Interesy były więziami obopólnych korzyści niezależnie od branży i dziedziny, w której były dokonywane. W błyszczących salach konferencyjnych na szczytach wielopiętrowych budynków korporacji i w zatęchłych piwnicach wypełnionych towarem, który trzeba było rozprowadzić. Na każdym szczeblu w przekroju społeczeństwa polegały z grubsza na tym samym. Zaczynały się gdy dwie strony odnajdywały sposób na wyciągnięcie coś dla siebie z zawiązanego partnerstwa.
Kończyły w chwilach takich jak ta.
- Ryzyko się zmieniło. - głos jednego z mężczyzn wybrzmiał w jego gabinecie. Należał do
Finna, uparcie poprawiającego mankiet swojej marynarki. Racjonalizował, wykładając to samo, o czym rozmawiali już od pieprzonej godziny. - Gliny były u nas już trzeci raz w tym tygodniu.
-
To brzmi na wasz problem, nie mój - odrzucił natychmiast, powtarzając to jak mantrę. Spoglądając z zewnątrz, ich konwersacja była całkowicie bezproduktywna, jednak w tej jednej rzeczy, w której i c h interesy różniły się od korporacyjnych partnerstw biznesowych, były kierunek, w którym mogły skręcić nieudane negocjacje.
- Chuj, nie nasz - wycedził wściekle siedzący pośrodku, rosły mężczyzna.
Steve, mózg pieprzonej operacji, osoba, z którą rozmawiał najczęściej i którą jednocześnie emocje lubiły ponosić najszybciej. Podobnie jak jego. - Ryzyko wzrosło, więc cena wzrosła. Nie będziemy trzymać dla was doków za te ochłapy, które nam rzucasz, Monroe.
Jego irytacja chowała się gdzieś na dnie myśli. Pozwolił jej błysnąć w swojej mimice, spoglądając na trzeciego z mężczyzn. Siedzący cicho, wysoki i chudy jak tyczka
Neil przyglądał im się nerwowo, skubiąc jakiegoś strupka na swojej dłoni. Jego wzrok podążał to w kierunku Steve'a, to Vincenta, w wyraźnym sygnale, że sam nie miał pojęcia co mógł zrobić jego
szef.
-
Nie widzę, dlaczego miałbym dawać ci choćby pół dolara więcej. Trzymanie glin z dala od interesów to twoja robota, nie moja - odpowiedział z względnym spokojem, przyglądając się jedynemu mężczyźnie, który pozostał cichy w tej konwersacji.
Zawsze uważał, że Neil byłby
lepszym partnerem biznesowym. Wydawał się mieć rozwagę i cierpliwość, której Stephenowi brakowało. Miał ambicję, która dopchnęła go aż do stołka prawej ręki w ich małym przedsięwzięciu. Większość operacji i logistyki leżała na nim, reszta była wyłącznie jego twarzą. Gdyby między nimi powstał rozłam, Neil byłby drugi w kolejce.
- No to marnujemy tu czas - wyrzucił z siebie rosły koleś, rozkładając ręce jakby to pozostawało poza zasięgiem jego możliwości. Tkwiący obok niego wierny pomagier skinął ochoczo głową, podczas gdy ten jeden, cichy mężczyzna tylko nerwowo spoglądał w jego stronę - wiedząc, że Steve był łasy na pieniądze, które niekoniecznie powinien otrzymać. Dostrzegając w tym marną próbę wyłudzenia większych stawek choć nie miał żadnej podstawy, by je otrzymać.
Wiedział, w jaki sposób działają takie trójki jak oni.
Sam w jednej z nich był.
-
Nie masz go za wiele, prawda? - odpowiedział beztrosko, odrywając spojrzenie od chudego mężczyzny. Prowokacja błysnęła w jego oczach gdy spojrzał na pieniacza, centralną figurę w tych idiotycznych negocjacjach. -
Za... - zerknął na zegarek zawieszony na swoim nadgarstku. -
Czterdzieści pięć minut odbierasz córkę ze szkoły.
Powietrze zgęstniało w ułamku sekundy. Mężczyźni zesztywnieli, Steve wypuścił powietrze z ust, łącząc kropki w ten nieznośnie powolny sposób.
Nie interesowała go jego reakcja. Interesował go wyłącznie jego chudy pomagier, który odwalał za niego większość roboty.
- Czy ty mi, kurwa, grozisz? - warknął, podnosząc się z krzesła. Neil wskoczył na własne nogi natychmiast, usiłując wsunąć się pomiędzy mężczyzn. - Nie daj się sprowokować.
Wciąż tkwił w swoim fotelu, zadzierając głowę by spojrzeć na purpurowiejącego mężczyznę.
-
Alice, prawda? A może Anne? - zamyślił się, upijając łyk alkoholu, świadom tego, że za chwilę może brakować go w szklance. -
Niedawno skończyła dwanaście lat - kontynuował, każde słowo coraz mocniej ociekające jadem. -
Byłoby szkoda, gdyby któregoś dnia ktoś odebrał ją przed tobą.
Interesy były więzami obopólnych korzyści - dopóki nie robiły się osobiste.
Wtedy miały tendencję do kończenia się
źle.
Ź l e było nagłym krzykiem, pięściami wycelowanymi w jego stronę, hukiem rozbijanego z butelki szkła. Były wyjmowanym z pazuchy nożem i tym dzikim, prymitywnym szałem błyszczącym w oczach mknącego na niego napastnika, przewracanymi krzesłami i czerwonymi plamami krwi broczącej podłogę.
Ale ź l e było też obserwacją. Dwójką towarzyszy obrażonego mężczyzny, którzy z początku wiedzeni lojalnością, rzucili się do ataku. Ich zawahaniem gdy dostrzegli wyjmowane ostrze i mordercze zamiary w jego oczach. Przerażeniem, gdy zorientowali się, do czego był zdolny się przyczynić pomimo tego, że znajdowali się na obcym terytorium. Świadomością, że właśnie jego osobista zniewaga i groźba sprawiała, że spisywał ich wszystkich na ś m i e r ć.
Z satysfakcją odnotował furię odciągającego swojego towarzysza Neila - wtedy, gdy ostrze otarło się o jego bok niespodziewanie, zmuszając do sięgnięcia po zimną, pewną rękojeść broni.
A później zaskoczenie, gdy choć lufa wycelowana była w ich kierunku, nakazał im się
wynieść.
Powinno wystarczyć.
- Szefie, czy mamy ich zatrzymać? - głos wydarł się z telefonu leżącego gdzieś na biurku, nieustannie włączonego i nadającego do słuchającej ochrony.
Jego ciało paliło żywym ogniem w miejscach, w których pięści bądź ostrze dotarły do jego skóry. Drobinki krwi osiadły na zdartych knykciach gdy rozprostowywał i zginał palce dłoni, w której wnętrzu chowała się blizna.
-
Nie, niech idą - odpowiedział krótko, wściekle, sięgając do telefonu i przerywając połączenie.
Za daleko.
Pozwolił im zajść
za daleko. Czuł to, w tej chwili, w krwi sączącej się przez rozcięty materiał swojej koszuli. Jeden ruch zbyt dużo. Zbyt blisko punktu, w którym to wszystko mogło się skończyć bardzo źle. Ale musiało być warte
pertraktacji.
I choć wiedział to, że osiągnął dokładnie ten efekt, którego chciał, jego ciało odruchowo sięgnęło po broń gdy usłyszał ciche skrzypienie otwierających się drzwi. Serce zamarło na ułamek sekundy, dostrzegając j ą - a później fala zimnego strachu przemknęła po jego kręgosłupie, intensywniejsza niż ból w jego boku i w jego głowie.
Była blisko. Za blisko trójki rozjuszonych mężczyzn, którzy przed chwilą musieli iść tą samą klatką schodową, co ona.
-
Co tutaj robisz? - wydarło się z jego ust na jednym tchnieniu, głosem niosącym na sobie ślady po
spotkaniu tak, jak te ślady nosiło też ciało.
you're not supposed to see that