ODPOWIEDZ
25 y/o
Enjoy the simplest things
179 cm
zawodowo pcha się w kłopoty ale nikt mu za to nie płaci
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

#011
Choć nie spędził w szpitalu zbyt wiele czasu – wciąż jednak za dużo, jeśli chodziło o jego zdanie – okazywało się, że wyjście z niego wcale nie oznaczało końca wszelkich możliwych niedogodności związanych z tym idiotycznym wypadkiem. Przeciwnie, zmiana pewnych nawyków – nawet jeśli prawdopodobnie tylko tymczasowa – w warunkach domowych wydawała się być jeszcze trudniejsza do zniesienia. Wymuszona oszczędność w funkcjonowaniu zdecydowanie nie była czymś, z czym Dante miałby się tak po prostu pogodzić. Właściwie… pewnie znacznie łatwiej było mu przystosować się do znacznego ograniczenia ruchów i wykonywania wszelkich czynności przy użyciu tylko jednej sprawnej ręki – nawet jeśli była to lewa ręka i w związku z tym nawet przygotowanie sobie kawy stanowiło niemałe wyzwanie… – niż do tego, że po prostu powinien nieco się oszczędzać.
W pierwszych dniach ułatwieniem samemu sobie życia miało być bezsensowne tkwienie w mieszkaniu. Głównie przez to, że niespecjalnie miał pomysł na to, co interesującego mógłby robić poza nim w obecnej sytuacji. Problem jednak w tym, że już właściwie ledwie kilka godzin mogłoby mu wystarczyć, by dojść do wniosku, że wśród czterech ścian również – a może raczej tym bardziej – nie miał zbyt wielu ciekawych zajęć.
Działanie na nerwy sąsiadom pewnie mogłoby stanowić jakąś formę rozrywki, ale… nie przez dłuższy czas. Ostatecznie nawet to musiałoby się wreszcie znudzić. Zwłaszcza, że w ciągu dnia większość z nich i tak pewnie przebywała poza własnym mieszkaniami, więc wszelkie uciążliwe dla nich zajęcia i tak nie mogłyby przynieść żadnego interesującego efektu…
Mimo wszystko, nawet nie mając rzeczywiście na celu naprzykrzania się nikomu konkretnemu, bezmyślnie podkręcił głośność puszczonej właśnie muzyki, zbliżając się przy tym do tej maksymalnej. Spędzenie w ten sposób kolejnych paru godzin na kanapie wprawdzie nie wydawało się ani trochę ciekawe, ale wciąż – wachlarz możliwości miał raczej mocno ograniczony.
W innych okolicznościach pewnie nie przejąłby się zbytnio natarczywym pukaniem do drzwi, jakie przebiło się przez dźwięki muzyki – w dodatku ledwie kilka chwil po jej włączeniu. Tym razem zareagował niemal od razu, ściszając ją do względnie akceptowalnego poziomu i podszedł w stronę drzwi, żeby je otworzyć.
No chyba sobie żartujesz – zmarszczył brwi, w dość niekonwencjonalny sposób witając stojącą za nimi sąsiadkę. – Nawet nie mogłaś tego słyszeć u siebie…
Bo rzeczywiście – ich mieszkania mimo wszystko dzieliła zbyt duża odległość, żeby jakiekolwiek głośniejsze dźwięki docierały do Lizzie. Szczęśliwie dla niej, bo przynajmniej nie musiała mimowolnie uczestniczyć we wszystkich jego kłótniach z Ivy, inni sąsiedzi niekoniecznie mieli ten komfort…
Mimo wszystko… pewnie na wstępie warto byłoby jej – wciąż jednak nieco po czasie – podziękować za zajęcie się psem, kiedy ten zagubił się po wypadku. Tyle tylko, że ten drobiazg najzwyczajniej w świecie wyleciał mu widocznie z głowy. Winę natomiast można było oczywiście zrzucić na zaskoczenie widokiem akurat jej po drugiej stronie drzwi…

Lizzie Bell
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
marchew
wszystko przejdzie, w razie czego można się dogadać
29 y/o
For good luck!
156 cm
tańczy w klubie Emptiness
Awatar użytkownika
there's a dollhouse, there's lies; shattered dreams, no money. automatic love like in fucking cyberpunk
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjigłównie przeszły
postać
autor

#2
Decyzję podjęła tak szybko, że zanim zdążyła cokolwiek przemyśleć, była już w drodze na dół. W kapciach i dresach, niedbale związanych włosach – czyli w wydaniu, w jakim sąsiad widział ją najczęściej, bo wpadali na siebie głównie gdzieś na klatce schodowej.
Środek tygodnia, do tego koniec miesiąca. I oczywiście musiało się coś zepsuć akurat wtedy, kiedy Liz z utęsknieniem czekała na kolejną wypłatę. Zamiast wydawać ostatnie pieniądze na hydraulika, który zająłby się cieknącym kranem pod prysznicem, wolała poprosić o pomoc sąsiada. A raczej przekonać go, że powinien jej pomóc, skoro jeszcze niedawno zajmowała się jego psem. Wcale nie musiała tego robić, po prostu nie potrafiła przejść obojętnie obok błąkającego się po osiedlu zwierzęcia.
Doczłapała się na parter szurając po podłodze kapciami à la brązowe lamy. W ręku ściskała telefon – przed wyjściem nagrała filmik tego cholernego kranu, w razie gdyby Dante jej nie uwierzył.
Usłyszała dudniącą muzykę zanim jeszcze podeszła do drzwi mieszkania. Przewróciła oczami i zapukała głośno, bo przebicie się przez ten hałas mogło graniczyć z cudem. A jednak się udało, i to nawet w miarę szybko. Obrzuciła chłopaka oceniającym spojrzeniem, gdy otworzył. On z kolei patrzył na nią tak, że ślepy zauważyłby, jak bardzo nie cieszył się z tej wizyty.
„No chyba sobie żartujesz”.
Uśmiechnęła się uroczo, przechylając głowę na bok. Nie, ani trochę sobie nie żartowała, wręcz przeciwnie. Gdyby potrafiła, byłaby w tamtym momencie zajebiście poważna. Ale Bell należała do osób, które z powagą miały tyle wspólnego, co nic.
„Nawet nie mogłaś tego słyszeć u siebie…”.
I nie słyszała, tfu-tfu! Mogła się spodziewać, że pomyśli o muzyce, bo niby w jakim celu miałaby do niego przyłazić? Jakoś specjalnie za nim nie przepadała, on za nią widocznie też nie. Zresztą, najlepiej było dla nich obojga, jeżeli trzymali się od siebie z daleka.
Ja nie dlatego. — Machnęła dłonią, drugą odblokowując komórkę. Włączyła nagrane wideo i podsunęła mu je pod nos. — Kran mi się zepsuł, widzisz? Ciągle kapie, nieważne co zrobię leci ta jebana woda, więc, no… trzeba to naprawić, ale ja sama nie dam rady. — Zabrała urządzenie i wepchnęła sobie do kieszeni dresów. — Dlatego tu jestem. Musisz mi pomóc.
To „musisz” wybrzmiało tak, jakby naprawdę była przekonana, że musiał się zgodzić. Jeżeli nie będzie chciał, zamierzała użyć karty przetargowej pod tytułem „już zapomniałeś, że zajęłam się twoim psem?”. Kogoś musiała wybrać, padło na niego, bo w pojmowaniu Lizzie był jej coś winien. Idealnie się składało.

Dante Levasseur
she
nie lubię postów tworzonych przez AI; jednostronnej inicjatywy; brania wszystkiego zbyt personalnie i nieodróżniania postaci od gracza
25 y/o
Enjoy the simplest things
179 cm
zawodowo pcha się w kłopoty ale nikt mu za to nie płaci
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Czy spośród wszystkich mieszkających w budynku osób, Lizzie mogłaby wybrać kogoś, kto lepiej nadawałby się do naprawy kranu? Oczywiście. I wciąż miałaby wtedy wybór wśród… dokładnie wszystkich. Grono mogłoby zacząć się zawężać dopiero w momencie, kiedy musiałaby znaleźć kogoś, kto aktualnie byłby obecny w mieszkaniu. Ale i to przecież nie powinno stanowić większego problemu – nadal miałaby dość szerokie możliwości, a przy odrobinie szczęścia może nawet trafiłaby na kogoś, kto nie tylko zająłby się tym zadaniem chętnie, ale w dodatku faktycznie by się na tym znał.
Tymczasem… postanowiła zdecydować się na najgorszy możliwy wybór.
Widocznie w tym dwuosobowym gronie nie tylko Dante miewał spore trudności z podejmowaniem rozsądnych decyzji…
Na telefon i wyświetlany na nim filmik spojrzał raczej z umiarkowanym zainteresowaniem – by nie powiedzieć zerowym. Cieknący kran zdecydowanie nie był czymś porywającym. Zwłaszcza, gdy nie do końca miało się pojęcie, po co w ogóle się na niego patrzyło…
Niezłe, ale trochę brakuje jakiejś akcji, szerszej publiki raczej nie zachwycisz. Często tak w ogóle zdarza ci się nagrywać cieknące krany…? – pewnie mógłby po prostu nie wcinać jej się w słowo i zaczekać na dalsze wyjaśnienia, ale… to widocznie zbyt mocno kłóciłoby się z nim samym. Zresztą, całe te dalsze wyjaśnienia też niespecjalnie były w stanie wzbudzić jego zainteresowanie. Rozbawienie – być może. Ale chyba nie do końca o to jej chodziło. Zwłaszcza, że wciąż daleko było mu do tego, by natychmiast zerwać się z miejsca i pognać do mieszkania sąsiadki, żeby zająć się naprawianiem jakiegoś cholernego prysznica.
Zamiast tego na krótką chwilę zawiesił spojrzenie na własnym unieruchomionym ramieniu, by następnie przenieść wzrok ponownie na Lizzie. Tym razem chyba nawet nie musiał na głos wyrażać przypuszczenia, że najwyraźniej sobie żartowała. I bez tego jego reakcja powinna być dość wymowna.
Słuchaj, tak się składa, że mam trochę inne plany – bezczynne tkwienie na kanapie na przykład, ale wciąż brzmiało to lepiej niż mam w dupie ten twój kran… – Podstaw tam jakiś garnek, czy inne wiadro, przynajmniej nie będziesz marnować wody. Albo… nie wiem, poszukaj może kogoś, kogo to obchodzi…?
Raczej łatwym do przewidzenia było to, że miał zdecydowanie inne zdanie na temat tego, co musiał. W tej kategorii absolutnie nie mieściły się usługi złotej rączki. A już na pewno nie, jeśli te miałyby dotyczyć osób, z którymi nie łączyły go nawet jakieś cieplejsze relacje. Albo w ogóle jakieś relacje wykraczające poza sprzeczkę o zeżartą przez psa wycieraczkę, czy jakieś inne, równie absurdalne kwestie.

Lizzie Bell
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
marchew
wszystko przejdzie, w razie czego można się dogadać
29 y/o
For good luck!
156 cm
tańczy w klubie Emptiness
Awatar użytkownika
there's a dollhouse, there's lies; shattered dreams, no money. automatic love like in fucking cyberpunk
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjigłównie przeszły
postać
autor

Przewróciła oczami raz, słysząc jego t o t a l n i e niepotrzebne porady.
Wielki reżyser się znalazł, pomyślała, choć miała ochotę się odgryźć. Musiała pamiętać, po co tam przyszła i jaki był plan.
Przewróciła oczami i drugi raz, kiedy wreszcie powiedziała mu, o co chodziło, a on zareagował dokładnie tak, jak mogła się tego spodziewać. Albo zbyt mocno uderzyła się w głowę, podnosząc znad wiadra, które podstawiła pod kran, albo kilka godzin temu skręciła sobie mocarnego blanta – bo najwidoczniej postradała zmysły. I nawet się trochę oburzyła, jakby liczyła, że rzuci wszystko i cały w skowronkach pobiegnie za nią na górę.
Prychnęła, splatając przed sobą ręce. Uniosła podbródek, żeby wyraźniej spojrzeć mu w oczy.
A co mnie to obchodzi, że ciebie to nie obchodzi? — palnęła, zabawnie poruszając przy tym głową. — Jesteś mi winien przysługę, już zapomniałeś? Właściwie to dwie. Jedna za niańczenie twojego psa, druga za sprzątanie jego kup. — Kiwnęła, chcąc podkreślić to drugie. — Nie stać mnie teraz na hydraulika, a nie kojarzę tu nikogo innego oprócz ciebie, przygłuchego próchna spod trzydziestki i tajniaka spod dwudziestki siódemki. W obu przypadkach mogę umrzeć, bo jeden ma laskę, drugi pewnie spluwę. Ty masz tylko durną minę, nic mi nie grozi. — Posłała mu krzywy uśmieszek.
Nie miała w zanadrzu zbyt wielu konkretów, nic sensownego nie przychodziło jej wtedy do głowy. Nie wiedziała zresztą, co mogłoby go przekonać. Cała nadzieja była więc w bogu ducha winnym kundlu.
Obrzuciła chłopaka zbolałym spojrzeniem i dodała:
No weź, bo mnie zaleje. A jak zaleje mnie, to zaleje i niższe piętra, aż w końcu dojdzie do ciebie. — Mało to było prawdopodobne, ale… — Zerknij na ten kran, raz dwa i będziesz mnie miał z głowy. Potem jesteśmy kwita. — Wydęła usta, patrząc mu wyczekująco w oczy. Nawet zatrzepotała rzęsami, zdając sobie sprawę z tego, że na większość facetów w klubie to działało. Zapominała tylko, że stała naprzeciwko dupka z sąsiedztwa, a nie napakowanego Serhiego, który szastał kasą i ślinił się na widok każdej tancerki. — Albo pożycz mi hajs.
Wolała tą drugą opcję.

Dante Levasseur
Ostatnio zmieniony pt maja 22, 2026 6:19 am przez Lizzie Bell, łącznie zmieniany 2 razy.
she
nie lubię postów tworzonych przez AI; jednostronnej inicjatywy; brania wszystkiego zbyt personalnie i nieodróżniania postaci od gracza
25 y/o
Enjoy the simplest things
179 cm
zawodowo pcha się w kłopoty ale nikt mu za to nie płaci
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Mógłby po prostu zamknąć jej drzwi pod nosem, wrócić na kanapę i na nowo włączyć muzykę. Tym razem może nieco głośniej, żeby skuteczne zagłuszyć jej ewentualne próby ponownego dobijania się do drzwi. Tyle tylko, że… chyba wcale nie brzmiało to jak ciekawy plan na resztę dnia. Tak samo zresztą, jak dalsze tkwienie w mieszkaniu. Nie mogąc więc liczyć póki co na żadne bardziej emocjonujące rozrywki, może wcale nie powinno dziwić, że nawet idiotyczna słowna przepychanka z niezbyt lubianą sąsiadką jawiła się jako nie taki najgorszy sposób na spędzenie chwili lub dwóch…
Nawet jeśli tę sąsiadkę ewidentnie odkleiło stanowczo zbyt mocno, skoro naprawdę zdawała się wierzyć w to, że miałby jej pomóc z tym durnym kranem. Albo czymkolwiek innym.
Ok, jasne, zajęłaś się psem. Zajebiście, Ivy pewnie już nawet zdążyła ci za to podziękować – bo oczywiście nie on, bez przesady… – A skoro oprócz tego potrzebujesz jeszcze przysług, to… za pierwszą możesz uznać to, że otworzyłem ci drzwi. I nawet nie zamknąłem ich zanim w ogóle zdążyłaś się odezwać. To już dwie, nie ma za co.
A jednak wciąż zamiast odwrócić się na pięcie, tkwił na tym cholernym progu, nie do końca mogąc się zdecydować, czy jej przekonanie o tym, że był odpowiednią osobą, którą powinna prosić o pomoc, bardziej go bawiło, czy… tej drugiej emocji chyba nie potrafił nawet zdefiniować. Ale pewnie mogłoby to być coś na kształt zaniepokojenia – gdyby tylko przejmował się nią na tyle, by dojść do wniosku, że faktycznie mogła po drodze na niższe piętra spaść ze schodów i odrobinę zbyt mocno uderzyć w głowę…
Zanim cokolwiek dopłynie do mnie, ktoś pewnie zdąży już to ogarnąć. Czyli nadal – nie mój problem – wzruszył ramionami, zanim zdążył przypomnieć sobie, że przy tym nieszczęsnym złamanym obojczyku może jednak nie był to najlepszy pomysł. Przez to pewnie trudno byłoby jednoznacznie stwierdzić, czy grymas, który pojawił się na jego twarzy wywołany był bardziej tym bolesnym przypomnieniem ze strony uszkodzonej kończyny, czy może jednak kolejnymi słowami Lizzie.
Zapomnij – chyba nie spodziewała się żadnej innej odpowiedzi, prawda? A jednak… stojąc tak przez dłuższą chwilę i przyglądając się jej w nadziei, że faktycznie pójdzie wreszcie po rozum do głowy i… ogólnie sobie pójdzie, musiał wreszcie wydać z siebie przeciągłe, nieco zrezygnowane westchnięcie.
Nie odpuścisz, dopóki faktycznie nie pójdę zobaczyć tego pieprzonego kranu, nie…? – nie musiał chyba nawet czekać na odpowiedź. I nie zamierzał, zgarniając po prostu z szafki klucze od własnego mieszkania i wychodząc na korytarz, żeby rzeczywiście przejść tych parę pięter wyżej.
A jak okaże się, że nie ma żadnego cieknącego kranu, tylko w ten sposób zwabiasz sobie do mieszkania potencjalne ofiary, to… – musiał na moment zastanowić się, nie bardzo wiedząc właściwie, jakie mogłyby być konsekwencje takiego obrotu spraw. – …znowu będziesz musiała zająć się psem. I to bez żadnej przysługi w zamian.
Może i nie było to jakoś szczególnie zniechęcające do potencjalnego morderstwa, ale… nic lepszego i tak nie przychodziło mu do głowy. No i jednak, nawet z całym swoim brakiem sympatii do Lizzie, chyba raczej nie zakładał na poważnie, że faktycznie miałaby okazać się jakimś psychopatycznym mordercą. I że rzeczywiście chodziło tylko o jakiś durny kran, którego wciąż nie miał ochoty ani oglądać, ani tym bardziej naprawiać.

Lizzie Bell
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
marchew
wszystko przejdzie, w razie czego można się dogadać
29 y/o
For good luck!
156 cm
tańczy w klubie Emptiness
Awatar użytkownika
there's a dollhouse, there's lies; shattered dreams, no money. automatic love like in fucking cyberpunk
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjigłównie przeszły
postać
autor

„Ivy pewnie już nawet zdążyła ci za to podziękować”.
Zmarszczyła brwi, przez chwilę mocno zastanawiając się nad tym, kim była Ivy. Doszła do wniosku, że nie wie, ale najpewniej była to blondynka, która z nim mieszkała i mignęła jej przed oczami może ze dwa razy. Pracując w takich godzinach jak Bell ciężko było kojarzyć swoich sąsiadów. Kiedy inni spali, ona tańczyła w klubie. Potrafiła przesypiać potem całe dnie.
Nie podziękowała — wtrąciła gdzieś w połowie tego, co mówił dalej. — A otworzenie drzwi to żadne podziękowania, nawet pięciolatek by to wiedział — prychnęła, uśmiechając się krzywo.
Powoli zaczynała wierzyć, że nie uda jej się wyciągnąć go z mieszkania. Zresztą… co to w ogóle za pomysł, żeby do niego wbić? Mogła zadzwonić po kogokolwiek znajomego, a już na pewno bardziej znajomego od niego. Pomyślała o Kyle’u, ale jeśli zadzwoniłaby po Kyle’a, musiałaby się czymś odwdzięczyć. Problem polegał na tym, że jego interesowało jedynie zioło albo seks. Tego dnia nie chciała mu dawać ani swojej trawki, ani ciała.
„Zapomnij”.
Westchnęła i prawie tupnęła nogą. Nie pasowało jej totalnie stać tam i prosić go o pomoc, ale na szybko nic lepszego nie potrafiła wymyślić. A ktoś pomóc Lizzie musiał.
Naprawdę myślisz, że nagrywam cieknące krany dla zabawy albo żeby wabić potencjalne ofiary do mieszkania? — mruknęła z niedowierzaniem, bo to było niedorzeczne. — Rusz głową, Dante…
Wzięła kolejny głęboki wdech, poczekała kilkanaście sekund i dopiero rzuciła:
P r o s z ę.
Znowu próbowała się uśmiechnąć, słodko jakoś lub tak, żeby go wziąć na litość, a wyszedł z tego dziwny, zbolały grymas.
Mam dobre zioło — dodała zaraz, bardzo niechętnie.
Jeśli to go nie przekona, musiała chyba pogodzić się z wizją walczenia z kranem w pojedynkę. Najwyżej urządzi sobie powódź.

Dante Levasseur
she
nie lubię postów tworzonych przez AI; jednostronnej inicjatywy; brania wszystkiego zbyt personalnie i nieodróżniania postaci od gracza
25 y/o
Enjoy the simplest things
179 cm
zawodowo pcha się w kłopoty ale nikt mu za to nie płaci
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wciąż wprawdzie nie przychodził mu do głowy żaden sensowny powód, dla którego Lizzie miałaby prosić o pomoc właśnie jego, ale… skoro wszystko wskazywało na to, że pozbycie się hipotetycznej plagi karaluchów byłoby łatwiejsze od pozbycia się jej – prawdopodobnie nie miał wyboru. To znaczy… miał. Nadal mógł odwrócić się na pięcie, zamknąć za sobą drzwi i zapomnieć, że tych kilka pięter wyżej ktoś musiał się właśnie zmagać z jakimś cieknącym kranem. Tyle tylko, że to oznaczałoby jednocześnie powrót do kompletnie nudnego tkwienia na kanapie. W połączeniu z dalszym irytowaniem sąsiadów zbyt głośną muzyką, co jednak nie okazywało się rozrywką aż tak satysfakcjonującą, jak mógłby sobie życzyć, skoro najwyraźniej nikt nie miał zamiaru zwracać zbytniej uwagi na ten hałas.
Najwyraźniej musiał więc dojść do wniosku, że możliwość pomocy sąsiadce – albo raczej pogorszenia sytuacji… – mogła okazać się zajęciem nieco ciekawszym od… chyba każdego innego, jakim mógłby się aktualnie zająć.
A może jednak większy wpływ na podjęcie decyzji miała ta jej prośba, po której nie mógł podarować sobie wymownego uniesienia brwi oraz tego, by uraczyć ją spojrzeniem dość jasno sugerującym, że właśnie całkiem poważnie zastanawiał się, czy aby przypadkiem coś mu się nie przesłyszało.
Po drodze spadłaś ze schodów i uderzyłaś się w głowę…? – autentyczne zdziwienie w jego wypowiedzi było chyba w pełni zrozumiałe. W końcu… to pojedyncze słowo było chyba ostatnim, czego mógłby się po niej spodziewać. No, może plasowało się na liście zaraz po zaproponowaniu przez nią zapłaty za tę pomoc. Ale tej akurat opcji nawet nie brał pod uwagę – chyba całkiem słusznie, skoro ledwie chwilę wcześniej alternatywą dla naprawy tego cholernego kranu miało być w jej mniemaniu pożyczenie jej kasy…
Oby, bo nie mam zamiaru męczyć się z jakimś cieknącym kranem za darmo… – mruknął jeszcze, w odpowiedzi na jej wzmiankę o dobrym ziole. Jednocześnie upewnił się, że zamknął za sobą drzwi od własnego mieszkania, a chwilę później był już w drodze na górę. Może tylko raz lub dwa zastanawiając się przy tym, po co właściwie się w to pakował i co niby miałoby mu przeszkadzać w tym nudnym tkwieniu na kanapie… Zwłaszcza, że pojęcie o naprawianiu cieknących kranów miał prawdopodobnie dokładnie takie samo jak Lizzie. Żadne, tak konkretniej. Choć z drugiej strony… nie chodziło przecież ani o jego kran, ani tym bardziej jego mieszkanie. Ewentualna powódź wciąż miałaby do pokonania przynajmniej kilka pięter, zanim mogłaby dotrzeć na parter, więc… raczej nie musiał jakoś bardzo przejmować się prawdopodobną porażką i katastrofą.
Masz w ogóle jakieś narzędzia, żeby to ogarnąć? – obejrzał się w jej stronę dopiero w momencie, gdy zatrzymał się przed drzwiami od jej mieszkania. Łatwo było zresztą poznać te właściwe, choćby po nieco nagryzionej przez psa wycieraczce… – Czy liczysz na to, że da się obkleić kran taśmą i będzie po problemie?
Co właściwie mogłoby nie być takim najgorszym rozwiązaniem. Przynajmniej istniałaby jakaś minimalna szansa na to, że mogłoby podziałać, jeśli taśma byłaby wystarczająco mocna. I na pewno minimalizowałoby to ryzyko tragedii, jaka mogłaby się wydarzyć, gdyby rzeczywiście musiał majstrować przy kranie jakimiś bardziej skomplikowanymi narzędziami, w dodatku przy użyciu jednej ręki.

Lizzie Bell
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
marchew
wszystko przejdzie, w razie czego można się dogadać
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ W czasie”