ODPOWIEDZ
25 y/o
Mark your calendar for Canada Day
179 cm
zawodowo pcha się w kłopoty ale nikt mu za to nie płaci
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

#011
Choć nie spędził w szpitalu zbyt wiele czasu – wciąż jednak za dużo, jeśli chodziło o jego zdanie – okazywało się, że wyjście z niego wcale nie oznaczało końca wszelkich możliwych niedogodności związanych z tym idiotycznym wypadkiem. Przeciwnie, zmiana pewnych nawyków – nawet jeśli prawdopodobnie tylko tymczasowa – w warunkach domowych wydawała się być jeszcze trudniejsza do zniesienia. Wymuszona oszczędność w funkcjonowaniu zdecydowanie nie była czymś, z czym Dante miałby się tak po prostu pogodzić. Właściwie… pewnie znacznie łatwiej było mu przystosować się do znacznego ograniczenia ruchów i wykonywania wszelkich czynności przy użyciu tylko jednej sprawnej ręki – nawet jeśli była to lewa ręka i w związku z tym nawet przygotowanie sobie kawy stanowiło niemałe wyzwanie… – niż do tego, że po prostu powinien nieco się oszczędzać.
W pierwszych dniach ułatwieniem samemu sobie życia miało być bezsensowne tkwienie w mieszkaniu. Głównie przez to, że niespecjalnie miał pomysł na to, co interesującego mógłby robić poza nim w obecnej sytuacji. Problem jednak w tym, że już właściwie ledwie kilka godzin mogłoby mu wystarczyć, by dojść do wniosku, że wśród czterech ścian również – a może raczej tym bardziej – nie miał zbyt wielu ciekawych zajęć.
Działanie na nerwy sąsiadom pewnie mogłoby stanowić jakąś formę rozrywki, ale… nie przez dłuższy czas. Ostatecznie nawet to musiałoby się wreszcie znudzić. Zwłaszcza, że w ciągu dnia większość z nich i tak pewnie przebywała poza własnym mieszkaniami, więc wszelkie uciążliwe dla nich zajęcia i tak nie mogłyby przynieść żadnego interesującego efektu…
Mimo wszystko, nawet nie mając rzeczywiście na celu naprzykrzania się nikomu konkretnemu, bezmyślnie podkręcił głośność puszczonej właśnie muzyki, zbliżając się przy tym do tej maksymalnej. Spędzenie w ten sposób kolejnych paru godzin na kanapie wprawdzie nie wydawało się ani trochę ciekawe, ale wciąż – wachlarz możliwości miał raczej mocno ograniczony.
W innych okolicznościach pewnie nie przejąłby się zbytnio natarczywym pukaniem do drzwi, jakie przebiło się przez dźwięki muzyki – w dodatku ledwie kilka chwil po jej włączeniu. Tym razem zareagował niemal od razu, ściszając ją do względnie akceptowalnego poziomu i podszedł w stronę drzwi, żeby je otworzyć.
No chyba sobie żartujesz – zmarszczył brwi, w dość niekonwencjonalny sposób witając stojącą za nimi sąsiadkę. – Nawet nie mogłaś tego słyszeć u siebie…
Bo rzeczywiście – ich mieszkania mimo wszystko dzieliła zbyt duża odległość, żeby jakiekolwiek głośniejsze dźwięki docierały do Lizzie. Szczęśliwie dla niej, bo przynajmniej nie musiała mimowolnie uczestniczyć we wszystkich jego kłótniach z Ivy, inni sąsiedzi niekoniecznie mieli ten komfort…
Mimo wszystko… pewnie na wstępie warto byłoby jej – wciąż jednak nieco po czasie – podziękować za zajęcie się psem, kiedy ten zagubił się po wypadku. Tyle tylko, że ten drobiazg najzwyczajniej w świecie wyleciał mu widocznie z głowy. Winę natomiast można było oczywiście zrzucić na zaskoczenie widokiem akurat jej po drugiej stronie drzwi…

Lizzie Bell
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
wszystko przejdzie, w razie czego można się dogadać
28 y/o
For good luck!
156 cm
tańczy w klubie Emptiness
Awatar użytkownika
there's a dollhouse, there's lies; shattered dreams, no money. automatic love like in fucking cyberpunk
nieobecnośćtak
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

#2
Decyzję podjęła tak szybko, że zanim zdążyła cokolwiek przemyśleć, była już w drodze na dół. W kapciach i dresach, niedbale związanych włosach – czyli w wydaniu, w jakim sąsiad widział ją najczęściej, bo wpadali na siebie głównie gdzieś na klatce schodowej.
Środek tygodnia, do tego koniec miesiąca. I oczywiście musiało się coś zepsuć akurat wtedy, kiedy Liz z utęsknieniem czekała na kolejną wypłatę. Zamiast wydawać ostatnie pieniądze na hydraulika, który zająłby się cieknącym kranem pod prysznicem, wolała poprosić o pomoc sąsiada. A raczej przekonać go, że powinien jej pomóc, skoro jeszcze niedawno zajmowała się jego psem. Wcale nie musiała tego robić, po prostu nie potrafiła przejść obojętnie obok błąkającego się po osiedlu zwierzęcia.
Doczłapała się na parter szurając po podłodze kapciami à la brązowe lamy. W ręku ściskała telefon – przed wyjściem nagrała filmik tego cholernego kranu, w razie gdyby Dante jej nie uwierzył.
Usłyszała dudniącą muzykę zanim jeszcze podeszła do drzwi mieszkania. Przewróciła oczami i zapukała głośno, bo przebicie się przez ten hałas mogło graniczyć z cudem. A jednak się udało, i to nawet w miarę szybko. Obrzuciła chłopaka oceniającym spojrzeniem, gdy otworzył. On z kolei patrzył na nią tak, że ślepy zauważyłby, jak bardzo nie cieszył się z tej wizyty.
„No chyba sobie żartujesz”.
Uśmiechnęła się uroczo, przechylając głowę na bok. Nie, ani trochę sobie nie żartowała, wręcz przeciwnie. Gdyby potrafiła, byłaby w tamtym momencie zajebiście poważna. Ale Bell należała do osób, które z powagą miały tyle wspólnego, co nic.
„Nawet nie mogłaś tego słyszeć u siebie…”.
I nie słyszała, tfu-tfu! Mogła się spodziewać, że pomyśli o muzyce, bo niby w jakim celu miałaby do niego przyłazić? Jakoś specjalnie za nim nie przepadała, on za nią widocznie też nie. Zresztą, najlepiej było dla nich obojga, jeżeli trzymali się od siebie z daleka.
Ja nie dlatego. — Machnęła dłonią, drugą odblokowując komórkę. Włączyła nagrane wideo i podsunęła mu je pod nos. — Kran mi się zepsuł, widzisz? Ciągle kapie, nieważne co zrobię leci ta jebana woda, więc, no… trzeba to naprawić, ale ja sama nie dam rady. — Zabrała urządzenie i wepchnęła sobie do kieszeni dresów. — Dlatego tu jestem. Musisz mi pomóc.
To „musisz” wybrzmiało tak, jakby naprawdę była przekonana, że musiał się zgodzić. Jeżeli nie będzie chciał, zamierzała użyć karty przetargowej pod tytułem „już zapomniałeś, że zajęłam się twoim psem?”. Kogoś musiała wybrać, padło na niego, bo w pojmowaniu Lizzie był jej coś winien. Idealnie się składało.

Dante Levasseur
she
nie lubię postów tworzonych przez AI; jednostronnej inicjatywy; brania wszystkiego zbyt personalnie i nieodróżniania postaci od gracza
25 y/o
Mark your calendar for Canada Day
179 cm
zawodowo pcha się w kłopoty ale nikt mu za to nie płaci
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Czy spośród wszystkich mieszkających w budynku osób, Lizzie mogłaby wybrać kogoś, kto lepiej nadawałby się do naprawy kranu? Oczywiście. I wciąż miałaby wtedy wybór wśród… dokładnie wszystkich. Grono mogłoby zacząć się zawężać dopiero w momencie, kiedy musiałaby znaleźć kogoś, kto aktualnie byłby obecny w mieszkaniu. Ale i to przecież nie powinno stanowić większego problemu – nadal miałaby dość szerokie możliwości, a przy odrobinie szczęścia może nawet trafiłaby na kogoś, kto nie tylko zająłby się tym zadaniem chętnie, ale w dodatku faktycznie by się na tym znał.
Tymczasem… postanowiła zdecydować się na najgorszy możliwy wybór.
Widocznie w tym dwuosobowym gronie nie tylko Dante miewał spore trudności z podejmowaniem rozsądnych decyzji…
Na telefon i wyświetlany na nim filmik spojrzał raczej z umiarkowanym zainteresowaniem – by nie powiedzieć zerowym. Cieknący kran zdecydowanie nie był czymś porywającym. Zwłaszcza, gdy nie do końca miało się pojęcie, po co w ogóle się na niego patrzyło…
Niezłe, ale trochę brakuje jakiejś akcji, szerszej publiki raczej nie zachwycisz. Często tak w ogóle zdarza ci się nagrywać cieknące krany…? – pewnie mógłby po prostu nie wcinać jej się w słowo i zaczekać na dalsze wyjaśnienia, ale… to widocznie zbyt mocno kłóciłoby się z nim samym. Zresztą, całe te dalsze wyjaśnienia też niespecjalnie były w stanie wzbudzić jego zainteresowanie. Rozbawienie – być może. Ale chyba nie do końca o to jej chodziło. Zwłaszcza, że wciąż daleko było mu do tego, by natychmiast zerwać się z miejsca i pognać do mieszkania sąsiadki, żeby zająć się naprawianiem jakiegoś cholernego prysznica.
Zamiast tego na krótką chwilę zawiesił spojrzenie na własnym unieruchomionym ramieniu, by następnie przenieść wzrok ponownie na Lizzie. Tym razem chyba nawet nie musiał na głos wyrażać przypuszczenia, że najwyraźniej sobie żartowała. I bez tego jego reakcja powinna być dość wymowna.
Słuchaj, tak się składa, że mam trochę inne plany – bezczynne tkwienie na kanapie na przykład, ale wciąż brzmiało to lepiej niż mam w dupie ten twój kran… – Podstaw tam jakiś garnek, czy inne wiadro, przynajmniej nie będziesz marnować wody. Albo… nie wiem, poszukaj może kogoś, kogo to obchodzi…?
Raczej łatwym do przewidzenia było to, że miał zdecydowanie inne zdanie na temat tego, co musiał. W tej kategorii absolutnie nie mieściły się usługi złotej rączki. A już na pewno nie, jeśli te miałyby dotyczyć osób, z którymi nie łączyły go nawet jakieś cieplejsze relacje. Albo w ogóle jakieś relacje wykraczające poza sprzeczkę o zeżartą przez psa wycieraczkę, czy jakieś inne, równie absurdalne kwestie.

Lizzie Bell
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
wszystko przejdzie, w razie czego można się dogadać
ODPOWIEDZ

Wróć do „Porzucone”