Wystarczył miesiąc, żeby narobiła sobie wstydu i pomyliła ze sobą dwóch ważnych klientów. Ojciec nałogowo powtarzał, żeby czytała nieco uważniej, bo powtarzalność nazwisk była w tej pracy codziennością. Przytakiwała mu, niemal zasypiając nad układaniem grafików i sprawdzaniu harmonogramu przyjęć. Wiedziała, że w najbliższym czasie miały odbyć się dwa spotkania biznesowe i jedna impreza firmowa. Zerknęła powierzchownie na nazwiska i numer rezerwacji, starając się spamiętać nazwiska dwóch klientów. Cholernie ważnych, tak słyszała. Podobno jeden z nich od kilku lat wynajmował salę na mniejsze lub większe imprezy. Ojciec nalegał, by został obsłużony w pierwszej kolejności i dostał jak najszybszy termin, bo często dopłacał za dobrą organizację. Wspólnie z ojcem uznali, że to będzie i d e a l n a okazja dla Shereen. Miała szansę zabłysnąć wśród ważnych klientów, oczarować ich swoją odpowiedzialnością, profesjonalizmem i poważnym podejściem do pracy. Udawanie poważnej osoby nie wychodziło jej dobrze. Zawsze była tą śmiejącą się najgłośniej z towarzystwa (nawet jeśli żart był średnio zabawny) i cechowała się nieco beztroskim podejściem do życia.
W pracy natomiast dawała z siebie wszystko — naprawdę wszystko. Mierzyła się z własną, wygórowaną ambicją (choć nie była przygotowana do nowej roli), od której nie potrafiła uciec, bo ta zawsze ją dopadała. Przykładała się do swoich obowiązków, nawet jeśli była zmęczona ich nadmiarem. Całe to wydarzenie, jakiś zjazd pracowniczy, szkolenie, spotkanie biznesowe — jak zwał tak zwał, interesowało ją tylko to, żeby wszystko się udało — wzbudzało w niej niemały stres. Zdenerwowanie odczuwała całą sobą. Serce bezmyślnie drżało. Miała wrażenie, że czuje każdą komórkę w ciele i każdy spięty mięsień. Odkąd wstała, nie potrafiła wyzbyć się uczucia, że coś pójdzie nie tak. Szykowała się do pracy niechętnie. Ubrania dobierała z przesadną, niemal fałszywą dokładnością. Czarna sukienka przed kolana, z niezbyt głębokim dekoltem i spięte włosy wydawały jej się odpowiednim ubiorem na spotkanie tego kalibru. Do południa powtarzała formułki, których uczył ją ojciec; kulturalnych zwrotów, nazwisk, wszystkiego, co mogłoby okazać się pomocne. Stresowała się jak licealistka przed egzaminem dojrzałości. Zamierzała go zdać i zdobyć uznanie ojca.
Wieczór zapowiadał się nieźle. Zapowiadał, dopóki jeden z gości nie zaczął do niej zagadywać i dopytywać o interesy. Podobno miał układy z jej ojcem. Charles coś wspominał, bo pamiętała. Przestrzegał ją przed dwoma mężczyznami o podobnym nazwisku i imionach (Steven Clarke i Stephen Clark). Świadomość, że obydwaj bardzo się nie lubili i w pracy byli rywalami w żaden sposób jej nie pomagała. Czuła na sobie presje; własną, ojca, społeczności. Rozmowa kleiła się nawet nieźle; mężczyzna wypytywał ją o zainteresowania, o to, jak przejęła biznes, jak się czuje na nowym stanowisku. Był trochę podpity. Nie jakoś bardzo. Tylko trochę plątał mu się język i wodził za nią zamglonym spojrzeniem. Miała wrażenie, że trochę nie kontaktował, co w teorii powinno być przydatne, ale... Podpici ludzie mieli predyspozycje do mówienia wszystkiego, co ślina im na język przyniesie. Na pożegnanie powiedziała do niego miłej zabawy, Stevenie. To miało być zwykłe, uprzejme zakończenie rozmowy. Nic, co mogłoby wywołać reakcję większą niż skinienie głową. A jednak wywołało.
Mężczyzna znieruchomiał. Przez ułamek sekundy stał i patrzył na nią bez słowa. Jego spojrzenie się zmieniło. Nie było już zamglone, nagle stało się trzeźwiejsze. Zrozumiała, że palnęła głupotę. Zamrugała, czując, jak żołądek podchodzi jej do gardła, a policzki pokrywają się pełnym zażenowania rumieńcem. Powtórzyła imię, chcąc wytłumaczyć pomyłkę, lecz mężczyzna nie dał jej nawet zacząć. Spochmurniał. A więc nadszarpnęła jego dumę. Stephen. Wycedził przez zęby, krzyżując ramiona na klatce piersiowej. I wtedy wszystko wskoczyło na swoje miejsce. Nazwiska. Ostrzeżenie ojca. Dwóch mężczyzn. Rywale. Świetnie. Cudownie. Nie potrafiła wybrnąć z sytuacji. Przeprosiła nieporadnie za pomyłkę, szukając wzrokiem ojca po sali. Wiedziała, że musiała w tym momencie po prostu wyjść i opuścić szanownych panów biznesmenów. Ojciec stał nieopodal, rozmawiając z rozbawioną kobietą. Podłapując błagalne spojrzenie córki, przeprosił swoją towarzyszkę i od niej odszedł. Po podejściu do Shereen poprosił ją o opuszczenie sali. Widział, że była zestresowana.
Wychodząc z głównej sali bankietowej, zatrzymała się przed drzwiami prowadzącymi na tyły budynku. Przepuściła wchodzącą przez nie kobietę i wyszła chwilę za nią. Na tyłach znajdywał się tam niewielki ogródek robiący za palarnię. Ci, którzy chcieli się przewietrzyć, zapalić papierosa lub porozmawiać bez dodatkowego towarzystwa potrafili spędzać tam długie minuty. Czasem godziny, w zależności od tego, jak byli nietrzeźwi. Na zewnątrz panowało zimno. Oświetlenie prawie nie istniało. Tylko lampki naziemne ograniczające widoczność. Stojąc oparta pod ścianą, próbowała złapać kilka wdechów, by załagodzić poczucie porażki. Inaczej wyobrażała sobie ten wieczór. Planowała zabłysnąć, nie planowała upadku. Upadek nie był bolesny. Ucierpiało tylko jej ego. Ojciec dbał o salę i o klientów; a ona nie chciała tego niszczyć. Pogrążyła się w swoim myślach, zapominając na krótką chwilę o otaczającym ją świecie. Dopiero ruch gdzieś nieopodal; obok, czy też w pobliżu, wyrwał ją z zamyślenia. Wzdrygnęła się na jego dźwięk i spojrzała w tamtejszym kierunku. Zatrzymała wzrok na mężczyźnie nieopodal. Nie była pewna czy akurat przechodził, czy się zatrzymał; domyślała się, że był jednym z gości. I chyba nie miała okazji porozmawiać z nim osobiście.
— Zbyt tłoczno? — zapytała, choć nie była pewna czy ją usłyszał. Wiedziała, że straciła poczucie rzeczywistości, więc jej głos również mógł brzmieć nieco ciszej, niż jej się wydawało.
Galen L. Wyatt