30 y/o
NIE MA LIPY, JEST ODLEGŁOŚĆ
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie spodziewała się tego, nie w taki sposób, nie z jego ust, które do tej pory tak uparcie odmawiały nazywania rzeczy po imieniu. A jednak, kiedy te słowa w końcu padły - ciężkie, surowe, prawdziwe, nie poczuła ulgi. Nie było w niej zwycięstwa, nie było satysfakcji z tego, że w końcu powiedział to co od dawna wisiało między nimi. Było coś znacznie bardziej kruchego, co ścisnęło jej klatkę piersiową tak mocno, że przez chwilę nie była w stanie złapać oddechu.
Miłość, o której mówił nie brzmiała jak coś pięknego - brzmiała jak ciężar. Jak wyrok, jak coś, co zamiast budować miało go zniszczyć, a razem z nim ich oboje.
Patrzyła na niego długo i uważnie, próbując zapamiętać każdy szczegół tej chwili. Każde drgnięcie jego twarzy, każde napięcie w spojrzeniu, każdą nutę w jego głosie, która zdradzała więcej niż chciał pokazać. I im dłużej patrzyła, tym bardziej była pewna jednego - że to, co czuł, nie było słabością przed którą powinien uciekać.
Delikatnie odwróciła głowę, opierając policzek o jego dłoń, chcąc w ten sposób zatrzymać ten kontakt, nie pozwolić mu się cofnąć ani o krok. Jej palce znów odnalazły jego rękę, splatając się z nią mocniej niż wcześniej. - Rhys - odezwała się cicho, ale jej głos nie drżał. Był spokojny, podszyty czymś głębszym. - Mówisz o tym tak, jakby to było coś złego. Jakby to, co do mnie czujesz było powodem, żeby się wycofać zamiast zostać - przesunęła kciukiem po jego skórze, próbując go tym gestem zakotwiczyć tu i teraz, w tej chwili, w której nic jeszcze nie było stracone. - Ja nie boję się tego, jak bardzo mogę cię kochać. Nie boję się tego, że to może boleć. Bo wiem, że będzie w a r t o.
Zamilkła na moment, ale nie odsunęła się ani o milimetr. Wręcz przeciwnie, jego słowa przyciągały ją jeszcze bliżej, jakby chciała wniknąć pod jego skórę i zobaczyć wszystko to, co tak długo przed nią ukrywał. Każde zawahanie i każde pęknięcie. To, jak coś w nim ustępuje, jak opuszcza kolejne warstwy obrony, które do tej pory trzymały ją na dystans. I to właśnie to, nie jego siła, nie jego pewność siebie, uderzyło ją najmocniej.
Uniósł się w niej odruch, którego nie próbowała nawet powstrzymać. Miękki, ciepły, niemal bolesny w swojej intensywności.
- Nie musisz się tym przejmować - powiedziała ciszej, łagodniej, jakby mówiła do kogoś, kogo chciała uspokoić, a nie przekonać. - Nie będziesz musiał robić dla mnie niczego złego - jej usta drgnęły lekko, cień uśmiechu przemknął przez twarz, ale był bardziej czuły niż zaczepny. - Moje największe grzechy to wykorzystywanie odznaki, żeby nie płacić mandatów… i Evansa, żeby wzbudzić twoją zazdrość - dodała półgłosem, chcąc choć na moment zdjąć z niego ten ciężar, który ewidentnie osiadł na jego ramionach na zbyt długi czas.
Jej spojrzenie zmiękło, gdy przesunęła dłonią po jego przedramieniu, powoli i niespiesznie, jakby badała każdą linię i ślad napięcia, który w nim został. - Prędzej powinieneś się martwić tym, co ja byłabym w stanie zrobić dla ciebie - dodała ciszej, a w jej głosie pojawiło się coś nowego, bardziej niepokojącego w swojej szczerości.
O g i e ń, który w niej rozpalał, nie znał granic.
Nie dała mu już przestrzeni na odpowiedź; przesunęła się bliżej i bez zawahania przeniosła ciężar ciała, siadając na jego kolanach, przodem do niego, jakby to było najbardziej naturalne miejsce, w którym powinna się znaleźć. Jej ramiona objęły go odruchowo, pewnie i nie istniała żadna siła, która mogłaby ją od niego oderwać.
Pochyliła się, ustami muskając linię jego szczęki, wolno, uważnie, zatrzymując się na każdym fragmencie skóry, pragnąc zapamiętać go w ten sposób. Przesunęła się wyżej, na policzek, na skroń, składając tam kolejne, ciche pocałunki, w których nie było ani śladu gry.
Była tylko b l i s k o ś ć.
Jej oddech musnął jego ucho, gdy zatrzymała się tuż przy nim, a słowa, które wypowiedziała były niemal szeptem - cichym, ale absolutnie pewnym. - Jest za późno, żeby się wycofać - dłonie zacisnęły się lekko na jego nagiej skórze, jakby chciała podkreślić każde kolejne słowo. - Ale masz jeszcze jedną szansę. Później już n i g d y nie pozwolę ci odejść - odsunęła się tylko na tyle, by móc na niego spojrzeć. Jej oczy błyszczały odbitym od ognia blaskiem, tak bardzo żywym w porównaniu z mgła zasnuwającą brąz jego tęczówek.
- Nigdy nie przestanę być twoja - szepnęła do jego ucha i zawisła w tej jednej sekundzie ciszy pomiędzy jego odpowiedzią a pocałunkiem, który czekał tuż na granicy.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
diosmio
nuda i przesadna życioza
35 y/o
Indulge in local cuisine
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie miała pojęcia o rzeczach, które mógł z r o b i ć. Dla niej.
O tych, które nie wymagały jej prośby - ani nawet jej wiedzy. Nie wiedziała o stercie akt leżącej na jego biurku, o cienkiej linii, po której poruszał się dla samej, nikłej szansy na ich wspólną przyszłość. O spotkaniach w Mimmo's, w miejscu, w którym na stolikach między stertami pieniędzmi i kreskami białego proszku leżała broń. O wszystkich rzeczach, które ignorował, na które przymykał oko, współpracując bezpośrednio z ludźmi, których poprzysiągł kiedyś powstrzymać.
On zaś n i e c h c i a ł wiedzieć o tym, co ona mogła zrobić dla niego.
Ponieważ Mercer była kobietą, którą w stronę błękitnych uniformów pchnęły jej przekonania. Wierzyła w to wszystko, czemu on działał na przekór - słuszność swojej odznaki, codzienną walkę w utrzymanie porządku, wyrywanie chwastów, zatykanie dziur, które pojawiały się w prawie. Dla niej to wszystko nie było wyłącznie pracą, było drogą, a zarazem celem. Urodziła się, by to robić i nic nie było w stanie stanąć jej na drodze - ponieważ sprawiedliwość była dla niej podstawą funkcjonowania. Poczucie, że nie wszystko było tak zepsute, na jakie wyglądało, że koniec końców kara musiała spotkać tych, którzy na nią zasługiwali.
Nawet jego.
Dlatego każde jego słowa i każdy ich brak był z d r a d ą. Ponieważ gdyby znała prawdę, gdyby wiedziała o tym, co z r o b i ł, stanęłaby między swoimi przekonaniami, a swoją miłością. Musiałaby go aresztować - lub wyrzec się wszystkiego, co było fundamentem jej codziennego funkcjonowania.
Nie wiedziałby, co odpowiedzieć, nawet gdyby miał na to przestrzeń. Nawet, gdyby nie wsunęła się na jego kolana, jakby wciąż miał przestrzeń do ucieczki, którą pragnęła zamknąć swoim ciałem. Jego dłonie odruchowo sięgnęły do jej ciała, do nagiej skóry ud, odsłoniętej przez podwinięty szlafrok, po której sunęły, kreśląc niewidzialne wzory gdy jej usta złożyły na jego skórze pocałunek.
Usta stworzone wyłącznie do prawdy.
To nie miało już znaczenia. Nie teraz, gdy czuł całym sobą potrzebę zatrzymania jej w swoich ramionach, przyciągnięcia bliżej. Gdy wiedział, tak, jak wiedziała to ona, że łączące ich uczucie stało się zbyt silne, by mogli wrócić do tego, co było niegdyś. Gdy los oplótł ich swoją nierozerwalną nicią, sprawiając, że byli już na siebie s k a z a n i.
- Kiedyś pożałujesz tych słów - mruknął, gdy jej oddech przy swoim uchu sprawił, że ten smutek, który wcześniej trzymał jego serce w szponach, nagle zaczynał tracić na swojej mocy. Nie widział już możliwości na wycofanie się, nie widział wyjścia, z którego mógłby skorzystać.
Ponieważ i on był j e j.
Nawet, gdy dowie się całej prawdy. Nawet, gdy zamiast pocałunków, obdarzy jego policzek uderzeniem wyciągniętej ręki. Nawet, gdy rozedrze jej serce na pół, gdy rzucane przez nią wyzwiska będą dalekie do prowokacyjnych zaczepek, nawet gdy nie będzie chciała nigdy więcej widzieć go na swoje oczy.
Wiedział, że już na zawsze był j e j.
Jego dłonie sunęły po kobiecej skórze, zagłębiając pod materiał szlafroka, docierając do krągłości bioder. Owinęły się wokół jej talii, zatrzymując w tym miejscu swoją podróż by zamknąć ją w swoich objęciach, przyciągnąć do klatki piersiowej, gdzie mogła poczuć jedyną rzecz, która w nim była prawdziwa - szaleńcze bicie serca w reakcji na jej bliskość.
- Cokolwiek się wydarzy w przyszłości - ciche słowa wymruczał w jej skórę, zagłębiając się pod częściowo wyschnięte, ciemne włosy, w stronę jej szyi. - Na zawsze będę twój.

margo mercer
30 y/o
NIE MA LIPY, JEST ODLEGŁOŚĆ
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Gdyby wiedziała.
To jedno, krótkie założenie rozciągało się w jej głowie jak cienka rysa na szkle, prawie niewidoczna, a jednak zdolna rozbić wszystko na tysiąc kawałków. Bo gdyby po drugiej stronie nie siedział Rhys, odpowiedź byłaby prosta. Bez zawahania, bez wątpliwości, bez chwili ciszy, która teraz rozlała się w jej wnętrzu ciężarem nie do uniesienia. Prawo było prawem, zasady były zasadami. A ona n i g d y ich nie łamała.
Dla nikogo.
Była uparta, nieustępliwa, czasami zbyt ostra i bezkompromisowa, ale właśnie dzięki temu wiedziała kim jest, co robi i po co. Choć świat wokół niej od dawna przestał być czarno-biały, choć widziała zepsucie, które wdzierało się w każdy zakamarek systemu, ona nie pozwalała sobie zmięknąć. Nie uginała się i nie wybierała łatwiejszej drogi.
A jednak gdyby chodziło o niego - pierwszy raz nie byłaby tego wszystkiego pewna.
Nie wiedziała, co by zrobiła. Czy potrafiłaby spojrzeć mu w oczy i wybrać to, co słuszne kosztem niego? Czy byłaby w stanie złamać własne słowo, to wypowiedziane cicho, między jednym oddechem a drugim, że będzie jego, że nigdy nie zechce go naprawić, że przyjmie go dokładnie takim jakim jest? Czy zdradziłaby przysięgę, którą złożyła z podniesioną głową, wierząc w każde jedno jej słowo?
Nie było dobrej odpowiedzi i właśnie to było w tym wszystkim najgorsze, że cokolwiek by wybrała, coś w niej musiałoby u m r z e ć. Byłoby to jej serce albo sumienie.
To jednak nie był jej problem, nie musiała się nad tym zastanawiać, to nigdy nie miało jej dotyczyć.
Ukrywanie treści: włączone
Hidebb Message Hidden Description


Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
diosmio
nuda i przesadna życioza
35 y/o
Indulge in local cuisine
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Ukrywanie treści: włączone
Hidebb Message Hidden Description


margo mercer
30 y/o
NIE MA LIPY, JEST ODLEGŁOŚĆ
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Ukrywanie treści: włączone
Hidebb Message Hidden Description


Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
diosmio
nuda i przesadna życioza
35 y/o
Indulge in local cuisine
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Ukrywanie treści: włączone
Hidebb Message Hidden Description


margo mercer
30 y/o
NIE MA LIPY, JEST ODLEGŁOŚĆ
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Ukrywanie treści: włączone
Hidebb Message Hidden Description


Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
diosmio
nuda i przesadna życioza
35 y/o
Indulge in local cuisine
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Ukrywanie treści: włączone
Hidebb Message Hidden Description


margo mercer
30 y/o
NIE MA LIPY, JEST ODLEGŁOŚĆ
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie rozumiała tego. Nie potrafiła znaleźć jednego, konkretnego powodu, który tłumaczyłby tę nagłą, niemal zachłanną potrzebę posiadania go - nie tylko w tym najprostszym, fizycznym znaczeniu, ale w każdym możliwym aspekcie. Chciała go czuć, wiedzieć, że jest, że oddycha obok niej, że nie znika, nie cofa się, nie zamyka za kolejnym murem, którego nie potrafiłaby już przeskoczyć.
Może chodziło o to jak bardzo byli do siebie podobni, jak naturalnie się uzupełniali, bez wysiłku odnajdywali wspólny rytm, nie tylko w ruchach, ale w myślach, w spojrzeniach i w ciszy, która między nimi nigdy nie była pusta. A może po prostu zdążyła go poznać lepiej, niż on sam chciałby przyznać, nawet wtedy, gdy próbował się odsunąć, chowając się za ironią, półsłówkami i milczeniem.
I może właśnie dlatego odpowiadała mu w ten sam sposób. Na jego napięcie - własnym. Na jego tęsknotę - jeszcze większą. Na każdy cień, który przemykał przez jego spojrzenie, reagowała bliskością, jakby próbowała go z niego wyciągnąć, zatrzymać tu, przy sobie, zanim zdąży się cofnąć. Nie znała przyczyny jego obaw, nie rozumiała ich do końca, ale gdzieś pod skórą czuła, że nie brały się znikąd; że wisiało między nimi coś niewypowiedzianego, co mogło ich rozdzielić szybciej, niż byli na to gotowi.
Nie ruszyła się z jego kolan, gdy ich oddechy dawno wróciły do spokojniejszego rytmu, a ciało przestało drżeć od nadmiaru bodźców. Ciepło powoli ustępowało miejsca przyjemnemu rozluźnieniu, ale ona wciąż była przy nim, jakby najmniejszy dystans miał coś zmienić. Jej dłoń przesuwała się leniwie po jego karku, zataczała powolne kręgi, palce co jakiś czas zahaczały o linię włosów. Śledziła go wzrokiem, każdą zmianę w mimice, cień i oddech, który unosił jego klatkę piersiową.
Pochyliła się odrobinę, wystarczająco, by jej usta znalazły się tuż przy jego uchu w miejscu, gdzie słowa nie musiały być głośne, żeby zostały usłyszane. - Kocham cię - wyszeptała cicho, bez wahania, bez gry i żadnej osłony. - Bardzo - dodała jeszcze ciszej, jakby to jedno słowo niosło w sobie wszystko, czego nie była w stanie rozwinąć.
Nie oczekiwała odpowiedzi, wystarczyło jej to, że był, że jego ramiona wciąż ją obejmowały, że nie odsuwał się od niej. Przesunęła dłonią wyżej, wplotła palce w jego włosy, muskając je lekko, a potem oparła czoło o jego, zamykając oczy na krótką chwilę, zatrzymując tę ciszę odrobinę dłużej.
To przyszło naturalnie - powolne podniesienie się, niechętne oderwanie od jego ciała, ale tylko na tyle, by móc złapać jego dłoń i pociągnąć go za sobą. Nie potrzebowali niczego więcej poza tą prostą, cichą decyzją, by nie kończyć tego nagle, by nie wracać jeszcze do świata, który czekał za ścianami tego domu.
W sypialni było chłodniej, ale nie zwróciła na to większej uwagi, niemal od razu odnalazła dla siebie miejsce przy nim, wsuwając się bliżej i układając wygodnie. Przytuliła się mocniej, dopasowując do niego bez wahania, pozwalając, by resztki napięcia powoli z niej schodziły. Jej palce jeszcze przez chwilę błądziły leniwie po jego skórze, zanim ostatecznie się zatrzymały.
Kiedy zamykała oczy, za oknem pierwsze, blade promienie późnozimowego słońca zaczynały nieśmiało przecinać linię horyzontu; dzień próbował ich odnaleźć, choć ona wciąż trwała jeszcze w tej jednej, wydłużonej chwili, w której zmieściło się znacznie więcej, niż powinno było się zmieścić.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
diosmio
nuda i przesadna życioza
35 y/o
Indulge in local cuisine
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wypuszczenie jej z objęć wydawało się fizycznie niemożliwym zadaniem. Lubił czuć ją na sobie, czuć jej skórę pod swoimi palcami, ciężar na swoich kolanach. Być świadomym każdego ruchu, dostrzegać wszystkie detale - jak to, gdy jej klatka piersiowa zwalniała, gdy oddech zaczynał się uspokajać. Gęsią skórkę, która wstępowała na ramiona gdy płonący w jej sercu żar zaczynał stygnąć, zamieniając się w coś cichego i trwałego.
Jej słowa wybrzmiały zbyt blisko - zbyt blisko ucha i zbyt blisko jego wrażliwego na nie serca. Choć były wyłącznie potwierdzeniem tego, co czuli oboje, wciąż nie potrafił się z nim oswoić. Nie potrafił odpowiedzieć po raz kolejny, bojąc się, że to będzie ten jeden krok za daleko - że gdy wybrzmią w jego ustach, coś w jego wnętrzu się złamie, zmuszając go do przyznania się do prawdy.
Zamiast tego sięgnął do zrzuconego szlafroka, częściowo leżącego na kanapie, na której siedzieli, częściowo spływającego na ziemię. Chwycił miękki materiał i nałożył go na jej ramiona, chowając przed chłodem, który pojawił się w domku gdy ostatnie drewienko przestało płonąć w kominku. Pieczołowicie zakładając na nią odzienie, przysunął się, składając na jej ustach pocałunek - i na moment ujął jej twarz w dłonie, gładząc policzek kciukiem, pokazując to wszystko, czego nie potrafił powiedzieć ponownie.
Nie bez jego całkowitego rozpadu.
Bo gdy emocje opadły, gdy żar przygasł do tego, co tkwiło pod nim, szpony poczucia winy znów sięgnęły w jego kierunku, chwytając za to, co ostało się z jego duszy.
I być może to przez to jego bezsenność wróciła, domagając się uwagi o zdecydowanie zbyt wczesnej porze. Czas zakrzywił się we wnętrzu tego domku, sprawiając, że miał wrażenie przebywania w nim znacznie dłużej, niż byli faktycznie - a i tak wydawało się to niewystarczające. Na zegarku wybiła trzecia gdy przebudził się z wrażeniem, że przespał dużo więcej, niż było to w praktyce. Jego pierwszym odczuciem była spleciona z jego ciałem Margo, której ramiona oplotły jego klatkę piersiową, noga zarzuciła się gdzieś na uda jakby jeden punkt styku nie był dla nich wystarczający. Gdzieś pomiędzy nimi tkwiła kołdra, zwinięta i poskręcana, i z początku nie próbował nawet z nią walczyć o wolność.
Brak snu nie był tak dotkliwy gdy miał ją obok.
Gdy widział jej miarowo unoszącą się klatkę piersiową, niewinny wyraz twarzy jak nigdy, gdy była przytomna. Jej niesforne włosy przykrywały teraz całą poduszkę i część jego ramienia, a on upajał się ich zapachem, ich miękkością i sposobem, w jaki zaznaczały jej obecność, łaskocząc go w ramię.
Dopiero gdy świt zaczął się zakradać, jeszcze niemrawo, bez słońca przekraczającego horyzont, wyswobodził się z tej plątaniny tkanin i kończyn. Odnalazł swoje rozrzucone po całym domu ubrania, doprowadził do porządku gdy spała, a nawet wyszedł na mroźne powietrze na zewnątrz, chcąc zapłacić właścicielowi za nocleg - po to, by napotkać go chętnie oferującego im jajka i pieczywo.
- Skandalicznie długo śpisz - przywitał ją w kuchni, uśmiechając się półgębkiem, jakby faktycznie zaspała - jakby nie było jakiejś chorej godziny w stylu szóstej rano. W jego dłoni pojawił się kubek z kawą, na palniku zaś tkwiła patelnia, w której zamierzał robić jajecznicę.
Zamierzał, bo na moment o niej zapomniał, obchodząc kuchenną wyspę by porwać kobietę w swoje ramiona. - Dzień dobry - mruknął, składając na jej ustach pocałunek.

margo mercer
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Kanadzie”