Z uciążliwego partnera, Margo Mercer stała się tym, czym obiecała się stać pierwszego dnia ich wspólnej pracy - absolutną karą, zesłaną mu przez los, nieznanego boga bądź samych przełożonych. Podczas gdy u innych ludzi złość generowała dystans, w którym on funkcjonował najlepiej, wyglądało na to, że Mercer działała zupełnie odwrotnie do ludzkiej populacji. Im bardziej denerwował ją swoją osobą, tym bardziej usiłowała odpłacić mu pięknym za nadobne.
Czuł na sobie jej czujne spojrzenie, wryte w środek jego pleców gdy pracował przy swoim biurku. Wyczuwał jej spięcie zawsze, gdy dzwonił jego telefon. Wstając z krzesła i ruszając do kuchni mógł zakładać się o to, ile zajmie jej czasu zrobienie tego samego - z reguły bardzo niewiele.
To nie tak, że utrudniało mu to jakiekolwiek nielegalne aktywności. Wiadomość, którą otrzymał pamiętnego wieczora kilka dni temu była jak na razie ostatnią, nie dostawał żadnych więcej. Złość buzowała w nim wtedy gdy jechał pod wskazany adres swoim samochodem, parkował kilka ulic dalej i przechodził do małego lokalu - tym razem pralni - na którego tyłach spotykał się z n i m. Nie opuszczała go gdy odbierał teczkę osób, które miał dla niego znaleźć.
Wspomnienie kłótni, z którą rozstali się z Mercer generowało w nim negatywne odczucia, dlatego też starał się nie sięgać po nie zbyt często. Czasem jednak jego umysł bezwiednie skręcał w podstępne uliczki, podróżował wstecz, w przeszłość, do chłodnej nocy i pustego parkingu. Nieproszony, nie zatrzymywał się w miejscu - zamiast tego krążył po okolicy, szukając wejścia do baru. Do stolika, przy którym stali, do jej wyzywającego spojrzenia czekoladowych oczu i zawadiackiego uśmiechu na pełnych ustach. Jasnej skóry jej odsłoniętych obojczyków, ciemnych loków opadających taflą na jej ramiona.
Z frustracją odrzucał od siebie każde z tych wspomnień, skupiając na tym, co mieli przed sobą - skomplikowaną sprawą, brakiem poszlak i, od pewnego czasu, napięciem ze strony przełożonych, pragnących od nich natychmiastowych rezultatów i zamknięcia dochodzenia.
Jeden z jego informatorów był niczym gwiazdka zesłana z nieba.
Wiadomość od niego sprawiła, że od razu wyprostował się w krześle i, ignorując spojrzenie kobiety, wstał z niego chwilę później, ruszając do wyjścia. Zgarnął swój płaszcz po drodze, zgarnął odznakę, którą schował do kieszeni spodni i broń, którą umieścił w kaburze.
Na parkingu przed komisariatem był już w połowie drogi do samochodu gdy usłyszał otwierające się za nim drzwi.
- Nie dziś, Mercer - warknął przed siebie, lecz wiedział, że doskonale go słyszała. Uparcie nie decydując się na używanie jej imienia, liczył na to, że to samo w sobie utrzyma między nimi dystans. - Nie mam na to ochoty, siły ani cierpliwości.
margo mercer