
Jej matka była bardziej postępowa i niemal szalona w tym co robiła: o ile jej dziadkowie trzymali się przepisów i sprawdzonych rzeczy, tak jej rodzicielka uwielbiała eksperymentować ze wszystkim. Dla kontrastu jej ojciec był spokojnym i zrównoważonym księgowym.
I przez chwilę byli w trójkę: ona i rodzice. Potem pojawiło się rodzeństwo. Z jednej strony kochała ten hałas i to, że nigdy nie była tak naprawdę sama. Z drugiej strony: czasami czuła się przebodźcowana i potrzebowała uciec. Uciekała zazwyczaj w świat książek, czytając o romansach i ideałach. Z czasem rozwinęła się w niej dusza niepoprawnej romantyczki.
Nie powinno zatem nikogo dziwić, że gdy dostała podczas wakacji u dziadków w Kingston w twarz piłką siatkową od wyjątkowo przystojnego chłopaka uznała to za znak od niebios. Od niezręcznych przeprosin (i naprawdę miała szczerą nadzieję, że podczas nich nie wyglądała jak sarna patrząca na światła nadjeżdżającego samochodu), przez powierzchowne rozmowy po pierwsze randki i obietnice. Sama nie wiedziała czy wpadła po uszy w momencie zobaczenia go czy stało się to później, ale nie minęło dużo czasu, gdy zdała sobie sprawę ze swoich uczuć. Nie żeby zamierzała mu je wyznać. Być może tylko nieco podejrzane było, że coraz częściej chciała wyjeżdżać do dziadków ojca, ale kto by się tym przejmował?
Musieli się jednak rozstać na dłużej. Z obietnicą pisania listów i rozmów oraz spotkań, gdy tylko czas (i przepustki) na to pozwolą. Z początku to się sprawdzało. Korespondencja była częsta i długa, pełna obaw i planów dotyczących przyszłości. Sama Catherine zastanawiała się nad wyborem swojego zawodu i studiów. I zapewne wszystko byłoby dobrze, gdyby nie druzgocząca diagnoza jej matki. Przewlekła choroba miała wyniszczyć jej organizm, szanse na przeżycie były niewielkie.
Nie napisała mu tego. Być może był to jej pierwszy błąd.
Kolejnym być może było porzucenie swoich marzeń na rzecz spojenia rodziny z powrotem w jedno. Część jej rodzeństwa nie była nawet pełnoletnia, ojciec uciekł w pracę, w domu bywając raczej rzadziej niż częściej. A jej matka... A jej matka traciła gdzieś swój wewnętrzny ogień. W tym wszystkim zatraciła gdzieś siebie, stając się czymś w rodzaju robota zaprogramowanego na zadania. Jej jedynym pocieszeniem były listy. Te jednak przychodziły coraz rzadziej i były dziwne. Coraz dziwniejsze.
Po czasie kontakt urwał się całkowicie. Próbowała jeszcze kilkukrotnie odezwać się do mężczyzny, bojąc się, że wydarzyło się coś złego. Gdy jednak odpowiedzi nie nadchodziły z bólem uznała, że widocznie to nie ma sensu.
Skupiła się zamiast tego całkowicie na rodzinie. Opiekowała się matką, wyciągała ojca z letargu
Mogła śmiało powiedzieć, że została rodzicem dla reszty dzieci państwa Bennett i nawet udało jej się ich odchować. Gdy ostatnie poszło na studia nie wiedziała co ze sobą zrobić. Wtedy z pomocą przyszli jej dziadkowie, którzy zaproponowali jej, że może nauczyć się zarządzać rodzinną restauracją. Co prawda ich warunkiem było, aby najpierw została kelnerką i zdobyła doświadczenie w pracy z klientem, ale po krótkiej sprzeczce zaakceptowała to. Brzmiało to jak plan i to rozsądny.
- marzy o zamieszkaniu w małym domu z dużym ogrodem
- może pić herbatę hektolitrami. Nie przepada za to za kawą bez dodatków.
- zachowuje niektóre rzeczy, które mają dla niej wartość sentymentalną. Gromadzi je w pudle schowanym w szafie.
- nieważne co robi w tle zawsze musi coś grać. Bez różnicy czy jest to podcast, słuchowisko czy muzyka.
- zgłasza się często na wolontariusza do szpitali i schroniska.
- uwielbia próbować różnych kuchni świata.
- kocha śpiew i karaoke.
- darzy siłownię szczerą nienawiścią. Bieżnia widocznie odwzajemnia to uczucie, gdyż prawie każde wejście na nią kończy się kilkoma siniakami i Cathy.
- ma swój ulubiony kubek. Wygląda co prawda jakby został rzucony o kilka razy za dużo o podłogę, ale absolutnie jej to nie przeszkadza.
- kiedy dużo myśli lubi przelewać nadmiar emocji, uczuć, problemów na papier. Czasem jest to pisanie, czasem rysunek, a czasem fotografia.