-
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nigdy nie było między nimi okresów przejściowych, nie było niezręcznej bliskości bądź podszytej pasywną agresją uprzejmości. Mieli wyłącznie dwa sezony, dystansu i chłodu przeplatanego wściekłością, i intensywnej potrzeby bycia ze sobą blisko, w której dogadywali się bez słów.
W żadnym z nich nie przestawał jej kochać.
Zawsze uważał, że miłość była w założeniu nieskomplikowana, była potrzebą spędzania z drugą osobą czasu i troską o jej dobrobyt. Nigdy nie spodziewał się, że miłość jest zdolna do wypalania go od środka, że jest równie intensywna w każdym z okresów, nawet gdy każda interakcja między nimi była przepełniona furią. Że będzie s z a l o n a, pełna sprzeczności, pozbawiająca poczytalności i pchająca do czynów, których nie popełniłby dla nikogo innego.
Że jej brak wydrąży go od środka, zostawi pustą skorupę w tym stanie między życiem i śmiercią, w którym każdego dnia wstawał do pracy nie przywiązując uwagi do żadnej z wykonywanych przez siebie czynności.
- Stones byłby zachwycony - odparł, przez krótką chwilę wyłącznie przyglądając się, jak pośpiesznie doprowadzała się do porządku, z sercem wciąż bijącym zbyt szybko i gwałtownie jak na wielogodzinne siedzenie w samochodzie i oczekiwanie na coś. Dopiero gdy była niemal gotowa, poprawił swoją koszulę, zapiął pasek spodni i przeczesał włosy zmierzwione od jej dłoni.
Chwile takie jak ta powinny być napięte. Ale w tym momencie nic nie było w stanie oderwać jego myśli od n i e j. Patrzył, jak obraca się wokół swojej osi, jak wygładza materiał i posyła w jego stronę szeroki uśmiech. Coś w jego wnętrzu zacisnęło się boleśnie na sercu na ten widok.
- Idealnie - odrzucił cicho, zmuszając się do oderwania od niej spojrzenia wyłącznie wtedy, gdy wskazała mu nadciągającą kobietę.
Samotna matka z dzieckiem o północy, w dzielnicy takiej jak ta, przykuwała uwagę każdego. Może dlatego nie spostrzegła zbliżających się policjantów - a może była przeświadczona o swoim bezpieczeństwie, zaledwie paręnaście metrów od domu, w którym miała się schronić.
- Co? - pytanie wyrwało się z jej gardła gdy podeszli. Świadomość tego, że byli policjantami, nie docierała do niej zbyt szybko - nawet wtedy, gdy odruchowo odchylił pola kurtki, ukazując schowaną pod spodem odznakę. - Nie! Nie, to nieprawda!
Dostrzegł błysk w jej oku, swojego rodzaju szał na widok Margo zbliżającej się do wózka. Błysk, od którego krew w jego żyłach zagęściła się od adrenaliny, a nogi natychmiast ruszyły do przodu.
- Nie macie prawa! - wrzasnęła, rzucając się do stojącej obok policjantki. Chwycił jej nadgarstek i pociągnął ją w drugą stronę, siląc się na delikatność, na którą nie miał najmniejszej ochoty - nie po tym, gdy dostrzegł jej paznokcie kierujące się do twarzy jego partnerki. - Niczego nie zrobiłam!
- Zachowaj to dla sędziego - warknął, wydobywając z kieszeni kajdanki. - Ma pani prawo do zachowania milczenia. Wszystko, co pani powie, może zostać użyte jako dowód w sądzie...
Jej krzyki poniosły się echem po ulicy gdy wypowiadał jej prawa. Szloch, którym się zaniosła, obudził śpiące dziecko, jak i wywołał zamieszanie. Oddział policjantów zbliżał się ku nim na tyle szybko, że przechwycił matkę Estelle, która właśnie wybiegała ze swojego domu, krzykiem domagając się uwolnienia swojej córki.
- Moje dziecko. Nie dotykaj jej! - krzyknęła wściekle, swój jad kierując do stojącej obok Margo. Chwycił jej spętane nadgarstki i odwrócił ją w drugą stronę, pchnięciem przekazując innemu funkcjonariuszowi.
- Ja się nią zajmę - sapnęła starsza kobieta, usiłując przecisnąć się przez policjantów trzymających ją z dala. - Jestem jej babcią. Nie zabierajcie jej!
Przeniósł swój wzrok na Mercer. Zajmowanie się tym nie leżało w spektrum jego zainteresowań, ale wiedział, że na miejscu była też pracownica socjalna, która miała niemowlę zabrać.
margo mercer