Jazda stąd — powiedział z obcym akcentem, pstryknięciem palcami wskazując drzwi.
Lizzie zareagowała instynktownie; zadziorny charakter zdominował zmęczony i przyćpany umysł. Prychnęła głośno, zanim lekko chwiejnym krokiem zeszła ze sceny, podchodząc tuż pod kanapę. Wygięła się, bezceremonialnie opierając dłońmi o uda głównego z mafiozów.
— To po chuj marnujesz mój czas? — rzuciła słodko i uśmiechnęła się pewnie”.
Status:
trwa