
Oboje głośno się śmiali; u jego ojca śmiech rodził się nisko w klatce piersiowej i rozlewał donośną falą po pomieszczeniu, długo wibrując w powietrzu. Jako dziecko uwielbiał ten dźwięk. Kojarzył mu się z bezpieczeństwem i zabawą, przeganiał smutki i wstyd, zarażał wesołością. Zawsze próbował dorównać temu brzmieniu, lecz jego głos był o wiele wyższy i jaśniejszy.
Wspólnie gotowali, czytali i jeździli na rowerze. Tata pozwalał mu na jazdę bez trzymanki, w tajemnicy przed mamą, która zawsze denerwowała się widząc podobne głupie popisy. Razem słuchali radia: tańczyli do ulubionych piosenek; śpiewali chwytliwe refreny; śmiali się z żartów opowiadanych w wieczorny programie. Ojciec zawsze denerwował się, gdy temat schodził na wiadomości; wzburzonym głosem wtrącał komentarze o niekompetencji polityków, a on myślał wtedy, że chciałby być kiedyś tak mądry jak tata.
Z matką czas płynął inaczej – wolniej i intensywniej zarazem. Spędzali dużo czasu na zewnątrz, przechadzając się po okolicy, wybierając się na krótkie wycieczki do lasu czy nad jezioro. Czytała słowa z ruchu ust, a później migała w odpowiedzi znaki, eleganckimi, smukłymi dłońmi. Zawsze fascynowało go to z jaką gracją potrafiła się komunikować, jej ruchy zawsze zawierały emocje: brwi unosiły się w pytaniu; na twarzy rozkwitał uśmiech zanim ręce nakreśliły słowo wspaniale; palce poruszały się szybciej, gdy zaczynała się czymś ekscytować. W ich relacji było więcej miejsca na cierpliwość i skupienie, na wzajemną obserwację siebie i świata, na naukę wrażliwości i uważności. Dzięki niej nauczył się patrzeć inaczej na ludzi – zauważać drobne zmarszczki przy oczach, napięcia w okolicy ust, ułożenie ramion.
W jego domu rodzinnym nie przelewało się, lecz rodzice zawsze stawiali go na pierwszym miejscu. Uczęszczał na dodatkowe zajęcia z języków obcych i matematyki, a także na lekcje z zapasów. Nauczyciele powtarzali, że ma „potencjał”, a rodziców rozpierała duma, choć wiedzieli, że nigdy nie będzie ich stać na to, aby w pełni go wykorzystać. Widział, jak zaciskają pasa, rezygnują z własnych przyjemności, licząc, że wyrzeczenia pomogą im w osiągnięciu celu, lecz zajęcia stawały się dla niego za proste, a kolejne ambitniejsze poziomy były droższe. Pierwsze sukcesy na macie przyniosły ze sobą dodatkowe koszty – większą ilość treningów, wyjazdy na zawody.
Rozwiązanie tych rozterek przyszło niespodziewanie. Przełożony pana Welsha, wpływowy przedsiębiorca mieszkający w ogromnym domu, który Wolfie odwiedził zaledwie kilka razy, zaoferował pokrycie czesnego w prestiżowej szkole z internatem. Wolfganga ogarnął strach i niepewność, gdy rodzice zaczęli tłumaczyć mu, dlaczego uważają to za dobry pomysł. Czuł łzy pod powiekami i kulę w gardle, gdy pomimo sprzeciwu oni wciąż obstawiali przy swoim. Nie będziesz sam, syn pana Morina również z Tobą pojedzie. Pamiętasz go, skarbie? Pamiętasz Montiego? [/akapit]
Pamiętał ich pierwsze spotkanie, ojciec zabrał go do pracy w sobotni poranek, a pan Morin zaprosił go do środka. Wolfie bał się tego człowieka, na pozór wydawał się miły – zwracał się sympatycznym tonem do jego taty, choć ten nie był nikim ważnym – lecz chłód bijący z jego oczu napawał go lękiem. Wejdź do środka, poszukaj mojego syna. Podążaj za muzyką, znajdziesz go bez problemu. Podążaj za muzyką. Jakże dziwnie brzmiały te słowa. Ruszył więc w głąb domu, nasłuchując smyczka płynącego po strunach. W małym saloniku skąpanym popołudniowym słońcem, otoczony nutami i powagą, której nigdy nie widział w żadnym innym dziecku, stał drobny chłopiec. Każdy odsłonięty skrawek jego skóry usiany był niezliczoną ilością piegów. Przemknęło mu przez myśl, że jeszcze nigdy nie spotkał nikogo tak ładnego.
Czuł się obco na tle innych dzieci. Jego wypowiedzi były pozbawione manier wyższych sfer, a wszyscy wokół wydawali się dojrzalsi. Nie gestykulowali nadmiernie podczas opowiadania historii, nie przestępowali z nogi na nogę, nie drapali się po głowie. Byli niżsi, a także drobniejsi w ramionach. Jako jedyny miał dłuższe włosy, złociste fale spływające na szyję nadawały mu wygląd prostego chłopca, którego nie stać na profesjonalne strzyżenie. Wszystko krzyczało w nim, że nie pasuje do tej scenerii, że jest oszustem, który dostał się tu fartem i nie zasługiwał na to miejsce. I zapewne czułby się jak w piekle, gdyby Monty nie został jego współlokatorem.
Spędzali ze sobą każdą chwilę. Uczyli się przy jednym biurku w bibliotece, a ich kolana zahaczały o siebie pod blatem. Wolfgang przychodził na jego koncerty, siadał w pierwszym rzędzie i bił najgłośniej brawo. Montgomery zjawiał się na jego zawodach, a Welsh czuł na sobie jego spojrzenie podczas każdego sparingu. Czasem się kłócili: o kolejność sprzątania, zgubiony piórnik, zbyt długi prysznic. Czasem nie przepraszali się wprost. Zdarzało się, że Monty rozpoczynał swoje ćwiczenia, lecz w ramach rozgrzewki wybierał Papa don’t preach Madonny wywołując wielki, niedorzeczny uśmiech Wolfganga.
Zżywali się ze sobą w sposób cichy, niemal niezauważalny dla innych. Wolfie wiedział o nim wszystko: znał jego ulubionych kompozytorów, rytuał przed koncertem. Bez problemu dostrzegał moment dumy lub rozczarowania, widział stres lub strach, gdy innych oszukiwał wyuczonym spokojem. Jego oczy dostrzegały więcej niż powinny, bo lubił go analizować. Dzięki niemu świat zawężał się do szczegółów.
Poznał kilka dziewcząt, które nieproszone siadały mu na kolanach. Ich ramiona oplatające jego szyję były przyjemnie gładkie, a ruchy palców na jego włosach na tyle miłe, że mógł swobodnie zamknąć oczy i nie myśleć o tym, że wolałby, aby miały więcej piegów. Przecież to i tak nie miało sensu. Nie miało prawa istnieć. On nigdy nie pozwoliłby na to, by…
Nie potrafi okiełznać zazdrości, która rozpaliła jego wnętrzności. Czuł jak krew buzowała pod jego skórą, gdy inny chłopak poprosił Montgomery’ego do tańca, a gorycz i zazdrość rozlały się po jego ciele, barwiąc rumieńcem policzki. Oddałby wszystko, aby znaleźć się na jego miejscu, aby to jego dłoń spoczęła na biodrze Monty’ego, aby jego szepczące usta znalazły się nad jego uchem.
Cały kolejny rok okazał się serią wzajemnie rzucanych sobie wyzwań. Kochał to, choć dostawał szału, bo jego ciało było w ciągłym oczekiwaniu na… coś więcej. Każdy przypadkowy dotyk jest maksymalnie przedłużony. Spojrzenia stały się śmielsze, śledząc rysy nagich ramion i linię bioder.
Latem wypłynęli na rejs z panem Morinem, ale wielki jacht pozwolił na znalezienie kryjówki z dala od surowego spojrzenia ojca. Z okazji szesnastych urodzin Wolfganga skradli alkohol z sowicie zaopatrzonego barku i zamknęli się w kajucie. Skumulowane roczne napięcie i wypite procenty sprawiły, że jego ręce nie opuściły tali przyjaciela w momencie, w którym powinien zakończyć się urodzinowy uścisk. Pocałunki smakowały jak whisky i paliły jak ogień. Miał ochotę błagać o jeszcze, lecz nie musiał. Montgomery wyszedł mu na przeciw.
Jego umysł zapamiętał każdy, najdrobniejszy szczegół. Z nieznośną precyzją potrafił odtworzyć wściekłość malującą się na twarzy Morina, jego determinację i gotowość do boju. Wolfgang zadziałał instynktownie, rzucił się do przodu, sparował uderzenie, oddał cios. Głuche pęknięcie w powietrzu zaskoczyło go, nigdy wcześniej nie słyszał takiego dźwięku, lecz instynktownie wiedział, że nie znaczyło ono nic dobrego.
Pod koniec sierpnia powiedział rodzicom, że nie chce wracać do szkoły. Wspomnienia urodzinowej nocy prześladowały go na każdym kroku. Wszędzie w gazetach widział twarz Morina, czarno-białe zdjęcie i wielki napis ŚMIERĆ ZNANEGO BIZNESMENA. Nie mógł spojrzeć prosto w oczy przyjaciela, nie wiedział jak przeprosić.
Rodzice byli z niego niezwykle dumni, gdy pojawili się na gali wręczenia dyplomów z okazji ukończenia studiów. Ukończył kierunek bezpieczeństwo narodowe z wyróżnieniem, a dzień po uroczystości zaciągnął się do wojska. Nie kierowała nim ambicja ani miłość do ojczyzny, lecz poczucie braku kontroli nad własnym życiem. Potrzebował oddać je komuś, kto wskaże mu jak powinien wyglądać jego dzień; w co się ubrać; co zrobić.
Armia była jak wybawienie. Zamknęła jego dzień w jeden schemat, który mógł odtwarzać za każdym razem, gdy tylko otwierał oczy. Życie było ułożone według zasad i stopni, a tempo nadawały godziny zbiórek, ćwiczeń i odpraw. Oddychało mu się łatwiej, zasypiało szybciej. Zmęczony umysł nie analizował po raz kolejny traumy, z którą nie mógł się pogodzić.
Czuł na sobie intensywne spojrzenie brązowych oczu, które prześlizgiwało się po jego sylwetce. Dostrzegał próby znalezienia momentów do rozmów. Zadziorny uśmiech wypływający na twarz, gdy wiedział, że Wolfgang widzi te wszystkie sygnały.
Nie sądził, że kiedykolwiek znów poczuje się zakochany. Jednak jego serce ruszyło, zabiło mocniej po raz pierwszy od lat. Znów mógł śmiać się pełną piersią, tańczyć dla przyjemności, przyglądać się komuś bez przerwy, poznawać, przełamywać bariery, budować więź, snuć plany na wspólną przyszłość.
Powiedzieli sobie tak w otoczeniu rodziny i najbliższych przyjaciół, wczesną jesienią, gdy liście stały się złotordzawe. Gdy spadł pierwszy śnieg Adam usłyszał, że jest chory na raka jelita cienkiego.
Wolfgang żył w przekonaniu, że jego ukochany pokona chorobę. W końcu był młody, silny, a rak został wykryty na wczesnym etapie. Niestety nie dało się go usunąć chirurgicznie, więc Adam rozpoczął chemioterapię, która szybko zaczęła osłabiać jego ciało. Gubił kilogramy w zawrotnym tempie, coraz częściej był zmęczony. Męczył go ból, którego lekarze nie potrafili ukoić. Przeobraził się w cień człowieka w zbyt krótkim czasie, a rokowania nie pozostawały złudzeń.
Dzieje się tak, w ich domu, we wspólnym łóżku. Odchodzi w ciszy w ramionach Wolfganga, który pozwala sobie na płacz dopiero gdy serce przestaje bić.
Nie wraca do wojska. Wyprowadza się do miasta, aby rozpocząć praktykę jako prywatny detektyw. Śledzi niewiernych mężów, obserwuje żony oskarżone o zdrady, robi zdjęcia ojcom, których rzekomo nie stać na alimenty. Przyjmuje sprawę za sprawą, zbiera dowody, spisuje raporty, wypisuje faktury za usługi. Jego życie to rutyna, nauczył się jej podczas służby. Pozwala mu przeżyć.
- Ma przebite uszy; trzy dziurki w lewym uchu i dwie w prawym.
- Regularnie uczęszcza na basen, siłownie i sparingi bokserskie. Czasem walczy za pieniądze.
- Pali jak smok, pije tylko gin z tonikiem.
- Posiada czarnego kota Belzebuba.
- Ledwo ciągnie interes, kliencie stale lecą mu kasę.
- Jest bardzo lojalnym przyjacielem i oazą spokoju, którą ciężko wyprowadzić z równowagi. Nie ma skłonności do oceniania ludzi.
- Kocha czytać książki i słuchać kawałków z lat 90 i 2000. Wielki fan Madonny.