
Ojciec sprzedał dom w Reno i przeniósł się z córkami do Toronto, do swoich rodziców. Potrzebował pomocy, bo jako jedyny utrzymywał rodzinę, więc pracował dużo i nie był w stanie samodzielnie zajmować się niemowlęciem oraz starszą córką. Dziadkowie pomogli im stanąć na nogi, a kilka lat później, gdy Violet miała szesnaście lat, ojciec kupił skromne mieszkanie w Rexdale. Nie było duże ani szczególnie wygodne, ale było ich własne.
Od dziecka była ambitna, ale nie genialna. Nie przychodziło jej wszystko bez wysiłku, nie była cudownym dzieckiem, o którym nauczyciele opowiadają sobie przy kawie. Miała dobre wyniki, bo była uporządkowana, pracowita i wcześnie zrozumiała, że jeśli chce mieć realny wybór, musi sama sobie go wypracować. Interesowała ją bioinżynieria, technologie medyczne i neurorehabilitacja, szczególnie rozwiązania dla pacjentów po udarach, urazach rdzenia i innych uszkodzeniach neurologicznych. Uniwersytet w Toronto nie był złą opcją, ale ona chciała studiować w Stanach, bo tam widziała dla siebie lepszy dostęp do laboratoriów, projektów i firm, do których próbowała się zbliżyć.
Dostała stypendium na bioinżynierię na Stanfordzie. Bez niego takie studia byłyby poza jej zasięgiem, więc od początku traktowała ten wyjazd jak coś, czego nie może zmarnować. Uczyła się dużo, robiła więcej niż wymagano, brała staże, szukała kontaktów i stopniowo budowała sobie miejsce w środowisku, w którym nie miała rodzinnego zaplecza ani nazwiska, które cokolwiek ułatwiało. Skończyła studia z bardzo dobrymi wynikami, ale po dyplomie i tak przez dłuższy czas nie mogła znaleźć pracy zgodnej z kwalifikacjami.
Rozsyłała więc kolejne CV, chodziła na rozmowy, czekała na odpowiedzi, których najczęściej nie było, i w międzyczasie podjęła zwykłą pracę administracyjno-biurową. Była poniżej jej kompetencji, ale dawała pieniądze i pozwalała zostać na miejscu. Traktowała ją jak etap przejściowy, chociaż z każdym miesiącem coraz trudniej było udawać, że wszystko idzie zgodnie z planem.
W końcu odezwała się prestiżowa firma zajmująca się neurotechnologią, bioinżynierią i rozwiązaniami z pogranicza robotyki medycznej oraz rehabilitacji. Projekt dotyczył urządzeń wspierających pacjentów po poważnych urazach neurologicznych. Dokładnie ten kierunek, w którym chciała iść od lat. Przygotowała się do rekrutacji bardzo dokładnie, bo wiedziała, że podobna okazja może się szybko nie powtórzyć. Dostała pracę i przez jakiś czas naprawdę miała poczucie, że wszystko, co zrobiła do tej pory, zaczęło się spinać.
Praca była trudna, wymagająca i czasochłonna, ale jej to nie zniechęcało. Lubiła projekt, wierzyła w jego sens i chciała być częścią zespołu, który pracował nad czymś realnie przydatnym. Brała na siebie dużo, czasem zbyt dużo, bo po latach starań trudno było jej odpuścić w miejscu, które w końcu wyglądało jak spełnienie jej ambicji.
W tej samej firmie została skrzywdzona przez przełożonego. Był wysoko postawiony, ważny dla projektu i dobrze umocowany w strukturze firmy. To nie był jeden zamknięty epizod, po którym mogła wrócić do normalności. Przekraczanie granic ciągnęło się miesiącami, coraz bardziej wciągając ją w sytuację, z której nie umiała wyjść bez poczucia, że traci wszystko, o co walczyła.
Nie zgłosiła tego bo zwyczajnie bała się, że jej nie uwierzą, że firma wybierze jego albo że cała sprawa przyklei się do jej nazwiska bardziej niż praca, którą wykonywała. Bała się też utraty projektu, stanowiska i pozycji, na którą pracowała od wyjazdu z Toronto. Próbowała sobie wmówić, że jeśli wytrzyma, jeśli zostanie profesjonalna, jeśli nie pozwoli, żeby to ją zatrzymało, to odzyska kontrolę. Została więc dłużej, niż powinna.
Przez kolejne miesiące, a później prawie dwa lata, normalnie pracowała, chodziła na spotkania, robiła raporty i odpowiadała na maile. Z zewnątrz nadal wyglądało to jak dobra kariera. W praktyce coraz bardziej się zamykała, coraz mniej mówiła rodzinie i coraz mocniej odcinała się od wszystkiego, co mogłoby wymagać szczerej reakcji. Znikała. Kontakt z ojcem, babcią i siostrą w Toronto stopniowo robił się krótszy, rzadszy, bardziej techniczny. Tłumaczyła się pracą, projektem, zmęczeniem.
Kiedy pewnego dnia zadzwoniono ze szpitala z informacją, że ojciec jest chory, nie przyjechała od razu. Miała ważny etap projektu, obowiązki i przekonanie, że jeszcze zdąży. Nie zdążyła. Następny telefon był od babci, która powiedziała jej, że ojciec zmarł.
Wróciła do Toronto, żeby zająć się pogrzebem, dokumentami, mieszkaniem w Rexdale i młodszą siostrą. Początkowo zakładała, że zabierze ją do Stanów i spróbuje wrócić do pracy, ale szybko zobaczyła, że dla młodej Toronto jest jedynym stabilnym miejscem po śmierci ojca. Miała tu szkołę, znajomych, dziadków, własny pokój i codzienność, której nie chciała tracić. Violet nie brała też poważnie opcji zostawienia jej z babcią. Była jej wdzięczna za pomoc, ale babcia była starsza, a odpowiedzialność za nastolatkę nie powinna znowu spaść na nią.
Została w Kanadzie. Nie z ulgą i nie bez żalu. Ta decyzja oznaczała porzucenie projektu, pracy i planu, na który pracowała przez lata. Jednocześnie nie potrafiła zrobić młodszej siostrze tego, co życie już kilka razy zrobiło im obu: przesunąć ją w nowe miejsce i oczekiwać, że się dostosuje.
