-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Ivy Harrison
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Głupia, naiwna, mała Ivy. Wtedy nie słyszała, jak bardzo tykającą bombą był Charlie. W zasadzie to niczego nie słyszała. Dookoła mogło dziać się wszystko, a ona żyła jeszcze w błogim przekonaniu, że niczego między nimi nie ma. Próbowała wyprzeć go z głowy, nawet jeśli był tak blisko. Mieli przecież oboje tak wiele do stracenia. Kochających partnerów, którzy czekali na nich w domach. Nawet jeśli jej ciało wiedziało, do czego to zmierzało. Jej oczy błyszczały z niewinnością, próbując jeszcze ostatni raz rozbroić atmosferę między nimi.
— Bo nie potrafisz nade mną zapanować — odparła z wielkim uśmiechem na twarzy. Zdawała sobie sprawę, jak działali na siebie nawzajem. Nie przypominała otaczających go ludzi. Miała w sobie sporo lekkości, którą inni mogliby jej zazdrościć. Finalnie, Ivy Harrison zawsze pozostanie optymistką z delikatną nutą dziecinności. Nawet jeśli świat postanowiłby ją ukarać — oh, a jakie, Charlie? — jeszcze próbowała rozbroić atmosferę. Wzięła głęboki oddech, czując delikatny powiew powietrza od Marshala. Miał bardzo intensywne perfumy, które odbierały jej resztki rozsądku. Zamknęła przez moment powieki, próbując wyobrazić sobie pierdzącą świnkę. Zamiast niej zobaczyła Marshalla z rozpiętą koszulą. Stał przed nią i odpinał guzik po guziku, a po chwili ona brała stetoskop, by sprawdzić bicie jego serca. Potrząsnęła delikatnie głową.
— Tak — naprawdę pytała, a jego wzrok powodował mięknięcie jej kolan. Był uzależniający jak heroina. Wystarczył jeden raz, by chciała kosztować go raz za razem bez zapomnienia — przecież jesteśmy przyjaciółmi, prawda? — spytała najciszej, jak mogła, kiedy się do niej pochylał. Już wiedziała. Wstrzymała oddech. Wiedziała jedno, nie chciała się z nim przyjaźnić. Nie w tym momencie, kiedy był tak blisko niej, tylko dalej próbowała. Oksytocyna. Piekielnie ważny neuroprzekaźnik związany z przywiązaniem do drugiej osoby. Nie spodziewałaby się jednego, że tak bardzo będzie na nią działał. Wyczuwała szalone bicie jego serca, jej biegło równie szalenie. Czy właśnie padł moment, w którym nie da się już niczego cofnąć? Mieli oglądać konie, a zamiast tego... patrzyła mu w brązowe tęczówki, kiedy był tak blisko niej.
Nic nie powiedziała. Przełknęła nerwowo ślinę. Oficjalnie skapitulowała. Nie była w stanie wykrzesać z siebie żadnego słowa protestu. On przecież tak po prostu przy niej był, a ona nie była w stanie udawać, że było inaczej. Chciała bez końca wpatrywać się w jego oczy, czuć jego silne, zdecydowane dłonie, które dokładnie wiedziały, czego chciały. Chciały jej i tylko jej. Nie była w stanie zaprotestować, bo pragnęła go. Zdążyła przegryźć lekko dolną wargę, zanim poczuła pierwsze muśnięcie. Nie wycofała się, ani nie zareagowała. Nie mogła
— Badanie okazało się jednoznaczne, Charlie — wyszeptała, stając na palcach, by jeszcze raz zakosztować jego ust — to tylko do celów naukowych — mruknęła, trącając go nosem o nos. Odsunęła się jeszcze, by móc raz jeszcze spojrzeć w jego oczy. Cholera Ivy, przepadłaś.
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Ivy Harrison
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
— Charlie... — wyszeptała cicho pod nosem, czując podskórnie, jak zaczyna się łamać. Byłaby jego. Zaręczynowy mężczyzna powiedział zajętej kobiecie, że byłaby jego. Było to tak niemoralne, a jednak nie potrafiła się od niego oderwać ani na krok. Przyciągał ją jakby był przeciwnym biegunem magnesu. Po części tak było, byli z dwóch różnych bajek. Wystarczyło kilka słów, a ona już traciła resztki panowania nad własnym ciałem. Tak po prostu i po ludzko łamał ją, jej sumienie i jej moralność. Spojrzenie oraz krótkie słowa, a ona już wariowała na jego punkcie. Czuła dreszcze przechodzące po całym jej ciele, kiedy przesuwał dłonią po jej ciele.
— Nawet nie próbuję tego zrobić — mruknęła cicho pod nosem. Traciła dawny rezon. Powoli stawała się wobec niego uległa. Pokazywanie języka, czy sprzedanie kuksańca nie wchodziło w grę. Nie chciała go prowokować, ale on powodował, że całe jej ciało przestało się zatrzymywać. Byli tak blisko siebie, że bardziej nie mogli... Mogli.
Jeśli przyjaciele patrzą na siebie w ten sposób to tak, odbijało się w jej głowie. Widziała w głowie tę cienką linię, po której przejściu nie ma już odwrotu. Bała się jej. Bała się smaku jego ust, bała się jego oczu, bo przepadła dla niego bez resztek. Dlatego stanęła na palcach, ta różnica wzrostu między nimi była niemożliwa, a czuła się, jak dziecko odpakowujące prezenty na boże narodzenie. Chciała móc kosztować go bardziej, mocniej. Nie tylko smak jego ust, a całego ciała.
— Boję się, że nie wytrzymam... — wyszeptała cicho, odchylając dla niego szyję. Mógłby zrobić z nią wszystko. Dla niej ta krótka chwila mogłaby trwać w nieskończoność. Chciała móc kosztować go. Pogłębiała pocałunek raz za razem, jakby faktycznie nie wytrzymała. Zdarł z jej głowy jakąkolwiek granicę, która wydawała się jej istotna. Jednej rzeczy się nie spodziewała, odsunięcia się. Westchnęła z niezadowolenia, dalej wpatrując się w niego głodnym spojrzeniem.
— Panie Marshall — aż musiała odchrząknąć — tak się nie robi — powiedziała z wyraźnym wyrzutem w głosie. Złamał ją, a później zostawił samą sobie. Odwróciła głowę, licząc, że jej ciało będzie w stanie się uspokoić. Łapała głębsze oddechy, odliczała w głowie do dziesięciu, aż na jej ustach nie pojawił się zadziorny uśmiech. Oksytocyna.
— Jej nie da się przedawkować — stwierdziła poważnym lekarskim tonem, unosząc do góry brodę — ale kofeinę już tak — chwyciła za nieszczęsnego stanleya, jakby miał być jedyną rzeczą, dzięki której byłaby w stanie się obronić przed rzuceniem się na Marshalla. Przypominała narkomana, czekającego na kolejną działkę towaru.
— Idziemy — stwierdziła bez większego wahania, wchodząc na antresolę. Czy właśnie popełniała największy błąd własnego życia? Możliwe, że wchodziła właśnie do jaskini potwora — ijaaa — oczy znowu jej zabłysnęły. Nigdy nie znajdowała się w takim miejscu. Niemalże od razu stanęła plecami do kupy siana, opadając na nią plecami — jaka mięciutka — stwierdziła cała zadowolona. Nie chodziło oto, że źdźbła siana wchodziły jej w każde możliwe miejsce. Sielska atmosfera stajni powoli zaczęła się jej udzielać na nowo.
— Wiesz Charlie, ja bardziej tu pasuję niż ty — stwierdziła, przechylając delikatnie głowę — nie wyobrażam sobie Ciebie tarzającego się w słomie — parsknęła głośno. Oczami wyobraźni właśnie widziała Marshalla urządzającego sobie z nią wojnę w sianku. On na niej. Ona na nim. Myśli Ivy przestały być tak bardzo czyste.
— Co tutaj robiłeś, co? — to że jeździł na koniu rozumiała, ale by siedzieć na górze w stajni? Tego sobie nie wyobrażała — uczyłeś się finansowych książek na pamięć? — spytała półserio, półżartem. Facet w białej koszuli, droższej od jej czynszu za mieszkanie, miałby siedzieć w takim miejscu? To było irracjonalne, wręcz niemożliwe.
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Ivy Harrison
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Dlaczego on działał na nią w taki sposób? Był dla niej podparciem, bezpieczeństwem, kimś komu byłaby w stanie zaufać. Ich relacja zdecydowanie była nieprzyzwoita, tego nie trzeba było w żaden sposób podkreślać, ale ona zdała sobie z tego sprawę, gdy kosztował jej skórę. Przez moment wiedziała jedno, nie chciała nikogo innego w tym krótkim momencie. W końcu przestała walczyć. Skapitulowała zgodnie z jego prośbą. Ten pocałunek był niebezpieczny, niemalże czuła, jak fala ciepła rozlewa się po jej ciele. Byli sami poza całym światem, a nic poza ich dwójką wydawało się nie istnieć.
Spoglądała na niego z wyrzutem. W środku czuła, jakby ktoś właśnie zranił ją jakąś maczetą i wyszarpał wszystkie wnętrzności na wierzch. Nie rozumiała, z czego dokładnie to wynikało. W jej głowie pojawił się mętlik. Przecież to ona stawiała granice, stawiała warunki, a teraz jedyne o czym była w stanie myśleć, to jedynie smak jego ust.
— Doskonale wiesz, co robisz, mój drogi — mruknęła, unosząc wzrok na Charliego i delikatnie kręcąc głową. Dyktował jej warunki, a ona nie miała odwagi im się przeciwstawić — znaczy panie Marshall — mruknęła zaraz, zawieszając na nim głodne spojrzenie. Przypominała odrobinę głodne zwierzę, któremu została wyszarpana zwierzyna. Ivy była głodna, oj nawet bardzo głodna Charliego. Zostawił ją w najgorszym momencie, by później udawać, że nic się nie stało — chyba potrzebuję, ale tu nie masz takich cudów, co? — spytała półserio, półżartem. Znów potrzebowała wyrzucenia z siebie wszystkich myśli. Alkohol jej na to pozwalał. Kiedyś miała do niego słabość, ale wydoroślała. Stała się dorosłą, odpowiedzialną osobą. Tylko taka osoba nie pakowała się wprost do jaskini na kupę sianka, by się w nim potarzać. Jakby miała to inaczej nazwać? Nie przypominała samej siebie, ciągnęła do Marshalla jak ćma do lampy. Bez żadnego opamiętania.
Może dlatego znów oczy się jaj zaświeciły, kiedy opadała plecami na siano. Poczucie wolności i beztroski wypełniło ją na nowo. Teraz chciała jeszcze bardziej móc z nim rozmawiać oraz klarować każdą trudność, która mogłaby ich spotkać.
— Jezu Charlie! — pisnęła głośno, kiedy opadł tak samo jak ona. Aż wzięła garść siana, rzucając mu ją na koszule. Był niemożliwy, a ona chciała przestać ukrywać to, ze było wręcz przeciwnie — nie poznaję Cię — parsknęła śmiechem — nie pasujesz na wiceprezesa, jesteś za mało poważny — i dosłownie po paru sekundach dodała — bardziej na rolnika — i choć scena była niewinna, Ivy miała przed oczyma coś bardzo winnego. Charliego na traktorze wraz z nią, robiącego nie przyzwoite rzeczy. Może dlatego opadła, przegryzając wnętrze własnego policzka.
— Przed czym się chowałeś? — spytała cicho, odwracając głowę w jego kierunku. Delikatnie uniosła oba kąciki ust ku górze. Zastanawiało ją, czego bał się Charlie, jakie są jego troski, jak mogłaby sprawić, by widzieć go cały czas uśmiechniętego. Uśmiechnęła się jeszcze szerzej, czując jego dłoń. Ta chwila mogłaby trwać dla niej w nieskończoność, naprawdę.
— Chciałabym móc się do Ciebie przytulić i porozmawiać tak o głupotach — wyszeptała cicho, bojąc się własnych słów. Nie potrzebowała od niego namiętności, znaczy to też, ale dużo bardziej łaknęła bliskości i poznania go jako osoby. Zaskakiwał ją — ale boję się, że to będzie za dużo — dodała jeszcze cichszym tone,. Nie chciała się do tego przyznawać przed samą sobą, ale bała się go, a najbardziej tego jak mocno byłaby w stanie się do niego zbliżyć.
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
tuptacz ꨄ
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Zmarszczyła groźnie brwi, przypominając przez moment wkurzonego chomiczka. Nie lubiła być kontrolowana. Na co dzień była osią całego mieszkania. Życie z psem, chłopakiem oraz praca w szpitalu. Dzięki tym trzem czynnikom doskonale zdawała sobie sprawę z jednego, kontrola nie istnieje, kiedy może stać się coś niespodziewanego. W trakcie operacji pacjent może mieć zawał, w trakcie spaceru z psem może on uciec, a kiedy była z Charlim traciła resztki samokontroli. Tylko czy nie była w tym jedyna?
— Tak — mruknęła całkiem szczerze — relacje polegają na równości, inaczej nie można o niej mówić — i po krótkiej chwili dodała — nawet jeśli chodzi o przyjaźń — aż prychnęła moi drodzy czytelnicy. Trudno było jej ze świadomością, że potrafił ją rozbroić, a jednocześnie zostawić w najgorszym momencie. Szczerze łaknęła jego bliskości w tym momencie. Czułego przytulenia, delikatnego pogłaskania po głowie, czegoś co pokaże, że oni są. Jedno odsunięcie się sprawiło się, że cała magia prysnęła. Chociaż już szerzej otwierała usta, spoglądając na butelkę whiskey.
— To jest drogie? — dopytała, unosząc wyżej butelkę i marszcząc przy tym delikatnie brwi — to ja nie chcę — mruknęła cicho. Wywiózł ją poza miasto, pokazał stadninę koni, kupił burżujski kubek, a teraz miała pić drogą whiskey? Nie byłaby w stanie tego zrobić, ani pozwolić na to, by Charlie został jej głosem rozsądku.
— Powinien — od razu pokiwała głową, szeroko się uśmiechając. Charles Marshall był w jej oczach poważnym wiceprezesem, otoczonym luksusem, zawsze w garniturze, idealnie wyprasowanej koszuli. Ideał mężczyzny. Była w stanie stwierdzić to głośno, ale tą myśl szybko wyrzuciła z głowy. Znów wrócili do przyjaźni — ze wszystkimi pracownicami leżysz w sianie? — parsknęła śmiechem — a właściwie z kandydatką do sprawiania kłopotów — jeśli prowadził z innymi takie rozmowy rekrutacyjne, to naprawdę była o niego zazdrosna. Tylko czy miała prawo? Miał narzeczoną, a ona chłopaka. W ich domach czekali na nich partnerzy, a oni tak beztrosko leżeli na sianku, śmiejąc się z głupot.
— No na rolnika — mruknęła, kiwając głową — woow — aż otworzyła szerzej usta — to brzmi nierealnie. Jak to dostałeś winiarnię? — dopytała Ivy zbita tropem. Ona to co najwyżej na urodziny dostawała butelkę wina, a on całą wielką winiarnię. Nie była w stanie w to uwierzyć — ja? — spytała lekko speszona, odwracając głowę. Co miała mu powiedzieć? Ivy nawet na wakacje nie jeździła. Siedziała w domu, lub na podwórku kopiąc z innymi dzieciakami piłkę do nogi — mówiłam Ci, że mój nos poza Kanadę ani razu za Kanadę nie wyszedł — powiedziała bardzo cicho, wręcz szeptem. Mówienie o sytuacji rodzinnej przychodziło jej z trudem. Obok niej siedział mężczyzna, który pochwalił się dostaniem WINNICY. Kim ona dla niego była? Zwyczajnym trybikiem we wielkiej maszynie.
— A teraz też uciekasz? — zagadnęła odrobinę głośniej. Próbowała wrócić do dawnego uśmiechu. Chociaż przy Charlim czuła się jak oszustka. Zdradzili swoje drugie połówki i pozwalali, by ta chwila trwała dalej. Oboje uciekali, tylko Ivy nie wypowiedziała tego głośno.
— Prawda. — znów czuła dziwną niepewność. Przesunęła się bliżej w stronę Marshalla i przytuliła się do niego mocno, kładąc głowę na jego torsie. Delikatnie uniosła głowę, by móc spojrzeć na jego ledwo oświetloną twarz — jesteś wygodny, wiesz Charlie? — zagadnęła Ivy, z powrotem kładąc głowę. Przesunęła dłonią aż do jego lewej piersi, by móc ułożyć delikatnie dłoń w miejscu, gdzie czuła głośne bicie jego serca.
— Naprawdę? To co się zmieniło? — astronauta Charlie. Pasowałaby mu taka odpowiedzialna rola, już teraz sprawiał, że znajdowała się w kosmosie — ja chciałam być lekarzem i mi się udało — raz coś postanowiła, a później całe życie do tego dążyła — rodzeństwo miało mnie dosyć, bo cały czas chciałam bawić się w szpital — cały czas bandażowała tego jednego misia, którego dostała po starszej siostrze — łatwo było u nas o afery — zaśmiała się krótko pod nosem — wiesz, jest nas ósemka, a rodzice momentami wiązali koniec z końcem... — rodzice pracowali, starsi zajmowali się młodszymi. Zawsze mieli co wsadzić do garnka, ale nie było to bajeczne życie.