31 y/o
Welkom in Canada
188 cm
wiceprezes w Northland Power
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Ona oszalała na jego punkcie, a on oszalał na jej punkcie. To było jedyne racjonalne wytłumaczenie wszystkiego, co się między nimi teraz działo. Cichy głosik rozsądku podpowiadał mu właśnie, że to nie miało prawa się udać, ale on uparcie go ignorował. Bardziej interesowało go to, jak Ivy drżała pod wpływem jego dotyku, jak mrużyła oczy i jak nadymała policzki. Jak słodka rozdymka. Dlaczego? - A jak myślisz? - mruknął pod nosem automatycznie i posłał jej lekki uśmiech. Myślisz, że dla Ciebie porzuciłabym karierę, Charlie? No, jeśli by się tak zastanowić... - Oczywiście, że nie, ale myślę, że byłabyś w stanie dla mnie zrobić znacznie ciekawsze rzeczy - mruknął, pochylając się tak nisko, że jego usta niemal musnęły jej ucho, a gorący oddech musnął skórę. Oj, wyobraźnia Charliego zaczynała teraz pracować na najwyższych obrotach. Widział Ivy w roli blondynki z reklamy Bentleya na przykład. Siedziała w luksusowym samochodzie, muskała palcami kierownicę, pukała paznokciami w kokpit i... nie, nie szeptała do mikrofonu Bentley. Szeptała jego imię! Hot. Totalnie hot. Szkoda, że podarowanie samochodu było zdecydowanie zbyt hojnym prezentem jak na ich etap znajomości, bo w aucie można było robić bardzo wiele rzeczy. Na przykład pukać paznokciami w kokpit, gdyby ktoś się zastanawiał. Ewentualnie się rozbierać w rytm intra Formuły 1. Rozmyślania przerwało kolejne Dlaczego? rzucone przez Ivy. Tym razem to on zmrużył oczy. - Naprawdę pytasz dlaczego? - mruknął, a jego dłoń powędrowała wyżej, niemal muskając jej policzek. Posłał jej znaczące spojrzenie. Nawet zerknął znów na jej usta, dając jej wskazówki. Nie zamierzał ułatwiać jej tego zadania, więc nie dodał nic więcej. Pochylił się nad nią ponownie, tym razem blokując jej każdą drogę ucieczki. Tik tak. Tak, kochani, bomba dalej nie wybuchła, bo Ivy Harrison okazywała się zajebistym saperem. Uwodzenie jej naprawdę nie było łatwe - zwłaszcza, że tym razem wymówką okazała się oksytocyna. Doskonale wiedział, czym była oksytocyna i jak na nich działała, ale nie przerwał jej ani na moment. Poza tym badania pokazują, że gdy dwie osoby patrzą sobie w oczy dłuższy czas, ich tętna się synchronizują. To znaczy, że serce Ivy również biło w tej chwili jak szalone? Ciekawe. Ani na moment nie oderwał wzroku od jej błękitnego spojrzenia - no, może na chwilę, gdy palcem wskazującym zaczęła robić kółka w miejscu, gdzie znajdowało się jego serce. Przeniósł dłoń na jej palce i zacisnął mocno na swojej klatce piersiowej, żeby w końcu przestała się rozpraszać. Tik tak. Tik tak. - A czy oksytocyna wydziela się podczas całowania? - zawiesił głos, a jego usta znalazły się niebezpiecznie blisko jej warg. Przesunął dłonią z jej policzka na kark, delikatnie wplatając palce w jej włosy. Subtelnie przejmował kontrolę nad całą tą sytuacją, bo nie lubił przegrywać, a już na pewno nie z podręcznikiem do biologii, który Ivy zdawała się cytować. Jej kosmyki owinęły się wokół jego dłoni, a on nie mógł wyrzucić z głowy wrażenia, jak bardzo miękkie były. Tik. Tak. - Jeśli tak, to proponuję przejść od teorii do praktyki, panno Harrison - wymruczał prosto w jej usta, a każde kolejne słowo ocierało się o jej wargi. Tik. Tak. Zaczął niezwykle powolnie - przecież nie był facetem, który rzucał się na oślep, zawsze czekał na odpowiedni moment. Dlatego teraz jedynie musnął jej wargi, tak lekko, że mogło to być uznane za przypadek, gdyby nie fakt, że ich oddechy już od kilku minut mieszały się ze sobą. Zatrzymał się milimetr od niej, dając jej każdą możliwą sekundę na to, by mogła uciec, ale kiedy nie drgnęła, a jej palce dalej spoczywały na jego klatce piersiowej... Bomba wreszcie przestała tykać. Początkowo tylko powoli muskał jej usta, raz za razem, sprawdzając jej reakcję. Chciał poczuć, jak drżała pod jego dotykiem - ośmielił się na więcej i jedną dłoń zacisnął na jej włosach, a drugą wsunął pod jej golf, przesuwając palce od jej biodra, przez talię i plecy. Aż w końcu... Przycisnął swoje usta do jej warg mocniej, pewniej, dając upust tym wszystkim emocjom, które gromadziły się w nim od ostatniego spotkania. I gdy ją tak całował, nic innego nie miało znaczenia. No, może oprócz... - I jak? - wymruczał, przerywając pocałunek, ale dalej trzymając ją w uścisku. - Badania potwierdzają skuteczność tej metody, czy musimy powtórzyć testy, żeby mieć pewność? - spytał, jawnie się z nią drażniąc. Zacisnął palce na nagiej skórze jej bioder, przyciągając ją do siebie bliżej o jeszcze kilka, brakujących milimetrów.

Ivy Harrison
isiek
wszystko jest okej
26 y/o
Mark your calendar for Canada Day
161 cm
rezydentka chirurgii Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Charlie Marshall

Głupia, naiwna, mała Ivy. Wtedy nie słyszała, jak bardzo tykającą bombą był Charlie. W zasadzie to niczego nie słyszała. Dookoła mogło dziać się wszystko, a ona żyła jeszcze w błogim przekonaniu, że niczego między nimi nie ma. Próbowała wyprzeć go z głowy, nawet jeśli był tak blisko. Mieli przecież oboje tak wiele do stracenia. Kochających partnerów, którzy czekali na nich w domach. Nawet jeśli jej ciało wiedziało, do czego to zmierzało. Jej oczy błyszczały z niewinnością, próbując jeszcze ostatni raz rozbroić atmosferę między nimi.
Bo nie potrafisz nade mną zapanować — odparła z wielkim uśmiechem na twarzy. Zdawała sobie sprawę, jak działali na siebie nawzajem. Nie przypominała otaczających go ludzi. Miała w sobie sporo lekkości, którą inni mogliby jej zazdrościć. Finalnie, Ivy Harrison zawsze pozostanie optymistką z delikatną nutą dziecinności. Nawet jeśli świat postanowiłby ją ukarać — oh, a jakie, Charlie? — jeszcze próbowała rozbroić atmosferę. Wzięła głęboki oddech, czując delikatny powiew powietrza od Marshala. Miał bardzo intensywne perfumy, które odbierały jej resztki rozsądku. Zamknęła przez moment powieki, próbując wyobrazić sobie pierdzącą świnkę. Zamiast niej zobaczyła Marshalla z rozpiętą koszulą. Stał przed nią i odpinał guzik po guziku, a po chwili ona brała stetoskop, by sprawdzić bicie jego serca. Potrząsnęła delikatnie głową.
Tak — naprawdę pytała, a jego wzrok powodował mięknięcie jej kolan. Był uzależniający jak heroina. Wystarczył jeden raz, by chciała kosztować go raz za razem bez zapomnienia — przecież jesteśmy przyjaciółmi, prawda? — spytała najciszej, jak mogła, kiedy się do niej pochylał. Już wiedziała. Wstrzymała oddech. Wiedziała jedno, nie chciała się z nim przyjaźnić. Nie w tym momencie, kiedy był tak blisko niej, tylko dalej próbowała. Oksytocyna. Piekielnie ważny neuroprzekaźnik związany z przywiązaniem do drugiej osoby. Nie spodziewałaby się jednego, że tak bardzo będzie na nią działał. Wyczuwała szalone bicie jego serca, jej biegło równie szalenie. Czy właśnie padł moment, w którym nie da się już niczego cofnąć? Mieli oglądać konie, a zamiast tego... patrzyła mu w brązowe tęczówki, kiedy był tak blisko niej.
Nic nie powiedziała. Przełknęła nerwowo ślinę. Oficjalnie skapitulowała. Nie była w stanie wykrzesać z siebie żadnego słowa protestu. On przecież tak po prostu przy niej był, a ona nie była w stanie udawać, że było inaczej. Chciała bez końca wpatrywać się w jego oczy, czuć jego silne, zdecydowane dłonie, które dokładnie wiedziały, czego chciały. Chciały jej i tylko jej. Nie była w stanie zaprotestować, bo pragnęła go. Zdążyła przegryźć lekko dolną wargę, zanim poczuła pierwsze muśnięcie. Nie wycofała się, ani nie zareagowała. Nie mogła chciała uciec. Charlie był jak trucizna, która powoli zatruwa twoje ciało, a ona chciała jej smakować. W końcu uległa własnym pragnieniom, odwzajemniając jego muśnięcia. Stanęła na palcach, by móc jeszcze bardziej pogłębić ich pocałunek. Jej dłonie z torsu powędrowały wprost na kark. Westchnęła cicho, kiedy przerwał. Sadysta. Dalej miała delikatnie rozchylone, malinowe wargi. Znęcał się nad nią. Przyznanie się do chcenia więcej przyszło z trudem.
Badanie okazało się jednoznaczne, Charlie — wyszeptała, stając na palcach, by jeszcze raz zakosztować jego ust — to tylko do celów naukowych — mruknęła, trącając go nosem o nos. Odsunęła się jeszcze, by móc raz jeszcze spojrzeć w jego oczy. Cholera Ivy, przepadłaś.
31 y/o
Welkom in Canada
188 cm
wiceprezes w Northland Power
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Ivy nie miała pojęcia, jaką bronią dysponowała. Nie miała pojęcia, że wystarczało jedno jej spojrzenie, ledwo zauważalny ruch jej bioder czy sposób, w jaki zagryzała wargę, by Charlie czuł pożądanie tak silne, że zapominał o całym bożym świecie. Nie czuł czegoś takiego od... dawna. Z Blair wszystko miał zaplanowane, a Ivy zaskakiwała go na każdym kroku, nawet czymś tak bzdurnym jak wykład z hormonów i neuroprzekaźników. A to wszystko sprowadzało się do jednego - dla Charliego ta relacja od początku była oparta na niesamowitym przyciąganiu fizycznym, dlatego chciał jej tu i teraz. A fakt, że pragnął jej ciała, mimo że było to niestosowne, tylko podkręcał adrenalinę w jego ciele. A wtedy usłyszał jej głos. Bo nie potrafisz nade mną zapanować. Słysząc jej bezczelne stwierdzenie uniósł brew, a w jego oczach pojawił się niebezpieczny błysk. Cholera, podobało mu się to. - Wystarczyłoby, żebym przestał udawać przyjaciela, a zrobiłabyś dla mnie wszystko - powiedział bez żadnych oporów, wbijając wzrok w jej oczy. - Byłabyś moja - dodał, dobitnie podkreślając ostatnie słowo. Stąpał po cienkim lodzie. Pozwalał sobie na zdecydowanie zbyt wiele i przekraczał wszystkie możliwe granice, ale widok zarumienionych policzków Ivy był wart każdej ceny. Miał ogromną ochotę zatkać jej buzię, popchnąć ją na najbliższą stabilną powierzchnię i udowodnić jej, jak bardzo się myliła, mówiąc, że nie potrafił nad nią zapanować. Potrafił. Mógłby to zrobić w ułamku sekundy i oboje o tym wiedzieli. Potrafiłby sprawić, że każda logiczna myśl zniknęłaby jej z głowy. Przesunął dłonią wzdłuż jej boku, ledwo muskając materiał ubrania, ale robiąc to na tyle powoli, by Ivy była świadoma każdego milimetra. Tak. Jedno słowo przerwało ciszę, a Charlie uśmiechnął się zadziornie pod nosem. - Jesteś niemożliwa, bo prowokujesz mnie bardziej niż ktokolwiek, kogo spotkałem w życiu - wyjaśnił jej spokojnie, nie odrywając wzroku od jej oczu. Jego dłoń na moment mocniej zacisnęła się na jej talii, przyciągając ją jeszcze bliżej, o ile to w ogóle było możliwe. Przecież jesteśmy przyjaciółmi, prawda? - Jeśli przyjaciele patrzą na siebie w ten sposób to tak - skwitował, zacierając kolejną granicę, jaką sobie wyznaczyli. Jednak w tej chwili Ivy Harrison była jedynym celem, który go obchodził, a koszt nie grał roli. Pewnie dlatego słowa przyjaciele i przyjaźń brzmiały teraz w jego ustach jak brudna obietnica. Dalej spoglądał w jej błękitne oczy - chciał, żeby poczuła, jak cienka była linia, po której balansowali. Wystarczył jeden głębszy oddech czy skinienie, aby to wszystko runęło jak domek z kart, albo... jeden głęboki całus. Nic dziwnego, że kiedy Ivy skapitulowała i wspięła się na palce, aby pogłębić ich pocałunek, triumf opanował jego ciało. Czuł jej dłonie na swoim karku. Czuł zapach jej perfum, a ten zapach stał się dla niego jedynym punktem odniesienia w dusznej stajni. Chciała tego samego co on i nie rozumiał, dlaczego ciągle się przed tym broniła. Badanie okazało się jednoznaczne, Charlie. Tylko do celów naukowych. Ach, tak? - Skoro to badanie, to sprawdźmy granice twojej wytrzymałości - szepnął, muskając wargami jej szyję. - Zabrałaś mi mój spokój, więc co możesz dać mi w zamian? - zapytał, ale nie czekał na odpowiedź. Zamiast tego ponownie złączył swoje usta z jej wargami, tym razem o wiele mocniej i brutalniej, jakby chciał ukarać ją za każde zbędne słowo. Jego dłoń zjechała niżej, zaborczo zaciskając się na jej udzie i przyciągając ją tak blisko, że nie było już miejsca nawet na oddech. Ivy była miękka, gorąca i należąca do niego - czyli dokładnie taka, jak zapowiedział. I wtedy, gdy napięcie sięgnęło zenitu, Charlie nagle przerwał - odsunął się od niej, lustrując wzrokiem jej płonące policzki. - Wystarczy tej nauki na jedną sesję, panno Harrison - mruknął, poprawiając mankiety białej koszuli z takim spokojem, jakby przed chwilą nic się nie wydarzyło. - Nie chcemy przecież przedawkować oksytocyny - dodał, a na jego usta wrócił ten irytujący, pewny siebie półuśmiech. Odsunął się, ostatecznie oddając Ivy należną przestrzeń. A tymczasem... - Skoro już tu jesteśmy, a na jazdę jest zdecydowanie za zimno, chodź za mną - rzucił, ruszając w stronę bocznego skrzydła stajni, gdzie światło było bardziej przygaszone, a zapach siana jeszcze intensywniejszy. Zatrzymał się przy drewnianej drabinie prowadzącej na antresolę - obszerne poddasze wypełnione po brzegi złocistą słomą. - Tam będzie nam wygodniej. Damy przodem - wyciągnął dłoń do Ivy, czekając na jej decyzję. - Ewentualnie mogę cię już odwieźć do domu. Twój wybór, Ivy - wzruszył ramionami i oparł się o szczebel drabiny.

Ivy Harrison
isiek
wszystko jest okej
26 y/o
Mark your calendar for Canada Day
161 cm
rezydentka chirurgii Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Charlie Marshall

Charlie... — wyszeptała cicho pod nosem, czując podskórnie, jak zaczyna się łamać. Byłaby jego. Zaręczynowy mężczyzna powiedział zajętej kobiecie, że byłaby jego. Było to tak niemoralne, a jednak nie potrafiła się od niego oderwać ani na krok. Przyciągał ją jakby był przeciwnym biegunem magnesu. Po części tak było, byli z dwóch różnych bajek. Wystarczyło kilka słów, a ona już traciła resztki panowania nad własnym ciałem. Tak po prostu i po ludzko łamał ją, jej sumienie i jej moralność. Spojrzenie oraz krótkie słowa, a ona już wariowała na jego punkcie. Czuła dreszcze przechodzące po całym jej ciele, kiedy przesuwał dłonią po jej ciele.
Nawet nie próbuję tego zrobić — mruknęła cicho pod nosem. Traciła dawny rezon. Powoli stawała się wobec niego uległa. Pokazywanie języka, czy sprzedanie kuksańca nie wchodziło w grę. Nie chciała go prowokować, ale on powodował, że całe jej ciało przestało się zatrzymywać. Byli tak blisko siebie, że bardziej nie mogli... Mogli.
Jeśli przyjaciele patrzą na siebie w ten sposób to tak, odbijało się w jej głowie. Widziała w głowie tę cienką linię, po której przejściu nie ma już odwrotu. Bała się jej. Bała się smaku jego ust, bała się jego oczu, bo przepadła dla niego bez resztek. Dlatego stanęła na palcach, ta różnica wzrostu między nimi była niemożliwa, a czuła się, jak dziecko odpakowujące prezenty na boże narodzenie. Chciała móc kosztować go bardziej, mocniej. Nie tylko smak jego ust, a całego ciała.
Boję się, że nie wytrzymam... — wyszeptała cicho, odchylając dla niego szyję. Mógłby zrobić z nią wszystko. Dla niej ta krótka chwila mogłaby trwać w nieskończoność. Chciała móc kosztować go. Pogłębiała pocałunek raz za razem, jakby faktycznie nie wytrzymała. Zdarł z jej głowy jakąkolwiek granicę, która wydawała się jej istotna. Jednej rzeczy się nie spodziewała, odsunięcia się. Westchnęła z niezadowolenia, dalej wpatrując się w niego głodnym spojrzeniem.
Panie Marshall — aż musiała odchrząknąć — tak się nie robi — powiedziała z wyraźnym wyrzutem w głosie. Złamał ją, a później zostawił samą sobie. Odwróciła głowę, licząc, że jej ciało będzie w stanie się uspokoić. Łapała głębsze oddechy, odliczała w głowie do dziesięciu, aż na jej ustach nie pojawił się zadziorny uśmiech. Oksytocyna.
Jej nie da się przedawkować — stwierdziła poważnym lekarskim tonem, unosząc do góry brodę — ale kofeinę już tak — chwyciła za nieszczęsnego stanleya, jakby miał być jedyną rzeczą, dzięki której byłaby w stanie się obronić przed rzuceniem się na Marshalla. Przypominała narkomana, czekającego na kolejną działkę towaru.
Idziemy — stwierdziła bez większego wahania, wchodząc na antresolę. Czy właśnie popełniała największy błąd własnego życia? Możliwe, że wchodziła właśnie do jaskini potwora — ijaaa — oczy znowu jej zabłysnęły. Nigdy nie znajdowała się w takim miejscu. Niemalże od razu stanęła plecami do kupy siana, opadając na nią plecami — jaka mięciutka — stwierdziła cała zadowolona. Nie chodziło oto, że źdźbła siana wchodziły jej w każde możliwe miejsce. Sielska atmosfera stajni powoli zaczęła się jej udzielać na nowo.
Wiesz Charlie, ja bardziej tu pasuję niż ty — stwierdziła, przechylając delikatnie głowę — nie wyobrażam sobie Ciebie tarzającego się w słomie — parsknęła głośno. Oczami wyobraźni właśnie widziała Marshalla urządzającego sobie z nią wojnę w sianku. On na niej. Ona na nim. Myśli Ivy przestały być tak bardzo czyste.
Co tutaj robiłeś, co? — to że jeździł na koniu rozumiała, ale by siedzieć na górze w stajni? Tego sobie nie wyobrażała — uczyłeś się finansowych książek na pamięć? — spytała półserio, półżartem. Facet w białej koszuli, droższej od jej czynszu za mieszkanie, miałby siedzieć w takim miejscu? To było irracjonalne, wręcz niemożliwe.
31 y/o
Welkom in Canada
188 cm
wiceprezes w Northland Power
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Charlie. W jej głosie była pewna kruchość, która sprawiała, że miał ochotę zamknąć ją w swoich objęciach na zawsze, mimo że jego własne imię w jej ustach brzmiało nieprzyzwoicie. Jej szept był jak dotyk bezpośrednio na skórze - raz za razem sprawiał, że krew w jego żyłach zaczynała krążyć szybciej. Był spragniony adrenaliny, którą zapewniało mu powolne odkrywanie tego, jak jej ciało reagowało na jego bliskość. Nie mógł oderwać od niej wzroku - zwłaszcza teraz, gdy pyskata, gadatliwa blondynka miękła pod jego dotykiem i stawała się uległa. A widok jej rozchylonych ust i spragnionych go oczu był dla niego ostatecznym dowodem, że zbliżała się jej kapitulacja. Boję się, że nie wytrzymam... Odchyliła szyję, a on pocałował ją tam przelotnie, nie chcąc zostawiać po sobie śladów. - To przestań z tym walczyć - wymruczał prosto w jej usta. Gdy raz za razem pogłębiała pocałunek, nie mógł oprzeć się wrażeniu, że nareszcie puściła hamulce - i chyba właśnie dlatego powoli się od niej odsunął. Każdy mięsień jego ciała protestował przeciwko temu nagłemu dystansowi, a krew wciąż huczała mu w uszach, przypominając o miękkości jej ud pod jego dłońmi. Jednak widok rozpalonej Ivy sprawiał, że... cholera, po prostu chciał, aby czuła niedosyt. Chciał, żeby miała ochotę na więcej. Chciał, żeby teraz ona miała mętlik w głowie i nie wiedziała, jak się nazywa. Chciał też, żeby sama wyszła z inicjatywą kolejnego pocałunku. Panie Marshall, tak się nie robi. Uśmiechnął się lekko. - Jak się nie robi, panno Harrison? Nie mam pojęcia, o czym pani mówi - odparł, patrząc na nią z góry. Jak ona się czuła z tym, że ciągle chciał dyktować warunki? Do tej pory nie uciekła, więc chyba nie przeszkadzało jej to aż tak bardzo. Zwłaszcza, że wrócił temat oksytocyny. Jej się nie da przedawkować, ale kofeinę już tak. - Wyglądasz, jakbyś potrzebowała czegoś znacznie mocniejszego niż kofeina - zawiesił wzrok na jej rozchylonych ustach. Zrobił krok w tył, zwiększając dystans, choć zapach jej skóry wciąż drażnił jego zmysły, kusząc, by rzucić to wszystko i wrócić w jej ramiona. Jednak najpierw musieli znaleźć się tam, gdzie na pewno nikt nie będzie im przeszkadzać, a żaden koń nie będzie im parskać za plecami. Uśmiechnął się półgębkiem, słysząc to krótkie "Idziemy". - Więc idziemy - powtórzył i przepuścił ją w przejściu, a raczej wejściu na górę. Poczekał, aż Ivy znajdzie się na antresoli, po czym sam wspiął się na górę. Ogarnęła go nostalgia - zapach siana i starego drewna pachniał dokładnie tak samo jak wtedy, gdy był tutaj ostatnim razem. Spędzał tu czas z rodzeństwem i ten tuż po lekcjach jazdy konnej - pamiętał śmiech i kurz wirujący w słońcu. Później zaczął przyprowadzać tu dziewczyny, którym chciał zaimponować lub po prostu uciec przed czujnym wzrokiem rodziców. Pamiętał te wszystkie niezdarne, młodzieńcze podboje - dokładnie tam, gdzie teraz Ivy opadła plecami na miękkie siano. Jednak ta chwila nie miała nic wspólnego z tamtymi wspomnieniami. Ivy nie była kolejną zdobyczą do odhaczenia, a Charlie nie musiał się przed nikim popisywać. Wiesz, Charlie, ja bardziej tu pasuję niż ty. Nie wyobrażam sobie ciebie tarzającego się w słomie. - Tak? To patrz - mruknął z uśmiechem na ustach. Od razu walnął się na plecy tuż obok niej, a siano zatrzeszczało cicho pod jego ciężarem. Leżał teraz ramię w ramię z blondynką, wpatrzony w wysoki sufit stajni, który oświetlała samotna, żółta żarówka. Rozluźnił ramiona, pozwalając, by zapach siana całkowicie go otoczył, i przez chwilę po prostu leżał w milczeniu. Nawet nie przejmował się swoim ubraniem ani tym, jak później się z tego wszystkiego wytłumaczy. Co tutaj robiłeś, co? Uczyłeś się finansowych książek na pamięć? Zaśmiał się cicho pod nosem. - Zawiodę cię. Robiłem tu wszystko, o co pewnie byś mnie nie posądziła - odparł swobodnie. - Na przykład kradłem ojcu papierosy i chowałem się przed światem - dodał. Przekręcił głowę na bok, licząc na to, że Ivy zrobi to samo i będzie mógł zerknąć w jej błękitne oczy, mimo że w półmroku ledwo dostrzegał jej twarz. Przesunął dłonią po sianie, aż jego palce natrafiły na jej dłoń. Nie splótł ich od razu, tylko zaczął powoli, niemal leniwie gładzić kciukiem jej kostki. - Daj mi jedną swoją myśl - poprosił szeptem. W świetle kiepskiej żarówki jego oczy mogły wydawać się niemal czarne, gdy tak wpatrywał się w jej profil. Cholera, była taka piękna, że... Nieważne.

Ivy Harrison
isiek
wszystko jest okej
26 y/o
Mark your calendar for Canada Day
161 cm
rezydentka chirurgii Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Charlie Marshall

Dlaczego on działał na nią w taki sposób? Był dla niej podparciem, bezpieczeństwem, kimś komu byłaby w stanie zaufać. Ich relacja zdecydowanie była nieprzyzwoita, tego nie trzeba było w żaden sposób podkreślać, ale ona zdała sobie z tego sprawę, gdy kosztował jej skórę. Przez moment wiedziała jedno, nie chciała nikogo innego w tym krótkim momencie. W końcu przestała walczyć. Skapitulowała zgodnie z jego prośbą. Ten pocałunek był niebezpieczny, niemalże czuła, jak fala ciepła rozlewa się po jej ciele. Byli sami poza całym światem, a nic poza ich dwójką wydawało się nie istnieć.
Spoglądała na niego z wyrzutem. W środku czuła, jakby ktoś właśnie zranił ją jakąś maczetą i wyszarpał wszystkie wnętrzności na wierzch. Nie rozumiała, z czego dokładnie to wynikało. W jej głowie pojawił się mętlik. Przecież to ona stawiała granice, stawiała warunki, a teraz jedyne o czym była w stanie myśleć, to jedynie smak jego ust.
Doskonale wiesz, co robisz, mój drogi — mruknęła, unosząc wzrok na Charliego i delikatnie kręcąc głową. Dyktował jej warunki, a ona nie miała odwagi im się przeciwstawić — znaczy panie Marshall — mruknęła zaraz, zawieszając na nim głodne spojrzenie. Przypominała odrobinę głodne zwierzę, któremu została wyszarpana zwierzyna. Ivy była głodna, oj nawet bardzo głodna Charliego. Zostawił ją w najgorszym momencie, by później udawać, że nic się nie stało — chyba potrzebuję, ale tu nie masz takich cudów, co? — spytała półserio, półżartem. Znów potrzebowała wyrzucenia z siebie wszystkich myśli. Alkohol jej na to pozwalał. Kiedyś miała do niego słabość, ale wydoroślała. Stała się dorosłą, odpowiedzialną osobą. Tylko taka osoba nie pakowała się wprost do jaskini na kupę sianka, by się w nim potarzać. Jakby miała to inaczej nazwać? Nie przypominała samej siebie, ciągnęła do Marshalla jak ćma do lampy. Bez żadnego opamiętania.
Może dlatego znów oczy się jaj zaświeciły, kiedy opadała plecami na siano. Poczucie wolności i beztroski wypełniło ją na nowo. Teraz chciała jeszcze bardziej móc z nim rozmawiać oraz klarować każdą trudność, która mogłaby ich spotkać.
Jezu Charlie! — pisnęła głośno, kiedy opadł tak samo jak ona. Aż wzięła garść siana, rzucając mu ją na koszule. Był niemożliwy, a ona chciała przestać ukrywać to, ze było wręcz przeciwnie — nie poznaję Cię — parsknęła śmiechem — nie pasujesz na wiceprezesa, jesteś za mało poważny — i dosłownie po paru sekundach dodała — bardziej na rolnika — i choć scena była niewinna, Ivy miała przed oczyma coś bardzo winnego. Charliego na traktorze wraz z nią, robiącego nie przyzwoite rzeczy. Może dlatego opadła, przegryzając wnętrze własnego policzka.
Przed czym się chowałeś? — spytała cicho, odwracając głowę w jego kierunku. Delikatnie uniosła oba kąciki ust ku górze. Zastanawiało ją, czego bał się Charlie, jakie są jego troski, jak mogłaby sprawić, by widzieć go cały czas uśmiechniętego. Uśmiechnęła się jeszcze szerzej, czując jego dłoń. Ta chwila mogłaby trwać dla niej w nieskończoność, naprawdę.
Chciałabym móc się do Ciebie przytulić i porozmawiać tak o głupotach — wyszeptała cicho, bojąc się własnych słów. Nie potrzebowała od niego namiętności, znaczy to też, ale dużo bardziej łaknęła bliskości i poznania go jako osoby. Zaskakiwał ją — ale boję się, że to będzie za dużo — dodała jeszcze cichszym tone,. Nie chciała się do tego przyznawać przed samą sobą, ale bała się go, a najbardziej tego jak mocno byłaby w stanie się do niego zbliżyć.
31 y/o
Welkom in Canada
188 cm
wiceprezes w Northland Power
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Uwielbiał dyktować warunki. Nie tylko w życiu zawodowym, ale również w tym prywatnym. Lubił mieć kontrolę i lubił trzymać rękę na pulsie, niezależnie od tego, czy chodziło o negocjacje z nowym dyrektorem finansowym, czy o to, jak blisko niego siedziała teraz Ivy. To dawało mu pewnego rodzaju poczucie bezpieczeństwa - upewniało go w tym, że miał cokolwiek do powiedzenia w swoim idealnym życiu, które zostało zaplanowane od początku do końca przez rodziców. Nie bez powodu Blair nazywała go control freakiem. Przyglądał się pięknej buźce Ivy z uśmiechem na ustach. Doskonale wiesz, co robisz, mój drogi. - Możliwe… Przeszkadza ci to? - zapytał, a w jego spojrzeniu pojawił się drapieżny błysk. Charlie doskonale widział to subtelne, a zarazem wymowne niezadowolenie w jej oczach. Dostrzegł też zawód, który przemknął przez jej twarz, gdy tylko się odsunął… Nie zdawał sobie sprawy, że aż tak na nią działał i że to jego powolne uwodzenie przyniosło tak natychmiastowy skutek. Był przyzwyczajony do tego, że kobiety go pragnęły, ale bezradność Ivy wobec jego gier była... uzależniająca. Chyba potrzebuję, ale tu nie masz takich cudów, co? Charlie uniósł brwi, a w kąciku jego ust pojawił się triumfalny uśmiech. O, tu się panna Harrison mogła zdziwić. - Zaskoczę cię - mruknął, puszczając jej oko. Sięgnął dłonią w stronę jednej z wyraźnie obluzowanych desek w podłodze antresoli. Przez chwilę słychać było jedynie cichy skrzyp drewna, a chwilę później Charlie wyciągnął ze skrytki pękatą, szklaną butelkę. Przetarł ją dłonią z kurzu, a bursztynowy płyn w środku leniwie zatańczył w świetle żarówki. - Proszę bardzo, whisky, nienajgorszy rocznik. Możesz sobie dolać do kawy - stwierdził, podając jej butelkę. - Ja prowadzę, więc będę twoim trzeźwym głosem rozsądku - dodał i wzruszył ramionami. Przezorny zawsze ubezpieczony, prawda? Kto by pomyślał, że butelka schowana tutaj w czasach studenckich przyda się akurat w takim momencie. Gdy poczuł na swojej idealnie wyprasowanej koszuli szorstkie źdźbła siana, parsknął śmiechem. Nie próbował ich strzepać. Czuł taką dziwną… swobodę i beztroskę. To było miłe uczucie. - Wiceprezes musi być poważny? - zaśmiał się, wyciągając z włosów Ivy pojedynczą słomkę, którą zaraz bezceremonialnie rzucił obok. Bardziej na rolnika. - Ja? Na rolnika? - parsknął, poprawiając się na plecach, przez co siano zatrzeszczało głośno pod jego ciężarem. Wizja pracy fizycznej w pełnym słońcu dla kogoś, kto całe dnie spędzał w klimatyzowanych biurach, była nieco… abstrakcyjna, ale w tej konkretnej chwili - z Ivy u boku na stosie siana - wydawała się dziwnie kusząca. - Cóż, masz niesamowitą intuicję. Dostałem winiarnię we Włoszech na własność, więc coś w tym jest. Może za parę lat faktycznie porzucę krawaty na rzecz winorośli i słońca Toskanii. Byłaś kiedyś we Włoszech? - spytał z wyraźnym zainteresowaniem. Przekręcił głowę w jej stronę, mrużąc oczy. Jak bardzo nieprzyzwoita była myśl, że chciał zobaczyć ją w toskańskim słońcu, z nim u boku? Miał nadzieję, że nie aż tak bardzo jak myślał. Przed czym się chowałeś? - Przed obowiązkami. Lubiłem spędzać czas sam - odpowiedział po chwili. Chciałabym móc się do Ciebie przytulić i porozmawiać tak o głupotach, ale boję się, że to będzie za dużo. Patrzył na nią i nagle poczuł, jak do przyciągania fizycznego zaczęły dołączać emocje. To było niebezpieczne. O wiele łatwiej było panować nad pożądaniem niż nad nagłą chęcią, by faktycznie ją poznać. Czy powinien pozwolić jej się tak zbliżyć? Rozmowa o głupotach i zwykłe przytulenie wydawały się bardziej ryzykowne niż najbardziej namiętny pocałunek, zwłaszcza że ostatnio nie grzeszył rozsądkiem w towarzystwie Ivy Harrison. - Rozumiem twoje obawy, ale… przyjaciele też się przytulają, prawda? - zapytał z poważną miną. - To tylko ludzki odruch. Nic, co mogłoby cię przerosnąć. Obiecuję, że tego nie wykorzystam - dodał, po czym skinął głową na swoje ramię. - Chodź tu - mruknął, podnosząc ramię w zapraszającym geście i robiąc jej miejsce obok siebie, choć ostatecznie to jej pozostawił decyzję, czy zechce skorzystać z tego zaproszenia i się w niego wtulić. - A propos głupot, wiesz, że jak byłem dzieckiem, to chciałem zostać astronautą? - dodał z lekkim uśmiechem, wpatrując się w dach stajni, jakby naprawdę szukał w starych, drewnianych deskach gwiazd.

tuptacz ꨄ
isiek
wszystko jest okej
26 y/o
Mark your calendar for Canada Day
161 cm
rezydentka chirurgii Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Charlie Marshall

Zmarszczyła groźnie brwi, przypominając przez moment wkurzonego chomiczka. Nie lubiła być kontrolowana. Na co dzień była osią całego mieszkania. Życie z psem, chłopakiem oraz praca w szpitalu. Dzięki tym trzem czynnikom doskonale zdawała sobie sprawę z jednego, kontrola nie istnieje, kiedy może stać się coś niespodziewanego. W trakcie operacji pacjent może mieć zawał, w trakcie spaceru z psem może on uciec, a kiedy była z Charlim traciła resztki samokontroli. Tylko czy nie była w tym jedyna?
Tak — mruknęła całkiem szczerze — relacje polegają na równości, inaczej nie można o niej mówić — i po krótkiej chwili dodała — nawet jeśli chodzi o przyjaźń — aż prychnęła moi drodzy czytelnicy. Trudno było jej ze świadomością, że potrafił ją rozbroić, a jednocześnie zostawić w najgorszym momencie. Szczerze łaknęła jego bliskości w tym momencie. Czułego przytulenia, delikatnego pogłaskania po głowie, czegoś co pokaże, że oni są. Jedno odsunięcie się sprawiło się, że cała magia prysnęła. Chociaż już szerzej otwierała usta, spoglądając na butelkę whiskey.
To jest drogie? — dopytała, unosząc wyżej butelkę i marszcząc przy tym delikatnie brwi — to ja nie chcę — mruknęła cicho. Wywiózł ją poza miasto, pokazał stadninę koni, kupił burżujski kubek, a teraz miała pić drogą whiskey? Nie byłaby w stanie tego zrobić, ani pozwolić na to, by Charlie został jej głosem rozsądku.
Powinien — od razu pokiwała głową, szeroko się uśmiechając. Charles Marshall był w jej oczach poważnym wiceprezesem, otoczonym luksusem, zawsze w garniturze, idealnie wyprasowanej koszuli. Ideał mężczyzny. Była w stanie stwierdzić to głośno, ale tą myśl szybko wyrzuciła z głowy. Znów wrócili do przyjaźni ze wszystkimi pracownicami leżysz w sianie? — parsknęła śmiechem — a właściwie z kandydatką do sprawiania kłopotów — jeśli prowadził z innymi takie rozmowy rekrutacyjne, to naprawdę była o niego zazdrosna. Tylko czy miała prawo? Miał narzeczoną, a ona chłopaka. W ich domach czekali na nich partnerzy, a oni tak beztrosko leżeli na sianku, śmiejąc się z głupot.
No na rolnika — mruknęła, kiwając głową — woow — aż otworzyła szerzej usta — to brzmi nierealnie. Jak to dostałeś winiarnię? — dopytała Ivy zbita tropem. Ona to co najwyżej na urodziny dostawała butelkę wina, a on całą wielką winiarnię. Nie była w stanie w to uwierzyć — ja? — spytała lekko speszona, odwracając głowę. Co miała mu powiedzieć? Ivy nawet na wakacje nie jeździła. Siedziała w domu, lub na podwórku kopiąc z innymi dzieciakami piłkę do nogi — mówiłam Ci, że mój nos poza Kanadę ani razu za Kanadę nie wyszedł — powiedziała bardzo cicho, wręcz szeptem. Mówienie o sytuacji rodzinnej przychodziło jej z trudem. Obok niej siedział mężczyzna, który pochwalił się dostaniem WINNICY. Kim ona dla niego była? Zwyczajnym trybikiem we wielkiej maszynie.
A teraz też uciekasz? — zagadnęła odrobinę głośniej. Próbowała wrócić do dawnego uśmiechu. Chociaż przy Charlim czuła się jak oszustka. Zdradzili swoje drugie połówki i pozwalali, by ta chwila trwała dalej. Oboje uciekali, tylko Ivy nie wypowiedziała tego głośno.
Prawda. — znów czuła dziwną niepewność. Przesunęła się bliżej w stronę Marshalla i przytuliła się do niego mocno, kładąc głowę na jego torsie. Delikatnie uniosła głowę, by móc spojrzeć na jego ledwo oświetloną twarz — jesteś wygodny, wiesz Charlie? — zagadnęła Ivy, z powrotem kładąc głowę. Przesunęła dłonią aż do jego lewej piersi, by móc ułożyć delikatnie dłoń w miejscu, gdzie czuła głośne bicie jego serca.
Naprawdę? To co się zmieniło? — astronauta Charlie. Pasowałaby mu taka odpowiedzialna rola, już teraz sprawiał, że znajdowała się w kosmosie — ja chciałam być lekarzem i mi się udało — raz coś postanowiła, a później całe życie do tego dążyła — rodzeństwo miało mnie dosyć, bo cały czas chciałam bawić się w szpital — cały czas bandażowała tego jednego misia, którego dostała po starszej siostrze — łatwo było u nas o afery — zaśmiała się krótko pod nosem — wiesz, jest nas ósemka, a rodzice momentami wiązali koniec z końcem... — rodzice pracowali, starsi zajmowali się młodszymi. Zawsze mieli co wsadzić do garnka, ale nie było to bajeczne życie.
31 y/o
Welkom in Canada
188 cm
wiceprezes w Northland Power
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Naprawdę rzadko dopuszczał do siebie myśl, że cokolwiek w jego życiu mogłoby być dziełem przypadku. Przynajmniej dopóki nie poznał Ivy Harrison, która okazała się jedną, wielką, chodzącą niespodzianką, której nie potrafił przejrzeć ani momentami zrozumieć. Kiedy wymruczała słowa o równości w relacjach, poczuł dziwne ukłucie gdzieś w środku. Zmarszczył brwi i posłał jej podejrzliwe spojrzenie. - Myślisz, że nie traktuję cię... z równością? - zapytał cicho, a w jego głosie można było wychwycić lekkie zaniepokojenie. Nie chciał, żeby myślała, że była dla niego tylko kolejną, tanią rozrywką. Przecież... Charlie nie traktował ludzi w ten sposób, a przynajmniej tak mu się wydawało. Jednak pytanie "Kim jest dla mnie Ivy Harrison?" powracało jak bumerang i nie chciało wyjść z jego głowy, a nie potrafił w tej chwili jednoznacznie jej zaszufladkować. Była na pewno kimś, kto... sprawiał, że zapominał o swoich obowiązkach. I przypominała mu o beztrosce. Tak, to wiedział na pewno. Gdy Ivy odmówiła whisky, on uszanował to bez zbędnych pytań. Nie to nie, przecież nie będzie jej zmuszał. - Następnym razem możemy napić się razem - zaproponował, chowając butelkę z powrotem do skrytki pod deską. No i odrobinkę się przy tym zamyślił. Ivy była inna. W szpitalnym uniformie i z włosami w nieładzie pewnie nigdy nie przyciągnęłaby jego uwagi na dłużej - jednak to nie o jej wygląd chodziło. Jej osobowość była dla niego magnesem, od którego nie mógł się oderwać - tak, chodziło o jej osobowość i... te cholernie jasne oczy. A przynajmniej tak było, dopóki nie pojawiła się w jego biurze w obcisłej sukience, a on nie uświadomił sobie, że była zabójcza pod każdym względem. No ale która kobieta odmawiała czegokolwiek, bo było drogie?! - Nie powinien, Ivyyy - przeciągnął jej imię ze śmiechem, lekko trącając ją ramieniem z boku, jakby chciał ją odciągnąć od tego wymysłu. Gdy zapytała o inne pracownice, uniósł brwi i wybuchnął krótkim, szczerym śmiechem. - Zacznijmy od tego, że nie jesteś moją pracownicą. I nie, nie leżę z jakimikolwiek pracownicami w sianie - wyjaśnił. Cóż, gdyby tak było, zapewne odbiłoby się to na firmie, a Cherry, Cora i ojciec mieliby po dziurki w nosie uciszania wszelkich skandali. A później wysłaliby Charliego na przymusowy urlop, najlepiej za granicę, żeby mieszkał w chatce lepiance bez dostępu do Internetu. To oczywiście była solidna nadinterpretacja, ale właśnie tak widział konsekwencje wszelkich skandali ze swoją osobą w roli głównej. I nie, nawet nie przyszło mu do głowy, że jego spotkania z Ivy mogłyby skończyć się jakąkolwiek aferą. Przecież był ostrożny. - Z tobą mógłbym leżeć wszędzie - wyznał nagle cicho, nawet na nią nie patrząc. Pozwolił, by ta myśl zawisła między nimi na dłuższą chwilę - przynajmniej dopóki temat rozmowy nie zszedł na winiarnię. Już chciał powiedzieć, że dostał ją od Cory i Blair, ale w porę ugryzł się w język. Nie chciał psuć atmosfery powrotem do rzeczywistości, w której Blair czekała na niego w domu. A na Ivy czekał Dante. - Dostałem ją od... bliskich. Na urodziny - uciął krótko. Nawet nie zdawał sobie sprawy, że dla zwykłych ludzi taki prezent był po prostu... nieosiągalny. A u Marshallów? Drogie auta, nieruchomości, wakacje, wymyślna biżuteria, dzieła sztuki - to wszystko było na porządku dziennym. Zaskakująca była również wiadomość o tym, że nigdy nie opuściła Kanady. Podczas gdy Charlie każde wakacje spędzał za granicą, podróżował po świecie i studiował w Londynie, Ivy... była w domu? Ewentualnie na kempingu? Głupio mu było zapytać. - Wybacz, zapomniałem, to dla mnie trochę... nierealne - przyznał. - A chciałabyś gdzieś wyjechać? Marzysz o jakimś miejscu? - zapytał, a w myślach już układał plan, jak mógłby zorganizować Ivy wakacje z prawdziwego zdarzenia. Marshall z krwi i kości zawsze znajdował sposób. Może udałoby mu się przeszmuglować Ivy na Teneryfę? W końcu miał tam swoją willę, którą otrzymał od Cherry. Delegacja również była idealną wymówką... Był zaskoczony nie tylko swoją pomysłowością, ale również... swoją ciemniejszą stroną, która właśnie zaczynała się uaktywniać. Czy on właśnie szukał idealnego miejsca do zdrady? Czy może pod przykrywką "przyjacielskiego gestu" chciał po prostu zatrzymać Ivy tylko dla siebie w miejscu, w którym nikt nie mógłby ich oceniać? Kurwa, nie wiedział. Wszystko mu się mieszało, gdy była blisko. Granice między przyzwoitością a pożądaniem zacierały się z każdym uderzeniem serca. Przez chwilę poczuł obrzydzenie do samego siebie, by sekundę później poczuć dreszcz ekscytacji na myśl o tym, że Ivy mogłaby faktycznie patrzeć chociażby na toskańskie słońce, trzymając go za rękę. W końcu winnicę w Toskanii też posiadał na własność. Cholera. Jej bliskość zdecydowanie nie pomagała uspokoić jego myśli, zwłaszcza, gdy przytuliła się do jego torsu, a dłoń ułożyła w miejscu, gdzie jego serce biło jak oszalałe. A teraz też uciekasz? - Teraz nie muszę uciekać - odpowiedział, a w myślach dodał: "Bo jestem z tobą". To było baaardzo egoistyczne, wiedział o tym doskonale. Właściwie to nigdy wcześniej nie uważał się za egoistę, zawsze grał według zasad i oczekiwań, a jednak teraz... nie potrafił sobie odmówić ani sekundy tej bliskości. Jesteś wygodny, wiesz, Charlie? - Hm... nie wiem, powiedz tak jeszcze raz - mruknął leniwie w odpowiedzi na jej komentarz. Poza tym każdy, nawet najgłupszy komplement z jej ust smakował lepiej niż... wszystko. Serio. Naprawdę? To co się zmieniło? Gdy usłyszał to pytanie, na jego twarzy pojawiła się pewnego rodzaju rezygnacja, a błysk w oczach przygasł. - Ojciec przewidział dla mnie inną karierę - skwitował krótko. Zawsze był idealnym dzieckiem i narzędziem w rękach rodziców, przeznaczonym do przejęcia Northland Power. No właśnie, to było idealne słowo - to nie był wybór tylko przeznaczenie, któremu nie potrafił się przeciwstawić. Do tej pory nawet nie chciał się temu przeciwstawiać. I chyba właśnie dlatego tak bardzo mu zaimponowało, że Ivy udało się spełnić dziecięce marzenie i została lekarzem. - Cieszę się, że ci się udało - powiedział. - Niewielu ludzi ma w sobie tyle determinacji - dodał, zamieniając się w słuch, gdy uraczyła go opowieścią o zabawie w szpital, ósemce rodzeństwa i rodzicach wiążących koniec z końcem. No i znowu poczuł zgrzyt, tak samo jak przy informacji, że nigdy nie opuściła Kanady. Charliemu nigdy niczego nie brakowało, miał prywatnych nauczycieli i wakacje w każdym zakątku globu, a surowa prawda o życiu Ivy skutecznie sprowadziła go na ziemię. - Nas jest pięcioro - odpowiedział. Nie chciał, żeby czuła się oceniana, dlatego takie wybrnięcie z sytuacji wydało mu się właściwe. Sharing informacyjny jeszcze nigdy go nie zawiódł. - U nas też bywało głośno. Wiesz, że jak miałem siedem lat, to prawie się utopiłem w jeziorze? Cherry mnie wyciągnęła i ciągle mi to wypomina - zaśmiał się, chociaż wtedy nie było mu do śmiechu. Po chwili pochylił lekko głowę, a jego nos otarł się o jej włosy. - Twoi rodzice wykonali kawał dobrej roboty, wychowując cię na taką osobę. Jesteś świetna, wiesz? - zauważył, kładąc dłoń na jej ramieniu i obejmując ją delikatnie. Czuł jej głowę na swojej piersi, czuł zapach jej włosów i rytm oddechu... Cholera. Doskonale znał bliskość fizyczną, ale ta emocjonalna intymność, która wkradała się teraz pomiędzy nich, była dla niego czymś nowym.

tuptajwi ꨄ
isiek
wszystko jest okej
26 y/o
Mark your calendar for Canada Day
161 cm
rezydentka chirurgii Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

tup, tup Charlie

Nie oto chodzi, Charlie... — mruknęła Ivy, marszcząc przy tym uroczo brwi. Usłyszała w jego głosie niepewność i nie byłaby w stanie na nią nie zareagować. Dla niej sprawa wydawała się być wręcz dziecinnie prosta. Nie widziała w ich relacji żadnego wykorzystywania, czy taniej rozrywki. Inaczej nie byłby przy niej, nie głaskałby jej po głowie, kiedy go potrzebowała. Cholera, Ivy Harrison zdążyła się do niego przywiązać i coraz bardziej zdawała sobie z tego sprawę — ja chciałam więcej, a ty się odsunąłeś. I sam zacząłeś — wybąkała cicho pod nosem, opuszczając głowę. Nigdy nie była tak zawstydzona, jak wypowiadaniem właśnie tych słów. Chciała więcej, a zdawała sobie sprawę, jak nieprzyzwoite to było. Kiedy przebywała obok niego, miała same grzeszne myśli i wraz z każdą sekundą coraz mniej zaczynało jej to przeszkadzać.
Jak wytrzymasz w tanim barze, gdzie stać mnie na alkohol — i to w najbardziej obskurnym, jaki tylko znała. Ciekawiło ją, jakby odnalazł się w nim w tej idealnie wyprasowanej koszuli, głośnej muzyce oraz ogólnej, dobrej zabawie. W takich miejscach nikt nie udawał, a zabawa wydawała się trwać w najlepsze. Człowiek mógł się uwolnić od wszelkich trosk i zerwać maskę. Poza tym... chyba chciała zobaczyć Charliego w innym wydaniu, miejscu, które należało przede wszystkim do niej. Na razie widywali się w szpitalu, jego rodzinnej stajni, czy we wielkim biurowcu. Te miejsca były sztuczne, nasiąknięte atmosferą, a nie poczuciem wolności.
Nie zesraj się, Charlie — mruknęła pod nosem — ups — i zaraz zakryła własne usta. Nie spodziewała się, że w trakcie drażnienia się ze sobą, mogła pokazać mu swoją prawdziwą naturę. Krok po kroku coraz bardziej się na niego otwierała.
To kim jestem? — mruknęła całkiem poważnym tonem. Nie była pracownicą, na kandydatkę na stanowisko też nie pasowała. Była jego przyjaciółką, a jednak gdzieś w głębi serca chciała usłyszeć coś innego. Chociaż w głębi ducha poczuła się wolniejsza, słysząc o innych pracownicach. Może ich relacja była pod pewnymi względami wyjątkowa, nawet jeśli równie wyjątkowych ludzi mieli w domu.
Wszędzie? Ona też by mogła. Zwłaszcza kiedy pod opuszkami czuła wolne bicie jego serca i słyszała jego oddechy. Nieważne, gdzie by się znaleźli, ta chwila była wręcz idealna. Odprężająca na wiele możliwości.
Mój najbardziej bajerancki prezent to bon do jubilera — i to wcale nie na jakąś wielką, bajerancką sumę. Kupiła sobie za to jedne z trzech złotych kolczyków, które posiadała. O ile w trakcie jednej z imprez nikt ich nie ukradł — miałeś urodziny? Kiedy? — dopytała, czując wyrzut. Powinna złożyć mu życzenia, pogratulować kolejnego roku bliżej śmierci, a szczerze? Nie wiedziała, co zrobić. Może pora na kolejną porcję ciastek?
To tak jak dla mnie twoje życie — stwierdziła cichym tonem. Kto dostaje WINIARNIĘ? Jakby usłyszała o willi na Teneryfie, chyba by się popluła — gdzieś, gdzie jest ocean. Wiesz, że nigdy go nie widziałam? — zagadnęła całkiem szczerze, a później kontynuowała — to pewnie fajne uczucie... Stoisz we wodzie i łączysz się z całym światem, bo połączony jest on wodą — marzenia Ivy były całkowicie proste. Wyjechać, popływać, wygrzać się i zobaczyć na własne oczy przepiękne miejsca. Byłoby łatwiej, gdyby nie musiała odliczać pieniędzy za każdym razem. Mieszkanie, jedzenie, rachunki, pies. Może kiedyś udałoby się jej zobaczyć coś niezwykłego — piękna wizja — wymruczała cicho, nawet nie zdając sobie sprawę z tego, co Charliemu chodziło po głowie. Jej różne rzeczy nie wszystkie były proste do wytłumaczenia. Chociaż widziała siebie w turkusowej wodzie, śmiejącej się i pływającej, kiedy dostanie pierwszą wypłatę jako lekarz specjalista.
W ogóle nie powinieneś uciekać — zagadnęła Ivy, a w jej oczach pojawiły się prawdziwe iskierki — rób to, co chcesz, Charlie — ciesz się życiem, korzystaj z niego jak tylko możesz. Nikt nie przeżyje za nas samych życia. Dlatego kiedy pozwoliła sobie na epizod zabawy, a teraz stała się poważną rezydentką. Bardzo poważną, skoro leżała teraz na sianku, wtulając się w zajętego faceta.
Lubię na Tobie leżeć, Charlie — mruknęła, przesuwając się jeszcze bliżej. Powoli zaczynało się jej robić zimno, a jedyną osłoną wydawało się ciepło ciała Marshalla.
Nie mogłeś powiedzieć nie? — zagadnęła całkowicie szczerze. Bogacze jednak byli dziwni, nie rozumiała ich podejścia. Każdy miał oczekiwania względem własnych bliskich, ale czasem trzeba było pozwolić im płynąć z nurtem — dziwne. Moi rodzice zawsze mnie wspierali w każdej, nawet najgłupszej decyzji — byli z niej wręcz dumni. Nie istniała negatywna rzecz, którą mogłaby wypowiedzieć o własnej rodzinie. Najważniejsze, co dla niej zrobili, to przede wszystkim obecność, bezgraniczne wsparcie i miłość. Szczerze, Ivy spodziewała się tego po każdej rodzinie.
Jeszcze się nie udało — poprawiła go, wzdychając ciężko — muszę zostać lekarzem specjalistą, a niedługo będę mogła wybrać moją chirurgiczną specjalność — i chyba najbardziej to ją cieszyło. Tylko kiedy zaczynała zastanawiać się nad tym, co powinna wybrać, to nie miała zielonego pojęcia. Neurochirurgia, kardiochirurgia, chirurgia ogólna, tyle możliwości było, a nawet gdy miała te dwadzieścia sześć lat, z trudem myślała o wyborze specjalności.
Cieszę się, że nic Ci się nie stało — rzuciła, unosząc głowę, by móc spojrzeć w jego twarzy. Bała się wypowiedzieć głośno kolejnego zdania: cieszę się, że mogłam Cię poznać a Cherry to która z twoich sióstr? — zagadnęła, kojarząc przewijające się kobiety u jego ojca — bo są świetni — aż uśmiechnęła się jeszcze szerzej. Zatęskniła za rodzinnym domem — kochają nas najbardziej na świecie — każdego z osobna jak wyjątkową osobę. Może dlatego Ivy taka była? Dorastała w środowisku pełnym miłości i wsparcia. Podobnie czuła się teraz, leżąc na jego piersi, czując ciepło oraz zapach jego ciała. Spokojna, odprężona.
Wiesz, co by mnie najbardziej ucieszyło? — zagadnęła nagle, przełamując ciszę — wyjazd do lasu pod namioty i oglądanie wschodu słońca — wzięła głęboki oddech, przypominając sobie takie chwile — wschody są bardziej magiczne, bo nikomu nie chce się na nie wstawać — samotność przy pojawieniu się pierwszych promieni słońca, cisza przerywana przez szum drzew — wtedy pojawia się prawdziwa magia — przerwała na moment, przesuwając dłoń na jego szyję, by delikatnie muskać ją paznokciami — trochę jak tu Charlie, wiesz? — w jego ramionach na tym sianku też czuła prawdziwą magię — natura potrafi być cudowna, a wystarczy wyjechać kawałek za Toronto — pierwszy raz od dawna poczuła, że mogła oddychać piersią, nawet jeśli jej oczy robiły się coraz bardziej ciężkie.
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Kanadzie”